|
PAN ORCIO
CZYLI KOMEDIA DIABELSKA-
HISTORIA O TYM, JAK TO Z ORCIEM, ROMANTYKAMI
I ROMANTYZMEM NAPRAWDĘ BYŁO, W DZIEWIĘCIU
ROZDZIAŁACH, PROZĄ
Prolog
Koń galopował plażą, blisko wody, odciskając w pociemniałym od wilgoci piasku głębokie ślady kopyt. Dosiadający go człowiek pochylił się głęboko, przywierając do końskiej szyi, byleby tylko zminimalizować opór powietrza, byleby tylko nie zmniejszyć szalonej prędkości.
Słońce wisiało już nisko nad falami, koń i jeździec przedzierali się przez ostatnie, gęste, czerwone promienie. Powoli zapadał zmrok, po nim nadejść miała noc. A w nocy działa magia, po ziemi wędrują szatani, szukają kogoś, kogo można by zwieść na manowce, w nocy ze starych, porosłych chwastem grobów powstają upiory. Także te z przeszłości. I może się wtedy zdarzyć absolutnie wszystko.
Dlatego jeździec śpieszył się, raz po raz kłuł konia ostrogami, byle szybciej, byle dalej.
W końcu, gdy już zaczynało się ściemniać, zobaczył swój cel - plaża już od dłuższego czasu była coraz bardziej kamienista, potem skalista. Teraz brzeg zaczął się wznosić, zrazu stopniowo, przechodząc w niewysoki klif - potem strzelając nagle wysoką, majestatyczną skałą, opadającą do morza białym urwiskiem.
Był już niedaleko.
Na szczycie stanął w tym samym momencie, w którym ostatni, szkarłatny skrawek słońca zniknął za horyzontem. Delikatnie poklepał konia po chrapach, szepcząc coś łagodnie, podszedł na sam skraj urwiska, rozpostarł szeroko ramiona, spojrzał w dół, na ciemną kipiel u stóp przepaści. Nad wodą unosiła się gęsta, niezwyczajna nawet jak na jesień mgła.
-Gdzie ludzie dróg nie widzą - powiedział cicho, niemal szeptem, a w jego głosie brzmiał ogromny, nieuleczalny smutek - kończy się ma jazda. Minąłem grom drzemiący w kolebce z morskiej wody, aż tu, gdzie nad głową moją tylko gwiazdy. Bo ja patrzyłem! Patrzyłem przez świata szczeliny. Co widziałem – opowiem - po śmieci, bo w żyjących języku nie ma na to głosu.
Mgła daleko, w dole, zdawała się poruszać, miękko, płynnie, kusząco…
- Ojczyzno moja! - teraz mówił głośno, dobitnie - Jakże Cię dawno oczy moje nie widziały! Jakże Cię długo stopa moja nie dotknęła. Odkąd uciekłem, przemierzyłem świat cały, widziałem krainy bogate i piękne, widziałem ludzi bogatych, szczęśliwych - a przecież do ciebie tęsknić nie przestałem. I każdej nocy jeden sen tylko śniłem: żeś wolna! Żywa! Kraj zmartwychwstały!
Jakże bym widzieć chciał dzisiaj piękność Twą w całej ozdobie! Jakże bym walczyć chciał, z wrogiem, twoim katem! Ale na wygnaniu świat okrążyć muszę, razy przynajmniej dwadzieścia, nim się los odwróci, nim… Nie masz! Nie masz kary na Cara!
Gdyby mi było choć raz dane Cara spotkać – o – wsiąkłaby w ziemię krew jego. Panie! Zaklinam, daj mi spotkać Moskala, bym mógł toporem głowę jego odrąbać, bym mógł Ojczyznę wskrzesić, wroga na kraj świata przepędzić!
Próżno wołam… Nikt nie słyszy. Porzucić mi trzeba nadzieję. Już tylko woda w dole przyjąć mnie może, ukołysać i ukoić. Już tylko woda zimna i spieniona żalów mych wysłucha.
Wędrowiec podszedł na sam skraj urwiska, ugiął lekko nogi, przygotowując się do skoku.
I nagle patrzy - w dole coś szumi. O, niesłychane zjawiska! Nad ciemną wodę, nad białe skały, z mgły tkana piękność wytryska! I rzecze czule, dłoń wyciągając:
- Ja, ja cię do Ojczyzny poniosę, takiego męża jej trzeba! Skocz, skocz tylko dzielnie, skocz w białe mgły pasma, ja cię poniosę przez morza i lądy! Skocz, nic się nie bój, ja cię pasmem miękkim otulę.
