|
Meteorologiczni planiści Urzędu Wsi Zakrzów juz pierwszego dnia kalendarzowej zimy zarządzili całodobową śnieżycę i dwadzieścia stopni mrozu. Zbliżały się Święta.... .
Nawet najstarsi Zakrzowianie nie pamiętali kto i po co je ustanowił, ale przez szacunek do tradycji obchodzono je co roku po prostu jako Święta. Z czasem ich głównym elementem stały się Przedświąteczne Zakupy. Przeżywano je intensywnie, gdyż na co dzień nie było okazji do abstrakcji w tej dziedzinie. Odkąd stworzono przystający wymiar rzeczywistości do zaopatrywania Zakrzowa w artykuły wszelakie, nie było potrzeby ruszania się z domu w celu zapełnienia lodówki. Instynkt konsumencki przez większość roku leżał odłogiem, więc okazję należało wykorzystać maksymalnie. Z racji popularności dzień zdobywania zaopatrzenia przed Świętami określano jako Święto Zakupów Przedświątecznych.
Każdy porządny konsument zaczynał ten dzień od rodzinnej wyprawy do superhipermegamarketu, gdzie wraz z milionem bratnich konsumentów nabywał produkty mające zapewnić satysfakcję świątecznej konsumpcji. Zarówno te potrzebne, jak i całą hałdę nieprzydatnych rupieci identyfikowanych jako “świąteczne promocje”. Obładowani jak domowe wielbłądy konsumenci wracali do chałupy ze zdobyczami i urządzali kolację, wedle tradycji złożoną tylko z naturalnych produktów buraczanych. Instalowano choinkę (drzewo palmojodłowe obwieszone polimerowymi formami ozdobnymi) pod którą zostawiano miejsce na prezenty. Podobno miał je przynosić mikołaj - dziadek w czerwonym płaszczu z przyklejoną brodą, który za odpowiednią opłatą robił z siebie wariata wchodząc przez kanał wylotowy domowego reaktora termojądrowego i dostarczał zakupione przez domowników prezenty.
Wszystko jako tako działało... dopóki nie pojawił się święty Mikołaj...
Wszedł nie wiadomo którędy. Akurat w trakcie rodzinnej kolacji w wigilię Świąt. Śmierdział reniferem i aldehydem octowym. Odziany był w płaszcz, wybitnie za długi i mocno zużyty, tak że nie dało się domyśleć jego pierwotnego koloru. Zarośniętą nieludzko gębę przysłaniały brudnawe okulary.
Jedyną osobą którą można by posądzić o wtargniecie o tej porze do prywatnego mieszkania mógł być któryś z mikołajów. Ale ten gościu na takiego nie wyglądał. Miał co prawda wór ale wyglądał on na dziurawy. Zresztą nie był gruby, nie miał prezentów, nie pobrał opłaty za wizytę...
Powaga sytuacji została zachwiana. Rodzina wpatrywała się naprzemian to we mnie, to w przybysza. Teściowa pewno już brała go za któregoś mych kolegów od flaszek węglowodorowych syntetyków. Dziwne, ale tym razem wolałbym żeby miała rację. Niestety, było inaczej.
Bądźcie pozdrowieni, dobrzy ludzie. - zagadnął w końcu gość i od razu przysiadł się do stołu zabierając za dziabanie buraczanego karpia. Jakoś nikt nie miał odwagi się odezwać... . Sąd on się do cholery wziął, pomyślałem. Przybysz jakby to usłyszał.
Wiem, długo mnie nie było... - rzekł pochłaniając karpia. - Ale to przez waszą niewiarę. Nie wiem jak można sądzić, że nie istnieję. Przecież jestem! Ale znalazł się w końcu ktoś, kto uwierzył.
Teściowa spojrzała na żonę, ona na mnie, a ja na syna. Młody wymownie spuścił wzrok.
No, to kto był w tym roku grzeczny? - spytał gdy się najadł i przysiadł na kanapie.
Pierwszy wyrwał się syn, wyrodny konfident.... . Przysiadł koło Mikołaja, a ja byłem na to przygotowany. Pod kanapą zainstalowałem defragmentator punktowy. Niech tylko menda zrobi jakiś numer, rozpylę go na atomy.... . A jest o co go posądzać. Jak mówiły mikołaje z hipermarketu, Mikołaj to stary alkoholik,, hedonista i zboczeniec. Da ci prezent, a nazajutrz zauważasz brak złotych zębów, pieniędzy czy lodówki. Czasem porywa dzieci do swego wora, a potem robi z nimi,... różne rzeczy.
Chyba nie wierzycie w te oszczerstwa pod moim adresem rozpowszechniane przez mikołajów
spod marketu? - dziad czytał chyba w mych myślach. - Daje za darmo, taka robota, bezinteresownie.
Święty zamieszał w worze i wyjął prezenty dla młodego. Nie konsultował się z nim, ale obdarowany wyglądał na zadowolonego.
ŁAŁ!!! Jednoosobowy Prawdziwy Prom Kosmiczny Średniego Zasięgu! Kolekcja Patrioty:
Realistyczny Figurkowy XX Korpus Inwazyjny Cz.2: Festung Bangladesz! DZIĘKI!
Mały porwał prezenty i zwiał do pokoju podbijać Azję Południową. A mój światopogląd został zachwiany. Dla kogoś płacącego nawet za powietrze, otrzymanie czegokolwiek za darmo było równie niewyobrażalne jak prędkości ponadświetlne w ubiegłym wieku.
Kto następny? - spytał po chwili Mikołaj.
Umysł był przeciw, ale cała reszta mimowolnie skierowała się ku kanapie. Siadłem i czekałem. Święty tylko spojrzał na mnie i sięgnął do pozornie pustego worka. Wyjął.... pustą rękę. I pstryknął palcami. Rzeczywistość drgnęła, wywinęła się na lewą stronę i coś się zmieniło.
Usunąłem twój problem z teściową. - streścił darczyńca. - Odmłodziłem ci żonę i ciebie o dobre
pół wieku, przy okazji pozbawiając hemoroidów. Wybacz, ale na willę nad Morzem Pawłowickim nie starczyło funduszy... .
Earhgm.... - zatkało mnie. Cholera, skąd znał moje marzenia?
Było coś jeszcze. Na stole pracowała aparatura destylacyjna klasy PerPetuum Mobile 1.2 skraplająca do wiadra czysty spirytus. Przysiedliśmy więc do naczynia ze słoikami po koncentracie buraczanym, nawet żona nie pogardziła. Wypiliśmy na obie nogi, inne części ciała, za tych, co na morzu i za błędy na górze i ani się obejrzałem jak impreza wymknęła się spod kontroli.
Ocknąłem się skacowany potwornie, jakbym przed chwilą został odwirowany w pralce. W pokoju zostałem tylko ja i Mikołaj. Ale coś było nie tak... naprzeciw siebie widziałem siebie, miałem białą brodę sięgającą pasa i wyświechtany płaszcz... to by znaczyło, że po pijaku zamieniłem się ciałami??!
Zgadza się . - przerwał Mikołaj bytujący w moim ciele. - Nareszcie się udało. Teraz mnie
wyręczysz... Na tym stanowisku nie ma ustalonej kadencji, więc będziesz je pełnił aż znajdziesz jelenia na zmianę. Zobaczysz jak to przyjemnie przeciskać się o północy przez kominy, uciekać przed psami i domowymi małpami, marznąć w latających saniach, sprzątać po reniferze z rozwolnieniem... .
Skomentowałbym, ale nie mogłem... .
Oj, niewdzięczna to robota... - kontynuował – Męczysz się, nic za to nie mając, a niektórzy sądzą nawet ze nie istniejesz... Zobaczysz.. .
Drzwi mieszkania otworzyły się z hukiem i wpadło do niego trzech Stróży Porządku Publicznego w towarzystwie mikołajów.
Wreszcie was mamy, towarzyszu Święty! - zarechotał jeden z nich. - Co, rozdajemy za darmo? Posiedzicie za nieuczciwą konkurencję... .
Dalej coś wywrzaskiwali ale jeden wpadł na pomysł by przywalić mi pałą, więc w dalszych zdarzeniach brałem raczej bierny udział.
Później ... nie wiem kiedy, ale ocknąłem się zapewne w Festung Sacrau, najcięższym więzieniu zakrzowskim. Białe aż do znudzenia ściany, biali klawisze, białe uniformy współwięźniów. Wreszcie białe wnętrze sedesu. Dwudziestoosobowa cela, widać nie polubili mnie... Kiedy pozwolili mi wyjąc głowę z kibla, rozejrzałem się. No tak, oddział dla homo.. kochających inaczej. Miałem dziwne przeczucie że jestem w ich typie, a ten co topił mnie w kiblu, właśnie rozpina gacie.... .
Wyrwałem się z łóżka z takim krzykiem, że chyba na Pawłowicach nawet słyszeli. Przeszło mi kiedy uświadomiłem sobie że to był tylko sen. Do pokoju weszła żona.
Marian, co ty świrujesz? Wstawaj, Mikołaj przyszedł... .
K@#!@! A jednak.... Ja mu dam... . Na szczęście pod łóżkiem nadal miałem tę solidną dziesięciokilogramową pałę... . Nie będzie mi tu robił numerów, verfluchter Hurensohn.. .
W przyszłym roku zamawiamy Dziadka Mroza.
JUZEF
[ juzefwt@tlen.pl ]
|