Przejdź do spisu treści...

cEmentarz

   Malcoln ostatni raz zaciągnął się papierosem i wyrzucił niedopałek za okno. Przez chwilę delektował się smakiem tytoniu, a później wypuścił dym, który rozpłynął się majestatycznie po całym wnętrzu samochodu.
- W jednym ten ekolog miał cholerną rację - powiedział kierowca, Boby. - Wszystkich nas kiedyś potrują te pieprzone papierosy, a ty jeszcze dmuchasz mi tym świństwem w twarz!
- Nie dmuchnąłem ci w twarz Boby, a z resztą patrz, już wywiewa dym.
- Zasmrodzisz mi samochód! - dodał Boby i skupił się na jeździe.
- I tak nie jest twój... - skwitował Malcoln. - Bez tej cholernej restauracji, nawet byś piwa wieczorem nie wypił, nie wspominając o kupieniu samochodu...
- Restauracja?! - Boby'm wstrząsnęły słowa kompana. - Ty to cholerstwo nazywasz restauracją? Przecież oni tam handlują samym świństwem!
- Pieprzona racja! - potwierdził krótko ostrzyżony mężczyzna zasiadający na tylnym siedzeniu.
- Co wy kurna możecie wiedzieć? - spytał Malcoln. - Mi tam to żarcie smakuje i gówno mnie obchodzi, czy zrobione jest z - jak Bóg przykazał - krowy czy z owczarka niemieckiego z kulawą nogą!
Malcoln sięgnął do korbki i zasunął szybę. Przeczesał między palcami prawej dłoni czarne, długie - starannie ułożone - włosy i położył ręce na kolanach.
- Ja bym nie zjadł psa! - ponownie wtrącił się mężczyzna z tylnego siedzenia. - Podobno są strasznie żylaste, a nienawidzę żylastego żarcia!
- Rufus - Malcoln odwrócił się do tyłu. - a jadłeś ty kiedyś hamburgera?
- Co to za pytanie? Jasne, że jadłem!
- I był żylasty?
- Żylasty hamburger? Chyba sobie jaja robisz!
- No widzisz! Żarcie z takich restauracji nigdy nie jest żylaste... Jakby było żylaste, to nikt by tam nie jadł. Ono ma ten swój specyficzny smak!
- Ta! - ponownie włączył się Boby. - Dodają do tego gówna jakieś świństwo, które później nie pozwala ci się oderwać od tych pieprzonych hamburgerów! Wiesz, jak narkotyk! Powoli się uzależniasz...
- Głupoty pleciesz! - oburzył się Malcoln i spojrzał w lusterko, by sprawdzić, czy jego fryzura na pewno jest dobrze ułożona. - Wciskają ci takie pierdoły w wiadomościach, a ty im wierzysz... Taki dziś ma telewizja wpływ na człowieka.
- Jakby miała wpływ, to już nikt do tych pieprzonych restauracji by nie chodził!
- Cholerna racja! - Rufus przytaknął słowom Boby'ego.
Rufus był krótko obstrzyżony i nosił dwudniowy zarost. Poza tym jego twarz wzbudzała dziwną wrogość i niechęć. Głęboko osadzone oczy i wysunięte czoło momentami przyprawiały o przerażenie. Rufus na pewno był człowiekiem, którego trzeba się bać w ciemnej ulicy, bo nie wiadomo jakie niespodzianki czyhają w kieszeniach jego czarnej marynarki. Blizny na łysej głowie świadczyły o zaprawieniu w ulicznych bojach...
- Ale mają też sałatki! A sałatki są zdrowe! - upierał się Malcoln.
- Są zdrowe, dopóki nie zaczną śpiewać, tańczyć, albo nie uciekną ci z talerza! Takie są ich cholerne sałatki! Nie wiadomo na czyim gównie hodowane były te warzywka... - Boby aż uśmiechnął się ze swego dowcipu, Rufus miał kamienną minę.
Zjechali z autostrady.
- A kelnerki? - rzekł ożywiony Malcoln. - Kelnereczki mają niczego sobie!
- A tu masz rację! - przytaknął Boby.
- Wziąłby taką blondyneczkę na tylne siedzenie samochodu i obrobiłby jej zgrabną dupcie. Ażby jęczała kelnereczka!
Malcoln znał się na dupciach, a szczególnie na dupciach młodych kelnereczek, które ściągają majtki na sam widok jego zawadiackiego uśmieszku. Był przystojnym facetem, zawsze chodził zadbany. Ułożone włosy, wygolona, młodzieńcza twarz i dar przekonywania były atutami w miłosnych wojażach Malcolna.
- I tu masz rację! - zgodził się Rufus i na jego twarzy wreszcie zagościł uśmiech.
Nagle zatrzęsło autem. Boby wjechał w głęboką dziurę w drodze.
- Jasna cholera! - zaklną. - Pieprzone dziury! Kiedy oni zrobią tą drogę? Przecież jeszcze ze dwie takie jazdy, a całe podwozie będzie wyglądało jak końskie zęby!
- To i tak nie twój samochód!
- Dusigrosze cholerne! - Boby nie zważał na słowa Malcolna, uważał, że wóz, za którego kierownicą właśnie siedział należy do niego, a jeśli ci pogięci prezesi będą chcieli sprzątnąć mu go z przed nosa, to nie będzie się szczypał, wsadzi popaprańcom w usta magnum i powie: 'Pieprzcie się!' - Mają miliony, żeby budować sobie parking wielkości boiska piłkarskiego, a nie mają na załatanie pieprzonej dziury w drodze!
- Polityka Boby, nigdy nie zrozumiemy tych szajbusów z góry...
Samochód zjechał z drogi. Znaleźli się teraz na ogromnym, betonowym placu, na którym za kilka tygodni powinny parkować dziesiątki aut z wygłodniałymi konsumentami niezdrowego żarcia. Już od kilkunastu dni robotnicy zalewają gruz cementem, a i tak na ukończeniu była dopiero połowa całego terenu. Jakieś trzysta metrów na północ stał szkielet budynku, który w przyszłości miał stać się restauracją, a raczej kolejną knajpą należącą do jednej z najbardziej znanych i największych sieci w kraju karmiących wygłodniałych ludzi fast-foodami.
By wykupić plac na parking prezesi musieli nabyć chyba wszystkie koperty w mieście, to miejsce bowiem jeszcze przed paroma miesiącami porastał stary lasek będący zarazem miejskim parkiem. Fast-foodowa brać miała też spore problemy z ekologami i wszystkimi tymi natrętnymi bojownikami o środowisko naturalne, ale w tej sprawie też wystarczyło parę telefonów, parę groźnych listów, parę utrąconych mord i parę…
Wszyscy trzej z synchroniczną dokładnością otworzyli drzwi srebrnej Hondy i położyli twarde podeszwy butów, których wartość - butów nie podeszew! - przewyższała zapewne średnią krajową, na cementowej nawierzchni i wciągnęli do płuc zimne powietrze. Boby zaparkował samochód zaledwie dziesięć metrów od końca ukończonej części parkingu, dalej ciągnął się gruz, który parkingiem dopiero miał się stać.
Nieopodal szkieletu budynku, w jednej linii stały oddalone od siebie o kilkanaście metrów betoniarki w sile ośmiu.
- Boby, podjedziesz? - spytał Malcoln i podał kluczyki do betoniarki kompanowi. - To chyba ta pierwsza z lewej. - dodał.
Boby obrócił się na pięcie i pomaszerował z wolna w stronę rzędu pojazdów. Rufus w tym czasie już siłował się z tylnym bagażnikiem srebrnego auta, po chwili zjawi się również i Malcoln. Wreszcie klapa uniosła się...
Na dnie bagażnika leżał zwinięty w pozycję embrionalną człowiek.
Nosił długie włosy, duży zarost i typowo hipisowskie ubranie. Oślepione, przyzwyczajone do ciemności oczy mężczyzny nie widziały jeszcze twarzy, a jedynie dwie rozmazane sylwetki nieznajomych ludzi.
Rufus schylił się, chwycił czwartego pasażera wozu pod pachą i wytargał z bagażnika. Po chwili z drugiej strony hipisa pojawił się Marcus.
- Niech was szlag! - chciał krzyknąć hipis, ale jego próba spaliła na panewce, gdyż głos załamał się w połowie zdania i przypominał raczej pisk małej dziewczynki, niźli zwierzęcy ryk. - Czego chcecie!?
- My? My nic od ciebie nie chcemy człowieku, szczerze mówiąc mamy cię głęboko w dupie!
- Więc dlaczego mnie porwaliście? - powoli wracała ostrość widzenia.
- Prezesi kazali…
- Cholera, ale co ja zrobiłem?
- Oj drogi panie Brown, był pan niegrzecznym chłopcem... Ten ruch ekologiczny, strajki przeciw budowie restauracji... Nasi prezesi postanowili pana uciszyć.
We trzech podeszli pod brzeg ukończonej części parkingu.
- Ale Boże święty, wystarczyło nastraszyć! - zapewniał.
- Straszyliśmy pana, Brown, ale pan nie reagował, niestety. Poza tym nasi szefowie twierdzą, że zbyt duże ma pan wpływy w pewnych kręgach...
W oddali zaryczała betoniarka. Z jej komina buchnął gęsty dym.
- Już nie będę, to była dla mnie wystarczająca lekcja! - nadal zarzekał się hipis piskliwym głosem. - Boże, pozwólcie mi odejść!
Brown był przerażony. Po zmarszczonym czole mężczyzny spływały perełki potu, a puls na skroni dudnił niczym bębny podczas fiesty. Ci trzej faceci dorwali go, gdy wracał ze sklepu ze zdrową żywnością. Nawet nie zdążył zareagować, a znalazł się już w ciasnym bagażniku nieznanego auta. Próbował się uwolnić, ale po dłuższym zastanowieniu stwierdził, że jednak krzyki i obijanie blachy pięściami jest bezcelowe i raczej nie zmieni krytycznej sytuacji, w której się znalazł.
- Cholerne sługusy! - krzyknął Brown wreszcie zadowolony z tonu głosu. - Nie zrobiłem nic złego...
- My to wiemy, facet - odezwał się Rufus. - każdy chce coś powiedzieć światu, ale podpadłeś szefom, a oni nauczyli się tłamsić takich buntowników. Mogę cię o coś spytać... Przyznaj się, masz coś na nich?
Brown spuścił głowę.
- No powiedz nam, masz coś na tych cholernych urzędasów z tej syfiastej restauracji?
- Wiecie co oni wsadzają do tego żarcia? - spytał retorycznie Brown. - Nawet, kurwa, nie macie pojęcia, co wy zajadacie razem z tym świństwem.
- Boby miał jednak rację! - uśmiechnął się Malcoln.
- Ale musisz mieć coś więcej, przecież wszyscy wiedzą, że te hamburgery to syf... Przyznaj się.
- Tak... Ale nic wam nie powiem! - w umyśle Browna zrodził się ostatni desperacki pomysł, by uniknąć kary jaką wymierzyli prezesi. - Jeśli zginę to teczuszka z odpowiednimi informacjami trafi do ludzi, którzy będą wiedzieli co z nią zrobić... Więc radzę wam mnie wypuścić.
- Człowieku - zaczął Malcoln - nas tak naprawdę gówno obchodzi czy coś na nich masz, spytaliśmy z ciekawości. My po prostu mamy cię sprzątnąć, a to że teczka trafi w czyjeś przetłuszczone łapska obchodzi nas tyle co zeszłoroczna burza piaskowa na pustyni! W dzisiejszych czasach wielu bogatych ludzi potrzebuje usług, które oferujemy, jak padnie jedna restauracja nie zbiedniejemy ani my, ani społeczeństwo...
- No - włączył się Rufus. - prawda jest taka, że nam nie płacą za myślenie, czy za ich problemy, nam płacą za zabijanie, a że ostatnio mieliśmy sporo zleceń z tego fast-foodowego giganta, to już inna sprawa...
Brown spojrzał zdziwiony na ludzi, którzy za chwilę mieli stać się katami. Oczekiwał wyjaśnień.
- Pamiętasz może tą dziennikarkę, tą co to bardzo sprzeciwiała się wycinaniu lasu, który tu rósł? - zwrócił się Malcoln do hipisa.
- Pamiętam, zaginęła - oznajmił Brown.
- Tak, leży tam - wskazał palcem błądząc wzrokiem po ukończonej części parkingu. - jakieś sto metrów w prawo od szkieletu restauracji.
Brown nie wykrztusił nawet słowa, zajęczał tylko.
- A pamiętasz tego urzędasa, który twierdził, że budowa restauracji w tym miejscu jest niezgodna z prawem?
- Ja pamiętam, ale za cholerę nie wiem gdzie leży... - włączył się Rufus.
- Chyba gdzieś pod betoniarkami. Ilu ludzi tu może gnić, co Rufus? Pamiętasz ilu tu zwieźliśmy?
- Z trzynastu...
- Cholerne sukinkoty!
Brown zerwał się na proste nogi chcąc zaatakować oprawców, lecz czujny Malcoln pchnął go z powrotem na ziemie na tyle mocno, że hipis walnął głową o beton. Skóra na czole pękła, a z rany pociekła stróżka ciepłej krwi.
- Boże święty - załkał Brown.. - Boże święty, wy mnie naprawdę zabijecie?
- Niestety.
Brown obrócił się na plecy z zamiarem spojrzenia w oczy oprawcom, miast jednak tego ujrzał bezmiar czerni w lufie pistoletu Malcolna.
- Boże! - i w tym momencie zdał sobie sprawę, że już jest trupem.
Kilka wron poderwało się do lotu, gdy po okolicy rozniósł się głośny huk wystrzału.
Kulka utkwiła prosto między oczami Browna zadając natychmiastową śmierć.
- Chodź - rzucił Malcoln do Rufusa podnosząc jednocześnie trupa. - pomożesz mi go przenieść.
Po chwili sztywne ciało Browna leżało na gruzie. Boby podjechał betoniarką i zatrzymał pojazd u krawędzi parkingu. Malcoln przestawił rynienkę, po której wolno spływał już beton, tak by zalać zwłoki. Nie minęło pięć minut, a ślady zbrodni zostały zakopane pod warstwą cementu wymieszanego z wodą i piaskiem.
Po robocie Malcoln zapalił papierosa, rozejrzał się w koło lustrując dokładnie parking i powiedział:
- Cholera... Ludzie będą łazić do tej pieprzonej restauracji i parkować samochody na ludzkich zwłokach nawet o tym nie wiedząc.
- Ironia, nie?
- Wiecie co... Ja już nie będę tu jadł. Na mnie te pieprzone restauracje nie zarobią.
- Święta racja... - uśmiechnął się Boby. - Wreszcie mówisz jak człowiek!
- Dobra, zmiatamy stąd! - rozkazał Malcoln, a wchodząc do auta powiedział jeszcze. - Cholerne cmentarzysko!
- Chyba cementarzystko... - poprawił go Rufus. - Cholerne cementarzysko...

3-4 listopad 2005


Winix [ winix@autograf.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści