|
Sporty motorowe
Drużynowy PŚ: A miało być tak pięknie...
Mistrzostwa Świata w piłce nożnej już za nami. Niestety nasza reprezentacja nie spełniła pokładanych w niej nadzieji. Cóż, może za cztery lata. Kiedy zgasły jupitery na piłkarskiej murawie, oczy kibiców, a przynajmniej części, zwróciły się na jasno oświetlone stadiony żużlowe, gdzie rozpoczynał się Drużynowy Puchar Świata. Nasza reprezentacja przystąpiła do obrony tytułu sprzed roku. Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle...
Pierwszy błąd - skład. Tuż przed Drużynowym Pucharem Świata dyskutowano na ten temat dość ostro. Spekulowano, kto pojedzie i kiedy pojedzie. Trener Chomski zmodyfikował nieco mistrzowski skład sprzed roku. Podziękował m.in. Rune Holcie, bo stwierdził, że nie chce takiego Polaka w składzie. Norwegowi było przykro, ale cóż mógł zrobić. Trener ma zawsze rację, a jak nie ma racji patrz punkt pierwszy. Może nie zasłużył. Drugim zawodnikiem, który nie założył plastronu „z Orłem na piersi”, był Grzegorz Walasek. Kolejna niezrozumiała decyzja, bo Grzesiek ma formę i mógł pojechać. Ze składu mistrzów pozostało tylko trzech zawodników: Hampel, Gollob i Protasiewicz. Dwa solidne filary reprezentacji i waleczny, młody Jarek. Po dodaniu do nich „powiewu świeżości” w postaci Ułamka i Jagusia miał wyjść pewny awans do finału... Co pojawiło się po znaku równości w tym równaniu wszyscy dobrze wiemy...
Drugi błąd - ustawienie. Protasiewicz z jedynką, przy całym moim sentymencie do tego zawodnika, to pomyłka. Pokazał to ostatni bieg turnieju półfinałowego. Protasiewicz zawiódł w decydującym momencie i zabrakło kilka oczek do bezpośredniego awansu. A może trzeba było wstawić tam kapitana Golloba?
Trzeci błąd - taktyka. W Drużynowym Pucharze Świata funkcjonuje tzw. joker. Zawodnik z taką kartą przy nazwisku ma punkty liczone razy dwa i może wystartować wtedy, kiedy drużyna traci sześć punktów do drużyny prowadzącej. Skuteczność jokera zależy w dużej mierze od momentu, w którym zostanie on wystawiony. Nasi trenerzy długo zwlekali z wyciągnięciem tego asa z rękawa. Niektóre dobre momenty do wystawienia jokera nasz sztab trenerski po prostu przespał. Żużlowcy, którzy w końcu się zmobilizowali, zaczęli odrabiać straty i zmniejszać przewagę przeciwników. Odbierało nam to szansę na wystawienie jokera i wzmocnienie naszej pozycji. Miałam okazję oglądać transmisję z zawodów w Rybniku na Canale Plus. W pewnym momencie redaktor prowadzący wraz z gości zaczął się zastanawiać czy nie lepiej byłoby się „podłożyć” i zwiększyć przewagę przeciwnika po to, aby móc skorzystać z jokera.(sic!) Trzy podstawowe błędy i bezpośredni awans do finału odfrunął. Nie winię tutaj tylko trenera, bo zawodnicy też trochę zawiedli, przesypiając część zawodów i budząc się w końcówce, kiedy było ciut, ciut za późno. Ale nic to. Przecież nie odpadliśmy jeszcze z turnieju. Czekał nas baraż w Reading.
