|
Część 1
Na zewnątrz deszcz lał się z nieba ogromnymi strugami. Siedziałem chyba w najbardziej obskurnym i zapyziałym, ale jednocześnie największym i najczęściej odwiedzanym caffe barze w całym mieście. Sączyłem z kubka to, co barmanka nazywała "małą czarną" a co ja, nazywałem po prostu szczynami. Szafa grająca, stojąca w kącie pomieszczenia wygrywała "Riders on The Storm" Doorsów. Jak na ironię, to całkiem kurewska ironia. Kiedy dopiłem do końca tą ich, pożal się słodki Boże kawę, wyrzuciłem do stojącego nie opodal mnie śmietniczka, papierowy, śmierdzący kubek.
Z kieszeni płaszcza wyjąłem paczkę Lucky Strike'ów gdy mych uszu dopadł jakiś chorobliwy skrzek, czego nie ośmieliłbym się nazwać nawet krzykiem.
- Tu nie wolno palić! - Krzyknęła kobieta stojąca za ladą. Miała pewnie nieco ponad czterdziestki i śmierdziało od niej potem. Włosy miała spięte w staranny, prosty kok. Ubrana była w obcisłe dżinsy, które niezbyt estetycznie wyglądały na jej wielkim zadzie. Górę ubioru stanowiła, koszulka z krótkim rękawem, w kolorze jaskrawej pomarańczy.
- To po jaką cholerę te popielniczki stojące na ladzie ?
Spojrzała na mnie oczyma pełnymi gniewu i wyrzutu, wymamrotała coś pod nosem. Głupia suka- pomyślałem, po czym położyłem na ladzie należyte dwadzieścia pięć centów. Z siedzenia obok podniosłem swój kapelusz i nasunąłem go na głowę, wyszedłem z baru bez słowa.
Kiedy zobaczyłem deszcz lejący się spod gwiazd, odechciało mi się nawet papierosa. Wypatrzyłem na parkingu swój samochód i czym prędzej, z braku jakichkolwiek chęci na moknięcie, pobiegłem w jego kierunku. Na nic nie zdał się, mój widowiskowy sprint podstarzałego dziada i już w połowie drogi do samochodu byłem kompletnie mokry.
- A pocałuj mnie w samą dupę- powiedziałem, nie wiem czy do siebie, czy bardziej do deszczu, ale szaleńczy bieg zastąpiłem miarowym krokiem. Zupełnie obojętnym było mi czy zmoknę jeszcze bardziej, czy być może z nieba spadną małe chińskie dzieci, które w mig osuszą mnie i moje przemoczone ubranie.
Kiedy już, opromieniony chwałą, doszedłem do mojego starego, rozklekotanego BMW, wyjąłem z tej samej kieszeni, w której zwykłem trzymać papierosy i zapalniczkę, kluczyki, które bez pośpiechu, nie bacząc na szalejącą ulewę, wsadziłem w zamek drzwi i otworzyłem je siadając za kierownicą.
Każdy, kto kiedykolwiek miał okazję jechać moim samochodem, krzywił twarz w niewyobrażalnych grymasach, kiedy wciąż krążący po jego wnętrzu tytoniowy smród dotarł jego nozdrzy. Mi on nie przeszkadzał, paliłem to świństwo już od ponad dwudziestu lat.
Kiedy włożyłem w stacyjkę kluczyk, byłem pewien, że nie zapalę tego żęcha za pierwszym razem, nie miałem też jakichkolwiek nadziei na to, że uda mi się to za szóstym razem. I oto proszę! Jeremy Hupper, który od lat piętnastu babrał się w detektywistycznej robocie, zupełnie nagle, przejawił zdolność jasnowidzenia!
- Jasna cholera, powinienem dyktować numery w totka tym zasrańcom z Nowego Orleanu- powiedziałem sam do siebie, przez zaciśnięte zęby, pół wesół, bo stałem pośrodku jakiejś dziury, nie mogąc zapalić durnego samochodu. Ze złośliwym silnikiem uporałem się po siódmej próbie porwania go do pracy. Czemu złośliwym? Uporczywie wierzyłem w to, że ten stary gruchot za każdym razem robił mnie w balona.
Kilka minut później, czołgałem się dziurawą jak ser szwajcarski, drogą. Czołgałem się, bo podróżowania tym zafajdanym smokiem, nie można było nazwać jazdą.
Kiedy dotarłem na Long Street, gdzie mieściła się kamienica, w której mieszkałem, wciąż padało. To nic dziwnego, przynajmniej dla tych, którzy mieszkają tu już parę lat. Otóż w Racoon City zawsze padało. Niezależnie od miesiąca. W Afryce, wyróżnia się dwie pory roku, deszczową i suchą. U nas jedną. Tylko i wyłącznie deszczową. Można się do tego przyzwyczaić, co prawda po jakimś czasie, ale można. Ja, zanim się przyzwyczaiłem, przez cały okrągły rok, w każde słoneczne popołudnie, wychodziłem poza dom w krótkich spodenkach i zwiewnym T-shirt'cie. Zazwyczaj kończyło się to moją gwałtowną ucieczką na klatkę schodową. Był też okres, kiedy każdego ranka, spoglądałem na ulicę przez okno swojego lokum, z nadzieją, że być może na zewnątrz jest sucho. Tego także się oduczyłem. Już od trzech lat, nie ruszam się z domu bez parasola i płaszcza przeciwdeszczowego.
Moje mieszkanie mieściło się na czwartym piętrze a w budynku, jak możecie się domyślić, nie było windy.
- Inwalidzi będą musieli wspinać się po poręczach- powiedziałem wzdychając ciężko i zacząłem wchodzić po schodach na górę.
Kiedy przekroczyłem próg swojej kwatery, było dziesięć minut po północy. Przeszedłem przez długi korytarz, którego ściana była ozdobiona sporych rozmiarów lustrem. Zdjąłem buty i starannie włożyłem je do komody, obok adidasów, trampek i sandałów. Dziwne, odkąd tu mieszkam, jeszcze nigdy nie założyłem żadnego innego obuwia, oprócz tego, które miałem na sobie tego wieczora. Mimo wszystko trzymałem je na wszelki wypadek. Uporczywie wierzyłem w to, że kiedyś mi się przydadzą.
Następnie, wkroczyłem do salonu, mahoniowy parkiet skrzypiał jak zawsze. Wszystkich irytował ten dźwięk. Dla mnie był jak jedwab. Usiadłem na kanapie, obitej czarną skórą i wygodnie usadowiłem zmęczone nogi na wiekowym, dębowym stole.
Włączyłem telewizor i szybko zacząłem sortować kanały, w celu znalezienia jakichkolwiek ostatków z dzisiejszych wiadomości. Kiedy zorientowałem się, że niczego ciekawego nie znajdę, zacząłem się powoli rozbierać. Spodnie i koszulę a także skarpetki wrzuciłem do kosza na pranie stojącego w łazience. Zacząłem sobie nalewać wodę do wanny. Majtki, jak miałem w zwyczaju, porzuciłem gdzieś na środku ogromnej łazienki. Spojrzałem w lustro. Nie zobaczyłem w nim niczego nowego. Ta sama przemęczona twarz, podkrążone oczy i kilkudniowy zarost.
Wszedłem powoli do kadzi kąpielowej, woda była gorąca. Nie zraziło mnie to. Nie ma niczego lepszego pod Słońcem od gorącej kąpieli po męczącym dniu.
Zamknąłem oczy i zanurzyłem głowę pod wodę. Wynurzyłem się po paru chwilach. Nalałem na głowę szampon do włosów i zacząłem szorować je energicznie. Po skończonej czynności spłukałem resztę specyfiku o, jak dotąd, nie odgadnionym dla mnie składzie i zabrałem się za resztę ciała.
Zawsze wylewałem na gąbkę ogromne ilości mydła w płynie. Nie mogło być inaczej w tym wypadku. Po mojej kąpieli, piany było zawsze więcej niż w największych myjniach samochodowych.
