|
Z DYSTANSU
Co tam panie w NBA? (#1)
Offseason w pełni. Walka o tytuł mistrzowski już dawno rozstrzygnięta. Lecz zanim zajmę się analizą mistrzowskiego składu, pochwalnymi peanami i tym podobnymi rzeczami zastanowię się nad jedną kwestią. Czy zespołowa koszykówka, jaka dominowała w NBA od dość długiego okresu z powrotem odchodzi w niepamięć?
Zastanówmy się: ostatnich kilka lat mistrzowskie tytuły zdobywały drużyny, które prowadził sprawny kolektyw. Zaczęło się od Spurt w roku ’99, przy skróconym sezonie. Później owszem, nadeszła generacja Lakersów, ale także oni dzięki trenerskiej myśli Jacksona wbrew pozorom grali bardzo zespołowo. Każdy wiedział, co ma robić, zaś prym wiedli Kobe i Shaq. Od finału ’04 uległo to zmianie. Kiedy skazani na pożarcie gracze Pistons pokonali najsilniejszy pod względem nazwisk skład Jeziorowców zakończyła się pewna epoka. Upadł mit zespołu zbudowanego na gwieździe i grupie wyrobników. Wszyscy wieszczyli powrót do źródeł, radosnej, zespołowej koszykówki. I faktycznie, tak było. Począwszy od idealnie zgranego zespołu Pistons, równie dobrą w tym względzie teksańską ekipę Ostróg z San Antonio, aż po szalone, acz skuteczne kolektywy z Phoenix i Seatlle, których radosna koszykówka, „run&gun” oparta była głównie na masie podań i niesamolubnej grze. Tymczasem w tym roku te ekipy nie pokazały absolutnie nic. Rozczarowały. Faworyzowana ekipa San Antonio sypała się już podczas sezonu. Pistons dali się pokonać Miami, których ogrywali regularnie od kilku lat na tym właśnie etapie rozgrywek. Seatlle rozczarowało całkowicie. Suns odpadli z Mavericks. Zanalizujmy, co było przyczyną ich niepowodzeń.
Na początek idzie ekipa poprzedniego mistrza, San Antonio. Przed sezonem wydawało się, że wszystko będzie wspaniale. Do dobrego składu dołączyli głodni sukcesu weterani, Nick van Exel i Michael Finley. Nikt nie uważał, że będą jakimiś supergwiazdami, ale jako zmiennicy pełni ambicji i ochoty do gry mieli sprawować się wyśmienicie. Tymczasem obaj rozczarowywali. Finley przestał celnie rzucać, zaś Exel był cieniem samego siebie, udowadniając, że zmiana pseudonimu z „Quick” na „Brick” była jak najbardziej zasłużona, choć z pewnością niezbyt miła. Do tego kontuzja Duncana i jego upór. Duncan, to prawdziwy robot i bez wątpienia wielka gwiazda. I choć zawsze był grzecznym chłopcem, słuchającym trenera, to w najmniej odpowiednim momencie wyszedł z niego długo skrywany egoizm. Chcąc walczyć o MVP, nie posłuchał rad całego sztabu Spurs, rwał się do gry, gdy miał leczyć kontuzję do końca. Efekt? Dużo słabsza gra, spora ilość elementów gry zachowawczej. Owszem, nadal miał statystyki, których nie powstydziłby się niejeden gracz, ale dla Duncana był to najsłabszy sezon w karierze, gorszy nawet od debiutanckiego, a to już jest naprawdę wysoki regres. To on jest największym winowajcą, którego obarczyć trzeba za porażkę Spurt. Doszłoby do niej jeszcze wcześniej, gdyby nie sensacyjne postępy poczynione przez Tony’ego Parkera, dla którego związek z Evą Longorią musi być prawdziwym źródłem nieustającej motywacji.
Następny faworyt, który odpadł, to wicemistrz. Detroit Pistons. Jak pamiętamy, Spurt i Pistons spotkali się w ubiegłorocznych finałach stoczyli pasjonujący pojedynek, który przeszedł do historii jako jeden z najlepszych w historii. W tym roku wielu liczyło na powtórkę. Dlaczego do niej nie doszło? Winy upatrywać można w zmianie mentalności zespołu. Kiedy Larry Brown odszedł do Knicks, aby zająć się trenowaniem tego zespołu, na jego miejsce w Detroit pojawił się Flip Saunders, który przez kilka ostatnich lat zajmował się trenowaniem Minnesoty.
|
|
Nie wychodziło mu to za dobrze, w końcu go zwolniono. Pojawił się w Detroit i choć bano się, że nie podoła wyzwaniu, on mu sprostał i to z nawiązką. Pomimo sukcesu w sezonie zasadniczym wielu zwracało na pewien krok w tył: gorszą defensywę i zwiększenie znaczenia ofensywy w grze drużyny z Motown. Moim zdaniem, właśnie to zaważyło na ostatecznej porażce z Miami w walce o finał. Larry Brown może i opierał się na swoich schematach, ale nie dawał graczom swobody. Cisnął ich niemiłosiernie, ale dawało to efekty. Wraz z Saundersem przyszedł luz i zmiana stylu, a to musiało odbić się na tak konfliktowych graczach jak Wallace, czy Billups. Do tego niemożność przystosowania się do tego stylu przez Big Bena, który już skorzystał z okazji i zwinął manatki, podpisując kontrakt z Chicago Bulls.
Co dalej? Do roli wielkich przegranych zdążyli przyzwyczaić się już Phoenix Suns. Ich radosna koszykówka nie nadaje się na play offy i choć w sezonie zasadniczym biją wszelkie rekordy popularności i skuteczności, w starciu z potentatami ligi w kluczowej fazie rozgrywek nie mają szans. Być może zaszliby dalej, gdyby nie brak podkoszowych. Przypomnijmy, że paskudnej kontuzji w trakcie sezonu doznał Amare Stoudamire i był później cieniem samego siebie, zaś z potrzeby na centrze grał Shaw Marion, nominalnie niski skrzydłowy, który ma zaledwie 201 centymetrów wzrostu. Nie ujmując nic jego wszechstronności, należy przyznać, że w starciu z podkoszowymi gigantami nie miał szans, tak samo jak ofensywna taktyka Suns rozbiła się o defensywne nastawienie innych zespołów. Już w pierwszej rundzie mogli zostac odprawieni z kwitkiem przez Lakers, gdy przegrywali już 3:1. Gdyby nie konflikty wewnętrzne w zespole z Miasta Aniołów, i zbytnia pewność siebie do tego by doszło.
Na koniec zostają nam wicemistrzowie, czyli Dallas Mavericks. To właśnie oni przystępowali do tegorocznego finału jako faworyci. Ich zespół przez lata był niedoceniany. Owszem, mieli gwiazdę pierwszego formatu, czyli Dirka Nowitzkiego, ale gracze zza oceanu, choćby nie wiadomo jak dobrzy są uważani w NBA za osoby bez mentalności zwycięzcy. Do tego grono przeciętniaków wokół, albo wręcz przeciwnie - przesilenie gwiazd nie pozwalało na osiągnięcie sukcesu. W końcu jednak ster przejął były rozgrywający Spurs, malutki Afery Johnson. On wiedział jak zagonić Mavericks do pracy i zrobił to. Nadal lekceważeni przez większość sezonu atakowali zawzięcie pierwszą pozycję w tabeli, pokazując, że ze swoim zgranym kolektywem są potęgą, z którą należy się liczyć. I tak też jest. W finale stoczyli pasjonujący pojedynek z Miami, ale rozbili się o dwie gwiazdy Heat.
Można powiedzieć, że to zemsta Shaqa. W 2004 roku to właśnie kolektyw Pistons rozbił gwiazdorski skład Lakersów z Shaqiem w składzie. Z tego powodu LA rozpadli się, a O’Neal udał do Miami. Tu zaprzyjaźnił się od razu z młodą gwiazdką, czyli Wade’m, który wówczas nie grał aż tak wspaniale, ale dało się zauważyć u niego zapowiedź przyszłych osiągów. I stało się to, do czego Shaq nie był zdolny za czasów gry w LA. Oddał zespół we władanie Wade’a. Tak jak kiedyś chciał dominować i wykłócał się z Kobe’m o prymat w drużynie, tak tym razem odsunął się na drugi plan, oszczędzając siły na końcówkę sezonu. W zeszłym roku się to nie udało, ale wtedy Dwayne nie grał jeszcze tak dobrze, jak w tym sezonie, a i Pistons byli podwójnie lepsi i chcieli obronić tytuł. Jak to się w tym roku skończyło, dobrze wiemy. Pozostaje tylko gratulować mistrzom, lecz czy uda im się długo utrzymać taką formę? To już temat na osobny artykuł.
Autor: Artur "ZoltaR" Jabłoński
Skomentuj na forum
>>
| |