|
|
W trakcie przerwy między zawodami okazało się, że odpadł nam kolejny zawodnik z mistrzowskiego składu. Piotr „PePe” Protasiewicz zaliczył upadek w lidze szwedzkiej. Skończyło się na ostrym stłuczeniu. Nasza reprezentacja została bez jednego ze swoich solidnych filarów. Lukę w kadrze uzupełnił Krzysztof Kasprzak. Kibice, w tym i ja, otworzyli szeroko oczy i spojrzeli na trenera Chomskiego. Czy ten pan na pewno wie, co robi? Kasprzak przecież był po kontuzji i jeszcze nie do końca doszedł do formy. Czy nie lepszy byłby Janusz Kołodziej, nomen omen, mistrz Polski? Trener Chomski chyba usłyszał te pytania, bo zamiast słabo dysponowanego Wiesława Jagusia wstawił Kołodzieja. Ten skład miał powalczyć o awans w turnieju barażowym. Droga wydawała się ciężka i mozolna, bo rywale do pokonania bardzo trudni. W Reading spotkaliśmy się z Brytyjczykami, Duńczykami i Amerykanami. I znów pojawiły się błędy...
Pierwszy błąd, podobnie jak wcześniej, to skład. Krzysztof Kasprzak zawiódł na całej linii. Na tor wyjechał dwa razy i przywiózł dwie „śliwki”, czyli dwa zera. Janusz Kołodziej, który miał zastąpić słabego Wiesława Jagusia, przywiózł jeszcze mniej punktów niż ten, którego zastępował, w turnieju półfinałowym. Dwa kadrowe niewypały. Drugi błąd - po raz kolejny - taktyka. Myślałam, że błędy z wystawianiem jokera z Rybnika czegoś nas nauczyły. Myliłam się. Trenerzy po raz kolejny nie umieli wstawić w odpowiednie miejsce tego asa. Znów długo zwlekali z decyzją. Zwlekali, aż w końcu okazało się, że jest za późno.
Trzeci błąd, brak odpowiedniego przygotowania i umów. Od początku było wiadomo, że niektórzy z naszych zawodników nie jeżdżą już w Anglii i tamtejsze tory mogą im sprawiać problemy. Dlaczego nie zostały zorganizowane tzw. test mecze z innymi reprezentacjami, które pozwoliłyby lepiej poznać specyfikę brytyjskich torów? Nie zaszkodziłyby, ale mogłyby pomóc. Pomóc mogłyby też odpowiednio podpisane umowy z zawodnikami. Gdyby Protasiewicz nie miał upadku w lidze szweckiej prawdopodobnie wsparłby drużynę w barażu. Pojechał jednak na mecz i stało się, co się stało. Dlaczego pojechał? Bo nie miał napisane w kontrakcie, że ma zrezygnować z meczy rozgrywanych bezpośrednio przed pucharem.
Czwarty błąd - brak atmosfery i silnej motywacji w drużynie. Nie wiem, być może odniosłam mylne wrażenie. Może jednak ta atmosfera była, tylko nie została pokazana w odpowiedni sposób. Zawodnicy wprawdzie mówili, że chcą walczyć, że będą walczyć i zrobią wszystko żeby awansować i obronić tytuł, ale jakoś tak bez przekonania. Nie wiem czyja to wina? Może trenera, bo nie umiał ich odpowiednio zmotywować i zagrzać do walki? To nie była ta sama drużyna, co rok temu. Tamta sprawiała wrażenie silnie zmotywowanej i gotowej do tego, żeby zostać mistrzem. W ich jeździe była jakaś radość. Ta, w moim mniemaniu, jechała, bo musiała. Przynajmniej niektórzy zawodnicy sprawiali takie wrażenie.
Nie obroniliśmy tytułu Drużynowych Mistrzów Świata na żużlu. Błędy trenerów, błędy zawodników i tysiące rozczarowanych kibiców. A miało być tak pięknie... Przecież to my mogliśmy stać na miejscu Danii z pucharem Ove Fundina w rękach i cieszyć się tak jak we Wrocławiu. Za rok będzie lepiej?
Autor: Anna Matuszczyk
Skomentuj
na forum >>
| |