Być może nie byłem zniewalająco przystojny, ale zawsze dbałem o higienę. Moje zabiegi pielęgnacyjne trwały zazwyczaj około godziny. Co z tego, skoro wszystko szło w piach, po wypijaniu ogromnych ilości kawy, spalaniu paczki, czasem dwóch paczek papierosów dziennie i spożywaniu, od czasu do czasu, ale niewyobrażalnych miar alkoholu.
Pozostało już tylko wymyć dokładnie twarz i uszy i mogłem zakończyć moje wieczorne pluskanie się. Wyszedłem z wanny, chwyciłem jeden z mniejszych ręczników i owinąłem się nim w pasie. Drugi, większy, posłużył mi do wytarcia całego ciała i włosów. Kiedy już skończyłem, stanąłem przed lustrem wiszącym w łazience, z kubka stojącego na umywalce wyjąłem szczoteczkę do zębów i pastę, którą na nią energicznie wycisnąłem. Wtem, w kuchni zadzwonił telefon.
- Jasna cholera, co za jełop wydzwania do ludzi w środku nocy- przekląłem podirytowany i poszedłem do kuchni.
Kafelki były zimne, koloru czekolady. Telefon wisiał po lewej stronie futryny, zaraz koło lodówki. Odebrałem.
- Jeremy Hupper, przy telefonie, z kim mam przyjemność- spytałem, mimo tego, że nieźle nabuzowany, z tą samą, niezmienną od lat gracją i elegancją.
- Biuro detektywistyczne Racoon City. Paul z tej strony. Hupper, mamy sprawę.
- W środku nocy? Kurwa, nie mogłeś zadzwonić jutro?
- Jeremy, dzisiaj jest jutro.
Spojrzałem, na zegar, wiszący nad miejscem gdzie powinny znajdować się drzwi, a gdzie nigdy ich nie było. Faktycznie, była pierwsza trzydzieści pięć.
- Rzeczywiście, co mamy?
- Podejrzewam, że samobójstwo, jesteś nam potrzebny.
- Kiedy miało miejsce?
- Jake powiedział, że nie wcześniej niż o północy i nie później niż o pierwszej.
- No dobra, ale czemu akurat ja?
- Do jasnej cholery, doskonale wiesz, dlaczego.
- Bo jestem najlepszy?
- Tak, właśnie tak.
- Gówno prawda, gdzie mam być i o której?
- Wschodnia dzielnica Racoon, Village Street, budynek numer 16, stara kamienica, z czerwonej cegły. Na pewno ją rozpoznasz.
- To się okaże, będę za jakieś 30 minut.
A już naiwnie wierzyłem w to, że uda mi się spędzić spokojną noc we własnym, ogromnym łóżku. Ubrałem się z powrotem w ubrania z dzisiejszego wieczora, do kieszeni płaszcza włożyłem paczkę fajek, zapalniczkę, kluczyki od samochodu i odznakę. Wsunąłem w kącik ust jednego z papierosów i zapaliłem go. Wciągnąłem dym w płuca delektując się, już na pamięć znanym smakiem.
Zbiegłem po schodach, które jakiś pojeb tak skonstruował, że skrzypiały jak posrane, przy każdym najmniejszym ruchu. Lubiłem skrzypienie mojego parkietu, ale to już była gruba przesada.
Zszedłem do samochodu, otworzyłem drzwi i siadłem za kierownicą. Włożyłem kluczyk w stacyjkę, przekręciłem go. Ku mojemu, szczeremu zdziwieniu, zapalił za pierwszym razem.
- Brawo słodziutki.
Z nieba lało się mocniej niż zazwyczaj, ale nie było to najważniejsze. Musiałem dostać się do wschodniej dzielnicy miasta i znaleźć kamienicę wybudowaną z czerwonej cegły. Odruchowo włączyłem radio. Ku mej uciesze, usłyszałem jeden z moich ulubionych kawałków Floydów. Nastrojowe "Echoes" było idealne do tej dziwnie spokojnej, jak zwykle zimnej nocy.
Niedopałek papierosa wyrzuciłem przez otwarte okno samochodu. Piętnaście minut później byłem już na miejscu, bez problemów znalazłem wspomniany budynek, pewnie dzięki światłom radiowozów i karetki. Przeszedłem pod żółtą taśmą i wszedłem do środka. Na miejscu był już koroner i kilku facetów z naszego biura detektywistycznego, w tym, mój partner Paul.
- Gdzie ciało? - spytałem, bez nuty zainteresowania w głosie.
- Chodź za mną. - machnął ręką przed siebie jeden z moich kolegów
Zaprowadził mnie na miejsce zbrodni.
Na środku klatki schodowej leżała dziewczyna, na moje oko, nie miała więcej niż dwadzieścia, dwadzieścia trzy lata. Jej kruczoczarne włosy, opadały spokojnie na śnieżnobladą już twarz. Podszedłem do niej. Jej głowa spoczywała w kałuży krwi, spokojnie jak niemowlak w objęciach matki. Odgarnąłem jej gęste niby noc loki, i w okolicach skroni, ujrzałem wlot po kuli. Ofiara trzymała w ręce niewielki rewolwer, trzydziestkę ósemkę.
- Kto stwierdził, że ta mała popełniła samobójstwo? - spytałem z pogardą w tle
- Koroner- odparł jeden z chłopaków
- Dawaj go tu- powiedziałem łapiąc się za czoło.
Koroner zjawił się po paru chwilach.
- Powiedz mi, co tutaj widzisz, Jake?
- Ciało dziewczyny
- Gdzie ugodziła kula?
- Jeremy, jestem koronerem, nie musisz...
- Gdzie ugodziła kula?!
- W skroń
- Czy nie jest dziwnym, że ofiara kurczowo ściska pistolet w dłoni po strzale w głowę? Panowie, nie mamy tu do czynienia z samobójstwem, tylko z morderstwem.
Wróciłem chłodnym jak grób, wyścielonym czymś na wzór linoleum korytarzem do Paula. Po drodze podziwiałem rozlatujące się ściany, z których w dużej części, poodpadał już bladozielony tynk. Budynek stał niemalże w ruinie. Wchodząc na klatkę schodową, zauważyłem, że w poręczach schodów są szczerby, okna, gdzieniegdzie miały powybijane szyby. Zdziwiłbym się, gdyby się okazało, że ktokolwiek tu mieszka, mimo wszystko, stwierdziłem, że koniecznie trzeba przesłuchać ewentualnych mieszkańców. Z drugiej strony, to było wspaniałe miejsce dla mordercy, który darzył sentymentem przerażające scenerie. Jeśli taki a nie inny stosunek miał do swojego "fachu" to trafił w samą dziesiątkę. Wchodząc tu, włosy zjeżyły mi się na głowie a serce zaczęło szybciej bić.
- Co wiemy o tej dziewczynie?
- Niewiele, bardzo niewiele. Ma dwadzieścia dwa lata, nazywa się Victoria Dean. Pracuje w sklepie spożywczym, jakieś dwieście metrów stąd.
- Zawołaj tu chłopaków.
Zjawili się błyskawicznie, niemalże po parunastu sekundach. Zdawałem sobie sprawę z tego, że jestem szanowany w pracy, nie wiedziałem jednak, że aż tak bardzo.
- Jim- zwróciłem się do jednego z nich.
- Tak panie Hupper?
- Daj spokój, mów mi Jeremy, pracujemy razem, nie jestem Twoim nadętym, grubym szefem. Dostarcz mi, powiedzmy, do piętnastej, możliwie jak najwięcej informacji o naszej pięknej, martwej.
- Bob, dowiedz się, z kim widywała się przez ostatnie dwa tygodnie.
- Nie ma sprawy, popytam tu i tam.
- I to mi się podoba, szybko, prężnie, bez zbędnych ceregieli.
Odwróciłem się na pięcie i skierowałem w stronę wyjścia z budynku. Z tyłu dobiegło mnie wołanie Paula.
- A ty gdzie się wybierasz?!
- Do domu, przespać się. Dobrej nocy.
Zapaliłem papierosa, po czym zniknąłem w nocnym deszczu.
Zatrzymałem się jeszcze na chwilę, przed wznoszącą się ku niebu kamienicy. Miała w sobie coś demonicznego. Patrząc na nią, nie zdałem sobie nawet sprawy z tego, że już całkowicie przemokłem a papieros, którego trzymałem w ustach, rozleciał się pod wpływem wilgoci. Do przytomności doprowadziło mnie dopiero odległe wołanie mojego partnera.