To rzekłszy dziewka więcej nie czeka, znikła rozwiana powiewem wietrzyka.
Wędrowiec spojrzał w dół, ale nie widział już wody. Mgła zagęściła się, zbiła w nieduży obłok, który podpełzł wysoko, do połowy wysokości skały.
Przyszły bohater Ojczyzny rozejrzał się jeszcze, popatrzył na konia, potem na obłok. Wreszcie przełknął głośno ślinę i skoczył.
Obłok mignął mu gdzieś z boku, białą, rozmazaną plamą. Nie trafił!
Woda była zimna, wdzierała się do gardła, nosa, uszu, usztywniała mięśnie…
W końcu udało mu się jakoś wypłynąć na powierzchnię. Nie wiedział jednak, co robić dalej, już brakowało mu sił…
1.
- I co, tak po prostu wpadłeś do wody? - Juliusz nawet nie próbował kryć rozczarowania - Nie trafiłeś w magiczną chmurę? Przecież to idiotyczne! Orciu, jak mogłeś zrobić coś tak głupiego?
- Noo – Orcio zająknął się, zamieszał herbatę w porcelanowej filiżance – Mała była, a już się ściemniało… Ty byś pewnie też nie trafił…
- Ale to przecie takie głupie! – Juliusz nie dawał za wygraną. – Przecież ta chmura powinna zanieść cię do kraju, a ty, z radosnym okrzykiem „Rodacy!”…
- Juliuszu, daj spokój! – bezceremonialnie przerwał mu Adam. – Było, jak było, nic nam do tego. Ale co dalej? Skoro tu jesteś, to znaczy, że się nie utopiłeś, a przerwałeś w takim momencie…
Wtedy wszyscy trzej spostrzegli, że milczący dotąd Zygmunt, notuje coś gorączkowo w niewielkim notesie.
- Zygmuncie, co tam piszesz? – zainteresował się Orcio.
- A, nic takiego, notatki do nowego dramatu.
- Daj przeczytać! – niemal krzyknął Juliusz i wyrwał Zygmuntowi notes.
- Orcio – ślepy chłopiec – poeta, zostaje zabity przez kulę przeznaczoną dla jego ojca…- Eee, Zygmuncie, co to ma być? Jaki chłopiec, jaka kula? Przecież to nie tak było.
- I co z tego, jak było? – zaperzył się Zygmunt. Ja tworzę Literaturę! A jak napiszę o facecie, co w chmurę nie trafił, to mnie wyśmieją!
- To napisz o facecie, który trafił w chmurę… - powiedział łagodnie Juliusz. – Albo nie! O tym ja napiszę, dla ciebie szkoda takiego tematu.
- Cicho bądźcie! Słowo daję, zupełnie jak dzieci – przerwał Adam. – A ty, Orciu, opowiadaj dalej. Wpadłeś do morza i co?
- No, wtedy to już, słowo daję, myślałem, że koniec ze mną. Ale na szczęście znalazłem jakiś spory kawał drewna, pewnie z rozbitego statku. Uczepiłem się go i jakoś płynąłem, prąd zniósł mnie daleko od brzegu. Po dwóch dniach, gdy już bliski byłem śmierci, dostrzeżono mnie z pokładu statku handlowego. Wzięli mnie na pokład, byłem uratowany. A potem okazało się, że statek płynie do Polski! Czyż to nie cud? Wysadzili mnie w Gdańsku. I hm, tam zaczęły się schody… Może to głupie, ale nie wiedziałem za bardzo co zrobić, gdzie iść… Powstanie dawno padło, wszyscy działacze, których nie aresztowano, siedzieli gdzieś w głębokiej konspiracji… Ale Opatrzność dalej nade mną czuwała. Udało mi się dostać do pewnych ludzi, którzy powiedzieli mi, gdzie powinienem się udać. Później nieraz dziękowałem im w duchu i modliłem się za nich niemal codziennie…
2.
- A bodaj by was pokręciło! – Orcio był bliski płaczu. – A bodaj by na was zaraza padła! W taką dzicz mnie wysyłać, mnie, bohatera! Tu ma ktoś mieszkać?! Przecież na tych przeklętych po stokroć moczarach, każdego by już dawno pijawki zjadły!
