|
Dedykowane wszystkim,
Którzy odeszli,
Pozostawiając po sobie pustkę
W sercach najbliższych...
(...) nigdy nie miał dosyć patrzenia na nią, i nie chodziło o to, że go podniecała. W jakiś tajemniczy sposób, którego nie potrafił wyjaśnić, jej widok działał na niego uspokajająco. Czuł wtedy, że wszystko ma się ku dobremu, a on sam, po raz pierwszy w swym samotnym życiu, jest pełnowartościowym człowiekiem, który jeszcze może osiągnąć trwałe szczęście.
Popadając w stan błogości, Ben zaczął nawet żałować Erica, bo tamten nie zdawał sobie sprawy, że najbliższa nieśmiertelności jest miłość. Człowiek nigdy nie pozna nic wspanialszego. Jedyną i najlepszą odpowiedzią na wyzwanie śmierci jest kochać się. Kochać.
Dean Koontz
Cieniste ognie
Kluczowym słowem jest krzywda.
Stephen King
Ciało
1
Wszystko się skończyło. Po raz kolejny, na przestrzeni ostatnich lat, marzenia Mariusza Januszewskiego runęły jak zdmuchnięty domek z kart. Gdyby zostali mu jeszcze jacyś przyjaciele, to zapewne całość nie wyglądałaby tak źle - zawsze można by z kimś o tym porozmawiać, żeby choć na krótki czas zapomnieć. Lecz od kilkunastu miesięcy nie miał żadnego kontaktu ze swoimi znajomymi - wyjechali do pracy za granicę, albo odwrócił się od Mariusza, widząc jego szczęście...
Dziwne, prawda? Jak można odsunąć się od innej osoby, widząc jej radość, tym bardziej jeśli szczęśliwe chwile były dla niej czymś nowym? On sam nie do końca to rozumiał i chyba każdy na jego miejscu też miałby z tym problemy. Wskazywało to tylko na zawistną naturę człowieka - bo jeśli najbliżsi nie potrafią się cieszyć z nami, to kto może? Odpowiedź pozostaje tylko jedna, ale nasz umysł nie przyjmuje jej od wiadomości; mami się dobrymi chęciami przyjaciół, choć tak naprawdę nie są one więcej warte, niż funt kociego włosia.
Pozostało tylko pogodzić się z faktem, że w najszczęśliwszych, oraz w najtrudniejszych momentach, zostajemy sami, a ci, co byli nam bliscy, gdzieś znikają, jakby perspektywa pobliskiego szczęścia, lub cierpienia, przerażała ich do szpiku kości.
Mariusz Januszewski zaakceptował to, jednocześnie ufając, że tylko w jego życiu inni ludzie okazali się tak mało wartościowi, iż po prostu trafił w złe, pozbawione zasad moralnych towarzystwo. Po części na pewno miał rację, ale ilu z nas zawiodło się na znajomych, gdy potrzebowaliśmy pomocy? Ilu z nas patrzyło z bezsilnością na to, jak odchodzą z opuszczonymi oczami, zazdroszcząc nam czegoś, czego oni sami nie byli w stanie zdobyć?
Niestety, świadomość takiej natury człowieka jeszcze bardziej go dobijała. Miał serdecznie dosyć, ale w żaden sposób nie mógł tego odmienić, choć pragnął to zrobić z całego serca. Pozostało mu tylko bycie egoistą w świecie pełnym samolubnych, skupiających się wyłącznie na sobie, istot. Zamierzał być egoistą, ale tylko przez chwilę, która stanie się jedyną drogą do szczęścia, będąc balsamem dla skołatanej duszy.
Przynajmniej taką miał nadzieję...
Przynajmniej w to wierzył resztką sił...
Mariusz potrząsnął głową, co z boku wyglądało trochę groteskowo, rozpraszając napływające myśli. W głowie mężczyzny zapanował tymczasowo spokój, pozwalający mu relaksować się spacerem.
