|
ExTra
Ze starej taśmy
Specjalista od golenia i strzyżenia. Dosłownie i w przenośni. Ryszard Forbrich karierę rozpoczynał od prowadzenia zakładu fryzjerskiego we Wronkach. Stąd przydomki: „Fryzjer” lub „Szczota”. Potem był menedżerem w klubie piłkarskim „Amica”. Tak naprawdę odpowiadał jednak za kontakty z sędziami. Przede wszystkim przed meczami. Kolacje, damskie towarzystwo, koperty... Najczęściej w pałacyku w Kobylnikach koło Obrzycka. „Fryzjera” z Wronek wyrzucił duet Stefan Majewski - Paweł Janas. Przez moment było o nim cicho. Potem znów zaczął pojawiać się na piłkarskich stadionach w całej Polsce. Także poznańskiego „Lecha”. Forbrich cieszy się opinią człowieka, który za pieniądze ratuje ligowy byt. Do tego był piekielnie skuteczny!
KARIERA NA DOPALACZU
Prawdziwe gniazdo Forbricha znajduje się jednak nie we Wronkach, a w pobliskim Wróblewie. Istniał tam klub o nazwie „Czarni”. W pewnej chwili jego sponsorem została nieistniejąca już Fabryka Kuchni „Wromet”. W klasie B pojawiły się dość duże pieniądze. Wraz z nimi Ryszard Forbrich, który szybko zdołał namówić do występów w „Czarnych” kilku graczy z pierwszoligowym stażem - m.in. Remigiusza Marchlewicza i Marka Kliszkowiaka. Kilka lat później doszło fuzji: drużyna z Wróblewa połączyła się z „Błękitnymi” Wronki. Powstał nowy twór - „Amica”. Dziewięć lat temu zespół awansował do pierwszej ligi. Gra w niej do teraz! Dwóch rzeczywistych architektów sukcesu: jeszcze do niedawna prezes ekipy z Wronek, Wojciech Kaszyński i eks-menedżer, Ryszard Forbrich. Pierwszy zdołał przekonać Jacka Rutkowskiego, właściciela holdingu produkującego sprzęt AGD, do reklamy wyrobów poprzez sport, czyli uruchomił strumień pieniędzy. Drugi niemałą część z tych środków przeznaczył na „zabezpieczenie” sukcesu. Smaczku sprawie dodaje fakt, że kuchnie pierwszoligowej piłki „Kuchenki” uczyły się w.. Poznaniu. W będącej wtedy na topie „Olimpii”.
- Spotykaliśmy się wiele razy. I w Poznaniu i we Wronkach - potwierdza Bolesław Krzyżostaniak, prezes klubu z Golęcina - Wraz z nieżyjącym już Edmundem Sikorą tłumaczyłem działaczom „Amiki” co i jak. Ryszard uważnie słuchał, pytał, a my nie mieliśmy żadnych tajemnic. Inna sprawa, że z czasem wyrobił sobie całkiem wyjątkową pozycję.
- Zagadkowa postać. Szybko zaczął dawać do zrozumienia, że dużo potrafi załatwić - przypomina sobie Ryszard Górka, onegdaj sponsor piłkarzy „Lecha” - Kiedyś wracaliśmy razem ze Szczecina. Przedtem trochę wypiliśmy. W pewnej chwili zaczął sugerować, że on może pomóc przy najbliższym spotkaniu. Chodziło mu o „załatwienie” sędziów. Jego propozycję zbyłem śmiechem. „Kolejorz” był wtedy tak mocny, że każdego golił bez „podpórek”.
POMOCNICY FRYZJERA
Lista przypisywanych mu sukcesów jest długa. Chyba najbardziej spektakularny wyczyn - rok 1998, „Amica” zdobywa Puchar Polski po tym jak w finale - rozgrywanym na stadionie „Lecha” - 5:3 pokonuje Aluminium Konin. To ostatni mecz w karierze sędziego Marka Kowalczyka, który zostaje dożywotnio zdyskwalifikowany. Nieco wcześniej klub z Wronek wygrywa 1:0 z „Polonią” Warszawa. Dzięki temu utrzymuje się w lidze. Bramkarz „Czarnych Koszul”, Maciej Szczęsny pozwala sobie na komentarz: - Sędzia Andrzej Dymek zasłużył na miano pomocnika „Fryzjera”... Przy innej okazji jego dobry przyjaciel arbiter Marek Olech wyznaje: - We Wronkach, to musiałem się pomylić.. - Potem zresztą prasa publikuje zdjęcie, na którym całuje Forbricha w dłoń. Jakiś czas potem media odnotowują powitanie „Fryzjera” z jeszcze innym panem w czerni, Krzysztofem Czajkowskim. Zamiast „dzień dobry” słychać: „Cześć, kurwiorzu”. Co ciekawe, menedżera z Wronek broni sam arbiter, który w nadesłanym do PZPN piśmie fakt takiego powitania tłumaczy wieloletnią znajomością... To wcale nie koniec koneksji Forbricha w sędziowskim światku.
