|
Tenis ziemny
Tenisowe podsumowanie - lipiec
Po opadnięciu emocji związanych z Wimbledonem świat tenisowy wrócił do rzeczywistości, czyli zwykłych turniejów ATP i WTA. Niektórzy zawodnicy i zawodniczki po zakończeniu rywalizacji w nieoficjalnych mistrzostwach świata na kortach trawiastych postanowili zrobić sobie wolne od sportu i odpocząć. Szczególnie dotyczy to pań, bo ich turnieje były wyjątkowo słabo obsadzone. Dlatego w podsumowaniu miesiąca znalazło się tak mało o tenisie w wykonaniu płci pięknej.
Kilka lepszych tenisistek zaszczyciło swoją obecnością Cincinnati. To właśnie w tym amerykańskim mieście na kort i to w wielkim stylu zamierzała powrócić była numer jeden na światowych listach oraz rankingach Serena Williams. Młodsza siostra Venus pokonywała kolejne szczeble drabinki, w ćwierćfinale pokonując 6-2, 6-2 rodaczkę Amy Frazier. Oprócz niej swoje pojedynki wygrały: Rosjanka Wiera Zwonariewa 6-1, 6-1 z Serbką Jeleną Janković, Słowenka Katarina Srebotnik 6-1, 6-2 z Francuzką Marion Partoli oraz Szwajcarka Patty Schnyder z Hinduską Sanią Mirzą 7-6, 7-5. Ten ciężki pojedynek odbił się na formie Schnyder w półfinale, w którym dość gładko przegrała ze Srebotnik. Fenomenalnej Zwonariewej nie sprostała na nieszczęście gospodarzy Williams. W słowiańskim finale bezsprzecznie górą okazała się Rosjanka, wygrywając ze Słowenką 6-2, 6-4. W pierwszej rundzie odpadła Marta Domachowska. Polka niepowodzenie w singlu odbiła sobie w deblu, dochodząc z Sanią Mirzą do finału, przegranego z włosko-argentyńską parą Marie Elena Camerin/Gisela Dulko 4-6, 6-3, 2-6.
Inną okazję do zdobycia punktów do rankingu WTA były rozgrywki we włoskim Palermo. Tam, ku uciesze gospodarzy przez ćwierćfinały przedarły się aż dwie reprezentantki tego kraju: Tatiana Garbin i Roberta Vinci oraz Czeszka Lucie Safrova i Hiszpanka Anabel Medina. Na nieszczęście dla kibiców z ojczyzny piłkarskich mistrzów świata, w finale mogła znaleźć się tylko jedna tenisistka reprezentująca to państwo. W półfinale doszło do bratobójczego pojedynku Garbin i Vinci. Ostatecznie ta pierwsza dość łatwo 6-2, 6-2 uporała się z rodaczką. W drugiej grze o finał Medina miała trochę więcej problemów z Safrovą, ale pokonała ją 6-4, 6-4. W ostatnim meczu turnieju w Palermo Włoszka starała się, jak mogła, żeby dorównać Hiszpance. Ta jednak powtórzyła wynik ze swojego starcia z Czeszką i z państwa spaghetti i pizzy wracała z pucharem. Do finału debla doszła polska para Alicja Rosolska/Klaudia Jans. Niestety, po ciężkiej trzysetowej walce uległy Włoszkom Alice Cenepie i Giulii Gabbie 5-7. 6-2, 2-6. Innym miastem, w którym panie miały okazję do zaprezentowania klasy był Budapeszt. Niestety, dla nas zakończył się już w pierwszej rundzie. Agnieszka Radwańska, pomimo przegranej w eliminacjach, dostała się do turnieju głównego jako lucky looser. Ćwierćfinalistka J&S Cup przegrała swój pojedynek z Czeszką Lucie Hradecką 6-4, 6-7, 3-6 i odpadła. Na tym etapie zakończył rywalizację także polski debel Rosolska/Jans. W wyjątkowo słabo obsadzonym turnieju triumfowała Izraelka Anna Samshova, pokonując 6-1, 6-3 Hiszpankę Lourdes Dominzguez Lino.
Praktycznie jednym z dwóch miast, do którego przyjechały zawodniczki ze zdecydowanie najwyższej półki okazało się Stanfrod. Swoją obecnością rozgrywki uświetniła sama Kim Clijsters. W ćwierćfinale uporała się ze zwyciężczynią z Cincinnati, Wierą Zwonariewą 6-2, 3-6, 6-1. Oprócz niej tę fazę pokonały Francuzka Tatiana Golovin (pokonana Niemka Anna-Lena Groenefeld), Patty Schnyder (Amerykanka Jill Craybas) i Czeszka Nicole Vaidisova (Australijka Samantha Stosur). W półfinałach Szwajcarka trafiła na Francuzkę. Pierwsza partia okazała się bardzo zacięta, obie walczyły o każdą piłkę. Ostatecznie w rozstrzygającym tie-breaku więcej sił chowała rozstawiona z dwójką Patty i zdobyła pierwszy duży punkt. Podłamana Tatiana bez walki oddała i następną odsłonę i do finału weszła przeciwniczka. Nie mniej emocji było w drugim meczu, gdzie rywalizowały ze sobą turniejowe: jedynka i trójka. Kim i Niocole również nie zamierzały się położyć i ułatwiać rywalce zadania. W tym bardzo wyrównanym secie minimalnie lepsza okazała się jednak rodaczka zwyciężczyni Roland Garros i wygrała 7-5. Potem powtórzył się scenariusz z poprzedniego meczu. Słowianka w ogóle się załamała i ugrała zaledwie dwa gemy. W finale doszło do konfrontacji dwóch najwyżej rozstawionych zawodniczek. Clijsters była bardzo zdeterminowana do zwycięstwa, w turnieju, w którym triumfowała już trzy razy. Pierwszą partię z problemami wygrała do 4, druga z mniejszymi do sześciu, obroniła tytuł i potwierdziła aspiracje do drugiego z rzędu zwycięstwa w US Open.
Drugim miastem, w którym zameldowało się kilka zawodniczek z czołówki rankingu było San Diego. W ćwierćfinałach zameldowały się: Schnyder, Jelena Dementiewa, Anna Czakwetadze, Vaidisova, Mary Pierce, Martina Hingis, Maria Szarapowa i Clijsters. W pierwszym pojedynku o półfinał zmierzyły się Szwajcarka z Dementiewą. Mecz okazał się w miarę wyrównany. Jednak w końcówkach setów lepiej spisywała się Patty i to ona awansowała wyżej. Jej rywalką stała się Szarapowa po łatwym wyeliminowaniu Francuzki. Drugą parę stworzyły Belgijka i Czeszka, pokonując odpowiednio Hingis i Czakwetadze. Oba mecze o finał okazały się bardzo zacięte. Więcej walki można było zobaczyć w konfrontacji Rosjanki ze Szwajcarką. Obie nie odpuszczały. Przebieg meczu odzwierciedla wynik 7-5, 6-4 na korzyść Słowianki. Mniej problemów z przeciwniczką miała Clijsters. Zmęczona trzysetowym pojedynkiem z Czakwetadze Nicole nie potrafiła dotrzymać jej kroku w pierwszym secie. Zmobilizowała się za to w drugim, gdzie po tie-breaku lepsza okazała się Kim. Finał to już popis obu zawodniczek. Amerykanie nie mogli żałować dolarów wydanych na bilety. Mecz był długi, emocjonujący i bardzo, bardzo zacięty. Każdy z obecnych na korcie centralnym nie mógł nie powiedzieć, że to nie tenis z najwyższej światowej półki. 7-5, 7-5 zwyciężyła Szarapowa, dla której był to drugi triumf sezonie i dwunasty w karierze.
Pierwszym turniejem, w którym okazję do zaprezentowania się mieli panowie, były rozgrywki w Newport. Na nasze nieszczęście już w pierwszej rundzie pożegnał się z nim najwyżej sklasyfikowany polski zawodnik, Łukasz Kubot, przegrywając gładko 2-6, 2-6 z Rikiem de Voestem reprezentującym Republikę Południowej Afryki. Tam na piętro ćwierćfinału awansowali: Amerykanie Robert Kendrick, Justin Gimelstomb i Mardy Fish, Austriak Juergen Melzer, Duńczyk Krystian Pless, Australijczyk Mar Philippoussis oraz Brytyjczycy Alex Bogdanovic i Andy Murray. W pierwszym pojedynku Murray nie dał szans Kendrickowi, nie oddając mu nawet gema. W drugim aż trzech setów potrzebował Austriak, by odprawić drugiego z Anglików. Gimelstomb 6-3, 6-1 pokonał Duńczyka, a krajan Lleytona Hewetta po trudnym meczu 7-6, 6-3 wyeliminował wicemistrza olimpijskiego z Aten. W półfinałach Gimelstomb po pierwszej partii wygranej 6-1 miał dużo problemów z pokonaniem drugiego z Anglików. Set zakończył się tie-breakiem zwycięskim dla reprezentanta Stanów Zjednoczonych. W drugim meczu po pierwszym secie (również rozstrzygniętym w tie-breaku) prowadził Melzer. Niestety w następnym zatracił siły i ugrał zaledwie dwa gemy, a trzeciego oddał bez walki. W finale gospodarze się zawiedli. Ich reprezentant walczył jak mógł, ale to Philippoussis był lepszy i wygrał 6-3, 7-5.
Inni zawodnicy ze światowej czołówki zjechali się do szwedzkiej miejscowości Bastad. Tam, oprócz sklasyfikowanych w pierwszej dziesiątce Hiszpana Tommy’ego Robredo i Rosjanina Mikołaja Dawidienki pojawił się mistrz olimpijski z Aten, Chlijiczyk Nicolas Massu. Wszyscy trzej znaleźli się w ćwierćfinale. Tam odpadł gracz z Ameryki Południowej, przegrywając z Dawidienką 4-6, 3-6. Robredo rozprawił się z innym Rosjaninem, Jewgienim Korolewem 4-6, 6-3, 6-1. Ich rywalami w półfinałach okazali się odpowiednio: Argentyńczyk Agustin Calleri (poległ 3-6, 3-6) i Fin Jarkko Nieminen (przegrał 6-3, 2-6, 4-6). W finale spotkało się dwóch najwyżej rozstawionych w turnieju tenisistów. Tam, pomimo cięższych pojedynków, lepszy okazał się dwudziestoczteroletni Hiszpan, wygrywając 6-2, 6-1. Słowianin nie przejmował się tym, bo okazja do rewanżu nadarzała się w sierpniu w Sopocie w turnieju Orange Prokom Open, w którym obaj zamierzali wziąć udział.
|
|
Kolejnym przystankiem w tenisowym autobusie było szwajcarskie Gstaad. W meczach 1/8 finału Francuz Richard Gasquet pokonał niespodziewanie Argentyńczyka Gaszona Audio 6-2, 6-3, Chorwat Marin Cilić stoczył ciężki, lecz zwycięski bój z Rumunem Andreiem Pavelem 6-7, 6-3, 7-5, Niemiec Philipp Kohlschreiber z dużymi problemami uporał się z Hiszpanem Fernando Verdasco 6-3, 4-6, 6-4, a jego rodak, Feliciano Lopez uporał się 7-6, 6-3 z faworytem turnieju, Chorwatem Ivanem Ljubiciciem. Piętro wyżej dziwny pojedynek stoczyli Francuz i Niemiec. W pierwszym secie Kohlschreiber praktycznie nie grał i urwał rywalowi jednego gema. Druga partia zakończyła się identycznym rezultatem, ale w druga stronę. W trzeciej odsłonie wszystko wróciło do normy i Francuz awansował do finału. Ljubicica postanowił pomścić Cilić. Pierwszego seta wygrał po ciężkiej walce 7-6. W drugim dobrze trzymał się do stanu 5-5, bo dwa następne gemy wygrał Hiszpan. Lopez w decydującym starciu dał sobie urwać już tylko trzy gemy i w finale stanął naprzeciw Gasqueta. W czasie meczu ewidentnie było widać, kto miał wcześniej łatwiejszy mecz. To Francuz lepiej się trzymał, i to on wygrywał decydujące piłki. Dwie pierwsze partie kończyły się tie-breakami. Dały one rezultat remisowy. Lopez starał się grać jak najlepiej, ale na Gasqueta to nie wystarczało. Kolejne dwie odsłony kończyły się wynikami 6-3 dla pogromcy Kohlschreibera, który odniósł swoje trzecie zwycięstwo w cyklu ATP.
W innym lipcowym męskim turnieju, w Indianapolis w finale miało spotkać się dwóch najwyżej rozstawionych tenisistów, reprezentanci gospodarzy Andy Roddick i James Blake. W ćwierćfinałach uporali się odpowiednio z Luksemburczykiem Gillesem Mullerem (6-2, 6-3) i Nicolasem Mahut (7-6, 7-6). W mękach 1/8 finału, Blake’a czekało jeszcze więcej nerwów. Po drugiej stronie siatki stanął Belg Xavier Malisse. Pierwszego seta wygrał do trzech, drugiego przegrał do dwóch. W trzeciej Europejczyk był tak zmęczony, że oddał go bez walki do jednego. Do finału awansował także Roddick, eliminując rodaka Robby’ego Gnieprego 7-5, 6-3. W finale obaj Amerykanie stoczyli ze sobą trzy mordercze sety. Obaj z właściwą dla reprezentantów tego kraju zaciętością rywalizowali o każdą piłkę. Ostatecznie 4-6, 6-4, 7-6 lepszy okazał się rozstawiony z numerem jeden Blake.
Kolejnym miastem, na którego kortach pojawili się panowie było Los Angeles. Ogromny zawód swoim kibicom sprawili tenisiści ze Stanów Zjednoczonych. Do ćwierćfinałów doszło czterech: Andre Agassi, Paul Goldstein, Robby Gniepri i Andy Roddick, i wszyscy przegrali. Wstyd przyniósł ten ostatni, który w ogóle nie wyszedł na kort, umożliwiając grę o finał Rosjaninowi Dmitriemu Tursonowowi. Pozostali polegli w walce z odpowiednio: Chilijczykiem Fernando Gonzalezem, Niemcem Tommym Haasem i Słowakiem Dominikiem Hrbatym.
|
|
| Sharapova znów wygrywa | |
W pierwszym półfinale gracz z Ameryki Południowej zmierzył się z reprezentantem Sbornej. Na początku meczu próbował stawiac mu opór i nawet nieźle mu to wychodziło, ale mocniejszy okazał się Tursunow, wygrywając pierwszego seta do 4. W drugim poszło mu już łatwiej. Oddał rywalowi tylko 2 gemy i awansował do finału. Można rzec, że odwrotny przebieg miał pojedynek Haasa z Hrbatym. Tam Niemiec zaczął od stosunkowej łatwego triumfowi 6-2 w pierwszej partii. Dopiero w drugiej Słowak wyraźnie wziął się do roboty. Dojrzalszy okazał się jednak Tommy i to on spotkał się dzień później w ostatnim pojedynku imprezy. Spotkanie miało nieco sensacyjne otwarcie. Po zażartej walce w inauguracyjnej odsłonie triumfował Dima Tursunow, pokonując rywala 6-4. Podrażniło to ambicję Niemca. W drugiej partii nie odstępował Słowianina o krok, żeby w ostatniej chwili przełamać jego serwis i rozstrzygnąć partię 7-5 na swoja korzyść. W ostatnim secie również obaj szli łeb w łeb. Remis utrzymał się do stanu 4-3 dla Haasa, kiedy to rodak Borysa Beckera wygrał gema przy podaniu rywala. Potem wykorzystał własną zagrywkę i zszedł z kortu w roli zwycięzcy.
Tenisiści pozostali w Stanach Zjednoczonych. Zamienili tylko Los Angeles na stolicę państwa, Waszyngton. Tam niestety, znowu gospodarzy zawiódł Roddick, wycofując się z turnieju. Na szczebel ćwierćfinałowy doszedł zaledwie jeden zawodnik z „Ameryki”, wicemistrz olimpijski z Aten Mardy Fish. Tam nie sprostał jednak rewelacyjnemu Brytyjczykowi Andy’emu Murrayowi. Zawiódł za to rodak Murraya, Tim Henman. On poległ z niespodziewanym finalistą z Los Angeles - Dmitrim Tursunowem. Oprócz tego z bardzo długich i ciężkich pojedynków zwycięsko wyszli Francuz Arnaud Clement (7-6, 6-4 [!!] z Lleytonem Hewettem) i Rosjanin Marat Safin (7-6 7-6 [!!] z reprezentantem RPA Wesleyem Moodiem). Historia lubi się powtarzać. W przypadku byłej pierwszej rakiety Rosji stało się tak, ale w druga stronę. W ćwierćfinale wygrał dwoma tie-breakami, w półfinale dwoma tie-breakami przegrał z Clementem. Łatwiejszą przeprawę miał Murray, eliminując Tursunowa. Pierwszego seta Brytyjczyk wygrał bez problemów 6-2. Rosjanin przebudził się w drugim, ale było już za późno i Andy zwyciężył 7-5. Finał to już popis Francuza. Wytrzymał psychicznie pierwszą partię, rozstrzygając ją w tie-breaku, a drugą zdominowując. Wynik 7-6, 6-2 mówi za siebie.
Miesiąc ten miał także polski akcent. Paru zawodników światowej klasy przybyło po punkty rankingu ATP do Sopotu, by wziąć udział w turnieju Orange Prkokm Open. Do głównych faworytów zaliczali się finaliści z Bastad - Nikołaj Dawidienko i Tommy Robredo. Z bardziej znanych nazwiskach na sopockich kortach można było zobaczyć także Guillermo Corię i Gastona Gaudio. My liczyliśmy na Łukasza Kubota, Grzegorza Panfila i Michała Przysiężnego oraz na nasz eksportowy debel Mariusz Fyrstenberg/Marcin Matkowski. Z polskich reprezentantów najdalej doszedł halowy mistrz Polski, przegrywając w ćwierćfinale 4-6, 2-6 z Argentyńczykiem Agustinem Callerim. Oprócz gracza z Ameryki Południowej do półfinałów awansowali: Niemiec Florin Mayer (pokonany: Argentyńczyk Juan Ignacio Chela) Włoch Filippo Volandri (Austriak Oliver Marach) i Dawidienko (Argentyńczyk Carlos Berlocq). Pierwszy półfinał praktycznie nia miał historii. Zawodnik z Italii tylko okresami dotrzymywał kroku Słowianinowi i zasłużenie przegrał walkę o finał. W drugim pojedynku o wejście na szczyt zeszłoroczny finalista Florian Mayer równie łatwo rozprawił się z Callerim. Pierwszą partię rozstrzygnął na swoją korzyść 6-2. W drugiej przy stanie 4-3 dla Niemca, Argentyńczyk zrezygnował z dalszej gry z powodu kontuzji. W finale Mayer był zdeterminowany, by poprawić wynik sprzed roku i wygrać imprezę. Zadanie przed sobą miał niełatwe, bo Rosjanin także miał ochotę na przewidziane dla triumfatora 59200 euro. Bez żadnych dyskusji należy stwierdzić, że widzowie obejrzeli najlepszy mecz turnieju. Długie wymiany, nieustępliwość i walka o każdą piłką to jest to, co widzowie lubią najbardziej. Tamtej niedzieli obejrzeli oni trzy długie, zacięte sety. 7-6 dla Dawidienki tylko zmotywowało Mayera do wygrania drugiej partii 7-5. W końcowej fazie trzeciej odsłony Niemcowi zabrakło jednak koncentracji, pozwolił przełamać swoje podanie i przegrał tego seta 4-6. Nikołaj Dawidienko stał się za to szóstym zwycięzcą Orange Prokom Open po Tommym Robredo, Jose Acasuso, Guillermo Corii, Rafaelu Nadalu i Gaelu Monfilsie. W grze deblowej wygrała czeska para Frantisek Cermak/Leos Friedl, pokonując Martina Garcię i Sebastiana Prieto 6:3, 7:5. W półfinale odpadli Michał Przysiężny i Grzegorz Panfil.
Jak zostało to wspomniane we wstępie, większość klasowych zawodników i zawodniczek po ciężkiej pierwszej połowie sezonu, udała się na zasłużone wakacje. Między innymi dlatego na kortach nie pojawili się np. Amelie Mauresmo i Justin Henin-Hardenne lub Roger Federer i Rafael Nadal. Miejmy nadzieję, że w sierpniu to się zmieni. W końcu na horyzoncie już widać US Open.
Autor: Łukasz Koszewski
Skomentuj
na forum >>
| |