|
1.
Dwa rude warkocze błysnęły w świetle poranka. Irisse stała w oknie i pokazywała mi język. Mieszkała w kamienicy po drugiej stronie małego placyku, na którym dzieciaki z okolicy gromadziły się, by debatować nad ustawami nowych zabaw. Nasze okna znajdowały się dokładnie naprzeciwko siebie. Pamiętam, z jaką zawziętością pokazywała mi swój różowy język. Wyglądała wtedy jak królik, ale nigdy jej tego nie powiedziałem. Gdybym powiedział wprost, pewnie przestałaby pokazywać język. Nie chciałem, żeby przestała, choć to był niewątpliwie wyraz jej złośliwości. Po prostu polubiłem ten króliczy wyraz twarzy.
- Irisse, jesteś tu jeszcze? Ułożyłem o nas bajkę, posłuchaj. Irisse i Vincent dawno temu zostali zamknięci w kuli. Byli w niej sami. Na początku nie wiedzieli, że są w niej we dwoje. Potem wcale nie chcieli być razem. Siedzieli samotnie na dwóch krańcach swojej małej kuli, zerkając na siebie spode łba. Czasem leniwie podnosili się, brali malutkie młoteczki do rąk i próbowali rozłupać przezroczystą ścianę. Gdy docierało do nich, że wszelkie działania wyzwoleńcze prowadzą do nikąd, przecierali delikatnie szkło i jak zahipnotyzowani wpatrywali się w świat zewnętrzny, istniejący poza granicami kuli. Było tam wiele pięknych kobiet i wielu przystojnych mężczyzn, od których z trudem odrywa się wzrok.
Któregoś dnia Irisse i Vincent zaczęli się sobie dokładnie przyglądać. Zbliżyli się do siebie niepewnie, a gdy już byli na tyle blisko, by spojrzeć sobie w oczy, przekonali się, że to jednak nie pomyłka. Rzeczywiście zamknięto ich w tej samej kuli nie bez przyczyny.
2.
Przyszła wiosna. Zielonkawa mgiełka wypełniła szczelnie przestrzenie między ludźmi. Promienie słońca bawiły się ich smutnymi twarzami. Drobna kobieta w różowej kurtce, przemierzająca żywym krokiem chodnik, przypominała miniaturowy notesik z myszką Miki, absolutnie zbędny w sytuacji, kiedy trzeba zapisać ważną, biznesową informację albo numer telefonu nowego kontrahenta.
- Spójrz - powiedziała Irisse do Vincenta, gdy kobieta w różowej kurtce minęła ławkę, na której siedzieli - Jeśli człowiek przypomina notes z różowymi, pachnącymi kartkami nigdy nie dostanie pracy w szanującym się biurze.
Vincent kiwnął głową. Zza zakrętu wyłoniła się kolejna szara postać, z którą słoneczne promienie najwyraźniej miały ochotę poigrać. Młody student wtulił głowę w kołnierz długiego, ciemnozielonego płaszcza. Nie podobał mu się zimny wiatr, więc szedł zasępiony. Był jak leniwy, wygłodzony pies, szukający słonecznego miejsca, w którym można by wygrzać kości.
- Psy nie zdają egzaminów, nie robią kariery i nie jedzą przy stole. Najpierw należy mieć wygląd człowieka, dopiero potem całą resztę świadczącą o człowieczeństwie. Kiedy wszyscy to zrozumieją?
Irisse wybuchnęła śmiechem na widok studenta w zielonym płaszczu. Gdy młody człowiek oddalił się, lekko oparła głowę na ramieniu Vincenta. Chmury płynęły powoli po błękitnym niebie, śmiejąc się i drwiąc z ludzi, których wiosenne promienie potrafią w tak dziwaczny sposób budzić z zimowego snu.
3.
Lubię w niej cztery rzeczy. Uśmiech pełen ironii, którym biczuje każdego, prócz mnie. Samotność, którą zawsze odczuwam, będąc przy niej. Zapach jej włosów i... Zieloną dolinę jej umysłu, miejsce narodzin tysiąca pomysłów na uwolnienie Rzeczywistości z sideł rozumienia. Rzeczywistość jest iluzją.
4.
Irisse - szepnął Vincent, gdy w świetle wiosennych promieni oparła głowę o jego ramię - Co znaczy twoje imię?
- Nie wiem, kochany. Nie wiem na pewno... - odrzekła - Podejrzewam, że ma nieskończenie wiele znaczeń, jak każde inne imię. Wszystko zależy od ciebie. Irisse, może odbijać się w twojej głowie rechotaniem żaby. No, powiedz przypominam ci ropuchę?
- A jeśli powiem, że tak?
- Uznam to za igraszkę słonecznych promieni, które bawią się moim obliczem, potem zmienię wyraz twarzy, o już. Wiesz, co będzie potem? Przyjrzę się twojej twarzy i stwierdzę...
- Że wyglądam jak karaluch?
- Nie, głuptasie. Stwierdzę, że jesteś jedynym, któremu nie zagraża wiosenne słońce i jego nieznośne zabawy.
Uśmiechnęła się.
5.
Pamiętam dzień, kiedy po raz pierwszy przyznała się, że nie istnieje i nigdy nie istniała. Nie wiem, czy miałem prawo jej uwierzyć. Była taka przekonywująca. Zwariowałem? Przecież widujemy się codziennie. Siadamy na ławce w parku, rozmawiamy, śmiejemy się. Ona opowiada mi o nowo wymyślonych sposobach na wykazanie, iż Rzeczywistość nie jest tym, za co w gruncie rzeczy ją uważamy. "Rzeczywistość" to pojęcie subiektywne. "Znaczenie tego słowa zależy od stopnia wrażliwości i sposobu postrzegania świata przez poszczególne jednostki" mówi, a potem odchodzi z uśmiechem, powtarzając: "Nie istnieję. Vincent, ja nie istnieję. Zapomnij o mnie." Wraca każdego ranka. Potem odchodzi. I wraca. I odchodzi. I...
6.
Malutki szpital psychiatryczny znajdujący się na obrzeżach któregoś z tych dużych miast, pędzących nieustannie wraz z tysiącami mieszkańców w nieokreślonym kierunku, miał tylko jednego dyżurnego lekarza i jak na razie tylko jednego pacjenta. Tu czas płynął inaczej. Tu istniał dowód na subiektywność Rzeczywistości. Tutaj mieszkali Vincent i Irisse. Wiedzieli, że ich życie to kilka białych, zapisanych kartek. Nie wiedział o tym jedynie doktor Trupp, badający przypadek Vincenta. Widocznie wierzył własnym oczom - jak my wszyscy.
Vyzzya
[ marikawata@yahoo.com ]
|