Wdychał zimne, jesienne powietrze z taką łapczywością, jakby za kilkanaście minut miało go całkowicie zabraknąć. Poszczególne wdechy przyjmował z satysfakcją, czując jednocześnie jak chłodnawe opary wypełniają mu pierś, rozchodząc się z niej strzelistymi strugami, mrożąc napotkane komórki. Chyba pierwszy raz rozkoszował się czymś tak banalnym jak oddychanie - i mówiąc szczerze cholernie żałował, iż nie robił tego wcześniej.
Teraz było za późno, żeby naprawić ten błąd, ale postanowił, że przez chwilę, jaka mu została, postara się odrobinę nadrobić zaległości. Zimne powietrze było dobre, ponieważ potrafiło odegnać strach, rozpraszając uciążliwe myśli.
Szedł przed siebie, mijając pogrążone w ciemnościach domy. Drogę rozświetlały mu poustawiane na poboczu latarnie, a jedynym dźwiękiem, niosącym się po ulicy, był odgłos jego oddechu wymieszany z plaśnięciami butów; kroki mężczyzny wydawały się stawiane od niechcenia.
Daleko przed sobą zauważył mrugające czerwone światło, informujące o tym, że zamykają się zapory kolejowe. Po kilkudziesięciu sekundach usłyszał jak pociąg przetacza się przez niewielką stację, nawet się nie zatrzymując. Gdzieś z tyłu rozległ się krótki krzyk kogoś pijanego; głos dobiegał z daleka i Mariusz nie usłyszał, czego kilka krótkich słów dotyczyło.
Patrząc na mrugające przy szlabanach światło przymknął powieki. Zrobił głęboki wdech, równocześnie przyśpieszając. Zastanawiał się nad tym, co zaplanował i przebiegł go dreszcz oczekiwania oraz strachu.
Dodatkowo pojawiły się wyrzuty sumienia, które dotychczas spoczywały ukryte głęboko w podświadomości. Zdawał sobie sprawę, że swoim wyborem skrzywdzi najwartościowszą osobę na tym świecie - swoją matkę. Widział, że teraz ona będzie cierpieć za ich obydwoje, lecz jego duszą zawładnęło przekonanie, że nie warto żyć, gdy nie widzi się w swoim życiu żadnego celu, a to, co się kochało odeszło.
Otworzył powieki. Czerwone światło pięćset metrów przed nim zgasło, czekając w bezczynności na następny pociąg. Serce w piersi Mariusza przyśpieszyło rytmu, a uporczywe myśli, które doprowadziły go w nocy na tę drogę, rozpoczęły na nowo swój atak. Mężczyzna poddał się im z pewną masochistyczną satysfakcją.
2
- Mariusz, jesteś w domu? - rozległo się wołanie kobiety w mroku mieszkania.
Krzyczała po raz trzeci i znowu nie dostała odpowiedzi. Gdzie on się podziewa? - zastanawiała się zapalając światło w kuchni. Sześćdziesięciu watowa żarówka rozbłysła z oślepiającą mocą, więc musiała przymrużyć powieki. Gdy oczy przywykły do jasności ruszyła z miejsca ściągając z ramienia torebkę, a później kurtkę, którą rozpięła zaraz po wyjściu z samochodu.
Powiesiła rzeczy na krześle dosuniętym do stołu pod ścianą. Spojrzała na zegarek; wskazywał 03:25. Zaczęła odczuwać jakiś dziwny niepokój. Zawsze dzwonił, jak miał wrócić później, albo - wychodząc z domu - zostawiał kartkę na stole w kuchni. Dzisiaj telefon kobiety ani nie zadzwonił, ani kartka nie leżała na swoim miejscu.
- Mariusz, jesteś w domu? - ponowiła pytanie nieco głośniej.
Znowu cisza. Odeszła od stołu ruszając w kierunku pokoju syna. Żeby do niego trafić musiała tylko dojść do drzwi po przeciwległej stronie. Wynajmowali dwa pokoje - plus kuchnia i łazienka - w starym, poniemieckim domu, a za tamtych czasów nie budowano korytarzy, tylko wszystkie pomieszczenia łączono ze sobą.
Serce podchodziło jej do gardła, a na skórę wystąpiła gęsia skórka. Wzdrygnęła się. Nie widziała dlaczego jej ciało tak się zachowuje - przecież zawsze istniała możliwość, że śpi.
- Tak, jasne. W butach i kurtce - wymamrotała do siebie.
Z duszą na ramieniu pociągnęła za klamkę, popychając drzwi w głąb ciemnego pomieszczenia. Zawiasy zaskrzypiały. Zrobiła pierwszy krok do środka pokoju, później drugi i trzeci. Zanim sięgnęła do włącznika światła coś usłyszała, jakby ktoś szeptał bardzo cicho. Jęknęła.
W przypływie paniki chciała szybko się wycofać, ale jakaś część jej duszy musiała się dowiedzieć co to. Poza tym może wtedy otrzyma odpowiedź na pytanie, gdzie się podziewa Mariusz.
Nacisnęła włącznik po lewej. Tak samo, jak w kuchni, tutaj światło także rozbłysło całą swoja mocą. Nie wiedziała czemu, ale w głębi duszy podejrzewała, że żarówka nie zaświeci i będzie zmuszona poruszać się po ciemku, jak wszystkie kobiety skazane na śmierć w filmach grozy.
W środku panował względy porządek. Para dżinsów i dwie bluzy leżały w kącie niedaleko biurka. Kilka otwartych książek spoczywało na pustym, niezasłanym łóżku między zwiniętym prześcieradłem i kołdrą.
Jeśli chodzi o wystrój, to nie był on wybitnie zróżnicowany czy intrygujący. W pokoju stało wspomniane wcześniej łóżko z biurkiem, na którym Mariusz trzy miesiące temu postawił komputer. Oprócz tego pod ścianą widniała sporych rozmiarów szafa, z czterema regałami zapełnionymi książkami, a obok komoda; na jej blacie poustawiano kilkanaście ramek z fotografiami.
Nadal słyszała zastanawiający szept, ale teraz dotarło do niej, że ma on pewien niezmieniający się rytm, jakby ktoś nagrał się na kasecie albo płycie audio. Odetchnęła z ulgą jeszcze bardziej, gdy zobaczyła, iż w pomieszczeniu nie ma kogoś obcego - kogoś, kto czaił się na bezbronną kobietę.
Przeszła obok łóżka, zbliżając się do biurka, ponieważ to właśnie z tamtej strony dobiegał dźwięk. Gdy była tuż za obrotowym fotelem zdała sobie sprawę z tego, że komputer jest włączony. Monitor był ciemny, ale wraz z rytmicznym szeptem można było usłyszeć charakterystyczny szum urządzenia.
Wyminęła fotel i stanęła przed biurkiem patrząc na blat. Mariusz nie szanował za bardzo płyt, więc kilka leżało luzem. Między nimi kobieta coś dostrzegła. Wyciągnęła rękę i zaraz trzymała w niej białą kopertę. Opuszkami czuła, że we wewnątrz coś jest, najprawdopodobniej list. Znowu zaczęła się niepokoić.
Pod wpływem impulsu odwróciła głowę w prawo, patrząc na ustawioną po środku komody fotografię. Przedstawiła ona Mariusza ze swoją matką - Joanną. Stali we dwoje, a z tyłu za nimi widniały ośnieżone szczyty gór. Zdjęcie upamiętniało ich wspólny wyjazd w Alpy. Nawet z odległości potrafiła dostrzec dokładnie twarz swojego jedynego dziecka, które pozostało przy życiu.
Oczy zakrywały mu narciarskie gogle, ale wiedziała, że spod nich patrzą na świat niebieskie oczy. Głowy nie zakrył czapką - choć go o to prosiła chyba z tysiąc razy - więc wiatr rozwiał Mariuszowi jasne, niedługie włosy. Usta miał wąskie, lecz jędrne, a pod nimi znajdował się rozdzielony na dwoje podbródek. Nos chłopaka nie był duży, ale trochę skrzywiony u nasady. Resztę ciała syn Joanny ukrył pod niebiesko-czerwonym kombinezonem, ale wyglądał na szczupłego.
Obok stała ona podobnie ubrana. Również była szczupła, choć wyższa od Mariusza, który mierzył około metra siedemdziesiąt. Z twarzy wydawali się bardzo podobni do siebie, stąd od razu każdy zgadywał, że są rodziną.