- Hupper, co Ty robisz na tym deszczu do ciężkiego gwinta?!
- Obserwuję chmury. - Pomachałem mu ręką na do widzenia i poszedłem w kierunku skąpanego w deszczu samochodu.
W drodze na Long street, wstąpiłem jeszcze do caffe baru, z moją ulubioną barmanką za ladą. Ku mojemu zdziwieniu, smoczycy nie było w "kawiarni". Szkoda pomyślałem. Mimo tego, że uważałem ją za wredną szmatę, to od czasu, do czasu, ale zdecydowanie rzadko, można z nią było porozmawiać do rzeczy.
Zamiast niej, obsługiwała mnie młodziutka, śliczna dziewczyna o ciemnych blond włosach, które miała starannie spięte w koński ogon, bezwładnie opadający na jej plecy. Kobiece, już piersi, były kusząco uwydatnione przez mocno zawiązany fartuszek.
- Jedną kawę proszę.
- Małą czy dużą?
- Największą- powiedziałem, uśmiechając się najszczerszej jak potrafiłem. Wiedziałem, że tej nocy nie zasnę. Nigdy nie potrafiłem spokojnie spać mając jakąkolwiek, nawet najmniejszą, sprawę na głowie.
Mimo, że ta młoda panienka, bliżej miała do anioła niż do barmanki, to nie potrafiła wyczarować dobrej kawy. Tak samo zresztą, jak jej szefowa.
- Ile płacę?
- Pięćdziesiąt centów.
Dałem małej dolara. Kubek wziąłem ze sobą do samochodu. Na dworze jak zwykle lało, zasłoniłem kubek ręką i ruszyłem w kierunku auta. Otworzyłem drzwi i usiadłem za kierownicą. Opakowanie, z czarnym gównem w proszku postawiłem na desce rozdzielczej. Z kieszeni wyjąłem moją ulubioną paczkę. Wyjąłem z niej ostatniego papierosa i włożyłem go do ust. Po drodze do domu, będę musiał zahaczyć jeszcze o jakiś sklep nocny. W Racoon City było ich kilka. Jeden z nich, na szczęście, naprzeciwko kamienicy, w której mieszkałem. Jego właścicielem był syn kubańskiego imigranta, który za wszelką cenę, chciał być amerykański. Nawet nie wie, jak w przyszłości się zdziwi. Zapaliłem fajka, wsłuchując się w deszcz dudniący o szyby.
Osnuty tytoniowym dymem, jak przez mgłę, widziałem twarz tamtej dziewczyny, jej martwe oczy wpatrzone w sufit. Świeżą krew, dookoła głowy. Było coś jeszcze, ogromnej siły uczucie, które mi mówiło, że to raczej nie ostatnia ofiara.
Strąciłem popiół na ziemię, po drugiej stronie drzwi. Spojrzałem na niebo, było coraz jaśniejsze. Swój wzrok następnie, skierowałem na tarczę zegara, spoczywającego na moim nadgarstku. Była czwarta nad ranem. Ze wschodu, zaczęło wznosić się Słońce.
Zapaliłem samochód, peta wyrzuciłem za okno. Ruszyłem w kierunku Long Street. Dojechałem na miejsce piętnaście po. Zaparkowałem grata pod moim oknem i ruszyłem w kierunku sklepu. Był otwarty całą dobę, nigdy nie zastanawiałem się jak to możliwe. Ten dzieciak prowadził go sam a w dodatku, zawsze uśmiechał się jak jakiś opętaniec z reklam odkurzaczy.
Mike jak zwykle rozpoznał mnie z daleka i pomachał zza lady krzycząc głośno.
- Dzień dobry panie Hupper!
- Cześć Mike, daj papierosy, zaraz padnę.
- Do usług.
Podał mi paczkę Lucky Strike’ów.
- Sześć siedemdziesiąt pięć
Kiedy wyciągnął dłonie po pieniądze, zauważyłem, że ma na rękach zaschniętą krew. Z początku starałem się to ignorować, ale w końcu nie wytrzymałem i spytałem.
- Mały? Skąd ta krew na Twoich łapach?
- Krew? Jaka krew? Ah, to! No, wiesz, kroiłem schab. - Odpowiadał wyraźnie zmieszany, z pewną nutą lęku w głosie.
- Aaa, schab. No nic, dzięki, do zobaczenia
- Do widzenia. Miłego dnia.
Oczywiście, po wizycie w sklepie, pojawiły się podejrzenia. Zastanawiałem się, czy to możliwe, żeby syn mojego zmarłego przyjaciela Estebana, mógł zabić tą dziewczynę. Był nieco pokręcony, ale to w gruncie rzeczy dobry chłopak. Nie mniej jednak, uważałem, że będę musiał go przesłuchać. Póki co, miałem jeszcze niecałe jedenaście godzin snu, które zamierzałem wykorzystać do maksimum.
Drogę z tytoniowego, do domu, przebiegłem najszybciej jak mogłem, w obawie przed deszczem. Kiedy dotarłem do mieszkania, rozebrałem się w przedpokoju i ruszyłem do sypialni. Pościeliłem łóżko i zdejmując z siebie resztę, jeśli można to tak nazwać, "ubrań" i przykryłem się puchową kołdrą. Nastawiłem budzik na 13:30. Ku mojemu zdziwieniu, zasnąłem szybko, mimo wypitej wcześniej, dużej kawy. Nic mi się nie śniło, od lat nie miałem żadnych snów a przynajmniej żadnych nie pamiętam. Cóż, na jedno wychodziło.
Obudził mnie ryk budzika. Za każdym razem gdy go słyszałem, miałem ochotę rzucić nim z całej siły o ścianę i nasłuchiwać spadających śrubek i części.
Przetarłem zmęczone oczy i siadając na łóżku spojrzałem przez okno. Padało... Nad miastem wznosiła się ogromna tęcza, wybudowana przez popołudniowe, letnie słońce. Ruszyłem w kierunku łazienki, z zamiarem zażycia zimnego prysznica. Stanąłem w wannie i odkręciłem kurki. Zimny do oporu a ten z gorącą wodą, mniej więcej do jednej trzeciej. Zimny strumień natychmiast przywrócił mi zmysły, wypłukałem głowę, przemyłem oczy i obmyłem dokładnie całe ciało. Stanąłem na środku umywalni i trzęsąc się wytarłem włosy. Z szuflady znajdującej się w mojej sypialni wyjąłem majtki i bez pośpiechu założyłem je na tyłek. Z szafy wyjąłem kremową koszulę w czekoladowe paski i czarne spodnie. W kuchni podłączyłem do gniazdka żelazko i zacząłem parzyć sobie "poranną" kawę. Do tostera wrzuciłem jeszcze dwie kromki pieczywa i ruszyłem w kierunku deski do prasowania, na której zacząłem prasować swoje dzisiejsze odzienie. Grzanki podskoczyły w górę jak na kreskówkach, kawa była gotowa a ja właśnie skończyłem wykonywać czynność, która tak mnie pochłonęła. Posmarowałem ciepły chleb masłem, przykryłem go kawałkiem żółtego sera. Czarną ciecz nalałem do kubka, zachwycając się jej wspaniałym aromatem. Usiadłem przy stole, który znajdował się pośrodku kuchni. Spojrzałem w prawo, w kierunku lodówki, nad którą wisiała szafka z lekami. Następnie w lewo, gdzie w ścianie, osadzone było okno z drewnianymi ramami, z którego miałem widok na centrum miasta. Czegoś mi brakowało. No jasne, na kredensie koło głupiej, radzieckiej chłodziarki, zostawiłem swoje śniadanie. Wróciłem po nie i ponownie usadowiłem się na krześle, pośrodku jadalni. Zamoczyłem usta w kubku.
- No! To się nazywa mała czarna, a nie te siuśki z baru przy drodze.
