Przejdź do spisu treści...

SHORTY

Gwizdon ::: Maszyny von Neumanna

   Dobrze to pamiętam. Wszyscy siedzieli zgromadzeni w sali wykładowej, wpatrzeni z zaciekawieniem w ogromną powierzchnię ciekłokrystalicznego ekranu.
- A teraz przejdziemy do najważniejszego punktu naszego wykładu - głos profesora zagrzmiał w najdalszych kontach sali, - Czy wiecie państwo co to jest? - wsadził niewielką ampułkę do stojącego na biurku mikroskopu. Na ekranie pojawiła się czarna bryłka.
- To węgiel! - krzyknął ktoś obok mnie. Kolejny studencik chcący wykazać się wiedzą.
- Tak - potwierdził profesor, - W swojej najpopularniejszej postaci. A teraz proszę spojrzeć - do mikroskopu wprowadził drugą ampułkę, zaraz obok pierwszej. Postukał palcami na klawiaturze. Bryłka węgla znikła z ekranu, jej miejsce zastąpiło dziwne urządzenie podobne do komara. Profesor jeszcze przez chwilę sprawdzał ostrość obrazu.
- To co teraz widzicie, to nanourządzenie, którego budowa jest oparta na węglu. Nazywa się roboczo GOV-43. Jest to pierwszy na świecie przykład sprawnie działającej maszyny von Neumanna. Dla tych co nie odrobili pracy domowej - przez salę przeszedł lekki szmer chichotu z kiepskiego raczej dowcipu, - przypominam ogólną zasadę na podstawie przykładu - gdy mamy do zagospodarowania niewyobrażalnie duży teren i potrzebujemy do tego miliona maszyn, to wyprodukowanie ich zajmie nam niewyobrażalną ilość czasu, nawet jeśli produkcja jednej maszyny trwa tydzień. Dla uproszczenia zakładamy, iż można wyprodukować jedną maszynę naraz w jednej fabryce. Dlatego bardziej opłaca się sprowadzić na teren maszynę zdolną do reprodukcji. Jak wirus, maszyny będą się powiela w tempie geometrycznym i osiągną liczbę miliona w znacznie krótszym czasie niż przy zwyczajnej produkcji. Teraz proszę spojrzeć na ekran, jak to się ma do rzeczywistości - na ekranie ponownie pojawiła się bryłka węgla. Przez moment nic się nie działo. Nagle, na powierzchni węgla pojawiła się ruchoma, czarna plama, jakby w jakiś niepojęty sposób zawrzała powierzchnia bryłki. Plama rozszerzała się, aż objęła całą powierzchnię grudki, poczym rozpadła się na mniejsze krążące po całej danej im powierzchni.
- To co zaobserwowaliście - rzekł profesor wyrywając publiczność z otępienia niezrozumiałym widowiskiem, - to proces przetworzenia bryłki węgla na nanomaszyny, podobne do tej, jaką pokazałem na początku. Proszę państwa - ogłaszam, że zbudowaliśmy maszyny von Neumanna!
Rozległy się zasłużone brawa. Profesor usiłował skłonić się jak kamerdyner przed swoim panem, lecz niechcący trącił zegarkiem wystający z mikroskopu fragment szklanej ampułki. Z początku wydawało się, iż to nieznaczne przeoczenie. Drobny wypadek w cieniu wielkiego odkrycia. Lecz po niecałej minucie, rękę profesora ogarnęła czarna chmara przesuwająca się w kierunku reszty ciała.
Ludzie zaczęli biec w stronę wyjścia. Ktoś krzyczał, ktoś próbował skoczyć przez okno. Tego etapu nie specjalnie pamiętam, tak jak ewakuacji prowadzonej przez rząd.
Jestem już stary, takie dziury w pamięci zdarzają się moim wieku. Czasem jednak próbuję ją odświeżyć. Sięgam wtedy po teleskop i spoglądam z mojego księżycowego domu na ziemię spowitą na zawsze czarnymi chmurami.

Gwizdon [ odyniecandpuzon@tlen.pl ]

Vyzzya ::: Wygnanie

   Widziałam wdzierające się na jej twarz zmęczenie. Ogarniało ją całą, fragment po fragmencie. Najpierw, nie wiedzieć czemu, zajęło miejsce nosa, który powoli tracił zdolność chwytania powietrza. Potem wypłynęło na czoło i stamtąd, przesunąwszy się w dół skroni, zaatakowało oczy. Nie zdawałam sobie sprawy, że rozmowa może być aż takim ciężarem.
Zadawał jej pytania. Nie wiem, o co właściwie chodziło. Zaszyli się w rogu kawiarni. A ja patrzyłam na nich w przerwach między słowami. Nie pamiętam, z kim wtedy byłam. Bardzo prawdopodobne, że siedziałam tam całkowicie sama, wypowiadając w myślach słowa do samej siebie. Nie ważne. Jedyne co pamiętam to ta para, kobieta i mężczyzna, oboje koło trzydziestki, oboje nadzy, oboje zanurzeni w intymnej samotności publicznego miejsca. Grali spektakl?