|
|
Za jego protegowanego uchodzi bowiem pierwszoligowy rozjemca, Marek Ryżek z Piły. Powszechnie znana jest też zażyłość z Witem Żelazko, któremu przypisuje się duży wpływ na wyznaczanie obsady poszczególnych spotkań. PZPN na poczynania obrotnego menedżera długo patrzył przez palce. Gdy wreszcie zareagował, to w bezprecedensowy sposób. Forbrich oficjalnie uznany został za „persona non grata”. Zarzucono mu wielokrotne naruszenie norm etyczno-moralnych. Nic sobie jednak z tego nie robił. Nadal uczestniczył w posiedzeniach Prezydium Wielkopolskiego Związku Piłki Nożnej. - Trudno mi go oceniać. Przyjaciółmi nie jesteśmy - zastrzega Stefan Antkowiak, prezes WZPN. - W pracach niczym specjalnym się nie wyróżniał. Po prostu siedział, coś tam notował. - Kilkakrotnie próbowałem interweniować, sprawić by pan Forbrich został ostatecznie odsunięty. Moje prośby nie spotkały się z żadnym odzewem - przyznaje Michał Listkiewicz, prezes PZPN.
TAJEMNICE KUCHNI
W każdym klubie są ludzie, którzy odpowiadają za spełnianie sędziowskich zachcianek. Służy do tego specjalny „reprezentacyjny” fundusz. Forbrich i w tej materii wyprzedził innych. Zadbał, by obok marchewki mieć też kij. A raczej potężną lagę. Duża część spotkań arbitrów z paniami z agencji towarzyskich została potajemnie sfilmowana. O istnieniu kompromitujących kaset doskonale wiedzą ludzie związani z piłką. - Na jednej jest sędzia z południa Polski. Dobry, do pewnego momentu z ambicjami. Raz w życiu zdradził żonę. I „Fryzjer” go złamał. Aż żal było potem oglądać te „wydrukowane” mecze - mówi prezes dużego klubu. - Forbrich przetrwał, ponieważ sędziowie, których kiedyś kupił, wcale nie odeszli z piłki. W większości są obserwatorami i kwalifikatorami, czyli faktycznie, poprzez system ocen, decydują o losie młodego arbitra. Zmianie musi ulec zatem cała struktura. To, co się dzieje, przypomina leczenie syfa przy pomocy pudru.. - obrazowo dopowiada inny klubowy włodarz. Sam Forbrich ostatnio ma pecha. Na łamy ogólnopolskich mediów trafił, bo chciał.. przekupić dziennikarza. Propozycja brzmiała: 10 tysięcy minus „podatek” i temat „znika”. Redaktor Dariusz Łuszczyna z „Faktu” pisał o obozie szkoleniowym, którzy sędziowie urządzili sobie w Borowicach koło Jeleniej Góry. Doszło tam do złożenia niedwuznacznej propozycji jednej z młodych kobiet, uczestniczących w szkoleniu dla sędziów. Miała spędzić noc z jednym ze starszych kolegów i w ten sposób zadbać o „harmonijny” rozwój dalszej kariery. Gdy odmówiła, posypały się groźby. Sytuacja o tyle pikantna, ze Forbrich w tym wyjeździe akurat nie brał udziału. Prawdopodobnie chciał tylko pomóc zamieszanemu w aferę koledze - członkowi Kolegium Sędziów, Wiesławowi Karolakowi. Na pewno pojawił się za to na początku czerwca na obozie zorganizowanym dla sędziów z WZPN w „Sierakowie”. - Przyjeżdżał luksusowym Audi. Raz przywiózł nawet gościa, trenera Lecha, Czesława Michniewicza. Był alkohol, panie z agencji. Słowem standard na tego typu szkoleniach - opowiada uczestnik wyjazdu. Poznańscy sędziowie, gdy mówią o Forbrichu proszą o anonimowość, - On dużo może. A słynie z tego, że nie wybacza - słychać.
PLOTKI, CZY FAKTY?
- To nie jest tak, że pan Forbrich rządzi całą polską piłką - podkreśla Stefan Antkowiak, prezes WZPN. - Też znam te opinie na jego temat. Prosiłem już nawet kolegów, żeby, o ile mają niezbite dowody, coś z tym zrobili. Nie było żadnej reakcji.
- Gdy pracowałem w „Amice” istniał prosty podział obowiązków. Ja odpowiadałem za zespół, a on za organizację. Nie mam nic więcej do powiedzenia - tyle Wojciech Wąsikiewicz, trener.
- Jak dyrektorem sportowym został Paweł Janas to ten pan nie był już dłużej potrzebny więc odszedł - tyle Stefan Majewski, kolejny szkoleniowiec.
- Facet ewidentnie potrafi zadbać o swoje interesy. Z jednej strony nim gardzę, z drugiej podziwiam.. - jeden z byłych prezesów Lecha
- Nie jestem mściwy, wybaczyłem nawet mordercom mojej matki. W przypadku Ryszarda Forbricha nie ma jednak miejsca na cień tolerancji. Tacy ludzie zabijają futbol - kończy Michał Listkiewicz, prezes PZPN
Autor: Jacek Szczepanik, Waldemar Zawołowicz
Skomentuj
na forum >>
| |