Ugryzłem kanapkę, zrobiłem kolejny łyk. Świat powoli materializował się przed moimi oczyma. Kiedy skończyłem jeść moje śniadanie, które w rzeczywistości było już i tak spóźnionym obiadem, zdjąłem z deski swoją dzisiejszą garderobę. Założyłem spodnie, koszulę wyciągnąłem na wierzch, nigdy nie chowałem jej do środka. Ostatni guzik zostawiłem odpięty, jak zwykle zresztą. Założyłem zegarek na rękę. Spojrzałem na czasomierz, była 14:15. Biuro mieściło się trzynaście kilometrów od mojego domu, musiałem zaraz wyjść. Założyłem buty, wiążąc je starannie. Do kieszeni płaszcza, co robiłem już od kilkunastu lat, wrzuciłem kluczyki, paczkę papierosów i zapalniczkę. Zamknąłem mieszkanie i ruszyłem w dół klatki schodowej.
Mimowolnie przypomniałem sobie widok dłoni Mike’a upstrzonych czerwonymi kropkami. Próbowałem sobie wyobrazić, tego wiecznie uśmiechniętego, wesołego młodzieńca, oddającego strzał w głowę pięknej, młodej dziewczyny. Było to trudne, ale nie niemożliwe. Zdałem sobie sprawę, że muszę go przesłuchać. Przeszedłem na drugą stronę ulicy gdzie mieścił się tytoniowy. Było zamknięte. W środku nie paliło się światło. Zdziwiłem się, odkąd mieszkałem w Racoon, całodobowy sklep był otwarty zawsze. Mały nigdy go nie zamykał a to z racji tego, że na górze znajdowało się jego mieszkanie. Postanowiłem go odwiedzić, ale wątpiłem w to, aby był w domu. Moje domysły niestety się spełniły. Światła były zgaszone, zupełnie jakby nikt tam nie mieszkał. Pierwszym, o czym pomyślałem, było, że to jednak on zabił dziewczynę a teraz, był w samolocie do Chin, Afryki, czy nawet na sam księżyc. Myślałem tak, ale nie do końca w to wierzyłem. Usłyszałem auto, nadjeżdżające zza zakrętu. Ku mojej uldze, za jego kierownicą siedział Mike, uśmiechnięty jak zawsze. Wyszedł z pojazdu i spojrzał na mnie pytająco.
- Coś się stało panie Hupper?
- I tak i nie. Chciałbym z Tobą porozmawiać na temat tego, co robiłeś w nocy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego kwietnia. Dokładnie, to trzydzieści minut przed północą i dwie godziny po.
- O co chodzi? Po co mam z panem iść? Niczego nie zrobiłem. Poza tym muszę wracać do sklepu, jest środek popołudnia, największy ruch.
- Możesz pojechać ze mną do mojego biura? Bardzo mi pomożesz.
Chłopak wstrząsnął ramionami i spuścił głowę. Ruszył posłusznie za mną, ale był niewątpliwie podirytowany. Nie było mi go żal. Wiedziałem, że istnieje prawdopodobieństwo tego, że zabił. Miał krew na rękach tamtego wieczora, a teraz, zrobiłby pewnie wszystko, żeby uniknąć przesłuchania.
Z jego ojcem znałem się od kilkunastu lat. Chodziliśmy razem do szkoły średniej, tyle, że on wybrał prawo a ja swój obecny zawód. Esteban zmarł na raka trzy lata temu. To nie było sprawiedliwe. Palił mniej i krócej ode mnie a choroba dopadła go jak kula snajpera. Po jego śmierci zastanawiałem się czy nie rzucić palenia. I cholera, próbowałem, uwierzcie mi, naprawdę próbowałem, ale nic z tego.
Całą drogę do kancelarii chłopiec przebył w milczeniu. Wiedziałem, że ma do mnie urazę. Byłem chyba jedyną osobą, z którą mógł w miarę otwarcie porozmawiać i do której mógł się zwrócić w niemalże każdej potrzebie. A teraz okazałem się prawdziwym "przyjacielem". Prawie pakując go do samochodu i w sprawę, o której być może, nie miał zielonego pojęcia. A jeśli jednak nie? Dowiem się wkrótce.
Kiedy dojechaliśmy do biura, była godzina za trzy piętnasta. Ruszyłem korytarzem w kierunku swojego gabinetu, kiedy spotkałem Paula. Dałem Mike’owi znak gdzie ma iść i żeby na mnie czekał
- Hej Jeremy, co się dzieje?
- Byłem u małego w sklepie, kilka godzin po zbrodni.
- Co w związku z tym?
- Miał krew na rękach.
- Cholera, myślisz, że to mógłby być on?
- Nie wiem. Naprawdę nie mam pojęcia. Co nie zmienia faktu, że muszę go przesłuchać w tej sprawie.
- Oczywiście. To bez dwóch zdań konieczne.
- No. Idę, trzymaj się Paul.
- Aha, czekaj.
- Tak?
- Jim i Bob dostarczyli Ci informacje o dziewczynie. To, o co ich prosiłeś.
- Ok, dzięki.
- Nie mnie dziękuj, tylko im. Naprawdę się starają.
- No, wyobraź sobie, że wiem, co nieco na ten temat. Czasami bywają naprawdę nieznośni.
- Niestety. Takie są uroki bycia szefem.
- Nie nazywaj mnie tak, wiesz, że tego nie lubię.
- Jasne. Przepraszam szefie- powiedział, po czym wybuchnął śmiechem.
- Spieprzaj- rzuciłem żartobliwym tonem i ruszyłem w kierunku swojego gabinetu.
Mike siedział przy moim biurku i z zaciekawieniem oglądał dyplomy wiszące na ścianach.
- Dużo ma pan tego, panie Hupper. Naprawdę dużo.
- Trochę.
- Musi być pan naprawdę dobry.
- Może.
- Czy może mi pan powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? Czemu mnie pan tu przyprowadził?
- Chodzi mi o sprawę tamtej krwi na twoich rękach.
- Przecież powiedziałem, że kroiłem schab. - jego twarz oblał rumieniec.
- Widzisz chłopcze, kilka godzin wcześniej, miało miejsce morderstwo. Zginęła młoda dziewczyna i przez tą krew na twoich rękach...
- Pomyślał pan, że mógłbym kogoś zabić?- jego mina przypominała wzrok zbitego psa. Nauczyłem się być na to odpornym, wiedziałem, że to ostatnia broń zbrodniarza.
- Przepraszam cię. Taka jest moja praca. Możemy porozmawiać?
- Oczywiście, nie mam niczego do ukrycia.
- Dobrze. Co robiłeś w nocy z dwudziestego na dwudziestego pierwszego? Od godziny dwudziestej trzeciej do drugiej nad ranem?
- Czy to ważne?
- Dosyć ważne, jeśli chcesz wyjść stąd dzisiaj.
- Byłem w sklepie. Było nieco po dwudziestej trzeciej, myślę, że piętnaście po. Kupowałem schab, mieli przyjechać moi przyjaciele. Chciałem przyrządzić coś na obiad. Potem wróciłem do domu i włożyłem go na godzinę do zamrażalnika. Wróciłem do sklepu, oglądałem telewizję. Sam pan wie, że w nocy nie ma wielu klientów. Około pierwszej trzydzieści wróciłem na górę i wyjąłem mięso z chłodziarki. Rozmroziłem w zimnej wodzie i pokroiłem go. Kiedy go marynowałem było około trzeciej dwadzieścia. Coś jeszcze?
- Tak, kontynuuj.
- Po co?
- Po gówno, mów, po prostu mów. Co robiłeś tamtej nocy?
Rzucił mi gniewne spojrzenie.
- Nic panu do tego. Nikogo nie zabiłem!
- To się okaże. Będziesz mówił czy mam cię wpakować do celi na czterdzieści osiem godzin?
- Szantażuje mnie pan?
- Nie, w możliwie jak najbardziej cywilizowany sposób wydobywam z ciebie informacje. A więc?
- Zrobiłem sobie kawę i wróciłem do sklepu. Przypomniałem sobie, że nie włożyłem mięsa do lodówki, więc poszedłem na górę to zrobić. Kilkanaście minut później przyjechał pan u kupił u mnie papierosy.
Notowałem wszystko na kartce. Stary nawyk ze studiów.
- Kto może poświadczyć o tym, że faktycznie byłeś w sklepie i faktycznie kupowałeś mięso na obiad?
- Sprzedawczyni. Ta młoda dziewczyna. Na imię jej chyba Victoria. Tak, z tego, co pamiętam, ma na imię Victoria.
Spojrzałem na niego mrużąc oczy. Czy on coś kręcił? Ma mnie za idiotę?
- Co się stało panie Hupper?
- Mike, Victoria Dean została zamordowana. Dzisiaj, około północy i jak na razie, jesteś głównym podejrzanym w tej sprawie.
Chłopiec skrył twarz w dłoniach. Nie płakał, myślę, że raczej skupiał myśli. Podejrzewałem go i traktowałem jak każdego podejrzanego, bez żadnej taryfy ulgowej. Ta praca to nie jest przyjęcie urodzinowe u cioci tylko poważna robota.
- To przez tą krew, prawda? Dlatego uważa pan, że to ja ją zabiłem?
- Nie wiem, ale mam obowiązek oddania cię służbom policji aż do wyjaśnienia sprawy. Wiesz chłopcze, że taką mam już parszywą pracę.
Pokiwał głową.
- Nikogo nie zabiłem- mówił zimnym głosem. Myślę, że irytacja ustąpiła miejsca bezradności i czemuś na wzór zobojętnienia. Spojrzałem na zegarek. Była piętnasta trzydzieści.
- Czy teraz odwiezie mnie pan na posterunek?
- Za jakiś czas. Muszę przejrzeć te papiery- wskazałem na akta ofiary.
- No dobra.
- Chcesz coś do picia? Kawa? Herbata? Cokolwiek innego?
- Nie, dzięki, na razie nie.
Wtem zadzwonił telefon. Odebrałem go bez pośpiechu. To był Paul.
- Halo?
- Jeremy, to nie twój chłopak zabija.
- Skąd wiesz?
-Mamy następną ofiarę.
Cisza...
- Kurwa. Kiedy, gdzie i kto?
Market street, opuszczony budynek dawnej restauracji. Dozorca znalazł ciało pięć minut temu.
- Ten sam sprawca?
- Podejrzewam, że tak, chociaż tym razem wybrał inne narzędzie zbrodni.
- Mianowicie?
- Znaleziono ciało z raną kłutą w okolicach wątroby. Możesz przyjechać?
- Po co? Masz ze sobą chłopaków a ja, papiery do przejrzenia.
- No dobra. Jadę z nimi. Brać ze sobą Jake’a?
- Nie, weź jego matkę. Po co zadajesz mi takie głupie pytania, Paul?
Odłożył słuchawkę.
Mike spojrzał na mnie z błyskiem nadziei w oczach.
- Czy to oznacza, że jestem niewinny?
- Co?
- Macie kolejną ofiarę- myślę, że nie miał tego w zamiarze, ale powiedział to w ten sposób, że poczułem się winny. Kiedy ja przesłuchiwałem niewinną osobę podejrzewając ją o zbrodnię, ten sam sprawca, zabił po raz drugi. Ale co mogłem zrobić? Stało się, a moim obowiązkiem było dorwać tego kutasa. Na pewno dziwicie się, czemu nie zajmie się tym policja. Otóż policja w Racoon zajmowała się kradzieżami w sklepach, wystawianiem mandatów za nadmierną prędkość, złe parkowanie i zakłócanie ciszy nocnej. Wszystkie poważniejsze sprawy w tym cholernym mieście, trafiały się nam. Zajebisty dar od losu, nie?
- No tak. Jesteś wolny.
- Mówiłem, że nikogo nie zabiłem. Dostałem niezłego stracha, ale taką ma pan przecież pracę. Jeśli o to się pan martwi, to nic się nie stało.- jego oczy mówiły co innego. Widziałem w nich złośliwość, widziałem utracone zaufanie, gniew. Wiedziałem, że zmarnowałem więź, która tak się umocniła za życia i po śmierci jego ojca. Przepraszam Esteban.
- Leć do domu. Klienci czekają.
Chłopiec zamknął za sobą drzwi i ze spuszczoną głową ruszył w stronę wyjścia. Przypomniałem sobie, że to ja go tu przywiozłem i że nie ma jak wrócić. Wybiegłem za nim.
- Podwieźć cię?
- Nie, nie trzeba. Pójdę pieszo. Do widzenia, miłego dnia.
- Do widzenia- powiedziałem szeptem i wróciłem do gabinetu.
Usiadłem przy biurku. Przed sobą miałem tą część swojej roboty, której nienawidziłem z całego serca. Papiery. Na samą myśl o grzebaniu się w aktach robiło mi się niedobrze, ale to, jak wszystko inne, należało do moich obowiązków. Uroki bycia szefem. Niech to szlag trafi.
Dokumenty uchyliły nieco rąbka tajemnicy o naszej martwej pannie. Tak jak powiedział Paul na miejscu zbrodni, nazywała się Victoria Dean i miała dwadzieścia dwa lata. Ponad to, okazało się, że mieszka naprzeciwko sklepu, w którym pracowała. Jej dziadek był właścicielem. A więc kolejna osoba, z którą należy porozmawiać, niech to cholera. Skończyła studia na wydziale ekonomii, mieszkała sama, w dwupokojowym mieszkaniu, nad ojcem swojego ojca.
To, co przyniósł mi Bob, a więc informacje dotyczące ostatnich dwóch tygodnia życia naszej "klientki" nie rzuciły żadnego nowego światła, na naszą już i tak ciemną sprawę. Okazało się, że przez cały czas, nie spotykała się z nikim, kto mógłby nam się wydać potencjalnym zabójcą, bo tak naprawdę, nie spotykała się z nikim, prócz dziadka, rano, w pracy i wieczorem. Nie sądziłem, że ktokolwiek mógłby zabić swoją wnuczkę, ale mimo wszystko, należało brać tą okoliczność pod uwagę.
Można by powiedzieć, że piękna, młoda Victoria była szalenie tajemnicza. A może skryta i zamknięta? A może wszystko na raz? A może tak naprawdę popełniła samobójstwo, tak jak na początku powiedział Jake? Nie miałem zielonego pojęcia, wiedziałem jednak, że muszę podjąć poważniejsze kroki. W przeciwnym razie, możemy mieć już na karku trzy trupy, co mogłoby wzbudzić zainteresowanie u wyższych organów, a czego nie chcieliśmy.
Sprawy Racoon zazwyczaj nie wychodziły poza miasto. Przynajmniej każdy starał się o to, aby nie było inaczej. To miasteczko ma tajemnice, nie jedną, nie dwie, ale masę tajemnic. Jedną z nich, jest choćby wiecznie lejący się z nieba deszcz. Takich zjawisk nie obserwuje się nawet w lasach równikowych w Ameryce Południowej czy Afryce. A tu proszę, gdzieś w południowo zachodniej części Stanów Zjednoczonych, deszcz leje się z nieba tak często, że dodanie do siebie wszystkich sum opadów na Ziemi i pomnożenie tego przez zasraną liczbę siedem, nie da większego wyniku od tego, który my tutaj mamy. Dziwne? Skądże, nauczyłem się tym nie przejmować. Ostatnimi czasy nie nosiłem ze sobą parasola. Można by powiedzieć, że to jest tak naprawdę dziwne.
Kiedy skończyłem przeglądać papiery, wstałem od biurka i podszedłem do okna, z którego miałem wspaniały widok na skąpaną w deszczu ulicę. Niebo było pochmurne, na zewnątrz nie było żywej duszy. Co jakiś czas przejeżdżał tylko samochód, czy też chodnikiem przechadzał się jakiś bezpański kot.
Nigdy nienawidziłem i nadal nienawidzę kotów. Są fałszywe, gubią sierść, drapią, śmierdzą i srają. Nigdy nie miałem kota.
Miałem za to psa. Miał na imię Spud. Do dziś dnia pamiętam jego smutne, martwe oczy, wpatrzone w moją dziecięcą zapłakaną twarz. Potrącił go samochód. Nie zawsze mieszkałem w mieście. Wychowywałem się i dorastałem na wsi. Tam, takie przypadki były niemal codziennością. Ale to w końcu strata przyjaciela. Od jego śmierci, nie miałem nikogo, kogo kochałbym tak bardzo jak jego. Pomijając oczywiście moich wspaniałych rodziców, którzy ode mnie odeszli, kiedy miałem trzydzieści pięć lat. Co nie zmienia faktu, że nadal ich kocham i noszę w sercu. Ale sami wiecie, jak to jest z przyjaciółmi. Nie o wszystkim pogadasz ze starymi, nie o wszystkim im powiesz i nie wszystko z nimi zrobisz. Pomyślicie, że to głupie, ale zawsze, gdy miałem jakiś problem, szedłem z nim właśnie do psa. Przytulałem go i mówiłem. Mówiłem o wszystkim, co leżało mi na duszy. Uważacie, że to dziwne? Ja uważam, że to najnormalniejsza reakcja każdego dziecka.
Odeszła ode mnie nawet moja żona. Osoba, którą kochałem, a którą pominąłem przy wyliczaniu. Powiedziała, że nie będzie tolerowała mojej pracy, conocnych wyjść, wracania wieczorem lub nad ranem. Mówiła, że nie może patrzeć na litry wypijanej przeze mnie kawy, tony spalanych papierosów. Z biegiem czasu, nie mogła patrzeć już nawet na mnie. Czy mnie kochała? Na pewno, czułem to. Nigdy nie zastanawiałem się jednak, dlaczego odeszła. Czy z mojej winy? Naprawdę jestem tak okropny? Cóż, pytanie jak najbardziej retoryczne. Nie jestem ideałem i zdaję sobie doskonale sprawę ze swoich wad, ale to na pewno nie jest powodem ku rozstawaniu się. Na całe szczęście nie mieliśmy dzieci, nigdy bym sobie nie wybaczył tego, że jakakolwiek niewinna istota, cierpi przeze mnie. Za moje winy i błędy.
Sam nie wiem czemu, ale często sięgałem pamięcią w przeszłość. Może to pewna forma odskoczni od rzeczywistości? Myślę wtedy o swoim dzieciństwie, przywracam przed twarz oblicza osób, których już ze mną nie ma, i których już nigdy nie będzie. Czasem lubię po prostu siedzieć, gapić się tępo w gołą ścianę i myśleć. Myślę dopóty, dopóki ktoś lub coś, nie przerwie mi moich rozmyślań. W tym wypadku, retrospekcje przerwał drący się telefon.
- Halo?
- Hej Jeremy, Paul z tej strony.
- Wiem, poznałem po głosie, co jest?
- Myślę, że stosownym byłoby wszczęcie jakiś kroków w kierunku naszej sprawy.
- Oh, naprawdę? Wyobraź sobie, że od prawie dwóch dni nie robię niczego innego.
- Daj spokój. Myślę, że ktoś powinien przesłuchać jej bliskich, osoby, które znała.
- Mówisz poważnie?
- Jak najbardziej poważnie.
- Cholera, ty to jesteś sprytny.
-Ha, ha.
- I nie ciesz mi się głupio do telefonu- powiedziałem wybuchając śmiechem. Nie wiem skąd u mnie ten nagły przypływ dobrego humoru, ale Paulowi chyba nie było do śmiechu.
- Ktoś musi porozmawiać z rodziną, wydobyć informację zarówno o pierwszej jak i drugiej ofierze.
- No tak, mamy dwa trupy.
- Mhm. I co w związku z tym?
- Cóż, ja wezmę na siebie najbliższą rodzinę panny Dean i dogłębnie zbadam okoliczności jej śmierci.
- A co ze mną?
- Czemu głupio pytasz? Ty zajmij się drugą ofiarą. Mniemam, że to także młoda dziewczyna. Mylę się?
- Nie.
- Tak, to było w miarę oczywiste. Wysłać ci, któregoś z chłopaków?
- Jeśli są wolni, możesz mi ich przysłać.
- Dobra, w takim razie jadę powęszyć. W razie potrzeby, szukaj mnie w biurze albo w domu, nie wcześniej niż przed osiemnastą.
- Ok, trzymaj się Hupper.
- Dzięki, Ty też się trzymaj Paul.
Wychodząc z gabinetu wstąpiłem na chwilę do Boba i Jima, z wiadomością, że Paul ich potrzebuje.
- Gdzie mamy jechać szefie?
- Co ja ci mówiłem o tym "szefie" do jasnej cholery?!
-No dobra, dobra. Gdzie mamy jechać?
-Od razu lepiej. Market street, opuszczony budynek restauracji.
- Nasz znajomy wybiera sobie całkiem ciekawe miejsca, co?
- Tak, zdecydowanie tak. No, lećcie już chłopaki. Robota czeka.
- Ok, do zobaczenia szefie.- powiedzieli szczerząc się jak szczeniaki z podstawówki
- Trzymajcie się.- powiedziałem po czym dodałem- I niech jeszcze raz, któryś z was zasrańcy nazwie mnie "szefem".
Ale nie było już, do kogo mówić i komu grozić. Wszyscy świetnie się bawili nazywając mnie "szefem" wiedząc, że nienawidzę tego najbardziej ze wszystkich rzeczy. Uroki bycia szefem. Ja pierdolę.
Podszedłem do wieszaka, na którym powiesiłem płaszcz i wyjąłem z niego paczkę papierosów. Wsunąłem do ust jedną fajkę, ale nie zapaliłem jej. W biurze panował bezwzględny zakaz palenia. Wymysł jakiegoś durnego debila. Ale cóż począć, zasady to zasady i trzeba ich przestrzegać. Założyłem płaszcz i wyszedłem na deszcz, poszukując samochodu. Skryłem się na chwilę pod jednym z daszków wystających ponad linię krawężnika i potraktowałem ogniem z zapalniczki papierową rurkę z tytoniem. Zaciągnąłem się mocno i wypuściłem dym nosem. Myślałem o tym, kto zadałby sobie tyle trudu, żeby wyszukiwać i zabijać młode, piękne dziewczyny. I to w tak pedantycznie dziwnych miejsca. Odpowiedź była jedna. Nikt inny jak jakiś nieźle walnięty psychol. Tym bardziej, nasze działania powinny, czym prędzej nabrać tępa. Niewielu w swojej karierze miałem seryjnych morderców. Przez całe piętnaście lat mojej roboty, zdarzyły mi się trzy przypadki, których głównym bohaterem była osoba chora psychicznie. A więc to kolejna sprawa, którą można włożyć do szuflady z nagłówkiem "pojeby". Uroczo, pięknie, cudownie.
Spaliłem papierosa do końca, wyjąłem kluczyki do samochodu i ruszyłem w jego kierunku. Już z odległości czterdziestu metrów zobaczyłem, że coś jest nie tak.
Kurwa, miałem przebite opony. A raczej, ktoś mi przebił opony. Utknąłem w tym zadupiu, zalewany deszczem, przy "wraku" samochodu, którym w dodatku nie mogę nigdzie się ruszyć. Uroczo, pięknie, cudownie, po raz kurwa drugi!
Wróciłem do biura i zadzwoniłem po pomoc drogową, z telefonu znajdującego się w holu.
- Halo? Pomoc drogowa?
- Tak, w czym problem?
- Dzień dobry, mam mały problem.
- W czym rzecz?
- Złapałem gumę, w dwóch tylnich kołach. Możecie podjechać na Mirage Street, pod biuro detektywistyczne?
- Jasne.
- Zależałoby mi na czasie, mam do załatwienia parę dość ważnych spraw.
- Nie ma problemu, ktoś się u pana zjawi, nie później niż za trzydzieści minut.
- Dzięki, do widzenia.
- Do widzenia, miłego dnia.
"Miłego dnia". Zapowiadał się wręcz bosko.
"Ktoś się u pana zjawi, nie później niż za trzydzieści minut". Głupie chuje. Laweta przyjechała po upływie półtorej godziny. Kierowcą był jakiś obleśny grubas w zaplamionym czymś na wzór tłustego sosu podkoszulku. Śmierdział jakby od lat nie widział mydła. Że też takich ludzi nie wypieprzają z roboty za prezencję osobistą. Chcąc, nie chcąc, sam musiałem pomóc temu ćwokowi przy zmianę koła, za co mu w dodatku płaciłem. Do czego ten kraj zmierza. Sam niemalże naprawiam swój samochód i muszę jeszcze komuś za to płacić? Słodki Boże...
Kiedy uporaliśmy się z problemem, zapłaciłem facetowi należyte sto dolarów. Nie miałem swojego zapasowego koła, co niosło za sobą dodatkowe koszta. Nawet nie chciało mi się z nim targować i próbować zbić tą "nieco wygórowaną" cenę. Nie miałem zwyczajnie na to czasu.
Wsiadłem do auta i odjechałem. Dopiero będąc w połowie drogi do Village Street, zorientowałem się, że to stare, ledwo chodzące BMW odpaliło za pierwszym razem.
Nie zastanawiałem się nad tym, czy staruszek będzie w domu, od razu skierowałem swoje kroki w kierunku sklepu, o którym mówił Paul. Właścicielem był średniego wzrostu, szczupły mężczyzna o wątłej sylwetce, rzadkich siwych włosach i ogromnych oczach. Już wiem, po kim dziewczyna odziedziczyła tak wspaniałe ślepia.
- Dobry wieczór, nazywam się Jeremy Hupper, jestem z biura detektywistycznego.
- Dobry wieczór panu- jego twarz nie miała żadnego wyrazu, nie była ani posępna, radosna, czy zagniewana. Była jak kartka bladego papieru. Szczerze powiedziawszy, przestraszył mnie. I to nie na żarty.
- Czy nie będzie dla pana problemem, jeśli zadam parę pytań?
- Chodzi o moją wnuczkę, prawda? O Victorię? Właśnie o tym chce pan ze mną porozmawiać, nie mylę się?
- Tak, właśnie o tym.- A o czym innym mógłbym z nim rozmawiać? Nie przyszedłem przecież do niego po ogórki.
- Zapraszam więc na zaplecze.- wykonał ręką gest dający znać o tym, że mam wraz z nim udać się za sklep. Po drodze zmienił jeszcze tabliczkę z napisem "otwarte" na tą głoszącą "zamknięte". Nie zauważyłem w tym nic dziwnego.
Usiadł na znajdującej się tam starej kanapie, która naznaczona była licznymi przetarciami i gdzie niegdzie, dziurami.
- Proszę usiąść- wskazał na niewielką pufę znajdującą się pośrodku pomieszczenia, które wkrótce miało zamienić się w salę przesłuchań.
- Dziękuję, pozwoli pan, że postoję. Nie wypada mi siedzieć, nawet w obliczu tego, że pan siedzi. Możemy zaczynać?
- Tak, proszę bardzo.
- Wie pan coś na temat kontaktów pańskiej wnuczki? Z kim się spotykała, znał pan jej znajomych?
- Nie, w tym problem, że nie. Victoria była bardzo skryta. Inna niż jej rówieśnicy, nie chodziła na żadne zabawy, nie wyróżniała się niczym. Może dlatego nie miała żadnych bliższych przyjaciół.
- Może jednak coś było? Coś, co skupiło pańską uwagę?
- Niestety nie, całymi dniami przesiadywała za ladą w sklepie a wieczorami wracała do domu.
- Tak wyglądał cały jej dzień? Wstawanie z rana, codzienna higiena i wyjście do pracy? Na kilkanaście godzin do sklepu i wieczorem z powrotem do domu? Wybaczy pan, ale brzmi to, co najmniej absurdalnie.
- Być może, nie było jednak inaczej.
- Dobrze. W takim razie, proszę mi powiedzieć, co pan robił, gdy pańska wnuczka pracowała w sklepie?
- Ja? Hmmmm. Cóż, zazwyczaj siedziałem w domu, spacerowałem, robiłem zakupy. Tak, mała strasznie nie lubiła robić zakupów.
Nie lubiła robić zakupów, prawdziwy anioł.
- A co robiła przez ostatnie dwa tygodnie?
- Ostatnie dwa tygodnie nie różniły się niczym od poprzednich. Rano wychodziła do sklepu, wracała wieczorem. To wszystko.
- Nie miała żadnych zainteresowań? Nigdy nie wychodziła do znajomych, na prywatki?
- Jak już panu mówiłem, nie.
- Przepraszam bardzo, ale nie chce mi się wierzyć.
- I nie musi pan.
- Z tego akurat doskonale zdaję sobie sprawę. A co z rodzicami zamordowanej?
Staruszkiem wstrząsnął krótki, ledwie zauważalny dreszcz. Podejrzewam, że słowo "zamordowana" tak na niego zadziałało.
- Przepraszam
Spojrzał na mnie, teraz już oczami nie pustymi, a błyszczącymi od zbierających się w nich łez.
- Nie ma rodziców. Zginęli w wypadku samochodowym osiem lat temu.
A więc kiedy dziewczyna miała czternaście lat. Może to tak brutalnie wpłynęło na jej osobowość? Sprawiła, że niemalże odizolowała się od otaczającego ją Świata?
- I od tego czasu pan się nią opiekował, tak?
- Tak, starałem się wychować ją najlepiej jak potrafiłem. Zastąpić jej rodziców, nie było to łatwe, ale... Ale wiem, że zrobiłem to najlepiej jak potrafiłem. A teraz... Teraz Victoria nie żyje...- Staruszek wybuchnął płaczem, skrył twarz w dłoniach. Stałem, patrząc na niego ze smutkiem w oczach i położyłem mu rękę na ramieniu. Podałem mu chusteczki, które nosiłem w wewnętrznej kieszeni płaszcza.
- Proszę otrzeć łzy.
- Nie, nie wolno wstydzić się łez, łzy uszlachetniają.
I właśnie wtedy dostrzegłem w nim człowieka starego, ale nie zniedołężniałego. Mędrca, mądrego szamana. Poczułem do niego ogromną bliskość. Nie ze względu na jakiekolwiek podobieństwo cech, nie uważałem się za taką jak on osobę. To było coś innego. Tak emanowało dobro, które od niego wyczuwałem. Ogromne złoża dobrej energii, rozświetlające jak halogen.
- Znajdziemy go. Wiem, że niczego to nie zmieni, ale dołożę wszelkich starań, aby ten, kto odebrał panu wnuczkę, zapłacił za swoją zbrodnię.
- Proszę, niech nie składa pan obietnic co, do których, nie ma pan pewności.
Stanąłem jak wryty, spojrzałem na niego zszokowany, co jeszcze nigdy mi nie towarzyszyło. Jeszcze nigdy nie czułem się rozbity w takim stopniu jak wtedy.
- Przepraszam, nie rozumiem.- wydukałem zszokowany.
- Doskonale pan rozumie, panie Hupper. Proszę już iść, ma pan sprawy do załatwienia.
Spojrzałem mu jeszcze przez parę chwil głęboko w oczy. Były inne niż oczy jego wnuczki. Równie ogromne, ale błyszczały płomiennym, żywym blaskiem. Wiedziałem, że ten człowiek niedługo umrze. Ogromna strata, świat będzie uboższy, bez jego serca. Ale szczerze mówiąc, nie wierzyłem w to, że dzień jego śmierci nastanie. Nie znałem go, rozmawiałem z nim zaledwie paręnaście minut, ale miałem takie przeczucie. Zupełny absurd, bo przecież nic nie trwa wiecznie, ale ta świadomość towarzyszyła mi jeszcze przez wiele dni.
- Dziękuję panie Dean, życzę miłej nocy.
- Wie pan tak samo jak ja, że ta noc nie będzie ani miła ani dobra. Będzie taka jak wszystkie, prawda?
Znów powróciło uczucie bycia maleńkim robakiem w obliczu majestatycznego orła. Wiedziałem, o czym mówił staruszek i wiem, że on wiedział, iż tak właśnie jest. Niesamowite, powiedziałem do siebie w duchu.
- Do widzenia.
- Tak, do widzenia.
Wyciągnąłem papierosa z kieszeni i wsunąłem go do ust, zapalając po chwili.
- Zły nałóg.
- Ano, zły.
- Zabija szybciej niż kula wystrzelona z pistoletu.- powiedział głosem chłodnym, beznamiętnym.
Obróciłem się na pięcie, spojrzałem mu na twarz. Była wykrzywiona w coś na wzór szyderczego uśmiechu. Przez krótki moment wydawało mi się, że oczy staruszka stały się czarne, zabiegły gęstym, ciemnym atramentem.
W kroczu poczułem ból, skrzywiłem się i osunąłem na ścianę.
- Czy coś się panu stało?- spytał zatroskanym głosem starszy mężczyzna, którego przed chwilą o mały włos nie pomyliłem z samym diabłem.
- Nie, nic.- skłamałem, zlany potem i przerażony.
- Czy na pewno wszystko w porządku?
- Tak, mówiłem panu. W jak najlepszym porządku. Mam kilka spraw do załatwienia, przepraszam.
- Tak więc, do widzenia.
- Do widzenia.- Uścisnąłem mu dłoń, była lodowato zimna, sztywna i sucha. Spojrzałem mu ponownie w oczy, z obawą ujrzenia czegoś na wzór demona, ale staruszek uśmiechał się tylko. Podziękowałem za rozmowę i wyszedłem, prawie zlałem się ze strachu, przeraziłem jak dzieciak, który po raz pierwszy za namową kolegów wchodzi do rzekomo nawiedzonego domu.
Czy to on mógł zabić? Oh, daj spokój Jeremy, przewidziało ci się tylko a ty już chcesz pakować dziadka za kratki. Tak, racja. Musiałem się przespać, ale póki co, miałem jeszcze do załatwienia sprawę z dozorcą kamienicy na Village street, która na szczęście była odległa ode mnie o jedyne dwieście metrów.
Wsiadłem do samochodu i przekręciłem kluczyk. Zero reakcji. Podjąłem próbę zapalenia silnika. To samo. Nie znałem się na mechanice, więc nawet do głowy mi nie wpadło szukanie ewentualnych usterek. Nie chciało mi się nawet dzwonić po pomoc drogową. Te cwele i tak przyjechałyby po upływie ponad godziny a ja miałem do przejścia tylko marne dwieście metrów.
Po przejściu bliżej nieokreślonej części odcinka, zorientowałem się, że nie mam w ustach papierosa. Musiał mi wypaść w sklepie. Wyciągnąłem więc odruchowo drugą fajkę i zapaliłem ją. Dym unosił się do deszczowego nieba. Krople wody rytmicznie odbijały się o chodnik, ulicę, krawężniki. Ginęły w kałużach, spływały kaskadami, z serca miasta, do jego obrzeży. Akcja tak bezcelowa i na pozór bezsensowna jak nasze życie. Bo i co właściwie miało sens? Zarówno wszystko, jak i nic. Chociażby porównując wszystko do spadającej kropli deszczu. Rodzi się w chmurze, niebieskie dziecko i od pierwszych sekund rozpoczyna swoją najdłuższą a zarazem najkrótszą w życiu wędrówkę. Tylko po to, by kilkaset metrów niżej, rozbić się o nieczuły, zimny i twardy beton. Rozprysnąć się na setki, tysiące, być może miliony mniejszych kropli i zaraz potem, zniknąć w morzu krwi jej przodków, sióstr i braci. Codziennie, sekunda po sekundzie, jesteśmy uczestnikami czyjegoś pogrzebu, masowej śmierci, czy też narodzin. Sama myśl o tym, zupełnie nie wiem dlaczego, sprawiła, że włos na rękach zjeżył mi się delikatnie.
Kiedy dotarłem do celu mojej mokrej wędrówki, moim oczom ukazała się tablica, przybita do drzwi kamienicy. Poinformowała mnie o tym, że budynek jest przeznaczony do rozbiórki. Niech to szlag. Nie miałem żadnych szans na wejście do obiektu a termin demolki, został wyznaczony na pojutrze.
Kolejna sprawa do załatwienia, pozwolenie od urzędu na przeprowadzenie dochodzenia. Ale właściwie, po co mi to? Przecież dozorca nie siedzi na dupie przez całe dwadzieścia cztery godziny. Musi gdzieś mieszkać. Pytanie, gdzie? Co za gówno. Dwa trupy, spieprzony samochód, dziadek zamordowanej, przez którego nieomal zesrałem się w gacie plus jakiś pieprzony dozorca, za którym muszę się teraz uganiać. Ta praca mnie kiedyś wykończy.
Odwróciłem się na pięcie z zamiarem oddalenia się, kiedy nagle mych uszu dopadł dźwięk donoszący się z klatki schodowej. Powolne, stanowcze kroki, jakby osoba, która była w środku, czegoś szukała. Wróciłem pod drzwi i przyłożyłem do nich ucho. To była kobieta, nuciła jakąś wesołą melodię. Dźwięk roznosił się doskonale. Miałem wrażenie, że za chwilę usłyszę jej oddech i bicie serca. Dopiero po paru chwilach zadałem sobie to ważne pytanie. Co ona tu robi do kurwy nędzy?! . Jedno jest pewne, tej tabliczki nie przyczepił żaden robotnik Jack, John, Mick, Jeff, Mike, Dave, Bill czy nawet, kurwa, David. Co więcej, ta kamienica wcale nie będzie burzona. W środku krzątała się zabójczyni jak po własnej kuchni i zacierała ewentualne, pozostawione ślady. Niech cię szlag, wściekła dziwko.
Próbowałem otworzyć drzwi-były zamknięte. Nie wiem, co mną pokierowało, ale zapukałem, jak jakiś nawiedzony kolędnik w Wigilię Bożego Narodzenia. "Ho, ho, ho. Zechcesz otworzyć psychopatyczna morderczyni?" . Komedia...
Kroki ustały, ustała nucona melodia. W chwilę później usłyszałem paniczny bieg, przypominający tętent antylop gnu, które ryzykując życiem, przeprawiają się przez rzekę. Kobieta biegła z klatki schodowej do pomieszczeń położonych niżej, jak mniemam, piwnic. Biegnie do tylniego wyjścia.- Pojawiła się z góry skazująca mnie na przegraną myśl.
Niech to szlag, sznur budynków rozciągał się sto metrów na lewo i z dobre dwa razy tyle, na prawo a ona była już na dworze, po drugiej stronie. Niech to chuj! Miałem ją, już miałem zabójcę a musiałem zapukać w te zasrane drzwi. Czego się spodziewałem?! "Proszę, wejdź, już kończę" ?! Słodki Jezu... Pozostaje mieć mi tylko nadzieję, że jeszcze tu wróci. Skoro już raz przyszła, musiała pozostawić jakieś ślady, które przeoczyliśmy w nocy. Tak więc zjawi się tu jeszcze raz, trzeba być gotowym.
Nie wiem czemu, ale dopiero idąc do samochodu i jak szewc klnąc pod nosem, zauważyłem, że mamy jeden dzień opóźnienia ze sprawą. Niedobrze. Dwa tysiące mil od "dobrze". Musieliśmy się streszczać i to jak ścigani przez samego diabła.
Wracając do domu, wpadłem na pomysł pofatygowania się do urzędu miasta z chęcią dowiedzenia się, o co w tym wszystkim do ciężkiej cipy chodzi.
W korytarzu urzędu siedziała gruba jak zeppelin baba i wcinała pączka nadziewanego marmoladą, popijając go herbatą, siorbiąc przy tym jak odkurzacz zasysający wodę. Kiedy rozdziawiła, bo nie można powiedzieć, że otworzyła. Ona po prostu rozdziawiła tą hydrzą gębę, orzekając, iż jest sekretarką i że na każdą wizytę trzeba się umówić.
- Przepraszam bardzo- odparłem.- Nie przedstawiłem się. Nazywam się Jeremy Hupper, jestem miejskim detektywem i mam sprawę do burmistrza. Wyobraża sobie pani, że to zajebiście ważne sprawa?
Odchrząknęła coś i zachwiała się w fotelu. Czy ja szokowałem? Cholera, starałem się, co najwyżej zaskakiwać, o szokowaniu nie było mowy. Sapnęła głośno, jak parowóz odjeżdżający ze stacji w swoją ostatnią podróż, po czym spojrzała na mnie z niechęcią w oczach.
Wyciągnąłem papierosa i wsunąłem go do ust. Znowu ten ryk.
C.D. w następnym numerze AM#O
Elith
[ dobrzen_73@xf.pl ]
|