strona: 33        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


Koszykówka

Zza ligowej piłki


Witam w pierwszej na łamach @-Sportu odsłonie „Zza ligowej piłki”. Felietony pod tytm tytułem się ukazujące może ktoś kojarzyć z dawnego AM Sport. Taka osoba ma rację, gdyż stanowiły one jedną z części dawnego „Nad Obręczą”. Postanowiłem jednak rozbić ten miesięczny zestawik na dwa, podzielone kategorycznie. Jak łatwo się domyślić ta część dotyczyć będzie naszej ligi. Dzisiaj zajmiemy się dwoma zagadnieniami: poziomem polskiej ligi i kadry. Jedno łączy się z drugim, toteż nie sposób było rozdzielać obydwu tematów. Zapraszam do czytania!

Polska liga ma to do siebie, że jej poziom nie jest zbyt równy. Są zespoły, które znacznie odstają od poziomu, jaki powinny prezentować, jak biedna Noteć, która zakończyła sezon bez zwycięstwa. Są też zespoły, które robią to w pozytywnym sensie, czyli sięgają wyżyn niedostępnych dla reszty. Zespoły jak Anwil i Prokom regularnie rozdają między sobą dwa pierwsze miejsca. Czasem tylko udaje się komuś zepchnąć włocławski zespół ciut niżej, ale są to sporadyczne przypadki. Nic tylko obstawiać mistrza przed sezonem w zakładach bukmacherskich i zgarnąć odpowiednio dużą kwotę. Czy jednak jest to dobre zjawisko? Patrząc przez pryzmat innych lig, które powinny być dla nas wzorem oczywistym okazuje się, że nie. W każdej lidze są drużyny słabsze, i lepsze i dotyczy to każdej dyscypliny sportu, lecz nie można dopuścić do sytuacji, w której zespoły różnią się między sobą tak znacznie! To już nie jest deklasowanie rywali, tylko prawdziwa masakra. Kiedy Prokom pokonuje w trakcie sezonu rezerwowym składem Noteć ponad siedemdziesięcioma punktami należy zastanowić się, czy coś jest nie tak, bo do naprawy pod tym względem mamy naprawdę sporo. Dlatego informację o tym, że budżet Prokomu zostaje na następny sezon zwiększony trzykrotnie przyjąłem z niesmakiem. Nie chodzi tylko o to, że jestem z Włocławka i taka decyzja sponsorów sprawia, że perspektywa kolejnego tytułu dla Anwilu oddala się o lat kilka. Nie chodzi o zawiść, tylko o ligę. Ja rozumiem, że włodarze chcą mieć zespół na europejskim poziomie (no i nie ma co się oszukiwać, mają), ale to nie zmienia faktu, że od tej pory dominacja sopockiego teamu będzie jeszcze wyraźniejsza, co odbije się niekorzystnie na prestiżu całej ligi, jak i nastawieniu pozostałych zespołów. Skoro z góry skazani są na walkę o najwyżej drugie miejsce… Ktoś powie, że pieniądze to nie wszystko. W przypadku naszej ligi nie ma racji. Tu wszystko sprowadza się właśnie do budżetu. Nie mamy szkoleniowców, którzy z przeciętniaków potrafią wyciągnąć wszystko, co się da i osiągnąć sukces (Urlep jest wyjątkiem), dlatego wyniki zespołu dadzą się w prosty sposób obliczyć i przeważnie sprowadzają się do równania więcej kasy = lepsza gra. Dlatego budżet Prokomu sprawi, że będą jeszcze bardziej odstawać od innych. Pozostali nie są w stanie wystawić takich pieniędzy na wsparcie zespołów, które na dodatek z powodu kiepskich szkoleniowców mogą się nie zwrócić. Ba! Na pewno się nie zwrócą! Owszem, jak już stwierdziłem są przypadki gdy zespół z małym budżetem jednak coś osiąga, ale są to sporadyczne sytuacje, które w polskiej rzeczywistości zdarzają się z jeszcze mniejszą częstotliwością. Tak więc reszta stawki z średnim budżetem może się bić o pozostałe dwa miejsca na pudle, stado przeciętniaków o play off, zaś odpady ligowe o to, by przetrwać. Jest to problem, któremu nie można w łatwy sposób zaradzić. Różnice w pieniądzach są praktycznie nie do przeskoczenia. Wymagałyby albo ogólnoligowego sponsora, który fundowałby wszystkim, albo nagłych chęci do większych dotacji ze strony dotychczasowych. Cóż, wygląda na to, że nasza liga nie ma przed sobą świetlanej przyszłości.



Sukcesy drużyny narodowej w dużej mierze decydują o popularności sportu wśród osób na co dzień nim nie zainteresowanych. Wiadomo, że w każdym człowieku dusza się raduje, kiedy kadra triumfuje. Dotyczy to także Polaków. I o ile pozycja piłki nożnej jest na tyle ugruntowana, że nasz zespół mógłby sięgnąć dna, a i tak miałby rzesze wiernych sympatyków, to inne sporty muszą walczyć, aby przyciągnąć kibiców, chociażby tych niedzielnych, którzy od czasu do czasu lubią sobie popatrzeć na jakiś meczyk w telewizji, czy też na żywo, w hali. Sukces znacznie to ułatwia. Wystarczy wspomnieć Adama Małysza, który dzięki swoim zwycięstwom rozsławił przedtem absolutnie niszowe skoki narciarskie wśród Polaków. Tu właśnie swojej szansy upatrywać muszą koszykarze. Do zyskania kolejnych kibiców brakuje im czysto „parkietowego” sukcesu, ugruntowania swojej pozycji. Nie będę rozpisywał się tutaj o umowach sponsorskich, układach z telewizją, zabieganiem o kibica, bo to temat na osobny artykuł. Chcę skupić się po prostu na zespole narodowym. W świetle tego, co napisałem powyżej potrzebujemy osiągnięć, których polskiej koszykówce brakuje od lat. Poza ostatnimi występami Prokomu w Eurolidze, które są jedynym sukcesem na arenie europejskiej nie mamy się czym chwalić. W porównaniu z innymi państwami jesteśmy mizerniakami. Dlatego z radością powitałem fakt, że Andrzej Urlep został trenerem reprezentacji. Poprzez te wszystkie lata spędzone w Polsce coach ten wyrobił sobie znakomitą opinię, popartą oczywiście licznymi mistrzostwami, czy to tymi ze Śląskiem, czy też jednym tytułem z Włocławkiem. Ostatnimi laty nie udało mu się sięgnąć po te trofeum, ale nie wypadał z czołówki i co najważniejsze- jego „mit” nie upadł. Urlep nadal uważany jest, i nie bezpodstawnie, za cudotwórcę, który czego się nie dotknie zamieni w złoto. Czytaj: kogo mu się do trenowania nie da, wyciśnie z niego maksimum umiejętności. To pierwsza cecha, która sprawia, że idealnie nadaje się na trenera reprezentacji.

Drugim powodem jest bez wątpienia respekt, jaki budzi. Szacunek graczy wobec Andrzeja Urlepa jest ogromny. Dość powiedzieć, że w ubiegłym sezonie jednym z powodów, dla których Michał Nigerski zamienił Wrocław na Włocławek była możliwość trenowania pod okiem tego trenera. Renoma jest więc niezwykle duża i stanowi dodatkową motywację dla graczy. Miejmy nadzieję, że gra w barwach narodowych nareszcie stanie się dla zawodników zaszczytem, a nie przykrym obowiązkiem, który należy odbębnić, jak to się dzieje ostatnio z kadrą amerykańską. Urlep powinien zapewnić sukces na tym polu. Ba! Już zapewnił, bo w końcu kto zapewnił powrót do zespołu Wójcika? W końcu najważniejszy powód: Urlep jest po prostu świetnym trenerem, który co prawda ostatnio popadał w schematy, ale nie spadł poniżej pewnego poziomu. Mając pod sobą najlepszych polskich graczy powinien stworzyć zespół, który osiągnie cel sobie postawiony - czyli awans do mistrzostw Europy. Czego sobie i im życzymy. Nawiązując jeszcze do wstępu, na koniec napiszę, że takowy awans i ewentualne wywalczenie czegoś już w samych finałach jest nam obecnie bardzo potrzebne. Nam, pasjonatom koszykówki. Jak wiadomo kondycja tego sportu zależy przede wszystkim od sponsorów, a ci nie robią nic pro publico bono, uzależniając kontrakty od popularności zespołu/dyscypliny jako całości. Czyli wszystko sprowadza się do prostego równania, które jest uzależnione od tego, do jak wielkiej liczby publiczności uda się dotrzeć. A nic tak nie przyciąga jak sukces. Być może dzięki kadrze uda się w końcu dojść do sytuacji, w której to sponsorzy sami będą zabiegać o możliwość współpracy z ligą, a nie na odwrót, co czasami dochodzi już do stanów paranoidalnych.

To wszystko na dziś. Do przeczytania za miesiąc!


Autor: Artur "ZoltaR" Jabłoński

Skomentuj na forum >>



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis trePci | następna >>