Kobieta, pomimo podenerwowania, uśmiechnęła się przez chwilę na wspomnienie tamtego wyjazdu. Jacy wówczas byli szczęśliwi!
Po krótkiej walce z samą sobą odwróciła wzrok od zdjęcia - pozostałe fotografię nie stanowiły dla niej większej wartości, ponieważ przedstawiały paru znajomych Mariusza oraz jego dziewczynę, Ewę.
Odetchnęła głęboko, a następnie rozerwała górną część koperty. Nawet przez chwilę nie zastanowiła się, czy list w środku jest dla niej; po prostu czuła, że tak musi być. W między czasie sięgnęła do monitora włączając go. Chciała się w końcu przekonać, co to za melodyjny szept.
Obraz stopniowo nabrał ostrości i Joanna zobaczyła pulpit. Widziała fragment tapety przedstawiający błękitny ocean, po którego lewej stronie pływało sporo ikon. Pozostałą część zasłaniał Winamp z rozciągniętą do granic playlistą. W liście odtwarzania była tylko jedna piosenka autorstwa Eminema - Cleanin' out my closet. Mariusz ustawił, aby leciała w kółko. Nie zdziwiło ją to, gdyż bardzo często słyszała jak ciągle słuchał tego właśnie utworu.
Przełożyła list do lewej ręki i sięgnęła do myszki. Poruszała nią trochę klikając raz. Zrobiła głośniej suwakiem nad ekłalizatorem. Niemal natychmiast Eminem odezwał się wyraźniej z głośników. Podkład także stał się rozpoznawalny. Z tego, co sama kojarzyła, to właśnie kończyła się druga zwrotka.
Wyprostowała się. Wyciągnęła ze środka koperty kilka złożonych na pół kartek formatu A5. Tym razem serce odezwało się tak głośno, że aż ją to zabolało. Złe przeczucia Joanny sięgnęły apogeum. Eminem wcale, a wcale nie dodawał kobiecie swoimi słowami otuchy, czy pewności siebie.
Rozłożyła plik kartek. Spojrzała na pierwszą: była w całości pokryta starannym charakterem pisma Mariusza; u góry, nad głównym tekstem, widniało jedno, zakończone wykrzyknikiem, słowo: Mamo!.
Z paniką w duszy zaczęła czytać list zostawiony przez syna. Z każdym wersem nabierała pewności, że wszystko zmierza ponownie w złym kierunku.
3
Mariusz Januszewski doszedł do stacji kolejowej. Obecnie zapory były uniesione, a sygnalizatory nadal czekały na nadjeżdżający pociąg. To miejsce osiedla oświetlało znacznie więcej latarni, przede wszystkim dlatego, iż stał tu jeden sklep - obecnie zamknięty, o czym świadczyły opuszczone białe rolety.
Opuścił asfaltową drogę, skręcając w prawo, gdzie kawałek dalej kończyły się latarnie, a tory i otaczające je drzewa chowały się w mroku; mniej więcej kilometr dalej paliło się czerwone światło semaforów.
Nikt nie mógł go zatrzymać, głównie dlatego, że nikogo nie było w pobliżu. Od dwóch lat szlabanami sterował komputer, więc zwolniono załogę dworca - od tamtej pory bilety kupuję się zaraz po wejściu do pociągu u konduktora.
Minął zarośnięty peron, przy którym osiem razy dziennie zatrzymywał się pociąg osobowy. Zaraz za nim latarnie się kończyły i pozostawał tylko mrok z ukrytymi w nim drzewami czy słupami trakcji elektrycznej. Postanowił nie odchodzić daleko, ponieważ o tej godzinie i tak się nic tutaj nie zatrzymuję.
Gdy był około stu metrów od peronu położył się na torach. Ciemność skrywała jego ciało - tylko oczy błyszczały lekko. Dwa metalowe sznury zmroziły go całego; jeden w kark, a drugi w pobliżu kolan. Kamienie oraz podkłady wbijały się Mariuszowi w plecy. Skierował wzrok w stronę semaforów - stojących dalej przy sąsiednim torze - ale nie zauważył świateł nadjeżdżającego pociągu. Odetchnął płytko przymykając powieki.
Oczekując wsłuchiwał się w zawodzenie wiatru, który niedawno rozpoczął swoją symfonię. Zdawało mu się, że poczuł w karku bardzo delikatne drżenie szyny.
4
Joanna nieświadomie czytała na głos słowa napisane przez syna. Każdy wyraz mieszał się z piosenką Eminema, która leciała w kółko.
- Mamo! Postanowiłem zostawić Tobie ten list, ponieważ Ty jako jedyna zasługujesz na wyjaśnienia. Zdaję sobie sprawę, że to, co za chwile przeczytasz, złamie Twoje serce, a co gorsza spowoduję rozpacz, ale stało się kilka rzeczy, które uniemożliwiają mi podjęcie innej decyzji.
Postanowiłem zakończyć swoje życie. Wiem, że brzmi to patetycznie, ale inaczej nie da się chyba tego napisać. Podjąłem decyzję, że zabiję się dzisiaj w nocy tak, aby nikt nie zdążył mnie powstrzymać.
Zdaję sobie sprawę, że takie rozwiązanie to ostateczność i to najgorsza z możliwych. Niestety dzisiaj popołudniu straciłem swój cel, całe swoje oparcie, jakie miałem w Ewie.
Po wymienieniu w liście tego imienia Joanna wypuściła z sykiem powietrze. Łzy rozpoczęły po jej policzku swą wędrówkę, robiąc płytkie bruzdy w makijażu. Nigdy nie przepadała za dziewczyną syna. Z jakiś powodów od początku budziła w niej nie chęć, a teraz doprowadziła do tak drastycznej decyzji Mariusza.
- Od prawie dwóch miesięcy - zaczęła ponownie - widziałem, że coś się psuję. Z każdym dniem zachowywała się coraz dziwniej w stosunku do mnie. Jej podejście wyglądało tak, jakbym nagle stał się jej wrogiem! Była cyniczna, niemiła i sam nie wiem, co jeszcze. Na wszelkie moje wyznania reagowała milczeniem, opuszczając wzroku w dół, jakby zrobiła coś złego.
Wiadomo, że w związku - prędzej czy później - przychodzi chwila na kryzys i przez pewien czas czekałem, aż sytuacja wróci do normy. Myślałem, że może to wina stresów w domu albo w szkole, o których nie chce mi powiedzieć. Jednak z biegiem dni nic się nie zmieniło, a nawet było jeszcze gorzej.
Zaczynałem się martwić, a dni spędzane przy jej boku powoli stawały się męczarnią. Nawet największe uczucie potrafią zostać przytłumione przez brak zaangażowania partnera. Ona była niemiła, a ja byłem coraz bardziej rozgoryczony. Między nami zapanowało napięcie, tak duże, że aż wyczuwalne zmysłami.
Normalną koleją rzeczy wydawała się w takim wypadku kłótnia, tylko o co? No cóż, powód zawsze się znajdzie, jeszcze w przypadku, gdy drugiej osobie nie zależy.
Dzisiaj popołudniu w końcu dowiedziałem się dlaczego Ewa była taka, a nie inna. Wyciągnąłem z niej - dosłownie! - że już mnie nie kocha, że się po prostu pomyliła w uczuciach, rozumiesz?! Nawet nie wiem, jak mam opisać to, co wtedy poczułem. Tylko patrzyłem na nią, tłumiąc w sobie łzy. Tyle czasu czekałem na taką osobę jak ona, tyle czasu spędziłem w samotności, odrzucony! Czekałem na dwa proste słowa, które dostałem od niej, a ona mi po tylu wspólnych miesiącach mówi, że się pomyliła. Skoro się pomyliła, to wcześniej kłamała... czy to ma jakikolwiek sens?
Pytam tylko, jak można się pomylić w takich uczuciach? Bo ja osobiście nie mam pojęcia! Jak można czekać tyle miesięcy, gdy ma się już świadomość błędu, okłamując samego siebie? Tego też nie wiem! Najgorsze jest to, że najprawdopodobniej ona czekała na przewinienie z mojej strony, aby wtedy wszystko skończyć. Wówczas uciszyłaby choć trochę swe sumienie...
Nie jestem święty. Wiem jakie błędy popełniłem i co zrobiłem nie tak. Do tej pory żałuję tych kilku momentów, gdy ją zawiodłem, ale starałem się całym serce, żeby była szczęśliwa, aby miała świadomość mojej miłości. I tak całe poświęcenie poszło na marne dla osoby, która nie potrafiła tego docenić.
W chwili, w której pisze te słowa, czuje się jak kamień opadający w dół z najwyższego i jednocześnie najpiękniejszego punktu nieba. Spadam w dół, ku skalistej ziemi, na której rozbije się w pył. I tylko słowa oraz gesty zrodzone z miłości mogą przywrócić mi nadzieję, mogą odrodzić we mnie wiarę w ludzi - tylko one mogą wznieść mnie na powrót do nieba, jak najbliżej gwiazd!
Lecz obecnie nikt nie może mi tego ofiarować. Moje serce wyrwano, podeptano, aby je później wyrzucić, jak bezużyteczną zabawkę! Jestem zagubiony, smutny, rozdrażniony...choć z całych sił staram się stłumić te uczucia. Jedyne, co mi nie pozwala tego zrobić, to wspomnienie jej pozbawionych uczucia oczu, które zdawały się tak puste, że aż martwe!
Oczywiście nie tylko ona jest powodem mojej decyzji o odejściu z tego świata. Lecz przez nią pojawiają się następne.
5
Gdy Joanna zaczynała czytać list Mariusza, on ujrzał w oddali światła nadjeżdżającego pociągu. Już pięć minut wcześniej czuł wyraźnie drżenie obydwu szyn i modląc się w duszy czekał na swój koniec. Teraz, gdy nareszcie zobaczył swoje przeznaczenie, nie był przestraszony, ani spanikowany. Serce obecnie biło sobie spokojnie, a wdechy i wydechy robił równomiernie. Jedyne, co mu doskwierało, to zimno. Oprócz tego leżenie na torach spowodowało odrętwienie ciała, o którym z całych sił starał się zapomnieć. Ale już niedługo - pomyślał.
Ponownie zamknął oczy, pogrążając się w wyczekiwaniu, wsłuchując się w wyjący wiatr, szum nadjeżdżającego pociągu oraz w drżenie szyn.
6
- Przez takie zakończenie związku z Ewą straciłem całkowicie resztkę wiary w ludzi. Już mam dosyć ich samolubności, pychy czy zazdrości. Moja tolerancja dla innych skończyła się po prostu. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy jest zły, ale dlaczego ludzie, na których mi zależało, ukazali tylko złe cechy?
Nie pisze tutaj o Tobie, Mamo. Ty z całego tego grona jesteś naprawdę wyjątkową! Zawsze, gdy było mi smutno, wspominałem nasze wycieczki czy długie godziny, podczas których tylko rozmawialiśmy! Pomimo naszej wspólnej samotności razem potrafiliśmy znaleźć odrobinę szczęścia.
Wiem, że moja śmierć, jeszcze na dodatek samobójcza, sprawi Tobie ból. Doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale nie ma sensu dalej żyć, skoro nie widzę w tym życiu celu - skro nie widzę w nim przeklętego sensu!
Musze odejść. Tak jest zdecydowanie lepiej - wierz mi! Lepiej, abym zginął, niż żebym zrobił krzywdę komuś innemu, a wzbierające we mnie uczucia do tego właśnie prowadziły. A wystarczająco znam siebie i wiem, że byłbym zdolny do złych czynów, które spowodowałby niepotrzebny ból wielu ludzi.
Powoli będę zbliżał się do końca swojego listu. Jednak na zakończenie chce Tobie powiedzieć jeszcze kilka rzeczy. Po pierwsze nie chciałem, aby tak to się wszystko skończyło - nie chciałem sprawić, że Ty także będziesz cierpieć przez stratę kolejnej bliskiej osoby. Po drugie przykro mi, że zostaniesz sama.
Teraz odłożę długopis na bok i odejdę, lecz pamiętaj o tym, że nie możesz się smucić, tylko ciesz się każdą nową chwilą. Wspominaj to, co piękne było, a ja będę spoglądał na Ciebie z góry - gdzie dołączę do Marii, Adama, Bartka i Taty - z zadowoleniem patrząc na twój uśmiech. Będę...
Przepraszam Mamo, nigdy nie chciałem Cię skrzywdzić! Przepraszam Mamo, nigdy nie chciałem, abyś płakała! Ale dzisiaj w nocy robię w swoim życiu ład! Przepraszam...Wybacz mi! Twój syn Mariusz.
Joanna, czytając imiona swoich pozostałych dzieci, które razem z mężem straciła dawno temu w wypadku samochodowym, rozpłakała się jeszcze bardziej; końcowe zdania wymieszały się ze słowami refrenu piosenki Eminema.
Wypuściła z bezwładnych palców list i sama opadła w ślad za kartkami na podłogę, słysząc w oddali pisk hamującego pociągu. Łzy spadały na dywan, zostawiając po sobie mokre plamy. Odpływała w inne miejsce, gdzie przez pewien czas nie będzie pamiętać. Odpływała i to było dobre, gdyż w inny sposób zwariowałaby tak samo, jak jej syn.
Kiedyś podźwignie się z tej tragedii, ale zanim to nastąpi minie wiele czasu. Wstanie na nogi dzięki innemu człowiekowi, który ukaże Joannie, że nie wszyscy ludzie są źli. A co najważniejsze udowodni jej, iż niektórzy potrafią kochać i to na ich poznanie warto jest czekać nawet najdłuższe chwile samotności...
7
Pociąg trzydzieści sekund temu minął oddalone o niecały kilometr od Mariusza semafory. Pędził w jego stronę z prędkością sporo przekraczającą sto kilometrów na godzinę, co świadczyło, że w stronę samobójcy jechał ekspres lub intercity.
Szyna pod karkiem, oraz ta w okolicy kolan, szalała jak rozdygotana galareta. Wiatr rozwiewał mu włosy, tak samo jak ten podczas wycieczki w Alpy, zimno wstrząsało spazmatycznie ciałem Januszewskiego, a serce zaczęło szaleć wygrywając swą pieśń razem z niespokojnym oddechem.
Pojazd szynowy przejechał ponad połowę drogi między Mariuszem, a semaforami. Już wydawało się, że maszynista nie dostrzeże leżącego człowieka na torach, kiedy nocną ciszę przerwała pisk hamulców. Niestety, odległość była zbyta mała, żeby skład mógł całkowicie się zatrzymać. Nic nie było w stanie zmienić tego, co miało stać się za kilka sekund.
Długie, silne reflektory oświetlały bladą twarz Mariusza, który zaciskał powieki z całej siły. Nie chciał patrzeć na zbliżającą się śmierć, lecz jednocześnie, pomimo buntującego się organizmu, nie miał zamiaru wstać. Zrobił ostatni, głęboki wdech i zatrzymał go w płucach. Powietrze smakowało bosko, lepiej niż ambrozja, czy cokolwiek innego na świecie.
W momencie, gdy lokomotywa przejechała przez Mariusza Januszewskiego, on pomyślał, że tak musiało się to skończyć.
Ciało mężczyzny praktycznie rozpadło się od siły jadącego pociągu. Metalowe koła odcięły głowę i nogi Mariusza, a pęd powietrza odrzucił je spory kawałek dalej. Krew rozlała się z rozciętych arterii brodząc wszystko dookoła. Skład dotarł do Januszewskiego z mniejszą szybkością, ale bez problemu przeciągnął za sobą pozbawione życia zwłoki. Wystające części podwozia, oraz nadal spora prędkość, niemal przemieliły ciało na miazgę. Wnętrzności wylały się, rozcinając na drobne kawałki. Ziemia zdawała się w każdym miejscu poplamiona krwią zmarłego.
Pociąg, mimo usilnych starań maszynisty, zatrzymał się na dobre ponad osiemset metrów dalej.
Ból, towarzyszący śmierci, był krótki, wręcz błyskawiczny. Zaraz po odcięciu głowy Mariusz Januszewski przestał czuć cokolwiek: nie widział otaczającego go świata, nie słyszał histerii przerażonych ludzi, dochodzącej od strony wagonów. Mający dwadzieścia dwa lata mężczyzna, na którego czekało całe życie, odszedł - zgasł niczym zdmuchnięta na wietrze świeca.
Opadł na ziemię, jak opisany przez niego w liście kamień. Upadł, roztrzaskując się na pół, pozostawiając po sobie tylko zniszczone wypadkiem ciało oraz zrozpaczoną matkę. Miłość mogła go uratować, mogła sprawić że poleci, ale tego nie zrobiła...
Pozostaje wierzyć, że po wkroczeniu w ciemność dojrzał w oddali światło.
Pozostaję wierzyć, że towarzyszyły mu głosy jego rodziny.
Pozostaję mieć nadzieję, że odnalazł tam choć odrobinę utraconej radości.
Pozostaję mieć nadzieję, że spotkał tam kogoś, kto zauroczył go swoim uśmiechem.
Pozostaje mieć nadzieję, że śmierć była jego jedyną drogą do szczęścia!
Pozostaję mieć wiarę...
Pozostaję mieć nadzieję...!
KONIEC
I'm sorry mama,
I never meant to hurt you,
I never meant to make you cry,
But tonight
I'm cleanin' out my closet.
Eminem
Cleanin' out my closet
And when I'm gone,
Just carry on - don't mourn,
Rejoiced every time you hear
The sound of my voice.
Just know that I'm lookin'
Down on you smiling.
And I didn't feel a thing,
So baby don't feel no pain,
Just smile back!
Eminem
When I'm gone
Moje ciało niczym kamień opadło w dół,
Gdzie umarło, bez uczucia pękając na pół!
Tylko słowa i gesty zrodzone z miłości
Mogły me skrzydła poruszyć! -
Wznosząc wysoko, do dawnej wysokości,
Aby kamień w mym sercu skruszyć!
Gabriel Augustyn
Kamień
Szczecin - Wielgowo
12 grudnia 2005 i
14 stycznia 2006 roku
OD AUTORA: Tym razem miałem sobie całkowicie podarować pisanie czegokolwiek pod treścią opowiadania. Jednak stwierdziłem, że wypada to zrobić - tak dla tradycji. Jeśli chodzi o zawartość to chyba nie muszę się za bardzo tłumaczyć. Według mnie inspiracja jest jasna. Ważniejsze są uczucia, które legły w gruzach. Zdaję sobie sprawę, iż powyższe opowiadanie nie należy do grona Śmiejmy się i Tańczmy. Nie było moim celem nikogo zachwycić, przestraszyć, wzruszyć etc. - po raz pierwszy miałem to głęboko w dupie! Pisałem, żeby przynieść sobie ukojenie, aby zapomnieć na chwilę. Nie ukrywam, że mi się udało. Na jak długo to już nieistotne. Ważne, iż taki sposób działa! Ten tekst tchnął we mnie trochę nadziei, przede wszystkim swoim powstaniem - jest to pierwsza sensowna rzecz od czasu "Niezapominajki".
"Jedyna droga do szczęścia?" nie ma za cel Nikogo oskarżać, ani atakować. Jeśli Ktoś odbierze to inaczej, to przykro mi. Niestety, opisanie czegoś takiego przynosi mi ulgę, a oto przecież chodzi.
Dobra, kończę. W każdym razie nie bójcie się o mnie. Jeszcze mnie na tory nie ciągnie hehehe. No i nie zgadzam się z kilkoma rzeczami jakie napisałem w treści opowiadania, ale mniejsza o to. Pozostaję mieć wiarę... Pozostaję mieć nadzieję - to dobre słowa na zakończenie i tak to zostawmy. Dziękuję Osobą, które dotarły aż tutaj. Dziękuję, bo to właśnie Wy dajecie mi wiarę, dajecie mi nadzieję... Dziękuję!
"Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą!" - ku pamięci wielkiego poety: Księdza Twardowskiego...
Ogór
[ gaau@wp.pl ]
|