W istocie, moczary zdawały się nie mieć końca. Orcio brnął przez nie już drugi dzień, cudem tylko nie gubiąc wąskiej, wijącej się wężowo ścieżynki. Cały był ubłocony, podrapany, miał za sobą upiorną noc, gdy osłonięty tylko rzadkimi gałęziami uschniętego drzewka, nasłuchiwał nawoływań stworzeń, które dopiero w ciemności opuszczały swe kryjówki… Bardzo chciał wierzyć, że były to tylko sowy i wilki.
Tymczasem zapadał już wczesny, jesienny zmierzch, a cmentarza dalej nie było widać. Orcio zaczynał już wątpić w jego istnienie. „Może to i lepiej” – pomyślał. Pchać się na odludny cmentarz w noc Wszystkich Świętych to przecież czyste samobójstwo. A może nawet coś gorszego, bo w tę noc można było nawet stracić duszę, w tę noc na świecie (a co dopiero na cmentarzu) aż roiło się od czartów, gotowych pochwycić biedną duszyczkę i bezlitośnie zawlec w najgłębszą czeluść piekieł… Tak, może to i lepiej.
Wtedy jednak, jakby robiąc Orciowi na złość, bagna skończyły się. Zamyślony nie zauważył, że wszedł na rozległą, płaską, i suchą łąkę. W oddali majaczyła w wieczornej mgle cmentarna kaplica.
Zobaczył coś jeszcze. Od strony cmentarza biegła ku niemu rozczochrana, blada kobieta, w luźnej, białej koszuli, z której rękawów zwisały długie, płócienne sznurki. Zjawa!
Była coraz bliżej. Orcio poczuł jak wzdłuż kręgosłupa spływa mu strumyczek lodowatego potu, a rzadkie, cienkie włosy na karku sterczą jak szpilki. Poczuł też, że zupełnie nie może się ruszyć. Nawet kiwnąć palcem. Pozostała mu tylko modlitwa.
Kobieta wreszcie dobiegła do niego. Przez chwilę łudził się jeszcze, że go nie zauważy, pobiegnie dalej. Ale nie, dopadła go, chwyciła poły płaszcza.
Zjawa była blada, w oczach błyszczało szaleństwo.
„No to koniec” – przemknęło mu przez myśl – „było zostać w Gdańsku, jakiś biznes założyć…”
- Ha, mąż! – krzyknęła nagle upiorzyca. – Ha, trup! Już rośnie kwiecie wysoko, tak jak on leży głęboko! A ja jestem wolna i teraz to ja jestem najlepszą poetką w rodzinie! – powiedziawszy to roześmiała się opętańczo i pobiegła dalej.
Orcio czuł, jak życie na powrót wlewa się w jego zdrętwiałe ciało. Trzęsącą dłonią otarł pot z czoła.
A wtedy pojawił się ON.
Był niski, grubawy, nad czerwoną twarzą wyrastały siwe, spryskane brylantyną i uformowane w dwa różki włosy. Ubrany był w biały, lekarski fartuch, a w ręce trzymał… Orcio przełknął ślinę… monstrualnych rozmiarów strzykawkę, wypełnioną gęstą, zieloną cieczą.
- Przepraszam pana – głos miał całkiem sympatyczny. - Nie widział pan tu takiej kobiety w kaftanie bezpieczeństwa? Zapewne bardzo dziwnie się zachowywała… Rozumie pan, uciekła ze szpitala psychiatrycznego, próbuję ją złapać i podać lek uspokajający – potrząsnął strzykawką. – To jak, widział ją pan?
- T…tak, tak, tam pobiegła – wydukał Orcio i wskazał palcem kierunek.
- O, dziękuję bardzo. Bardzo mi pan pomógł – doktor odwrócił się we wskazanym kierunku i pobiegł, zabawnie się przy tym kołysząc. Z rozcięcia fartucha wystawał mu długi, kosmaty ogon zakończony gustownym, czarnym trójkątem.
Orcio wolał nie zastanawiać się dłużej nad tym co zobaczył. Ruszył więc szybko w stronę cmentarza. Należało się śpieszyć, wieczór na dobre już zapadł – obrzędy pewnie właśnie się rozpoczynały.
Bramę zbudowano z płaskich, polnych kamieni, sklejonych grubą warstwą kruszejącej już zaprawy. Przerdzewiałe kraty były otwarte, Ktoś jednak stał między nimi, zagradzając drogę.
- Przepraszam pana, chciałbym przejść… - zaczął nieśmiało Orcio, niepewny, jak powinien się zachować.
- Tu nie wolno wchodzić. Przynajmniej tej nocy. – Strażnik dla uwiarygodnienia swych słów potrząsnął opartym o ramię muszkietem, niewątpliwie zabytkowym.
Orcio przyjrzał mu się uważniej. Człowiek ten niewątpliwie był Żydem, ale na szyi wisiał mu złoty krzyżyk – na pewno Przechrzta.
3.
- Ha, zawsze wiedziałem, że Żydzi są wszystkiemu winni! – przerwał opowieść Zygmunt. – A już zwłaszcza przechrzczeni!
- Ależ Zygmuncie! – napomniał go Adam. – Przecież tak nie można. To po prostu odrażająca ksenofobia!
- A co, zaprzeczysz, że oni rządzą światem?
- Ja zawsze myślałem, że światem rządzą ONI – wtrącił się do dyskusji Juliusz.
Orcio spojrzał z rezygnacją na swych towarzyszy. Westchnął głęboko, strzelił w zamyśleniu palcami. W końcu uspokoili się.
- Nie wiem kto rządzi światem, ale ten akurat Żyd był całkiem w porządku. Przepuścił mnie, gdy tylko przypomniałem mu, że to cmentarz komunalny i każdemu wolno wejść. Ale gdy tylko oddaliłem się nieco od bramy, zacząłem żałować, że w ogóle się tam znalazłem. Cmentarz był po prostu przerażający…
4.
Cmentarz był po prostu przerażający. Stare, omszałe nagrobki wyłaniały się z mroku, przekrzywione krzyże darły na strzępy gęstą mgłę. Gdzieniegdzie coś chrobotało i piszczało. Orcio bardzo starał się nie patrzeć w tamtą stronę.
Gdy do kaplicy było już blisko, usłyszał za sobą kroki. Cicho, powoli i ostrożnie, czyjeś stopy roztrącały drobne kamyczki ścieżki. Szur – szur, szur – szur, regularnie i nienaturalnie, a z każdym kolejnym szurnięciem serce Orcia biło coraz mocniej i coraz szybciej, jak zegar z zepsutą sprężyną.
W końcu nie wytrzymał, odwrócił się, choć z wielkim trudem, zesztywniałe z przerażenia mięśnie odmawiały posłuszeństwa.
Kilkanaście metrów za nim szła ścieżką wysoka postać spowita obszernym, kruczym płaszczem. Głowę osłaniał głęboko wciśnięty cylinder, jeszcze ciemniejszy, jeśli to w ogóle możliwe, od płaszcza. Upiór uniósł głowę, spojrzał na Orcia. Twarz miał pociągłą, trupiobladą.
Orcio otworzył usta ale nie wrzasnął. Więzadła głosowe zbiegły się w króciutkie, twarde, niezdolne do drgania stalowe linki.
Upiór jednak, miast rzucić się na niego i swymi białymi, zachłannymi ustami wypić z niego życie, zatrzymał się. Na bladej twarzy malowała się niezwykła, jak na umarłego, konsternacja.
- Pan wybaczy – powiedział wreszcie, najzupełniej normalnie. – My się nie znamy. Jestem Gustaw Konrad, znaczy na imię mam Gustaw, na nazwisko Konrad – mówiąc to ruszył raźno ku Orciowi, wyciągając na powitanie prawą dłoń. Lewą przyciskał do piersi dorodnego pomidora. Zbyt mocno, skórka pękła, koszulę poplamił mu czerwony miąższ.
- P…p…pann ż…żyje? – Orcio nie mógł odzyskać w pełni głosu. –J…j…ja myślałem…
- Ach, to – Gustaw, a może Konrad nie wyglądał na zdziwionego. – Widzi pan, mamy tu dziś Dziady, wie pan, takie tam ludowe obrzędy, w trakcie których wywołuje się duchy. No i ja… wie pan… chciałem… no, mówiąc krótko, nastraszyć moją żonę, dlatego się tak ubrałem. A pan? Bo widać na pierwszy rzut oka, że pan nietutejszy…
- A tak – Orcio powoli dochodził do siebie. – Jestem Orcio. Powiedziano mi, że znajdę tutaj bardzo mądrego guślarza, Pankracego. Chciałbym go prosić o radę w pewnej kwestii.
- A, to dlatego przyszedł pan na Dziady – Gustaw widocznie się ucieszył. – W takim razie zapraszam, zapraszam, znam tajne, podziemne wejście do kaplicy, właśnie zamierzałem go użyć, będzie pan mógł się dobrze przypatrzeć ceremonii i Pankracemu.
Powiedziawszy to, zręcznie wyminął wciąż jeszcze zszokowanego Orcia i ruszył tanecznym krokiem na tyły kaplicy. Po drodze wyrzucił w bok skórkę z całkiem już rozgniecionego pomidora. Orciowi nie pozostało nic innego, jak ruszyć za nim.
Krypta, do której prowadziło ciasne, tylne wejście, była mała i wilgotna. W powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Gdy Gustaw zapalił wetkniętą w naścienny uchwyt pochodnię, ukazały się stosy kości leżące pod ścianami.
- Kiedyś odbywały się tu spotkania Spisku Anarchistycznego – wyjaśnił Konrad. – Spójrz tam – wskazał ręką na jedną ze ścian, na której ktoś wyrył koślawe litery. KORDIAN TU BYŁ, głosił napis, a niżej: PRECZ Z TYRANEM, zaś na samym dole ktoś dopisał kredą: STRZEŻ SIĘ KUŁAKA. Orcio nie dociekał, co ostatni napis ma do poprzednich, ani też skąd jego zagadkowy towarzysz wie o spisku. Uznał, że niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć.
Do kaplicy dostać się można było przez właz umieszczony w stropie krypty. Wiodła do niego przerdzewiała drabina. Gustaw wspiął się po niej i ostrożnie uniósł klapę włazu. Chwilę później zniknął w otworze.
Orcio, nie chcąc pozostawać samotnie w upiornej krypcie, ruszył jego śladem. Gdy już wygramolił się z włazu, zamknął klapę. Wyryto na niej napis GUSTAVUS KONRADUS. OBIIT M.D. CCC. XXIII. CALENDIS NOVEMBRIS. I nad tą sprawą Orcio wolał się nie zastanawiać.
Oczy przyciągało zresztą coś innego.
Orcio przycupnął za kamiennym filarem, tuż obok włazu. Zza sąsiedniego wychylał się Gustaw Konrad. Była to jednak zbyteczna ostrożność – nikt z zebranych w kościółku ludzi nie zwracał na nich uwagi. Byli chyba odurzeni gęstym dymem wydobywającym się z czar stojących po obu stronach ołtarza. Wszyscy, młodzi i starzy, nawet dzieci, mieli jednakowo puste, pozbawione wyrazu i blasku oczy, rozwarte usta. Po spoconych brodach spływały im stróżki śliny. „Przedawkowali, jak nic” – pomyślał Orcio, po czym przyłożył sobie do ust chusteczkę. Gustaw zrobił to samo.
Narkotyczne wrażenie wzmagało wysokie, zupełnie niemelodyjne zawodzenie chóru. Chór tworzyli wyłącznie mężczyźni, wszyscy łysi i ubrani w lokajskie liberie. Wyglądali na mocno odurzonych, chwiali się i opierali jeden o drugiego. Co jakiś czas któryś osuwał się bezwładnie między kompanów.
Jednak wcale nie to było najdziwniejsze. Wcale nie.
Najdziwniejszy był baton. Właściwie człowiek – baton. Wysoki, postawny, w czerwono – białej folijce. Stał na środku kaplicy, z uniesionymi wysoko rękoma, intonując jakiś zaśpiew. Musiał być już bardzo stary – lekko się garbił, zaś lśniąca niegdyś folia była matowa i pomarszczona. Gdzieniegdzie znaczyły ją odpryski farby.
Orciowi pozostał tylko jeden wniosek i to wcale nie wesoły. Najwidoczniej nawdychał się więcej dymu niż sądził.
Wtedy poczuł, że czyjaś twarda, ciężka dłoń spoczęła na jego ramieniu. Tego było już za wiele dla jego nerwów. Przeraźliwie wrzeszcząc wyprostował się, niemal skoczył.
Coś zimnego i kanciastego uderzyło go w potylicę.
Zapadł się w ciemność.
5.
Na twarzach Juliusza i Zygmunta przerażenie malowało się tak wyraźnie, że nadmiar farby spływał po policzkach, niczym gęste, kolorowe łzy. Adam ograniczył się do okazania umiarkowanego, wyniosłego zaciekawienia.
- I co, i co dalej? – nie wytrzymał Zygmunt, gdy Orcio przerwał na chwilę, by napić się herbaty.
- Tak… O czym to ja… A, tak, oczywiście. Dalej się rzecz jasna obudziłem. I to w tej samej krypcie, przez którą weszliśmy do kaplicy. Strasznie bolała mnie głowa, pewnie od tego uderzenia. Cały byłem zdrętwiały, posadzka, bo leżałem na posadzce, a właściwie to pół-siedziałem, z głową opartą o ścianę, była strasznie zimna, po prostu czułem to zimno w każdej koś…
- Orciu! – teraz nie wytrzymał Adam. – Przestań ględzić o posadzce! Co się stało!
- Phi – Orcio zrobił obrażoną minę. – Chciałem tylko stworzyć odpowiedni nastrój, ułatwić wam wczucie się w sytuację, ale jak nie, to nie. Mogę w ogóle przestać opowiadać, skoro się wam nie podoba!
- Nie no, Orciu, co ty… - spróbował załagodzić sytuację Zygmunt. – Przecież twoja opowieść jest wspaniała. Tylko trochę bardziej trzymaj się faktów.
- No, niech wam będzie- Orcio dał się udobruchać. – Ale żeby mi to było ostatni raz. Tak więc, jak już mówiłem, obudziłem się w krypcie…
6.
Świadomość wracała powoli, opornie. W ramię w ramię z nią kroczył okropny, tępy ból głowy. „Przynajmniej tyle, że tępy” – pomyślał jeszcze nie całkiem przytomny Orcio – „przynajmniej się nie pokaleczę”.
Otworzył oczy. A potem natychmiast je zamknął. Otworzył znowu, ale widok nie zmienił się ani trochę. „Długo działa ten dym” - pomyślał już całkiem przytomnie.
Pochylał się nad nim baton. Ten sam, którego widział w kaplicy. Tyle, że teraz nie miał na sobie górnej części opakowania. Czekoladowa twarz wyglądała naprawdę groźnie.
Po jego obydwu stronach stało dwóch potężnych, łysych lokajów. Trzymali w dłoniach imponujących rozmiarów pałki.
- Ha, przyszliśmy szpiegować? – przerwał ciszę baton. – Ale przeliczyłeś się! Nie z nami takie numery! Mów, kto cię nasłał? Ruscy? Niemcy? Wszyscy razem?
- Nikt mnie nie nasłał – Orcio chciał mówić stanowczo, dobitnie, ale niezbyt mu to wyszło. – Jestem Polak, dobry patriota. Syn hrabiego Henryka, co kiedyś mieszkał w tych stronach.
- Hmm… hrabiego Henryka powiadasz… - zainteresował się baton. – A potrafisz to jakoś udowodnić?
- Udowodnić? Mam pierścień rodowy – Orcio sięgnął za pazuchę i wydobył zawieszony na łańcuszku pierścień. – No i podobny jestem do ojca – dodał nieśmiało.
Baton uważnie przyjrzał się pierścieniowi, zlustrował Orcia czujnym, czekoladowym okiem. Lustracja wypadła widać pomyślnie, jako że wyciągnął do Orcia rękę, pomagając mu wstać, a następnie przeprosił za brutalne zachowanie, tłumacząc je ostrożnością.
- Ale cóż panicza sprowadza w nasze strony? Czyżby chciał panicz odzyskać majątek? – dał w końcu upust swej ciekawości.
- Nie, nie, całkiem już odwykłem od wiejskiego życia. Ale powiedziano mi, że znajdę tu guślarza Pankracego, który, dzięki swym szerokim kontaktom, mógłby pomóc mi w organizacji powstania. Bo ja właśnie powstanie, nowe, wielkie powstanie chcę zorganizować, powstanie powszechnie, na cały kraj, chcę stanąć na czele zjednoczonych stanów i poprowadzić uciśniony lud do zwycięstwa i upragnionej wolności!
- Hmm – zamyślił się baton. – No to dobrze trafiłeś, to ja jestem Pankracy. Ale czy aby na pewno dobrze to przemyślałeś?
- Ależ oczywiście! Trzeba tylko się zjednoczyć! A potem ty i ja na czele – i jakoś to będzie! A przy okazji wyzwolimy inne, sąsiednie narody: Czechów, Węgrów - oni niemniej uciemiężeni niż my - powiadam ci. Polska Janosikiem Narodów!
- Cóż, zobaczę, co da się zrobić. Ale nim wyzwolimy cały świat, pasowałoby najpierw wyzwolić wieś, zrobić jakiś przyczółek. Taak, to się może udać – czekoladowe oczy Pankracego rozbłysły. – Mamy tu w pobliżu moskiewski garnizon. Stacjonuje w nim I Imperialna Dywizja Musza. Z nimi poradzimy sobie sami, potem roześle się agitatorów po Księstwie… Tak, tak, to brzmi logicznie, to się uda! A potem zrobi się powszechną rewol…
znaczy rew…, no rewaloryzację, o! – baton spojrzał spłoszony na napisy na ścianie.
- Ale czy możesz zorganizować dość ludzi?
- Ależ oczywiście! Tu zdaj się całkowicie na mnie! Mam już doświadczenie w takich sprawach.
7.
- Orciu i ty tak po prostu mu uwierzyłeś? Nic nie podejrzewałeś? – na twarzy Adama politowanie walczyło o lepsze z niedowierzaniem. W końcu niedowierzanie, po solidnym lewym sierpowym politowania musiało skapitulować i ewakuować się w popłochu.
- Wiesz, jeszcze byłem oszołomiony… A poza tym on mówił tak przekonywująco. A ja naprawdę chciałem zrobić to powstanie…
- Cóż, powstania nie było, możemy więc wnioskować, że ci się nie udało – bezlitośnie wyciągnął wnioski Zygmunt. – Pozostaje ci więc tylko opowiedzieć dlaczego.
- Czekaj, czekaj, niech zgadnę! – eksplodował entuzjazmem Juliusz, rozlewając przy tym kawę na obrus. – Już o mało co nie zabiłeś jakiegoś ważnego Moskala, może nawet samego cara, gdy opanowany przez demony wątpliwości…
- Juliuszu, ale jakie demony – Orcio spojrzał na niego z rezygnacją. – Jakie demony? Żadnych demonów nie było. Ale po kolei. Pankracy obiecał sprowadzić na miejsce niejakiego Natenczasa Wojskiego, podobno bardzo doświadczonego dowódcę, zwłaszcza w walkach z Moskalami. Ja miałem tylko zapewnić fundusze. Ściągnięcie pieniędzy z mojego konta w Zurichu zajęło tydzień. Przygotowania do powstania - zorganizowanie wojska i sprzętu - zajęły kolejne dwa dni. Niestety, nie udało się zaatakować garnizonu z zaskoczenia - nie wiem, ktoś na nas doniósł, czy też byliśmy pod obserwacją, dość że muchy o wszystkim się dowiedziały i postanowiły wydać nam walną bitwę. Doszło do niej na wzgórzach opodal wsi…
8.
Natenczas Wojski okazał się być wysokim, barczystym mężczyzną, z podgoloną na szlachecką modłę głową i czarnym, sumiastym wąsem. Odziany był w spłowiały nieco kontusz i nadgryziony przez mole żupan. U szerokiego pasa słuckiego zwisała mu zakrzywiona węgierskim sposobem packa na muchy.
Przywiódł ze sobą dwudziestu ludzi zbrojnych, jak i on w packi, idących karnie, w równym szyku. Orciowi, gdy patrzył na tak zacne wojsko, zdawało się, że świat cały podbić mogą, że kwestią czasu już tylko jest wolność Ojczyzny.
Oto jednak horyzont pociemniał ciemnym rojem nieprzyjaciół. Wróg nacierał bezładnie, nierównym kłębowiskiem ciał czarnych i niebieskich, dużych i małych. Bo much w Rosji rodzajów jest wiele. A najstraszliwszy zowią much jenerałem – a jest to owad duży, silny i krwiopijny, zdolny człowieka dotkliwie poranić.
I oto ujrzeli jenerała na czele – muchę większą od innych i bardziej niebieską, jak wściekle nacierała, szczerząc ostre zębiska.
Lecz nie ulękła się szlachta litewska, nie zadrżało w nikim serce. Natenczas Wojski zadął w róg bawoli, a wojsko jego szyk trójkątny utworzyło, wznosząc do boju swe packi.
Zadął Wojski ponownie – ruszyli! Już blisko nieprzyjaciół, już zwarli się w boju, nie bacząc na krew, co z zabitych towarzyszy się lała. A każdy Litwin much zabił czterdzieści – nim sam padł zmieciony moskiewską nawałą. Wielkich wtedy czynów dokonali Wojskiego żołnierze. Aż w końcu padł sam jenerał – packą Natenczasa zgnieciony – bitwa wygrana, wróg zabity albo przepędzony!
Sukces był zupełny. Orcio z zachwytem i nadzieją patrzył, jak żołnierze rozpraszają się, by wyłapać ostatnich uciekających w popłochu wrogów. Widok był zaiste imponujący.
Nagle poczuł, że ktoś stoi obok niego. Spojrzał w tamtą stronę – Pankracy.
- I co, nieźle sobie chłopaki poradzili? – zapytał baton.
- Owszem, naprawdę jestem pod wrażeniem. Tak, Wojski przywrócił mi wiarę w moc szlachty, naprawdę możemy wyzwolić Polskę…
- Tylko widzisz Orciu… Wojski nie jest szlachcicem. On się tylko tak ubiera, ot, głupie sentymenty. A powstanie… Cóż, powstanie planowaliśmy od dawna, tylko pieniędzy nie było na organizację - rozumiesz, żołd, prowiant, wyposażenie - to wszystko kosztuje…
- Ale… Ale… co chcesz przez to powiedzieć?
- Cóż Orciu… To nic osobistego, naprawdę, ale powstanie na Litwie to tylko początek. Skromny, to prawda, ale z czasem do wszystkiego dojdziemy. Gdy Rzeczpospolita będzie już wolna, wzniecimy wielką, powszechną rewolucję, której płomienie zaleją cały świat i wypalą z niego całą zarazę, wytną trawiący go rak - szlachtę, burżuazję, kapitalistów i rojalistów - wszystkich!
Orcio poczuł, jak z twarzy odpływa mu cała krew, a wszystkie mięśnie sztywnieją. Sytuacja była naprawdę poważna. Rozejrzał się ostrożnie na boki – byli sami, groźnych lokajów nigdzie nie było widać. Spojrzał w dół – na trawie leżało dużo sporych, wapiennych kamieni.
- Tak więc widzisz Orciu – zaaferowany swą przemową Pankracy nic nie zauważył. – My nie potrzebujemy szlachty. W ogóle. Powtarzam, to nic osobistego, ale teraz będę musiał cię zastrzelić. Mam nadzieję, że jako człek rozsądny rozumiesz to doskonale i nie będziesz stawiał opor…
Nie dokończył. Orcio błyskawicznie schylił się po najbliższy kamień i uderzył guślarza w potylicę. Skała zagłębiła się w miękką czekoladę. Pociekło karmelowe nadzienie.
Pankracy zadrżał, osunął się na kolana, upadł na twarz, znieruchomiał. Karmel rozlał się na trawę żółtą, gęstą kałużą.
Orcio jednak nie przyglądał się temu, nie skosztował też słodkości. Pędem rzucił się w kierunku lasu. Jak najdalej od pola bitwy.
9.
- I to już właściwie koniec historii. Lasami przedarłem się do najbliższego miasteczka, tam wynająłem powóz do Wilna, a z Wilna, przez Warszawę, uciekłem tutaj. Na szczęście nie zainwestowałem w powstanie całych pieniędzy, tak więc mogę sobie spokojnie żyć. Zaś samo powstanie nie trwało długo - gdy po tygodniu dotarłem do Wilna, było już skończone. Bez Pankracego nie umieli sobie poradzić – Orcio urwał, popatrzył smutno w sufit.
- No, niezła historia, nie powiem – pochwalił łaskawie Adam. – Choć taka trochę bez wyrazu. Żeby spisać, to trzeba będzie trochę ulepszyć.
- Zaraz, zaraz – wpadł mu w słowo Juliusz. – A kto powiedział, że to TY spiszesz tę historię, co?
- Ale co ty sobie w ogóle wyobrażasz? Przecież jesteś tylko żałosnym debiutantem, a JA wieszczem, JA!
- Słuchajcie, a gdzie jest Zygmunt? – przerwał cokolwiek znudzony Orcio. – Widzieliście kiedy wyszedł?
- Hm – zająknął się Juliusz. – Jak opowiadałeś, to siedział tu i notował coś w tym swoim zeszyciku. A potem…
- Uciekł! – wykrzyknął przerażony Adam. – Uciekł! Juliuszu, szybko! Biegnijmy łapać drania, bo sam wszystko spisze i nici wyjdą z naszych dzieł. Wybacz Orciu, ale musimy dopaść tę szelmę i przemówić do rozumu.
Obaj poeci podnieśli się z krzeseł i wybiegli z kawiarni. Zaś Orcio siedział przy stoliku jeszcze długo, bardzo długo, dopóki za oknem nie zapadł wczesny, zimowy zmierzch, dopóki brązowa ćma nie rozpoczęła swego bezładnego tańca wokół wiszącej pod sufitem gazowej lampy. A potem wyszedł w zimną, nieprzyjazną ciemność i powolnym krokiem odszedł, szurając butami po chodnikowym bruku, lawirując między płatkami śniegu.
Koriat
[ koriat@poczta.fm ]
|