|
I
Było zimowe popołudnie, pamiętam jak dziś. Siedziałem w salonie i oglądając mecz baseballowy, pochłaniałem ogromne ilości pizzy z mikrofalówki, Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, kiedy nagle w kuchni, zadzwonił telefon. Wstałem, powoli idąc tyłem, celem zobaczenia ostatnich akcji, niemalże potykając się o próg pokoju. Nic nie wskazywało na to, że za parę chwil odbiorę telefon, który na zawsze zmieni moje życie.
- Halo?
- Dzień dobry, czy też dobry wieczór, jak pan woli, policja stanu Maine- odezwał się głos w słuchawce- czy mam przyjemność z panem Henrym Wilsonem?
- Tak to ja, słucham?
- Ah, to dobrze- głos mu się załamał, miałem pewne szaleńcze uczucie mówiące mi, że dzwoni ze złymi wieściami- Jest pan mężem Kate Wilson, prawda ?
- Słodki Boże, tak, tak do jasnej cholery. Czy coś się stało z moją żoną?- niemalże łkałem do telefonu, mimo tego, iż jak na razie, nic nie wiedziałem o sprawie.
- Obawiam się, że nie mam dla pana dobrych wieści, pańska, jak podejrzewamy żona, miała wypadek na drodze krajowej nr 95. Jest pan potrzebny do identyfikacji zwłok
A więc moja, przypuszczalnie, żona nie żyje. Zginęła w zgniecionym wraku krwistoczerwonego Mustanga, którego kupiłem jej na trzecią rocznicę naszego ślubu, parę miesięcy temu. Słodka ironio, nigdy nie masz dosyć.
- Kiedy miał miejsce wspomniany wypadek? - Mój głos przypominał dźwiękiem odgłosy, które wydawać musi z siebie śmierć, gdy nie zdoła zabrać ze sobą na drugą stronę nikogo. Tym razem jednak, najwidoczniej zebrała żniwo.
- Myślę, że nie wcześniej jak trzy godziny temu. Rozbiła się na drzewie. Najprawdopodobniej wpadła w poślizg.
- Będę na miejscu nie później niż za czterdzieści pięć minut.
- Dobrze. Niech pan uważa, jest ślisko. Bardzo mi przyk… - odłożyłem słuchawkę.
Już kilka chwil później jechałem drogą krajową nr 95, rozglądając się za radiowozem i modląc się w duchu, aby to nie była moja żona. Żeby to była inna Kate Wilson, inny Mustang i do jasnej cholery, żeby to wszystko okazało się jakimś kiepskim żartem.
II
Niestety, nic bardziej mylnego. Będąc już sto metrów od wraku samochodu, wiedziałem, że to auto mojej żony. Wszystkie nadzieje na jakiekolwiek pomyłki i kretyńskie żarty, zostały pogrzebane gdzieś na osamotnionym cmentarzu dobrej nadziei, lub, jak kto woli, pod zwyczajnym pomnikiem głupców, którzy z uporem maniaka bijącego głową w mur, starają się pokładać we wszystkim swoją naiwną wiarę.
Przypomniałem sobie, że Kate miała jechać do swojej matki mieszkającej w Waterville, a czemu ja byłem przeciwny. Czemu? Wiedziałem, że cała jej rodzina szczerze mnie nienawidzi.
Gdyby mnie posłuchała, gdyby posłuchała i nie pojechała. to wszystko byłoby teraz inaczej, ale na cóż zda mi się teraz to nędzne gdybanie? Byłem nie tylko zrozpaczony swoim beznadziejnym położeniem i poczuciem bezradności, być może tliła się we mnie maleńka iskierka gniewu, która jednak wkrótce, miała stać się istną pożogą, spalającą pozostałe uczucia.
Kiedy wyszedłem z samochodu zamykając z trzaskiem ogromne drzwi, czym prędzej podbiegłem do radiowozu, niemalże potykając się przy około siedmiu razy. Siódemka, szczęśliwa liczba. Gówno prawda
Podszedłem do samochodu stojącego na poboczu.
- Dobry wieczór, nazywam się Bob Carbon, to ja do pana dzwoniłem. Wybaczy pan te surowe formalności, ale czy to pojazd pańskiej żony?
- Tak- zdołałem z siebie wydusić tylko jedno słowo. Reszta jakby ugrzęzła, tworząc swojego rodzaju zakrzep, który za żadne skarby nie chce się oderwać, a paradoksalnie, jego oderwanie, niesie za sobą tylko śmierć. Do oczu napłynęły mi łzy, świat, mój świat, na który pracowałem przez ostatnie lata mojego życia, runął w ułamku sekundy, jak domek z kart, zdmuchnięty przez jakiegoś nierozważnego bachora.
Gliniarz położył mi rękę na ramieniu, w czułym geście współczucia, który w tamtej chwili wydawał mi się odległy o tysiące kilometrów.
- Proszę mnie nie dotykać. - Usłyszałem swój głos, jak przez grubą ścianę.
- Wybaczy pan, ale jest koniecznym, aby podpisał pan protokół rozpoznania. - Odparł, po czym podał mi do rąk długopis wraz z kartką papieru. Nie czytałem jej, wykonałem machinalny podpis, spojrzałem na samochód.
- No jasne, każdy ma swoją robotę. - Mówiłem wpatrując się w rozbity samochód.
- Czy zechce pan zabrać coś z samochodu? Zobaczyć żonę?
- Nie, proszę mnie zrozumieć. Po prostu nie. - Sam nie wiedziałem dlaczego, być może bałem się ujrzeć ciało swojej ukochanej, połamane i powykręcane do jakiejś absurdalnej formy. O ściany mojej wyobraźni zaczął odbijać obraz, który uznałem za prawdopodobny. Zwłoki Kate, pochowane gdzieś pomiędzy siedzeniami, być może na podłodze wraku. Nogi i ręce, były wykrzywione, dłonie, pozbawione niektórych palców. Wszystko skąpane było w zaschniętej, zmarzniętej krwi. Nie miała głowy.
Moim żołądkiem szarpnął skurcz tak potężny, że zgiął mnie w pół, jak potężny cios w podbrzusze. Całe śniadanie, oraz "obiad" , które dotychczas nie uległy strawieniu, z prędkością i pędem pociągu wyjeżdżającego z tunelu, wydostały się na zewnątrz przełykiem. W śniegu, na równej kupce, wznosiła się mieszanina pokarmów, żółci żołądkowej i soków trawiennych.
- Przepraszam- Powiedziałem drżącym głosem, opierając się o radiowóz. Wydawało mi się, że zamiast nóg, mam trzciny, które za chwilę ulegną pęknięciu
- Czy mogę panu jakoś pomóc? - Spytał przestraszony policjant. - Może odwieźć pana do domu? To całkiem niedale…
- Nie! Zostawcie mnie! Odpieprzcie się wszyscy ode mnie! - Upadłem na kolana, pozbawiony siły, wrzeszcząc w niebo. W moim umyśle błysnęła kolejna, ostra niczym sztylet myśl.
- To Ty ją zabiłeś!
- Nie! Niczego nie zrobiłem! To nie ja!
- Mogłeś zabronić jej jechać. To Twoja wina.
- Kłamiesz, kłamiesz! Zasrany kłamco! Kim jesteś?!
- Hahaha! Hahaha! - Głos kpił ze mnie, rzucał oszczerstwami, oskarżał bezlitośnie. - Nie miała głowy! Hahaha! A to dobre! Nie miała głowy! - Czułem się, jakby mój umysł został ściśnięty przez rozżarzoną do białości obręcz.
- Odejdź! Zostaw mnie w spokoju! Odejdź! - Nie zdawałem już sobie sprawy z obecności policjanta, chciałem się uwolnić. Rozpaczliwie krzyczałem i kląłem w noc. - Ty sukinsynu! Zostaw mnie! Odpierdol się!
Funkcjonariusz stał w bezruchu i patrzył na mnie przerażony. Drżały mu ręce, parę razy zbierał z ziemi kluczyki i długopis, które wypadły mu z dłoni.
- Może, może jednak zabiorę Pana ze sobą? Proszę się uspokoić, proszę się uspokoić i pozwolić odwieźć się do domu. - Podszedł do mnie i złapał za ramię. Wyrwałem się i uderzyłem go w podbródek. Usłyszałem dźwięk pękającej szczęki, po plecach przebiegł mi dreszcz. Mężczyzna osunął się na ziemię plując krwią i tracąc kontakt z rzeczywistością. Odskoczyłem przerażony, spojrzałem na swoje ręce, nigdy nie sądziłem, że mam tyle siły w mięśniach. Rozejrzałem się dookoła i ruszyłem pośpiesznie w kierunku samochodu. Usiadłem za kierownicą, z nadzieją na jak najszybsze dotarcie do domu.
Zanim uporałem się z silnikiem, minęło kilkanaście minut.
- No! Dalej! Ruszaj! Ruszaj do jasnej cholery! - Krzyczałem, miotając się na fotelu i wściekle łomocząc pięściami w kokpit samochodu. Na nic były jakiekolwiek próby uspokojenia się, mantry i inne zabobony. Płonący pożar połykał łapczywie moje serce, umysł i duszę. W końcu samochód zapalił. Ruszyłem szybko przed siebie, wbijając paznokcie w kierownicę tak mocno, że poczułem w palcach ból.
Przez całą drogę do domu gniew umiejętnie skrywał się we wnętrzu mnie. Być może drzemał czujnym snem, być może czekał na odpowiedni moment do ataku. Zastanawiałem się czy nie powinienem wrócić, czy dobrze zrobiłem zostawiając ciało żony we wraku. Wydaje mi się, że tak, z racji tego, że żadne inne zachowanie nie przychodziło mi do głowy.
Pamiętam, że gdy przeszedłem próg domu, pierwszym, co zrobiłem było nalanie sobie drinka. Tak, właśnie tego w tej chwili potrzebowałem najbardziej. Nieeee, potrzebujesz czegoś mocniejszego. Czegoś znacznie mocniejszego. Może tabletki? O tak, dużo tabletek, kilka, może kilkanaście tabletek powinno załatwić sprawę. Albo pistolet? Czemu nie? Znasz sposób Hemingwaya? Znasz? No powiedz, znasz? Hahahaha!
Głos kusił mnie. Nie dało się ukryć, że jego oferta, była niezwykle interesująca. Szczególnie, zważywszy na sytuację, w której się znajdowałem. Ale nie teraz, może kiedyś, jeszcze nie teraz. Czemu? Nie wiedziałem. Po prostu.
Podszedłem do dębowego barku stojącego w salonie, spojrzałem na pokój, w którym się znajdowałem. Nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaki jest obszerny, być może dlatego, że od dziś, stanie się tak niewiarygodnie pusty. Wciąż myślałem o głosie, o tym, kiedy znowu zaatakuje. Byłem przerażony, zrozpaczony i rozbity jednocześnie. Wyjąłem szklankę z barku, która momentalnie wypadła mi z rąk i rozsypała się na miliony drobnych kryształków. Nie zwróciłem na to najmniejszej uwagi. Wyjąłem kolejną, pewniej chwytając ją w dłoni i rozlewając więcej niż nalewając, napełniłem do połowy burbonem. Alkohol spływał strużkami na ziemię.
Wszystkie meble wydawały mi się dziwnie obce, nawet moja ulubiona, ogromna skórzana kanapa. Usiadłem na niej ze szklanką whisky i wpatrywałem się w martwy ekran telewizora, oparłem łokcie na stole, spojrzałem na komodę, stojącą po drugiej stronie pokoju, na której poukładane, jak pamiętam przez Kate, bo z jej iście pedantyczną dokładnością, były wszystkie nasze zdjęcia.
Nie wiadomo kiedy położyłem pustą już beczułkę na blacie stołu. Wstałem i ponownie podszedłem do barku, rozdeptując szkło i brodząc w alkoholu. Byłem boso, ale nawet ból sprawiał mi swojego rodzaju zboczoną satysfakcję. Starałem się jak najmocniej wdeptywać okruchy szklanki w podłogę, które wbrew moim zamysłom wbijały się głęboko w moje stopy, tworząc głębokie, krwawiące rany. Alkohol wymieszał się z hemoglobiną i karmazynowa ciecz pod jego wpływem, przybrała kolor złocistoczerwony.
Chwyciłem w dłoń całą butelkę, po czym, kilkoma głębokimi łykami opróżniłem ją niemalże do cna.
- O tak, upij się. Zachlej się na śmierć! Haha! Ciekawe jak to jest udusić się własnymi wymiocinami! Hahaha!
- Spierdalaj. - odparłem chłodnym, zupełnie nieznanym mi głosem. To, co mieszkało w mojej głowie, nie przestawało krzyczeć, śmiało się do rozpuku, chichotało głosem szaleńca. A może to byłem ja? Traciłem zmysły?
- Zwariowałeś. Masz kuku na muniu! Ihihihihi! Zakończ to, haha, zakończ! Strzel sobie w łeb, przecież masz pistolet, w jednej z szuflad prawda? I zapas naboi. To tylko parę kroków.
- Spierdalaj! - Krzyknąłem już nie w myślach. - Spierdalaj! Nienawidzę Cię! Odejdź! - Głos nie przestawał. Skuliłem się, złapałem za głowę. Chwyciłem butelkę w dłoń i zacząłem swój niszczycielski taniec. Tłukłem, niszczyłem, drąc się przy tym jak opętaniec. Wszystkie ramy ze zdjęciami, zrzuciłem na podłogę, kopiąc je i skacząc po nich. Krew pokryła większą część podłogi. Zrzuciłem sprzęt grający, przewróciłem telewizor. Szczątkami butelki pociąłem fotele, kanapę. Nie mogłem przestać, nie potrafiłem a może…
- A może nie chcesz, bo jesteś mordercą? Masz niszczenie we krwi… Morderca, zabójca… Morderca… Morderca… Zabiłeś ją, pamiętasz? Nie miała głowy… Hahaha! Nie miała głowy!
- Zostaw mnie! Błagam! Odejdź! - Trząsłem się jak pół-trup wyjęty z lodowatej wody, który łapczywymi chaustami, łapie w płuca życiodajny gaz. Nagle, mimowolnie, przywołałem przed swoje oczy obraz sprzed kilku godzin. Wrak mustanga, powyginanego i pogniecionego jak puszka, która przed momentem wpadła pod koła ciężarówki, opartego niedbale o wznoszące się ku gwiazdom drzewo.
Wtedy tak naprawdę, od początku do końca dotarło do mnie to, co się stało. Opadłem na kolana i skryłem twarz w dłoniach, jak…
- Cierpisz, zakończ to… Nie ma sensu się męczyć. To ułamek sekundy, za wieczność spokoju. Nawet nie poczujesz bólu… Nie ma sensu się męczyć. Zrób to… - Głos nęcił subtelnie a jego rozwiązanie, było chyba możliwie najlepszym.
…jak dziecko, które nie chce, aby widziano jego płacz. Skuliłem się i zacząłem wyć. To nie było rozpaczliwe pochlipywanie, czy też łkanie faceta, którego pozostawia kochanka. To było porównywalne tylko z rykiem, który wyrywa się jak zwierze z klatki, z rykiem, który wydobywa się z gardła torturowanego, tuż przed oddaniem ducha. Widziałem Kate, idącą wiosną w swojej pięknej, falującej na wietrze sukience, jej złote włosy. Powróciły obrazy wszystkich chwil spędzonych razem, kłótni, spacerów, nocy, które rozpalały mrok.
Nie miałem już niczego, straciłem kobietę, która była dla mnie wszystkim.
III
O dziwo, jak przez mgłę pamiętam swoje dalsze życie, wszystko, jak widok z zabrudzonego okna, było niewyraźne, matowe i bez kształtu. Zupełnie tak, jakby mój umysł świadomie wymazał z pamięci to, co bolało. Pojawiła się tylko wola przetrwania, lub też może odejścia z ziemskiego padołu. Oczywiście głos nie przestawał, pojawiał się od czasu do czasu, ale w innym charakterze. Był przyjacielem. Mieliśmy końcu wspólne plany.
Szok po śmierci żony na długi czas wyrył się w tablicach mojego umysłu, mojego, już wtedy, murszejącego, zrujnowanego umysłu.
Pamiętam jednak dokładnie ze szczegółami, co do sekundy dzień, który wstrząsnął posadami, mojego jak sądziłem, już zawalonego życia. Sprawił, że za wszelką cenę, zapragnąłem łapać każdy swój dzień, pojedynczą chwilę, tak jak dziecko, które biegnie przez łąkę i usiłuje złapać w siatkę swawolnego motyla.
Siedziałem werandzie, z której widok rozciągał się na okoliczne pola i łąki. Pustym wzrokiem wpatrywałem się we wschód słońca. Jak wtedy sądziłem, ostatni wschód słońca w moim życiu.
Na stoliku położyłem rewolwer i sześć naboi. Wysunąłem bębenek i wszystkie, sześć złotych, małych żołnierzyków wsadziłem tam, gdzie ich miejsce. Spojrzałem na broń leżącą na blacie. Zazdrościłem jej tego spokoju. Wydawała się słodko drzemać, nieświadoma swojego przeznaczenia, tego, że za parenaście, być może parędziesiąt minut, sprawi, że mój mózg a wraz z nim kości czaszki, z prędkością dźwięku, wyskoczą przez potyliczną część mojej głowy, jak korek z butelki szampana. Urocze- pomyślałem, po czym zaśmiałem się szaleniec, od czego zjeżył mi się włos a adrenalina zaczęła robić "swoje".
Dopiłem do końca piwo znajdujące się w puszce i wolnym krokiem ruszyłem w drogę. Piwo o poranku, nie ma chyba niczego bardziej zabójczego niż piwo o poranku. Ale czy wtedy miało to jakiekolwiek znaczenie? Doskonałe pytanie. Otóż nie.
Parę minut później zorientowałem się, że nie zamknąłem drzwi od domu, ale to także miałem już daleko z tyłu. To miejsce przestało się tak nazywać dokładnie sześć i pół miesiąca temu.
IV
Spacerowałem, pogrążony w myślach, w myślach skupiających się przede wszystkim na tym, co planowałem.
Rewolwer rytmicznie odbijał mi się o udo, a jego zimna, nieczuła rękojeść wydzwaniała martwe: tap, tap, tap.
Od mojego wyjścia z miejsca, które niegdyś było moją ostoją spokoju, musiała minąć już dobra godzina, bo Słońce zaczęło prażyć niemiłosiernie, a na moim czole wystąpiły pierwsze krople potu, które nie zastanawiając się nad tym dłużej starłem rękawem koszuli.
Uniosłem wzrok, na bezchmurne niebo a następnie spojrzałem przed siebie. W oddali wznosił się las.
- Wspaniale- szepnąłem cicho, jakby w strachu, że ktoś może mnie usłyszeć.
Podciągnąłem spodnie i szybkim krokiem ruszyłem w kierunku wychylającego się ponad horyzont demonicznego, mrocznego, niby szydzącego ze mnie lasu.
Ptaki śpiewały radośnie, tak nieadekwatnie do mojego obecnego położenia. Szczęściarze- pomyślałem.
Nim się spostrzegłem, byłem w lesie. Serce zaczęło odbijać mi się o żebra niczym jakiś ogromny, ciężki młot, bezlitośnie tłukący w kowadło.
Podszedłem do drzewa, które wydawało mi się najwyższe w lesie i usiadłem pod nim. Słońce wciąż oświetlało mi twarz, zdjąłem kapelusz i chwyciłem w dłoń rewolwer, Magnum 375, wielki i potężny jak wszyscy diabli.
Znowu, całkowicie wbrew mojej woli, powróciły wszystkie obrazy z przeszłości. Wrak samochodu na poboczu drogi, pognieciony jak puszka, która przed momentem wpadła pod koła ciężarówki.
Szybko wyjąłem broń z kabury, plecy oblał mi zimny pot.
- Co teraz? - Spytał ciekawie, z nutą wyczuwalnej troski.
- Zakończmy to.
- Tak, masz rację, zakończmy to. Zbyt wiele wycierpiałeś.
Wsunąłem lufę w usta, była lodowata. Cała ta sytuacja wydawała mi się, co najmniej erotyczna.
Pociągnąłem za spust. Całe życie przeszło mi przed oczami w ciągu milisekundy.
Rozległ się tylko głuchy trzask. Pociągnąłem za spust kolejne pięć razy: trzask, trzask, trzask, trzask, trzask.
Otworzyłem oczy, spojrzałem na rewolwer, słodko śniący w mej dłoni.
Wysunąłem bębenek, był pusty. Wszystkie sześć naboi kalibru 0.44 jakby, rozpłynęły się w powietrzu. Nikt mi ich nie wyjął, bo zaraz po załadowaniu ich, wsunąłem pistolet do kabury. Poza tym nie miałby mi ich, kto wyjąć, bo po śmierci żony, byłem sam. Na pewno też nie wypadły. Nie miały prawa wypaść. Zniknął też głos. Nie odezwał się ani słowem.
Przez moją głowę przebiegła myśl, niemalże równie szybka, co światło. A może to druga szansa? Szansa na nowe życie?
Nie mam pojęcia. Nidy nie byłem dobry w interpretowaniu przypadkowych zdarzeń będących nieodzownym elementem naszej marnej, ludzkiej egzystencji. Nie wiedziałem też, jak miało wyglądać moje życie, bez kobiety, którą kochałem, która była dla mnie wszystkim, szczerze powiedziawszy, nawet nie wierzyłem w takie życie, ale musiałem coś zrobić. Musiałem odbudować tą ruinę, stanąć na proste nogi i coś ze sobą zrobić. Zabawne, ciekawe co.
Nie myśląc już o niczym, wstałem spod drzewa i chwiejnym krokiem wróciłem do domu.
Elith
[ dobrzen_73@xf.pl ]
|