"Spiskowiec" to szczególny typ słowa, wywołujący pojawienie się w głowie dźwięku pośredniego między szelestem a piskiem opon. "Spiskowiec" wdziera się na tapet umysłu w najmniej odpowiednim momencie, a potem niby piórko łechcze sumienie, wymuszając tym bolesny śmiech.
Spiskowcy przemknęli przez moją głowę. Ich twarze i obnażone ciała miałam przed sobą. Spiskowcy? A jeśli tak, to przeciwko komu spiskują? Czy przeciwko Bogu? Kara śmierci. Może przeciwko sobie? Kara śmierci. A może przeciwko mnie? KARA ŚMIERCI.

Jabłko zostało zjedzone. Zrozumiałam gniew Nieba i ciężar pierwszej rozmowy. Ciężar pierwszej rozmowy. Ciężar ziemi, który staje człowiekowi w gardle, kiedy pierwszy raz próbuje przełknąć powietrze - gorzkie i brudne.

I tak pogrążona w zadumie usłyszałam pierwsze padające ze sceny słowa. Mężczyzna mówił do kobiety:
- Idź po wodę, musimy obmyć nasze dłonie.

Grano spektakl.

Vyzzya [ marikawata@yahoo.com ]

Liftangel ::: Nasze akwarium

   - Wiesz że życie jest jak akwarium? - zapytała cicho lecz z nieukrywanym zainteresowaniem Anna siedzącego naprzeciwko niej młodego chłopaka, który przeglądał znudzony jakieś babskie czasopismo. Na niskiej ławie ze szklanym blatem stały dwie filiżanki gorącego czekoladowego capucino. Oboje je uwielbiali.
- Jak akwarium? - zdziwił się. Odłożył na bok gazetę i zmrużył oczy. Lubił z nią dyskutować, a jeszcze bardziej lubił słuchać jej słów, dlatego skupił teraz całą uwagę na rozmowie. Anna skuliła się na fotelu i dalej ciągnęła swoje przemyślenia.
- Tak, właśnie akwarium. - zmrużyła oczy i cicho westchnęła - Wyobraź sobie że jesteś rybką...
- Złota rybką? - przerwał jej z uśmiechem, próbując ją zdekoncentrować
- Och, nie śmiej się ze mnie - zmarszczyła groźnie nos i pogroziła mu palcem. Wiedziała dobrze, że nie było to złośliwe, więc jej gniew był tylko udawany. - Posłuchaj...
Pokój wypełniła cisza, przerywana tylko równomiernymi oddechami i tykaniem zegara.
On siedział cicho, wpatrując się w jej usta, jakby próbując z nich wyczytać coś między wersami... Słuchał jej z uwagą do samego końca, nie odzywając się ani słowem.
- Więc jesteś rybką, piękną i kolorową... Gdy byłeś mały włożyli Cię do akwarium, które stało się Twoim domem, jedynym jaki kiedykolwiek miałeś. Masz tam kamienie i roślinki, które tworzą Twój świat. Ludzie Cię karmią, zmieniają wodę, sprawdzają temperaturę... Czasem siadają wieczorami przed akwarium i patrzą na Ciebie, obserwując godzinami, jak pływasz, jesz czy próbujesz coś powiedzieć tym swoim na pól otwartym śmiesznym pyszczkiem. Ruszasz nim i ruszasz, lecz Cię nie słyszą... Nie wiedza, że jesteś taki samotny... Wciąż rozbawieni siedzą i patrzą, co wieczór regularnie się gromadzą i gapią się jak w telewizor. I tak przez tydzień, dwa. Później robią to coraz rzadziej. Nagle ktoś zapomina Cię nakarmić, wymienić wodę. Wyjeżdżają na wakacje a Ty zostajesz sam... Nikogo nie obchodzi, że możesz zachorować, ze jest Ci za zimo czy jesteś głodny. Oni mają swój świat, świat, który Ty nazywasz "Życiem". Bo Ty tylko egzystujesz, trwasz. Spędzając samotnie wiele dni masz czas by pomyśleć nad sobą. Jednak te refleksje są niezbyt miłe. Nie masz nikogo, żyjąc samotnie w akwarium, które znasz od podstaw. Które jest jedyną rzeczą którą masz, lecz także i je mogą Ci odebrać. Nie znasz innego świata, trzymany jak w klatce. Nie znasz nic innego, tylko to co możesz ujrzeć przez szybę swojego więzienia, a zarazem domu. Kiedyś przypadkiem zobaczyłeś w telewizorze program o rybach w oceanie, takich wolnych i swobodnych. Mogły robić co chciały, miały wolna wolę, jakiś wybór, kilka możliwości. Ty nie masz nic. Jesteś poddany woli innych, jesteś ograniczony. I w tej chwili czujesz to przeraźliwie mocno. Zaczynasz mieć tego dosyć, brak Ci już ochoty do życia, w którym pływasz tylko wzdłuż ścianek, chcesz się z tego wydostać, chociaż nie wiesz co Cię czeka. I zaryzykujesz...
Ania zamilkła na chwilę i sięgnęła po filiżankę z przestudzonym już napojem. Upiła kilka łyków i otarła usta z pysznej pianki. Na jej twarzy już nie malował się uśmiech, była podekscytowana lecz też bardzo zasmucona. W jej oczach było widać to wyraźnie...
- Rozpędzasz się i wyskakujesz z akwarium. Bierzesz głęboki wdech napotykając po raz pierwszy powietrze. Masz dwie możliwości. Pierwsza to ta lepsza - wpadasz do ogromnego akwarium z innymi rybkami. Początkowo jesteś zdezorientowany, lecz gdy widzisz co się stało - uśmiechasz się. Masz okazję poznać nowy świat, masz towarzyszy. Pośród gąszczu roślin znajdujesz swoje miejsce, znajdujesz przyjaciół, którzy Cię akceptują i chcą, byś został. Opowiadają Ci o sobie, o tym, co znają. Wymieniacie się spostrzeżeniami. I teraz wiesz, że warto było... Druga możliwość - to ta z pozoru gorsza. Wyskakujesz i upadasz na podłogę. Boleśnie odczuwasz ten upadek, zderzenie z zimna i twardą rzeczywistością. Leżysz tak sam, cierpiąc bez wody i pokarmu, niezdarnie próbujesz się przesunąć w kierunku akwarium, rzucając się i klapiąc ogonkiem. Lecz nie masz tyle sił, by wrócić do swojego więzienia. Teraz już sam nie wiesz czy na prawdę chcesz wracać... Nie żałujesz, bo zaryzykowałeś. Podjąłeś jakąś decyzję - sam. Umierasz. Po powrocie ludzie patrzą do akwarium, lecz Ciebie tam nie ma. W końcu ktoś zauważa zaschniętą rybkę na podłodze. Podnosi ją i wyrzuca. Jutro kupią sobie nową, która zajmie Twoje miejsce.
Po policzku Anny popłynęła łza. Podniosła oczy i spojrzała na swojego chłopaka, który teraz siedział pochylony z głową wspartą na dłoniach. Jego oczy też błyszczały. Wzruszył się.
- To jest jak z ludźmi, dokładnie tak samo... - szepnęła zasmucona i zerwała się z fotela by się do niego jak najszybciej przytulić...

03.08.2006 r

Liftangel [ liftangel@wp.pl ]

Dawid Morajko ::: Gracz

   - Rzuć kością - odezwał się Mistrz Gry - i się okaże na ile twoja opowieść jest prawdziwa - uśmiechnął się drwiąco - to będzie cholernie trudny test. Gracz podniósł kość i rzucił. Sześcianik toczył się po stole. Zawirował i zatrzymał w miejscu. Bajarz podniósł się żeby lepiej widzieć. Na kości widniała jedna kropka.
- Więc udało mi się - roześmiał się gracz. Z kości wynurzyła się ciemna kula, powiększała się z każdą chwilą, wirowała, rosła dopóki nie powiększyła się do rozmiarów gracza, po czym, zaczęła się przesuwać w jego stronę.
- Co się dzieje? - Zapytał przerażony. Świece zamigotały i zgasły, nastała ciemność. Gracz poczuł jakby przeszedł przez taflę wody. Siedział w ciemnym zakurzonym pokoiku, wyjrzał przez okno, szczyty rozpadających się budynków sugerowały, że siedzi teraz na poddaszu. Z poza drzwi, które znajdowały się za nim dobiegł odgłosy wskazujące na to, że ktoś wspina się po schodach. Gracz nie wiedział dlaczego ale wydawało mu się, że jest to czwórka dobrze zbudowanych goryli. Omiótł pokój spojrzeniem. Ale poza krzesłem na którym siedział w pokoju stała jeszcze szafa, łóżko, okno i tobołek który jak uważał należał do niego. Rzucił się szybko do tobołka nieświadom co robi chwycił za berette, drugą wyciągnął z kabury i wycelował obie prosto w drzwi, z których złaziła czarna farba. Kroki z zewnątrz ucichły. Ale Gracz czół ich zapach wypływający ze szpary miedzy drzwiami a framugą jak jakiś gaz, nagle drzwi wyleciały z zawiasów i przeleciały przez całą długość pomieszczenia gdzie spotkały się z oknem, z którego wyleciały szyby, Gracz szybko pociągnął za spust, teraz wszystko zdawało trwać godzinami, akcja tak zwolniła. Kula ugodziła jednego z oprychów prosto między oczy.
- Mamy cię Negry - imię to wydało się dla Gracza dziwnie znajome. Szybko skoczył w bok i jeszcze raz wypalił. Kula przeleciała zaledwie o kilka milimetrów napastnika który jakimś cudem zdołał się usunąć. Teraz to on mierzył w Negra z obrzyna. Wystrzał, ból, upadek. Dostał w nogę, przeturlał się po brudnej podłodze gdy napastnik przeładowywał broń, Drugi wypalił, chybił zaledwie kilka centymetrów od głowy Negra sprawiając, że z krzesła pozostały tylko wióry. Trzeci trafił. Kolejna porcja bólu, tym razem to ramie dostało, ale tylko lekko, podniósł obie ręce mierząc z każdej berety w innego napastnika, strzał, krzyk, upadek. Został tylko on i opryszek, sam na sam, w oczach napastnika dostrzegał śmierć, huk, ból ciemność. Łzy bólu napłynęły do oczu tak że już nic nie widział. Gdy zdołał pozbyć się mgiełki sprzed oczu nie widział już nikogo oprócz trzech trupów w pomieszczeniu. Przed oczami zaczęły pojawiać się ciemne plamki. Coraz bardziej oddalał się od pomieszczenia aż nastała ciemność, i znów ta tafla lodowatej wody, otwiera oczy i słyszy głos przyjaciela.
- Słysząc strzały w pokoju Negra zrywam się z krzesła barowego wyciągam broń, biegnę przez bar, wyważam drzwi kopniakiem które prowadzą do jego pokoju i biegnę na górę. - Szybko wypowiada przyjaciel gracza.
- Rzuć kością Wynu, rzuć kością, a zobaczymy czy nie złamałeś nogi na drzwiach - Mistrz gry zaśmiewa się chłodnym śmiechem.

Dawid Morajko [ dawid.roswell@gmail.com ]

Ulfhedhinn ::: Kroniki Pechowego Mariusza

   OD AUTORA: Krótkie opowiadanko o przygodach pewnego mało rozgarniętego i dość pechowego maga. Rzecz dzieje się w świecie Imperium znanym częściowo z Warhammera FRPG. Radziłbym traktować to jako luźną formę napisaną dla zabicia czasu. Być może niektórym się spodoba.


"I gdzie ten koniec świata?! Gdzie zapowiadana pożoga, zniszczenie, śmierć?! Zapomniały przyjechać?! Portal się nie otworzył, albo był za ciasny?! Niech grom pokąsa całe to przeklęte miasto! - Krzyczał przez rozwartą okiennicę. Za grubymi murami rozciągał się górski las, lizany tu i ówdzie wiatrem, a za nim, ledwo widoczne przy jesiennej pogodzie, miasto Nuln. Odchodząc od okna swojej samotnej baszty, w której zamieszkał kilka lat temu, wybierając ją jako doskonałe miejsce do prowadzenia nie zawsze zgodnych z prawem badań, potknął się o kryształową kulę. - Niech to....! - Wysyczał chwytając się za prawą stopę. Zdusił przekleństwo i pogroził jej ręką. Przegrany, padł w fotelu i zatopił się w myślach o tym co źle mógł zapisać w zaklęciu na zniszczenie?

Pomylił się w inkantacji? Przy jego stanie uzębienia to wielce prawdopodobne, ale tak prostych słów nie da się przeinaczyć. Może składniki były nieświeże? Pięć głów kapłanów - ohyda, kiedy miał je zdobyć, musiał kupić od jakichś miłych ludzi na szlaku. Co prawda nie wyglądali na mieszczan, ale przecież mama wielokrotnie mówiła mu by nie oceniał ludzi z wyglądu. Może też nie pachnieli najładniej, ale ten ich błysk w oku, szczerość wyzierająca z nieco brązowych uśmiechów. Szczęście, że akurat mieli przy sobie tyle głów co potrzeba i w dodatku ucieszyli się, że chodzi o kapłanów, dokładnie takich potrzebował. Niesamowite, że mieli akurat takie. Normalnie brzydził by się, ale w tej sytuacji zdobył się na wielkie poświęcenie. Dla większej sprawy - jak to mawiają. Więc głowy były w porządku. - Dalej w przepisie widnieje "schwytana w słój, lub magiczną skrzynię błyskawica". - Z tym był problem, naprawdę. Początkowo próbował zdobyć ją z iglicy ratusza, ale po wielu próbach zrozumiał, że to pewnie była taka przenośnia i magowi chodziło o świetliki. Zdecydowanie nie polubił łapania piorunów w skrzynie, zwłaszcza przy wietrznej pogodzie i wiecznie śliskim od deszczu poszyciu dachów. Zaopatrzył się więc w słój świetlików w sklepie z towarami różnymi Gontza Amaralda. Sprytne. Prościej było już z sercem smoka, które dodane w kawałkach miało wzmocnić efekt po stokroć. Kupił je od jakiegoś pewnie wyglądającego podróżnika, ale dotrzeć do niego przez sieć tajnych kupców nie było łatwo. Czarny rynek jest w tym mieście tępiony z całą zawziętością, toteż i wykosztował się nie mało. Co prawda nigdy nie widział serca smoka, ale sądząc po wielkości był pewien, że znalazł właściwy składnik. Więc co jeszcze mogło być nie tak? - Może źle złożyłem dłonie?

Godziny mijały i jedyne co przyszło mu do głowy, to że mag - Nitz Nieznal, mógł pomylić się pisząc słowa zaklęcia na pergaminie. A wziął za to tyle pieniążków. Trzeba go będzie odszukać. Zerwał się na równe nogi i uderzył w kulę, która zdołała zmienić swoje położenie. Soczyste przekleństwo radośnie zabrzmiało w ciężkim powietrzu. Zlustrował ją wzrokiem podstępnym podejrzewając jakiś spisek. Od okna jest tutaj nie mniej jak pięć metrów, szybko jednak zapakował ją w plecak i nie tracąc czasu zbiegł schodami do kuchni chwytając po drodze swoją pokręconą laskę. Jest coś co nie daje mu spokoju."

~ Kroniki Pechowego Mariusza.
Księga XII - O zniszczeniu Nuln.

Ulfhedhinn [ lastvegas@wp.pl ]

Misiael ::: Brak weny

   No nie!! Znowu. Ilekroć siada przed komputerem z zamiarem napisania czegoś sensownego natchnienie ulatuje niczym powietrze z przekłutego balonika. Siedzę tu już od dziesięciu minut, bezskutecnie próbując zacząć pierwsze zdanie. Tak źle i tak niedobrze. To może "Chwycił za miecz i.." no właśnie - i co?!
Do diabła, trzeba coś z tym zrobić. Zaraz zwariuję. Chwytam klawiaturę i rozbijam ją o kant parpetu. Szczątki wyrzucam przez okno. Wyrywam głośniki i rzucam w ślad za klawiaturą. Rozpędzam się i z bańki taranuję monitor. Ekran popękał promieniście i zgasł.
Dosyć tego, oszaleję, jeśli nie przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł!!! NO OSZALEJĘ!!!
Wybiegam na balkon. W mojej głowinie łomocze jakaś dziwna myśl. Po chwili przejmuje nade mną władzę. Podchodzę do barierki i skaczę.

***

"Wczoraj w ieście Łuków szesnastoletni Michał Ochnik popełnił samobójstwo rzucając się z balkonu na czwartym piętrze. W toku śledztwa odnaleziono w pokoju denata zdemolowany komputer. Psycholodzy podejrzewają u saobójcy zaburzenia emocjonalne, spowodowane długotrwałym graniem na kombuterze..."
Dawid "Shiro" Nowak wychylił kieliszek wytrawnego wina. Zadzwonił telefon.
- Tak? - podniósł - słuchawkę - No, właśnie oglądam. To już trzeci w tym roku - uśmiechnął się drapieżnie - jeszcze paru i uda nam się otworzyć Wrota. - chwila przerwy - Nie bądź takim pesymistą. Musi nam się udać. - Odłożył słuchawkę. Dopił wino. Siędną po pilota i nacisnął wyłącznik. Obraz na ekranie zmienił się w poziomą linię, potem w świetlisty punkt, by po chwili zgasnąć definitywnie.

Michał "Misiael" Ochnik [ misiael1@o2.pl ]

Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści