|
16-23 czerwca 2006
Dedykuje wszystkim,
którzy wywarli na mnie jakikolwiek wpływ.
Od autora: Nie jest dobrym autorem ten, który życie na papier przenosi. Niech więc odejdzie ten, który rzeczywistości w słowach szuka.
Znam...
Drogi wiodące do dna,
Mosty rzucone na wiatr,
Światło walczące o blask,
Kształty bez formy i...
Cel pomiędzy wszystkim to ja
Powinienem wybrać lecz jak
Każdy dzień daje znak
Że zatrzymał się czas
Drąży myśli to
Wściekłość i wrzask
(ONA!)
Wzbiera we snach
(ONA!)
Chwyta mnie w locie i
Powstrzymuje czyny
My zaplątani w niebo słów
Nie wypełniliśmy się...
Nie wypełniliśmy się dniem!
COMA – „Ostrość na nieskończoność”
Kostka uderza w struny i budzi dźwięk.
Nie ma odpowiedniejszej pory na granie bluesa jak noc. Nocą blues brzmi tak jak brzmieć powinien. Nadające rytm, basowe struny gitary akustycznej tylko gdy ciemno i cicho za oknem przybierają ten specyficzny, głęboki i zdaje się wszystko przenikający ton. Do tego druga, improwizująca gitara tworząca melodykę stosowną do nastroju. Wyłącznie wtedy słuchacz jest w stanie zrozumieć całe piękno bluesa. Blues to improwizacja, blues to tu i teraz. Tak jak jazzu da się słuchać jedynie na żywo, tak bluesa powinno się grać wyłącznie nocą.
Zza otwartego okna dochodził jedynie monotonny śpiew świerszczy niezmordowanych jeszcze swym występem. W środku pokoju zaś panował półmrok, tylko mała nocna lampka stojąca na biurko trzymała ciemność w bezpiecznej odległości od dwóch grajków. Gdzieś z czerni wyłaniały się dziwaczne, groteskowe kształty – ciemność zawsze ze zwykłych za dnia przedmiotów tworzy dziwadła, nadaje im głębszego, nierzeczywistego wyrazu.
Fred siedział na łóżku i w kółko wygrywał ten sam nadający rytmiki motyw. Lubił to, w zespole był basistą. Spoczywający na podłodze, wsparty plecami o ścianę Spontan natomiast, błądził palcami po całym gryfie i tworzył smutną melodię. To tak jakby z pomocą gitary starał się opisać klimat panujący tu i teraz, w tym pokoju i o tej godzinie, i co najważniejsze – wypluć muzyką to, co siedzi w głowie, pod tymi blond przydługimi włosami opadającymi na oczy.
Cicha improwizacja pełna smutku i kojących, cichych dźwięków, oparta na skali bluesowej w swej prostocie była piękna. Wirtuozeria przeznaczona jest dla chcących się popisać kuglarzy, nic w niej z uroku i Spontan doskonale o tym wiedział. Grał więc prosto i bez zbędnych, bezdusznych popisów.
Palce ślizgały się po strunach i szukały odpowiedniego progu by wyrazić ten jeden, kolejny dźwięk improwizacji. Spontan wiedział co chce zagrać i to właśnie wydobywało się z pudła rezonansowego, w grze chłopaka nie było przypadku.
Palce zatańczyły po strunach na wyższych progach gryfu i Spontan odegrał zakończenie. Fred szybko zorientował się, że czas kończyć i druga gitara również umilkła. Zapanowało cisza.
- Stary, ale to było smutne... – odezwał się po chwili błogiego spokoju Fred. – Już dawno tak nie grałeś.
- Ale fajnie wyszło.
- Fajnie!? – oburzył się. – Mało powiedziane. Naprawdę rozumiałem, co grasz.
- Po co to rozumieć? To trzeba zobaczyć.
- Tak, tak. – od niechcenia rzucił Fred. – W każdym bądź razie podobało mi się. Szkoda, żeśmy tego nie nagrali.
- Jutro już nie brzmiałoby tak samo. – powiedział Spontan podnosząc się z podłogi. – To była chwila. Tu i teraz. – Wziął z krzesła pokrowiec i zapakował w niego gitarę.
- Kiedy próba? – spytał Fred.
- Trzeba zwołać chłopaków, a będzie trudno. Dobrze wiesz jakie oni mają chęci...
- Ta...
Spontan zarzucił pokrowiec z gitarą przez ramię i ruszył do drzwi.
Bezchmurne niebo zdobione złocistymi gwiazdami aż prosiło się by na nie patrzeć. Spontan zawsze zastanawiał się, co poeci widzieli w tej czarnej pustce z wymalowanymi, żółtymi kropkami, co sprawiało, że w wierszach zdawali się rozpływać nad pięknem tego widoku. Bezmiar kosmosu, a może szukali we wszechświecie ucieczki przed rzeczywistością, bowiem kosmos pełen jest perspektyw. Tak, pełen perspektyw... Spontan w jednej chwili przypomniał sobie jak jeden z dawnych kolegów rozmawiał z dawną koleżanką. Chyba wszystko w życiu jest dawne...
Dziewczyna – ładna jakby nie patrzeć, urocza twarzyczka zdobiona piegami na policzkach i nosie, blondynka – siedziała pod ścianą z pochyloną głową. Błądziła myślami po zakamarkach umysłu szukając ucieczki od kolejnej porcji patetycznych myśli, które czasem nachodzą każdego.
Siwy spojrzał na smutną dziewczynę i klepną Spontana w ramię, by i ten zerknął. Spontan chciał coś powiedzieć, lecz Siwy bez namysłu ruszył w stronę zadumanej istotki. Po chwili obaj usiedli z obu stron Zasmuconej - można rzec, że wzięli ją w kleszcze przeczuwając możliwą próbę ucieczki.
Dziewczyna podniosła wzrok by zorientować się kto się dosiadł. Po chwili ponownie opuściła głowę.
- Jakiś problem? – spytał Spontan Zasmuconą.
- A nie widać? – odparła nie podnosząc spojrzenia.
- Właśnie widać. – dodał Siwy.
- To się odczep. – powiedziała i skryła twarz w dłoniach.
- Coś ci powiem... – zaczął swą przemowę Siwy. – Zazwyczaj gdy ktoś siedzi sam ze spuszczoną głową pod ścianą wszyscy myślą, że właśnie tego chce, pobyć chwilę sam, ale to nieprawda. W ten sposób ludzie próbują wzbudzić, może nie tyle litość, co zainteresowanie swoją osobą. Dlatego wiem, że ty nie potrzebujesz samotności, ale kontaktu z ludźmi. Prosisz o niego swoim zachowaniem, bo nie potrafisz wyrazić tego słownie, albo nie chcesz się płaszczyć. Próbujesz wzbudzić litość i chcesz by wreszcie jakiś nawet znienawidzony skurwysyn usiadł obok ciebie i posiedział, nie musi się nawet odzywać... wystarczy, by był.
Spontan spojrzał na Siwego.
- Wiem, że chcesz porozmawiać o swoich sprawach z kimkolwiek, tyle, że uwierz – większość ludzi na tym pierdolonym korytarzu to nikt godny twoich słów. Nie wysłuchaliby cię. Oni już dawno nie potrafią słuchać. Napierdalają tylko tymi swoimi pierdolonymi jadaczkami, jakby zależał od tego sens ich istnienia, a kiedy ty zaczynasz mówić, nie słuchają... albo słuchają pobieżnie i czekając tylko na odpowiedni moment by wpieprzyć swoje trzy grosze do twojej spowiedzi.
Spontan doskonale wiedział o czym mówi Siwy. Już dawno doszedł do wniosku, że niewielu pozostało ludzi na świecie potrafiących słuchać.
- Nie powiesz nam o co chodzi, prawda? – nastała chwila milczenia. Wreszcie odezwał się Spontan.
- Nie – odpowiedziała, lecz jej głos nabrał przyjaznego tonu. – Chyba bym nie potrafiła.
- Rozumiem. – powiedział Siwy. – Mam do ciebie pytanie.
Zasmucona podniosła głowę i spojrzała na niego.
Siwy natomiast wskazał palcem na sufit i powiedział:
- Głowa do góry. Głowa do góry i powiedz, co widzisz.
Dziewczyna spojrzała do góry.
- Sufit.
- W tym właśnie tkwi twój problem.
- W białym suficie?
- Tak.
- Jesteś naprawdę zdrowo pieprznięty! – powiedziała Zasmucona. Mięśnie na twarzy Siwego nawet nie drgnęły.
- Nie do końca. Ty widzisz sufit, a ja widzę niebo.
Spojrzała na niego lekko podkrążonymi oczyma. Dało się z nich wyczytać zmęczenie.
- Też spróbuj je zobaczyć. – ciągnął dalej Siwy. – Omiń ten pierdolony biały sufit, to ograniczenie i zobacz niebo.
- Mówiłam ci już, że jesteś pieprznięty?
- Tak.
- No dobra. – powiedziała i uśmiechnęła się. – Patrzę do góry i widzę niebo. Co ty na to?
- Ja widzę kosmos – odparł Siwy.
- A gdybym powiedziała, że też widzę kosmos?
- Ja widzę perspektywy.
- Ja też je widzę!
- To też jesteś zdrowo pieprznięta!
Siwy, Zasmucona i Spontan wybuchli prawdziwym, głębokim śmiechem. Spontan już nigdy później nie słyszał, by ktoś się tak śmiał – zawsze przyrównywał ten śmiech do śmiechu Randle’a McMurphy’ego z „Lotu nad kukułczym gniazdem”, szczery, prawdziwy, wydobywający się prosto z serca śmiech ludzi własnych ideałów i pragnień. Cały korytarz ludzi-maszyn na nich patrzył i wszyscy oni nie mogli zrozumieć, z czego ta trójka wykolejeńców tak się śmieje.
Przez chwilę Spontan znów był tam, na tym szkolnym korytarzu i patrzył w kosmos szukając perspektyw. Być może to samo w gwiazdach widzieli poeci, była to ich swoista odmiana hedonizmu, uciekali od ponurej rzeczywistości do lepszego świata, by realność nie zgniotła ich marzeń. Jednak nie potrafił tego pojąć, patrzenie w gwiazdy nigdzie Spontana nie przenosiło. Nadal stąpał po ziemi...
Noc była ciepła, jak to zwykle w wakacje. Chłodny wiaterek pobudzał do życia.
Spontan szedł przed siebie niby w świecie realnym, ale tak naprawdę był we własnym umyśle. Kochał te długie samotne spacery, szczególnie gdy z nieba kropi deszcz, a on z naciągniętym na oczy daszkiem od czapki kroczył przed siebie bez wyraźnego celu. Szedł by iść, nic ponad to, żadnej filozofii. Spontan przenosił się wtedy do miejsca, gdzie centrum wszechświata jest Spontan. Ten świat nazywał Tam, Siwy nauczył go wkraczać do Tam gdy jeszcze był... Później Siwego już nie było.
Stamtąd wyrwał chłopaka znajomy, miły głos.
- Hej! – usłyszał za plecami. – Spontan, zaczekaj.
Obrócił się i zobaczył Koleżankę wyłaniającą się z mroków nocy niczym zjawa jakaś, widziadło lub mara – różnie określali to pisarze. Ubrana w ciemne, dżinsowe spodnie i jasną bluzkę zapinaną na guziki – strój idealnie podkreślał jej kobiece kształty – podbiegła do Spontana. Była nieco niższa. Wiatr czochrał sięgające do ramion włosy dziewczyny.
Spontan lubił na nią patrzeć. Nie wiedział dlaczego, po prostu lubił. W twarzy Koleżanki była niewinność. Tej uroczej buzi nie splamił jeszcze fałsz i cynizm. Być może tak jak Dorianowi Grayowi w powieści Oscara Wildea, ktoś namalował portret i Koleżance, dzięki czemu to właśnie na płótnie odmalowują się te nieuniknione zmiany szpecące twarz, te piętna jakie na każdym wypala świat i czas.
- Co tu robisz? – spytał Spontan nieco zdziwiony.
- Jestem – odpowiedziała tajemniczo.
- A dokąd idziesz?
- Teraz już tam gdzie i ty.
Zawsze gdy spotykał Koleżankę nie mówiła mu skąd i dokąd idzie. Po prostu była. Tu i teraz. Dziwnym trafem spotykali się zawsze nawet w najdziwniejszych miejscach. Spontan czuł, że nawet gdyby siedział w jakiejś zapuszczone, Brazylijskiej wiosce z dala od cywilizacji i chrupał białe robaki na kolację przy ognisku, Koleżanka dziwnym zbiegiem okoliczności wyszła by z jednego z szałasów i przysiadła się do niego. Być może ciągnęła ich ku sobie jakaś siła, Spontan nie potrafił tego zrozumieć, więc i o tym nie myślał. Czy warto tłamsić czary?
- A ty co robisz? – spytała patrząc na Spontana.
- Myślę...
- A sądziłam, że tobie już to nie grozi – i uśmiechnęła się z własnego żartu. Znów przypomniał mu się śmiech Siwego, jakby to właśnie on, a nie Koleżanka szedł obok. Zaczął przyglądać się dziewczynie. Szybko jednak odwrócił wzrok, by przypadkiem tego nie zauważyła... Nie zdążył.
- Co się tak patrzysz?
- A nic – odpowiedział zmieszany. – Przypominasz mi kogoś.
- Kogo?
- Mojego dawnego kolegę.
- Dlaczego dawnego?
- Bo już go nie ma.
Spontan nawet nie zauważył jak dotarli do „swojego miejsca”. Było to w sadzie z jabłoniami. Siadywali na trawie i opierając się o siebie wzajemnie plecami siedzieli i rozmawiali. Bardzo to lubił. Lubił słuchać Koleżanki i do niej mówić, wiedział bowiem, że dziewczyna też go słucha.
Pokrowiec z gitarą leżał obok.
- No więc, co z tym twoim kolegą? – spytała.
- Nazywał się Siwy. Świetny gość z niego był. Potrafił się śmiać tak jak ty. Prawdziwie. Już dawno nie słyszałem takiego śmiechu.
- Dlaczego mówisz, że był?
- Bo już go nie ma – skwitował patrząc przed siebie. Miał wrażenie, że Koleżanka spogląda w gwiazdy.
- A gdzie jest?
- Chyba Tam.
- Gdzie?
- Ach. Przepraszam. Ty przecież nie wiesz gdzie to jest Tam.
Zawiał wiatr. Poczuł zapach jej włosów.
- Wytłumacz mi.
- Bo widzisz, Siwy wymyślił taki świat. Nazywaliśmy go Tam. Tam to miejsce, gdzie centrum wszechświata jesteś ty sama. Gdzie wszystko toczy się wokół ciebie.
- Marzenia?
- Chyba można by to tak określić, choć przyznam się, że nigdy nad tym nie myślałem. Dla mnie to po prostu Tam. Żaden świat marzeń. Po prostu Tam.
- A co miałeś na myśli mówiąc, że Siwy jest... Tam?
- Bo widzisz Siwy nie lubił ludzi. Wydaje mi się, że się ich bał. Więc bardzo zresztą skutecznie się od nich izolował. Wiesz, nie wychodził z domu, unikał kontaktu z otoczeniem i... te sprawy...
- Rozumiem – odpowiedziała od razu jakby dokładnie wiedziała, że Spontan tego słowa właśnie oczekuje.
- Kiedyś powiedział mi, że ma pewien plan. Z niego był dziwak – muszę to przyznać, czasem wpadały mu do głowy niesamowite pomysły.
Spontan siedział na obrotowym krześle i brzdękał w kółko na gitarze jeden motyw. Siwy natomiast rozłożony na łóżku czytał książkę – z tego co Spontan pamiętał był to „Ptasiek” Williama Whartona.
- Może byśmy gdzieś poszli? – spytał wreszcie Spontan. – Wylazłbyś z tego domu i pobiegał za piłką, czy coś...
- Nie, nie, nie... – odparł szybko Siwy i położył książkę na kolanach. – To by zepsuło mój plan.
- Jaki znowu plan?
- Wymyśliłem sobie pewną teorię.
Spontan znał dobrze te teorie Siwego. Zawsze były irracjonalne i świetnie się o nich słuchało, ale nic ponad to. Kiedyś nawet przeczytał jedno opowiadanie – „Codzieńwczyscy” Michała Puczyńskiego i tak jak tamci bohaterowie, chciał wspiąć się na tęczę. Powiedział, że to, że im się nie udało, nie znaczy, że to niemożliwe.
- Doszedłem do wniosku, że chcę wymyślić coś zupełnie nowego, odkrywczego.
- I dlatego musisz siedzieć w domu?
- Tak, właśnie dlatego – potwierdził Siwy. – Słuchaj, wszyscy jesteśmy ograniczeni jakimiś schematami myślowymi narzuconymi przez społeczeństwo.
Spontan spojrzał na Siwego szukając wyjaśnienia. Siwy wyprostował się i zaczął przemawiać niczym guru jakiś.
- Moim zdaniem właśnie te schematy społeczeństwa kierują również naszymi myślami. Gdyby Chińczycy nie wynaleźli papieru być może dziś pisalibyśmy specjalnymi ołówkami-pneumatycznymi w kamieniu czy drewnie. Dlatego jedyny sposób by wymyślić coś odkrywczego, to zupełne odcięcie się od społeczeństwa i schematów, które nim rządzą. Gdyby skutecznie udało mi się od tego oddalić być może mógłbym pójść zupełnie nowym tokiem rozumowania i odkryć coś nowego! Nie ma papieru, szukasz innego rozwiązania. Rozumiesz?
- Rozumiem – odpowiedział Spontan wiedząc, że tego słowa oczekuje Siwy.
- Wszystko jest tylko kwestią sposobu myślenia. Gdybym nie myślał tak jak inni, byłbym jedynym panem własnych myśli, wtedy czekają na mnie rzeczy wielkie... I wielkie odkrycia.
Mówiąc to wszystko Siwy zdawał się z rozkoszą słuchać własnego głosu.
- Jedyną rzeczą jaka stoi mi na przeszkodzie do zupełnego odcięcia się od ludzi jest szkoła. Instytucja tłamsząca indywidualizm.
- Jakbym słyszał Rogera Watersa... – zaśmiał się Spontan.
Znów siedział na polance w sadzie czując ciepło ciała Koleżanki i zapach jej włosów. Patrzył przed siebie, w ciemność pomiędzy jabłoniami.
- Nihilizm. Odcięcie się od społeczeństwa, tak?
- Tak, chyba tak to się nazywa.
- Ale nadal nie wiem dlaczego mówisz o Siwym w czasie przeszłym?
- Chodzi o to, że szkoła trzymała jego umysł wśród ludzi, aż wreszcie przyszły wakacje. Siwy nie wychodził z domu. Ja zająłem się własnymi sprawami...
- I?
- Siwy myślał, myślał, myślał i wymyślił sobie, że jest... bogiem.
Koleżanka wstrzymała oddech i oczekiwała dalszych słów.
- Wydaje mi się, że Siwy utknął Tam. W tym miejscu, gdzie jest się centrum wszechświata. Chyba nie potrafił już stamtąd wyjść. Albo uwierzył, że Tu jest Tam.
- Tu?
- Tu znaczy Tu... W rzeczywistości.
- Siwy zwariował?
- Bez przerwy powtarzał, że jest bogiem. Matka zaciągnęła go do lekarza. Zamknęli Siwego w zakładzie dla obłąkanych. To było w ubiegłe wakacje.
Dziewczyna lekko się poruszyła. Poczuł jak przekrzywia głowę by na niego spojrzeć.
- To co Siwy sobie wymyślił podczas wakacji, zapisał. Później nawet gdzieś to opublikowali, co prawda bardziej jako ciekawostkę niż poważny artykuł. Wiadomo, dajesz nagłówek: „Brednie młodego szaleńca” i pod spodem wlepiasz jego tekst – temat numeru gotowy.
- O czym był ten artykuł?
- O tym, że on – Siwy – jest centrum wszechświata, że wszystko toczy się wokół niego. To jak jakaś teoria spisku. On kieruje myślami wszystkich, bo jest bogiem. Dlatego autobusy zawsze się spóźniają, gdy tego nie chcesz i przyjeżdżają na czas jak jesteś spóźniony. Siwy był bogiem, który nie poznał jeszcze swojej mocy. Bogiem, który stworzył świat by toczył się wokół niego. Wszyscy ludzie natomiast to wyłącznie jego twór, który ma nadać temu sztucznemu życiu realizmu. Nikt nie myśli własnymi myślami, po prostu jest tu i teraz, a gdy znika z jego pola widzenia to znika i ze świata. Jego rola w filmie Siwego skończona.
- Nie brzmi to do końca niedorzecznie... – Powiedziała Koleżanka i oparła głowę o głowę Spontana. Miło było tak siedzieć.
Gdy zamykam oczy gaśnie słońce
Zatykam uszy milknie cały świat
Jak zapragnę potrafię i zabić
Ma śmierć zakończy żywot świata
Więc czy to nie ja jestem swym bogiem?
Spontan stał z nogami zanurzonymi w kupce liści o ognistych kolorach. Rozejrzał się w około. Cały świat zdawał się być nimi pokryty. Dokąd sięgaj wzrok dotąd widział liście, jakby wiosenny czas zamienił się miejscami z jesienią, która obdzierała z szat drzewa. Obrócił się i ujrzał bezlistne drzewo straszące swymi nagimi, powyginanymi w dziwne pozy kikutami. Coś było w tej starej, wielkiej roślinie, bowiem gdy Spontan tak na nią patrzył, jego umysłem zawładnęło dziwne uczucie żalu, jakby dowiedział się właśnie, że wszystko przeminie, a wraz z wszystkim i on.
Na lewo od groteskowej rośliny stał drewniany dom o spadzistym dachu pokrytym zestarzałymi i zszarzałymi płytkami. Z okien budowli biła ciemność. Spontan miał wrażenie, że znalazł się w jednej z tych dziwacznych, wiosek rybackich, które w swych opowiadaniach zwiedzał Howard Philips Lovecraft, gdzie groteskowe istoty – byli to zdegenerowani ludzie, mieszkali w takich właśnie starych, drewnianych i przeżartych przez czas chałupach.
Niebo dziwaczne, wyciągnięte jakby ze snu – pełzły po nim leniwie masywne, stalowe chmury. Zapowiadało się na deszcz.
Do uszu Spontana dobiegły jakieś dziwne dźwięki. Nigdy wcześniej nie słyszał takich odgłosów, był pewien, że nie wydawało ich żadne ze znanych mu zwierząt. Jakby pisk jakiejś morskiej istoty dobiegający z pod wody, ale skąd ono tu, w świecie uschłych liści? Było coś tajemniczego w tym – zdaje się, stłumionym dźwięku. W pewnej chwili usłyszał krzyk, obrócił się więc prędko w kierunku, z którego dobiegł.
Na wszystkich gałęziach dziwacznego drzewa siedziały wrony. Setki czarnych ptaków obsiadły groteskową roślinę i wrzeszczały przeraźliwie. Spontan zastanawiał się skąd przyleciały ptaszyska, przecież przed chwilą nie było ich ani śladu.
Do krzyku i dziwacznych pisków dołączył szum wiatru i jakiś surrealistyczny, przewlekły odgłos przypominający nieco dochodzące z głośników dźwięki, gdy magnetofon wciągnie taśmę. Nagle jednak wszystko ucichło. Wrony w ciszy zerwały się z drzewa i odleciały...
Spontan dostrzegł promień światła padający z zachmurzonego nieba. Spojrzał ku górze i ujrzał jakby błyskawicę, lecz nie znikła po sekundzie jak to mają w naturze – wręcz przeciwnie, powiększała się. Jasność nie oślepiała chłopaka, mógł spokojnie patrzeć w jej kierunku. Nadal stojąc w kupce liści patrzył jak pęka niebo, a z pęknięcia wydostaje się blask. Żółtawa szrama powiększała się coraz bardziej i bardziej i już niemal podzieliła świat na dwie połowy. Wtem w jednym miejscu strop nieba zawalił się, a cząstki jego w zetknięciu z ziemią jakby zrobione z piachu rozlatywały się i zmieniały w pył. Grunt pod stopami Spontana zachwiał się nieznacznie, lecz nie z powodu kawałów nieba uderzających w ziemię. To jakby kroki. Coś potężnego zbliżało się z oddali.
Wtedy Spontan ujrzał jak w dziurze w niebie na tle jasności pojawiła się olbrzymia ciemna sylwetka. Nie przypominała jednak człowieka, było to jakieś gigantyczne monstrum próbujące wedrzeć się do świata suchych liści.
Spontan nawet się nie zastanawiając ruszył w stronę budynku ciągle czując drgania ziemi. Rozpędzony uderzył barkiem w drzwi, które od razu ustąpiły. Przed nim rozciągał się długi korytarz, choć dom z zewnątrz zdawał się być bardzo małym.
Biegł i biegł ile sił miał w nogach. Mijając futryny bez drzwi patrzył do wnętrz okrytych mrokiem pokoi i zdawało mu się, że w tej ciemności coś się wieje. Jakieś odrażające stworzenia. Biegł szybko, lecz minął dopiero połowę długości drogi. Korytarz zdawał się wydłużać z każdym krokiem Spontana. Nagle z pomieszczeń poczęły wydostawać się ociekające śluzem macki chcące schwytać uciekiniera. Czuł na ciele ich wilgoć... Nie dał się jednak. Przed sobą miał już tylko drzwi. Uderzył w nie barkiem... Ustąpiły. Był we własnym łóżku, a utwór „Echoes” dobiegł końca.
Spontan uwielbiał tę epicką suitę odegraną przez członków grupy Pink Floyd - zawsze przenosiła go w inny świat. Należało tylko zamknąć oczy i dać prowadzić się muzyce w odmienną rzeczywistość. Z początku miał wielkie problemy z przyswojeniem dziwacznej muzyki Pink Floyd z czasów inspiracji psychodelią, lecz gdy nauczył się, że takich dźwięków nie trzeba słuchać, lecz wyobrażać je sobie, nie potrafił się już od Pink Floyd oderwać.
Po „Echoes” puścił jeszcze pierwszą część muzycznej opowieści „Thick as a Brick” stworzonej przez Jethro Tull. Ustawił równo na piątej minucie i wcisnął play. Uwielbiał ten fragment, gdy flet Iana Andersona idealnie zgrywał się z pianinem, perkusją i basem. Bez wątpienia był to ulubiony motyw Spontana z całej twórczości Jethro Tull, a również jeden z ulubionych instrumentalnych fragmentów w muzyce, w ogóle.
Spontan uwielbiał wkraczać w inny świat z pomocą muzyki. Kiedyś, gdy siedział wsparty o plecy Koleżanki ta spytała go, czy myśli, że z pomocą muzyki można tworzyć nową rzeczywistość.
- Pink Floyd, Jethro Tull – szukał w myślach kolejnych nazw Spontan. – King Crimson, czy nawet Genesis z czasów Petera Gabriela – choć nie jestem ich fanem, bo wydaje mi się, że albumy był zbyt do siebie podobne klimatycznie. Wszystkie te zespoły na swój sposób kreowały rzeczywistość jak mówisz. Gdy się ich słucha – i najważniejsze, gdy potrafi się ich słuchać, wtedy ucieka się myślami w świat muzyki tych zespołów.
- Nie do końca o to mi chodziło – powiedziała Koleżanka. – Chodziło o prawdziwą, realną kreację.
- Ach, chyba rozumiem – odparł Spontan. – Pisał o tym Carroll w „Krainie Chichów”. Chcesz zmaterializować muzykę, tak jak w tej powieści bohater-pisarz materializował własne wypociny i przenosił postacie z tekstu w realność.
- Tak, coś w tym stylu.
- Ale tworzyć świat muzyką? – zdziwiony Spontan. – Jak to sobie wyobrażasz?
- W tym sęk, że nie potrafię – powiedziała wesoło.
- Więc po co o tym mówić?
- To, że czegoś nie potrafisz pojąć czy sobie tego wyobrazić, nie znaczy, że to nie możliwe.
- Zahaczasz o filozofię.
- O zdrowy rozsądek.
- Po przez ucieczkę w świat marzeń przed rzeczywistością, nie wchodzi się w zdrowy rozsądek. To prowadzi do obłędu.
- Ale już mówiłam, że chodzi tu o prawdziwą, rzeczywistą kreację – odpowiedziała lekko poirytowana. – Bo nie zaprzeczysz chyba, że wszystkie umysły na świecie ograniczone są myślami i wynalazkami innych umysłów z przeszłości. Spójrz, być może gdyby kiedyś jakiś neandertalczyk czy inne małpopodobne coś nie wymyślił koła – przez przypadek zapewne, dziś samochody nie jeździły by na kołach.
- A na czym?
- W tym sęk... Nie potrafisz sobie tego wyobrazić, podobnie jak ja. Ale być może nie na kołach. Teraz po prostu twój umysł nie jest w stanie tego zaakceptować.
- Rozumie. Masz rację. Gdyby tak człowiek odciął się całkowicie od społeczeństwa, tylko wtedy jest w stanie wymyślić coś niepodlegającego schematom myślowym.
- Jak Siwy, co?
- Tak – powiedział Spontan z żalem w głosie. – Jak Siwy.
Tego dnia wszyscy spotkali się w garażu Pałeczki by przećwiczyć utwory, które napisali – choć liczba mnoga była krzywdząca, bowiem cały główny koncept zawsze podsuwał Spontan stojący teraz przy potężnym głośniku z czarną, elektryczną gitarą w dłoni – Dean Marley zbudowany na licencji Fendera Stratocastera. Fred dzierżył błyszczący od nowości bas, Pałeczka przyglądał się wszystkim bacznie zza swego zestawu – zastanawiali się, skąd wziął pieniądze na tak dobry, potężnie rozbudowany sprzęt. Romuald przykucnął i stroił swą bordową, lekko podniszczoną gitarę – w zespole był drugim gitarzystą, cieniem Spontana, bo nikt nie grał tak dobrze jak Spontan. Pielgrzym natomiast siedział na wzmacniaczu i ciągnął z gwintu łyki taniego wina – z wina narodziła się właśnie ksywka Pielgrzyma, biegał bowiem zawsze od sklepu do sklepu i kupował bełty, obalał je i biegł dalej po kolejne, wieczny wędrowiec za winem, pielgrzym. Może i był pijusem o niezbyt wyrafinowanym guście, ale śpiewać potrafił, a jego wrzask nie miał sobie równych.
Wszyscy byli gotowi do gry z wyjątkiem Romualda, który jak zwykle nie potrafił dostroić się do zespołu. Spontan przeczuwał, że Romuald jest po prostu głuchy. Wreszcie wstał i zagrał akord, który wstrząsną garażem.
Pielgrzym znów pociągnął łyk wina i podał butelkę Spontanowi. Wreszcie bełt zatoczył koło i znów wrócił do Pielgrzyma, który parafrazując tekst z „Czasu Apokalipsy” powiedział:
- Uwielbiam zapach bełta o poranku.
Wszyscy zaśmiali się, ale nie był to śmiech Siwego.
Niemniej po garażu roznosiła się woń taniego wina, a w głowach muzyków lekko szumiało.
Pałeczka spojrzał po wszystkich zebranych i krzyknął:
- Raz, dwa, trzy... – i uderzył pałeczkami w bębny.
W tym samym czasie Romuald wszedł głośnym akordem, a Fred uderzył kciukiem w strunę basu. Zaczęli grać. Po chwili dołączył do nich Spontan z żywym, ostrym riffem... Pielgrzym czekał na swoją kolej nadal sącząc tanie wino.
Wpadający w ucho rytm perkusji i nieustannie pulsujący bas, dawały do zrozumienia, że tu grany jest rock’n’roll. Całej kompozycji animuszu dodawał Romuald. Jednak to Spontan królował w utworze, jego gitara przestała grać skoczny riff i zaczęła szybkie solo. Palce wściekle błądziły po gryfie i trafiały dokładnie w ten dźwięk jakiego szukały. Wnet włączył się Pielgrzym ze swym zachrypłym głosem.
Czasami gdy tak grali czuli się cudownie. Było tylko tu i teraz. Garaż i nic poza nim. Zdawali się podczas tych paru godzin być panami świata, wszystko toczyło się wokół tej grupki nieuczesanych niechlujów, sączących w każdej możliwej przerwie tanie wino. Innym razem jednak nic nie wychodziło - Pałeczka gubił rytm, Fred skutecznie mu w tym pomagał, Romuald zabłądził na gryfie, a Pielgrzym spał pod ścianą. Spontan jednak zawsze starał się trzymać całą kompozycję w rydzach i zdarzało się, że pozostała część zespołu przestała już dawno grać, lecz on dalej ciągnął utwór gitarowymi improwizacjami, w których się tak lubował. Spontan zdecydowanie był ich liderem. Miał pomysły i umiejętności.
Tego dnia jednak wszystko szło tak wspaniale, że Spontan postanowił, że zagrają jego suitę, muzyczną opowieść o pewnym wędrowcze inspirowaną rockiem progresywnym. Spontan sam napisał muzykę do utworu, w stworzeniu tekstu natomiast pomogła mu dawna koleżanka, Zasmucona.
Zasmucona znała się na poezji, Spontan nie potrafił nigdy sklecić żadnego wiersza. Tekst napisali razem bardzo dawno temu, gdy był jeszcze Siwy. Istniał kiedyś taki czas, że Spontan, Siwy i Zasmucona stanowili zgraną paczkę, coś się jednak któregoś dnia zepsuło i nie pomogło nawet szukanie perspektyw w kosmosie.
Spontan wiele razy widział Zasmuconą jak chadzała z grupką niby buntowników z wyboru, anarchistów czy jak tam oni jeszcze mają zwyczaj się nazywać. Tak bardzo szukała przyjaciół, że przystąpiła do tej bandy ograniczonych tępaków, którzy wciągnęli ją w picie, ćpanie i oni sami wiedzą co jeszcze. Żal było Spontanowi Zasmuconej, była porządną dziewczyną, potrzebowała tylko człowieka – przez pewien czas tym człowiekiem był dla niej Siwy, później... Niby buntownicy wykorzystywali ją, sprawiali pozór przyjaźni, trzymali ją przy sobie z litości i dla własnego dowartościowania - że ktoś taki jak ona podąża za kimś takim jak oni. A ta głupia dziewczyna wierzyła, że to są jej przyjaciele. Szkoda Zasmuconej, była fajną dziewczyną. Spontanowi w tej właśnie chwili przypomniały się słowa Alberta Camusa: „Nie idź przede mną - możliwe, że nie będę podążać za tobą; nie idź za mną - ja mogę nie być przywódcą; Krocz u mego boku, i bądź po prostu mym przyjacielem.”. Zasmucona chodziła za nimi.
Tym razem zaczął Spontan, odegrał wstęp. Wszyscy uważnie słuchali jak gra. Po chwili dołączył do niego Fred, a jeszcze później Pałeczka. Wszyscy muzycy po kolei przyłączali się do Spontana, muzyka nabierała wigoru, jakiegoś podskórnego buntu. Po chwili jednak zwolniła tępo i Pielgrzym zaśpiewał tak jak jeszcze nigdy wcześniej nie śpiewał. Tyle uczucia było w tym wokalu, że wszyscy prócz Spontana patrzyli na wokalistę z niedowierzaniem. Spontan nigdy nie wątpił w niczyje zdolności – poza tym, że Romuald jest głuchy oczywiście – a głos Pielgrzyma od razu skojarzył mu się z przepięknym utworem „In Two Minds” z krążka zespołu Riverside.
I tak sobie grali.
Stary wędrowiec, który bywał tu
Snuł mroczne historie, rodem ze snu
Karczmarze prosili, by u nich pił
Miał posłuch ludzi, choć tłumem gardził
Wtem marynarz podniósł z kuflem dłoń
Rozległ się dźwięczny głos – Opowiedz nam
O Katedrze Snów
O Katedrze Snów
Wędrowiec nienawistnie podjął broń
Jakoby wpadł w obłędu toń
I nabiegły oczy szkarłatną krwią
Zbielały wargi, tak je zacisnął
Już miał się z nożem rzucić w tłum
Rykną – nigdy więcej nie opowiem
O Katedrze Snów
O Katedrze Snów
Opadł na krzesło, jakby zmęczony
Stało się to gdym był jeszcze młody
Wyznał otwarcie tedy wędrowiec
Dziś na pewno byłby ze mną koniec
Przygód szukałem jak każdy młodzian
W jednej tak karczmie usłyszałem
O Katedrze Snów
O Katedrze Snów
To tam właśnie demony przędzą sny
Bóg tak dawno został zapomniany
Urojenia wewnątrz, i koszmary
Na korytarzach straszne potwory
Oto zmierzch zdrowego rozsądku
Historia obłędu i nowego początku
O Katedro Snów
O Katedro Snów
Odebrałaś ty mi najważniejsze...
Oduczyłaś śnić... i marzyć
- W przyszłości chciałbym być aktorem – wyznał Siwy spoglądając na tafle jeziora. Słońce znikało już za horyzontem, patrząc w szklistą powierzchnię jeziora można było zauważyć odbicie ognistej kuli. – Bo zawód aktora to dobra rzecz dla ludzi, którzy przez całe życie chcieli być kimś innym.
Spontan podrapał się po głowie, chwycił za wędkę, zwinął żyłkę kołowrotkiem, a po chwili ponownie zarzucił.
- Dlaczego chcesz być kimś innym?
Siwy zastanowił się.
- Po prostu czuje, że chce być kimś innym. Często w różnych wywiadach ludzie na pytanie: „Co byś zmienił w swoim życiu?” odpowiadają, że nic. Głupi ci ludzie. Ja bym zmienił wszystko. Nastały takie czasy, że nim się obejrzymy każdy z naszych znajomych odfrunie w swoją stronę i kontakt się urwie, najprawdopodobniej już nigdy ich nie zobaczymy. Niby co tam, i tak nienawidzę skurwysynów, ale czasami pragniesz zatrzymać ten czas i to miejsce dla jednej osoby.
- I co z tego?
- To z tego, że nie przeżyłem swojego życia tak jak chciałbym przeżyć teraz. Nie miałem nigdy – tak jak na tych amerykańskich filmach, paczki przyjaciół, w której znalazła by się dziewczyna, którą na końcu filmu obowiązkowo oczywiście, musiałbym cmoknąć.
- Też mi przyjemność. Obowiązkowo cmokać dziewczynę.
- Nie o to tu chodzi. Bo widzisz, ty nie jesteś mną. Nawet mnie nie znasz. Nie mam przyjaciół, nie mam nawet kolegów, z którymi mógłbym pogadać choćby o niczym. Nie znam nikogo do kogo mógłbym zadzwonić i powiedzieć: „Cześć stary, co tam słychać...”. Nocami gadam do siebie jak wariat jakiś, a z każdą kolejną pogawędką bardzo proszę o to, by któregoś cholernego dnia do drzwi mojego domu zapukał ktoś i spytał: „Może pogadamy?”. Ty Spontan nie wiesz co to znaczy samotność, masz swój zespół, masz kumpli... Ja nie mam nikogo! Nikogo! Rozumiesz?! W moim życiu nie ma żadnego innego człowieka.
„Przecież masz mnie...” – chciał powiedzieć Spontan, ale za bardzo się wstydził. Gdy Siwego już nie było nigdy niczego się nie wstydził.
- Jedyny ratunek dla mojego umysłu jest w Tam. Wreszcie mogę być kimś i z kimś. Kurwa mać! Tam, to jest miejsce Spontan, w Tam to ty jesteś panem wszystkiego, w Tam ludzie zadają ci pytania, na które chcesz odpowiedzieć, w Tam mówisz co chcesz i nie wstydzisz się swoich słów, w Tam marzenia się spełniają, rozumiesz Spontan? Tu się nie spełniają. W Tam możesz być z ukochanym człowiekiem, Tu ten człowiek cię nie akceptuje, Tam jesteś wszystkich, Tu jesteś nikim.
(W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Ostatni raz u spowiedzi byłem nigdy. Nikogo też nie obraziłem żadnymi grzechami. Po prostu chcę by ktoś mi pomógł. Proszę o to swym zachowaniem, ale nikt tego nie widzi. Słownie nie potrafię. Może już nie będę prosił, i tak by mnie oszukali... Jak zawsze.)
Spontan spakował gitarę do pokrowca i wyszedł z garażu gdzie pozostali jeszcze Fred i Pałeczka.
Na błękitnym, bezchmurnym niebem wymalowane słońce grzało jak nigdy jeszcze tych wakacji. Ludzie leniwie przechadzali się po okolicy i delektowali ciepłem jakie za parę dni miało przekształcić się w nieustanne burze.
Spontan z głównej drogi wkroczył na ścieżkę, którą zawsze wracał do domu. Był to skrót, z którego wszyscy często korzystali, bo nie dość, że dróżka prowadziła w cieniu pomiędzy drzewami, to bardzo skracała podróż.
Nagle staną jak wryty bowiem oślepł... Świat zniknął, a przed oczyma Spontana rozciągała się ciemność. Po chwili jednak poczuł miłą, znajomą woń i delikatne ręce na twarzy - to one przysłoniły mu widok. Od razu zorientował się kto to.
- Cześć Spontanku – usłyszał miły głos Koleżanki, która zaszła go od tyłu.
- Nigdy więcej tego nie rób... – powiedział uśmiechając się i wtedy zabrała ręce odsłaniając świat. – Myślałem, że oślepłem.
Ruszyli dalej ścieżką, ramie w ramię. Jak starzy przyjaciele.
- Graliście? – spytała.
- Tak, całkiem nieźle szło. Może byś kiedyś przyszła posłuchać?
- Może kiedyś... – odpowiedziała zamyślona.
- Czekaj, but mi się rozwiązał.
Spontan ukląkł na jedno kolano i - o ile sobie przypominał – po raz pierwszy spojrzał na ciasno opięte dżinsowymi spodniami pośladki Koleżanki. Szybko jednak trzepnął głową, włosy przysłoniły oczy, i zawiązał sznurówkę. Wstając pomyślał, że był to całkiem ładny widok.
Gdy tylko ponownie wrócili na główną drogę, Spontan dostrzegł cztery zgarbione osoby ubrane w czarne strojne. Wśród nich była Zasmucona, na której zawiesił wzrok. Koleżanka dostrzegła to i spytała:
- Kto to?
Spontan wyszedł z transu obserwowania.
- Koleżanka.
- Zasmucona?
- Skąd wiesz?
- Wyczułam.
- Patrz na nią. To była fajna dziewczyna, teraz dopasowała się do najgorszego towarzystwa jakiego mogła...
- Najgorszego?
- No tak, przecież mogła wleźć pomiędzy te puste dziewczyny, których jedynym celem istnienia jest rządzenie innymi i ubieranie się w tandetne ubranka żywcem wyciągnięte z Bravo Girl. Nie wiem co jest gorsze, ci tutaj, czy te uważające się za ważniejsze niż są, puste szmaty, strojem żebrające o spojrzenie byle chłopaka.
- Mocne słowa.
- Chuj z mocnymi słowami. Przez dwa lata musiałem łazić z paroma taki do klasy. Najgorsze jednak, że takie puste idiotki potrafią bez problemu znaleźć popleczników własnego kultu. Wydaje mi się, że niektóre dziewczyny widzą w nich po prostu własne alter ego, podziwiają kogoś kim chciały by być, ale nie mogą z różnych względów. Są jak cielęta, które ślepo podążają nawet pod ostrze rzeźnika. Świat pełen jest takich ludzi.
Spontan ponownie spojrzał na Zasmuconą i zobaczył, że trzyma w ręce tanie wino. Tego było za wiele.
- Pogadaj z nią – powiedział Koleżanka jakby czytała w myślach chłopaka.
- Choć ze mną...
- Nie, to wasza walka... Ja pójdę w swoją stronę.
Nim się Spontan obejrzał Koleżanki już nie było, ruszył więc w stronę grupki ubranych na czarno.
- Zasmucona! – zawołał, a wszyscy obrócili się w stronę chłopaka.
- Spontan? – spojrzała na niego dziewczyna. – Co chcesz?
- Właśnie, co chcesz? – spytał jeden z grupki.
- Pogadać z koleżanką.
- Spierdalaj – odpowiedział za nią zdaje się przywódca buntowników.
- Jeśli ty jesteś Zasmucona, to bardzo zbrzydłaś. A jeśli nie to zamknij mordę – odgryzł się Spontan.
Trójka towarzyszy zasmuconej zrobiła groźne miny, na co Spontan tylko się uśmiechnął. Widział, że z nimi nie ma żartów, ale wiedział też, że w rzeczywistości to banda tchórzliwych gamoni, mocnych jedynie w grupie. Osobno są jak Zasmucona - zagubieni pośród ludzi.
Kiedy idzie o pojedynek charakterów, tak jak miało to miejsce w tym przypadku Spontan wygrywał zawsze i wszędzie.
Zrobił krok w ich kierunku, oni zaś ciągle patrząc mu w oczy zawahali się. Spontan już ich miał. Pokusił się nawet o pogrzebanie paznokciem między zębami.
- To pogadamy, czy nie? – spojrzał na Zasmuconą.
- Pogadamy – odparła.
Odeszli od grupki, ale wiedzieli, że bacznie obserwują ich trzy pary wścibskich oczu.
- . Nie gorąco ci? – spytał Spontan wskazując na czarne ciuchy
- Trochę gorąco.
- Ale nie możesz psuć imagu, co?
Spojrzała na niego.
- No wiesz, zbuntowana dziewczyna i te sprawy. Tanie wino w łapie, banda idiotów za towarzyszy...
- To nie są idioci.
- Ależ są, a najgorsze, że próbujesz im się przypodobać.
- Nie próbuje się im przypodobać. Przynajmniej mnie akceptują.
- Chuja akceptują! Dziewczyno, to nie są i nigdy nie będą twoi przyjaciele. Oni nie znają słowa przyjaźń, już dawno je zapomnieli. Jestem pewien, że gdy nie ma cię wśród nich przyjmują zakłady, który pierwszy cię przeleci.
- Spierdalaj Spontan.
- Tą są tylko słowa Zasmucona.
- To są aż słowa.
Miała racje, to były aż słowa. Słowa to jedyna prawdziwa wartość, a słowa ludzi takich jak Spontan były bezcenne. Są jednak istoty, których słowo nie jest warte nic, trudno uwierzyć, ale takich spotyka się wszędzie, bardzo łatwo ich też poznać. Na szczęście są też tacy ludzie, których każde słowo winno być nagradzane uczuciem, to największa zapłata. Zasmucona wiedziała, że Spontan powiedział prawdę.
- I jeszcze to wino w ręce. Chryste...
- Nie wierzysz w Chrystusa, więc go nie przyzywaj.
- Wiesz jak wygląda dziewczyna z winem w ręce? Jak szmata jakaś. Pierdolona buntowniczka bez powodu... Wymyśl wreszcie coś przeciw czemu będziesz mogła się buntować. Powtarzanie w kółko, że życie jest do dupy już dawno się przejadło.
Spontan przestraszył się nieco, bo mówił zupełnie jak Siwy, a Siwy był chyba największym mówcą jakiego Spontan znał.
- A kim ty do kurwy nędzy jesteś by mnie nauczać? Pierdolonym Mojżeszem?!
Racja. Spontan był człowiekiem. Nikim.
- Ty masz przyjaciół, masz marzenia i cele. Ja mam sito w głowie, brak snów i ich. – spojrzała w stronę grupki. – Potrzebuje kogoś. Nie potrafię już dłużej udawać, że samotność jest mi obojętna. Potrzebuje pomocy, a oni mi ją dają.
Zasmucona umilkła bowiem powiedziała coś co tak bardzo skrywała. Właśnie wyspowiadała się Spontanowi.
- Nie mogłabyś wreszcie sama pokierować swoim życiem.
- Ty cholerny idioto, nie rozumiesz, że to zawsze inni ludzie kierują twoim życiem, ty sam masz na nie najmniejszy wpływ. Człowieka kształtuje inny człowiek, sam mnie przecież tego nauczyłeś. Byłeś kiedyś zakochany? Czy kiedykolwiek naszło cię to uczucie, że ktoś wlazł ci głowę i steruje każdym twoim ruchem? Sami się nie kształtujemy, robią to inni. Inni też nas niszczą...
Zasmucona odwróciła się i odeszła. Spontan natomiast zastanawiał się kiedy mógł nauczyć jej takiego myślenia. Musiała się pomylić, to nie mógł być on, to Siwy wygłaszał takie mowy.
Zaledwie miesiąc od tej rozmowy Zasmucona skoczyła z dachu bloku. Zawsze śniła o lataniu, o wyzwoleniu ze świata przyziemności. Nafaszerowała się narkotykami, stanęła na krawędzi dachu, rozłożyła ręce i skoczyła. Tą jedną chwilę myślała, że za chwilę umrze i bała się, przez ostatnie sekundy życia bała się tak okropnie, że doszła do wniosku, że nie warto było skakać z dachu tego pierdolonego bloku. Doszła do wniosku, że popełniła błąd. Nieodwracalnie.
Od tej pory Zasmuconej już nie było, podobnie jak Siwego.
- Nie potrafiłbym popełnić samobójstwa – mówił kiedyś Spontan do Koleżanki. Siedzieli w sadzie wsparci o siebie. – Nie chodzi o to, że boje się śmierci, bo się jej nie boję...
- Tylko szaleńcy nie boją się śmierci – wcięła się Koleżanka.
- Chyba nigdy nie byłem normalny, ale mniejsza z tym. Nie potrafiłbym popełnić samobójstwa, ponieważ i tak nie zobaczyłbym reakcji ludzi na moją śmierć.
Koleżanka zaczęła się śmiać.
- Co?
- Oh Spontanku, ty nie jesteś wariatem, ale megalomanem. Po prostu chciałbyś usłyszeć jak by mówili jaki byłeś wspaniały i jak płaczą po tobie. Ale nie możesz być pewien, czy ktokolwiek by płakał. To całkiem normalne myślenie.
- Czasem zastanawiam się czy samobójstwo to akt odwagi czy totalne tchórzostwo.
- Wydaje mi się, że tchórzostwo, do którego popełnienia trzeba ogromnej odwagi.
Czarne gitary Spontana zawsze robiły wielkie wrażenie wśród znajomych przyzwyczajonych do pospolitego wyglądu, czyli polakierowanej deski – jak to zwykł mawiać do kolegów. Poza tym Spontan twierdził, że jasne gitary w ogóle nie brzmią... Czarne, to zupełnie co innego, przybierają ten specyficzny, mroczny, głęboki ton. Gdy się na nich gra czuć ciężar muzyki i mięsistość brzmienia.
Spontan ruszył opuszkami palców struny gitary i zagrał podkład do wiersza Zasmuconej. W przyszłości miał zamiar przedstawić tą wersję chłopakom z zespołu i przerobić na jakąś rockową balladę z długim, instrumentalnym fragmentem. Póki co zaczął grać i deklamować tekst, nigdy nie lubił śpiewać gdy ktoś go słyszał.
Gdy byliśmy młodzi
Każdy z nas
Żyliśmy marzeniami
Pogrzebanymi przez czas
Budowaliśmy drogę
Lecz nie kroczyliśmy nią
Byliśmy ciągle obok
Umysłami pokrytymi pleśnią
Parliśmy do przodu
Nie swoją drogą
Zapominając o dawnych dniach
I porachunkach ze sobą
Obrócić się wstecz
Kiedyś wielkie marzenia
Gitara w deszczowy dzień
Dziś zapomniane marzenia
Kiedy i gdzie zgubiliśmy
Ostatnią drogę do domu
Gdzie podziała się nasza
Ostatnia droga do domu
Podniósł wzrok i ujrzał zadumaną, ładną twarz Koleżanki. Wtedy też – o ile dobrze pamięta, po raz pierwszy spojrzał jej w dekolt. Szybko się jednak opamiętał i wbił wzrok w zamyślone, jakby nieobecne, brązowe oczy dziewczyny.
- Ładne... – powiedziała wreszcie. – Chociaż mógłbyś zaśpiewać.
- Nie umiem śpiewać.
- Ty tak twierdzisz.
Fred, Pałeczka, Spontan i Romuald zebrali się w garażu by poćwiczyć grę. Lada dzień zamierzali nagrać taśmę demo i wreszcie pochwalić się komuś swymi umiejętnościami i osiągnięciami.
Wszyscy zdążyli już nastroić instrumenty - nawet Romuald, który zwykle miał z tym największy problem - i czekali na spóźniającego się od dobrych pół godziny Pielgrzyma. Domyślali się, że prowadzi kolejną pielgrzymkę od sklepu do sklepu za winem...
Wreszcie jednak pociągnął drzwi garażu i pojawił się w futrynie na tle słonecznych promieni. Dziwnie mistycznie wyglądał Pielgrzym z butelką taniego wina w ręce stojąc tak niczym jakiś prorok, pragnący lada chwila przemówić do wpatrzonego weń tłumu.
- Później się nie dało? – spytał ironicznie Fred.
- Się nie dało – odparł Pielgrzym. Był kompletnie pijany.
Pozostali muzycy wiedzieli już, że nie mają co liczyć na głos Pielgrzyma, gdy był wstawiony nie potrafił śpiewać, ba, ciągle zapominał tekstu. Bardziej przeszkadzał niż pomagał. Spontan widział w tym podobieństwo do Pink Floyd i Syda Barretta, który zwariował od narkotyków mających poszerzać świadomość muzyka, później został wyrzucony z grupy.
- Dasz radę zaśpiewać?
- Dasz radę... – odparł Pielgrzym i ruszył chwiejnym krokiem w stronę mikrofonu. Nie patrzył pod stopy i zawadził nogą o kabel od gitary Spontana. Stracił równowagę i runą na ziemię. Chwilę przed upadkiem dało się usłyszeć dźwięk tłuczonego szkła. Okropny był to widok dla wszystkich, gdy bezwładnie opadając na ziemię wyrżną z impetem czołem o cementową podłogę garażu. Głowa odbiła się parokrotnie od ziemi niczym piłka do kosza.
Wszyscy ryknęli śmiechem, jednak po chwili ucichli bowiem spostrzegli jak z pod Pielgrzyma ciurkiem wypływa szkarłatna krew i miesza się z rozlanym tanim winem.
Fred i Spontan zaraz podbiegli pod leżącego bez ruchu Pielgrzyma i obrócili go plecami do ziemi.
Fred spojrzał w twarz kolegi po czym odwrócił się i zwymiotował.
Kawałki szkła sterczały wbite w twarz Pielgrzyma, a z pękniętej skóry na czole ciurkiem ulatywała posoka.
Gdy przybyło pogotowie okazało się, że jest już za późno. Pielgrzym umarł. Podczas upadku pękła czaszka w okolicy płata czołowego.
Wraz z historią Pielgrzyma zakończyły się dzieje zespołu. Spontan, Fred, Pałeczka i Romuald już nigdy razem nie zagrali, zdaje się, że po tym jak odszedł Pielgrzym nie potrafili już grać. Woleli zapomnieć o wielomiesięcznej nauce niż o martwym, pijanym koledze - Wszyscy z wyjątkiem Spontana, dla którego muzyka była jedną z dróg prowadzących do Tam.
Od tej pory nie było już Siwego, nie było Pielgrzyma i nie było zespołu. Zasmuconej miało nie być dopiero za jakiś czas.
Tego dnia było upalnie i duszno.
Spontan ze wszystkich sił próbował wejść do Tam, lecz nie potrafił. Miast tego poczuł jakieś wewnętrzne ciepło. Obrócił się i ujrzał zbliżającą się Koleżankę.
Właściwie nie wiedział gdzie ta dziewczyna mieszka, po prostu pojawiała się gdy bardzo tego pragną, jakby czytała w jego myślach i przybywała z odsieczą, gdy umysł tego potrzebował. Czasem Spontan dochodził do wniosku, że ona jest doskonała. Pomijał oczywiście kwestię niewątpliwej urody - a przynajmniej jemu wydawało się, że jest bardzo ładna - by nie wyjść na kolejnego, cholernego wzrokowca. Koleżanka była doskonała ponieważ go rozumiała. Zadawała pytania jakie chciał usłyszeć Spontan, mówiła o rzeczach które i jego interesowały, była zawsze gdy jej potrzeba... Właśnie, nie musiał prosić by przyszła, ona po prostu przychodziła. Nie widział gdzie mieszka, nie znał jej numeru telefonu, nie miał bladego pojęcia co robi, gdy nie jest z nim, nie słyszał też słowa o znajomych dziewczyny. Ona po prosty była, była tu i teraz, jakby poza tu i teraz nie istniała.
Tego dnia Spontan nie mógł uwierzyć, że ta istota, która właśnie się do niego zbliżała to Koleżanka. Wyglądała jakoś inaczej niż zwykle. Miała na sobie ciemną, ciasną bluzkę i – co zdziwiło Spontana najbardziej, gdyż nigdy tak się nie ubierała – spódniczkę odsłaniając fragment ud.
Dopóki dziewczyna nosi spodnie jest tylko kumpelką, z którą można porozmawiać o byle sprawach, w byle miejscu i jedząc czy pijąc przy tym byle co, ale gdy zakłada sukienkę, czy spódniczkę to staje się istotą wyższą, która wymaga bicia pokłonów i szczerych modlitw. Dziewczyna w sukience przestaje być kumpelką, bytem równym każdemu innemu. Kobieta w sukience ma władzę nad każdym mężczyzną, ponieważ kobieta w sukience jest... kobietą. Nie jakimś tam kumplem. Gdy dziewczyna zakłada spódniczkę przestaje istnieć równouprawnienie... Staje się boginią.
Spontan nawet nie zauważył jak dotarli do sadu, a księżyc przejął władzę nad niebem.
Tym razem było jednak inaczej. Nie opierali się o siebie jak zwykle, lecz siedzieli naprzeciw.
- Dlaczego tak na mnie patrzysz? – spytała Koleżanka.
- Bo nigdy taka nie byłaś.
- To znaczy jaka?
- Taka... Taka kobieca.
- Podoba ci się?
- Chyba tak... To znaczy...
Nie pozwoliła mu dokończyć, ponieważ zbliżyła wolno ręce do twarzy Spontana i odgarnęła mu zasłaniające oczy włosy.
Spojrzała na chłopaka z przerażeniem i niby z paniką w głosie krzyknęła.
- Jezu, Spontanie! Ty masz oczy!
Wybuchła śmiechem.
Później ciepłe i delikatne dłonie Koleżanki powędrowały do policzków Spontana. Zbliżyła swą twarz do jego twarzy. Poczuli własne oddechy na ustach. Spojrzeli sobie w oczy i zrozumieli.
Wargi chłopaka i dziewczyny zetknęły się, z początku nieśmiało, później już odważniej i pewniej własnych intencji. Całowali się w blasku księżyca.
Koleżanka zbliżyła się do Spontana na taką odległość, że poczuł jej piersi na własnej klatce piersiowej. Otoczyła udami biodra chłopaka, ten natomiast gładząc po delikatnej skórze nóg wsunął ręce pod jej spódniczkę i objął pośladki dłońmi, poczuł przy tym, że w majtkach robi mu się bardzo ciasno.
Dziewczyna odsunęła się i położyła na trawie. Spontan już po chwili na niej leżał. Podwinął bluzkę dziewczyny i wsunął pod nią dłoń, która odnalazła nagą pierś, zaczął delikatnie ją obściskiwał całując jednocześnie skórę szyi Koleżanki. Czuł oddech dziewczyny na uchu, było to bardzo przyjemne. Usłyszał jej szept:
- Spontanku...
Przerwał i wsparł się na łokciach. Zbliżył swą twarz do jej twarzy tak blisko, że dotykali się nosami.
Gdy Koleżanka mówiła, jej oddech pieścił wargi Spontana.
- Spontanku, chcę to z tobą zrobić.
- Tu?
- Tak, tu i teraz.
- A jeśli ktoś nas zobaczy?
- Daj spokój. Jest środek nocy, poza tym do jezdni kawał drogi, nikt nas nie usłyszy.
Spontan wstał i ukląkł między rozsuniętymi, zgiętymi w kolanach nogami Koleżanki.
- Ja chyba tego nie chcę... – powiedział
- Dlaczego?
- Czuję, że coś się skończy, coś przeminie.
- Coś było, coś jest... Będzie coś. Nie myśl o tym.
- Boję się.
- Spontanie... Żyj tym, co jest tu i teraz. Nic innego nie istnieje, nic poza tu i teraz nie jest rzeczywiste.
- ...
- Skąd możesz wiedzieć, że coś poza tym miejscem i tą chwilą istnieje, skoro cię tam nie ma? Skąd wiesz, że istnieją inni ludzie w innych miejscach, skoro teraz ich nie ma? Skąd możesz wiedzieć, że świat poza tym miejscem istniej? Być może nie ma już nic poza tu i teraz...
Spontan wsunął dłonie pod spódniczkę Koleżanki. Ściągnął z niej majtki. Następnie rozpiął rozporek spodni i położył się między nogami dziewczyny.
Po wszystkim leżeli wtuleni w siebie pod jabłonią.
Spontan czuł, że mięśnie w jego ciele wreszcie uległy rozprężeniu, a w umyśle zapanował błogi stan, jakby w końcu ktoś przeciął sznurek oplatający ciasno mózg. Być może zabrzmi to infantylnie, ale jednocześnie czuł w głębi serca, że zrobił coś niegodziwego. Koleżanka już nigdy nie będzie tą samą Koleżanką, na jej nieskalanej do tej pory twarzy pojawi się jakaś szpecąca doskonałość rysa. To tak jakby magia portretu Doriana Graya przestała działać. Czuł, że Koleżanka właśnie się skończyła. Czar i tajemnica bijące od dziewczyny straciły na sile, umarła również jej doskonałość.
Jednak to będzie później. Na razie istnieje tylko tu i teraz.
- O tym tu i teraz mówiłaś zupełnie jak Siwy.
- Znałam Siwego...
Spontan nie ukrywał zdziwienia.
- Naprawdę?
- Tak, znałam go bardzo dobrze, ale to nie jego słów użyłam.
- Mógłbym przysiądź...
- To były twoje słowa Spontanie.
Chłopak umilkł, starał się sobie przypomnieć czy to przypadkiem nie on kiedyś wpadł na pomysł tu i teraz w jakiejś rozmowie z Siwym. Jedno było pewne, Siwy był podczas tej konwersacji.
- To nie możliwe... – powiedział wreszcie.
- Ach Spontanku, jaki ty jesteś sceptyczny. Nie potrafisz dać wiary, w to... A może po prostu tak bardzo pragnąłeś zapomnieć, że wreszcie zapomniałeś.
- Nie rozumiem.
- Nie rozumiesz? Spontanie spełniło się twoje marzenie... Przez całe życie chciałeś być kimś innym. Ewoluowałeś. Zmieniłeś się. Uwierzyłeś, że jesteś Spontanem...
Przeszył go chłód. Jakby ktoś wysypał obok ciężarówkę lodu..
- Chcesz powiedzieć, że...
- Chcę powiedzieć, że Siwy wcale nie zwariował, ale zamienił się w ciebie. To ty jesteś Siwym, Spontanie.
W głowie Spontana rozszalała się nagle burza myśli przynosząca salwę obrazów, jakby ktoś puścił taśmę z urywkami jego życia. Widział jak siedząc nad brzegiem jeziora mówił sam do siebie o tym, że pragnie być aktorem. Ponownie ujrzał scenę pierwszej rozmowy z Zasmuconą, lecz obok niej siedziała tylko jedna osoba. Był też obraz rozmowy o odcięciu się od społeczeństwa, lecz konwersację prowadził tylko jeden człowiek.
Całe bezsenne noce rozmów z samym sobą, powolne tłamszenie samotnego Siwego i zastąpienie go mającym wszystko Spontanem. Czy w całym tym obłędzie pierwsze skrzypce grała samotność? „Samotność to plac zabaw szatana” – pisał Nabokov, ale czy do tego stopnia by niszczyć jeden umysł i zastąpić go zupełnie odmiennym?
Uwierzył jednak od razu, być może umysł skrzętnie skrywał ten sekret przed Spontanem, ale wystarczyło wspomnieć o ponurej przeszłości, i dał za wygraną zwracając całą pamięć.
- Jak poznałaś Siwego?
- Spotkaliśmy się Tam.
- Ale Tam jest nierealne... Tam są marzenia.
Koleżanka uśmiechnęła się.
- Ja byłam marzeniem Siwego, a teraz... Teraz jestem twoim marzeniem Spontanie. Ty mnie stworzyłeś.
Doskonałość Koleżanki; pojawiała się i znikała gdy tego potrzebował; znała każdą książkę, którą i on przeczytał; znała każdą płytę, którą i on przesłuchał. Koleżanka była częścią Spontana, jego marzeniem.
- Czy to znaczy, że ty nie istniejesz? Że ja przed chwilą... z własnym marzeniem?
- Ale ja istnieję. Jak wszystko istnieję tu i teraz. Nic innego nie jest realniejsze niż tu i teraz.
- Ale nigdy nie będę mógł do ciebie zadzwonić i umówić się w jakiejś restauracji? Nigdy nie będę mógł pójść z tobą na jakąś zabawę.
Pokiwała przecząco głową.
- Pragnąłeś kogoś takiego ja tak bardzo, że mnie urzeczywistniłeś. Stworzyłeś to miejsce.
- Nie chcę w to wierzyć! Nie chcę już w nic wierzyć.
- Uwierz w tu i teraz. Nic innego się nie liczy, bo dla ciebie nic poza tu i teraz nie istnieje i nigdy istnieć nie będzie.
Koleżanka wstała i ruszyła w stronę ciemności pomiędzy drzewami. Spontan chciał coś krzyknąć, ale nie wiedział co. Jej sylwetka z wolna stała się przeźroczysta, aż wreszcie rozwiał ją letni wiatr. Znikła i Spontan już nigdy jej nie widział.
Krople deszczu spadające z szarego nieba uderzały w mokry asfalt. Na poboczach drogi stały kałuże mętnej wody.
Siwy z naciągniętą na oczy czapką z daszkiem patrzył w mokrą nawierzchnię, lecz w rzeczywistości jej nie widział. W tej chwili był Tam.
Jakiś samochód przemknął obok.
Spokój, atmosfera melancholii i zadumy, wszechwładna nostalgia. Chwila spokoju i zapomnienia, by porozmawiać z samym sobą w podświadomości i poukładać rozstrzelany myśli. Przeprowadzić wewnętrzną konwersację, oddać się spowiedzi własnych poglądów, przyznać się do tego, co siedzi gdzieś głęboko w środku.
Gdy wyrwał się z Tam stał na dachu bloku, tym samym, z którego skoczyła Zasmucona. Staną na krawędzi i spojrzał w dół, na mokry chodnik i trawę. Wszystko zdawało się być takim małym.
Nie było już Koleżanki, nie było też Zasmuconej, nie było i Pielgrzyma, zespół znikł. Kontakty się pourywały. Wrócił za to Siwy - odszedł Spontan.
Wiele razy zastanawiał się, czy jest wariatem, czy po prostu człowiekiem w języku migowym wołającym o pomoc.
Niektórzy twierdzą, że ludzie kroczący w ciemności poszukując swojej drogi, biegając od ścieżki do ścieżki są szaleni. Natomiast ci, co odnaleźli już cel życia i podążają w jego kierunku niczym maszyny aż do śmierci, to ludzie spełnieni. Kto w całym tym obłędzie jest szaleńcem? Wieczny niemyślący o śmierci wędrowiec, który nie potrafi odnaleźć życiowego celu, czy człowiek, któremu pozostało już żyć, aby umrzeć?
Istnieje tylko tu i teraz i to on, Siwy je kształtuje. Gdzie podziali się więc ludzie, z którymi kontaktu tak pragnie? Czy nie potrafi ich wyśnić?
Spojrzał w dół. Chętnie by skoczył, ale jeszcze nie teraz. Nikt by go nie opłakiwał.
Poczeka i poobserwuje. Zobaczy, co się będzie działo później...
KONIEC
Bezimienny Grzegorz
[ grzegorzbezimienny@gazeta.pl ]
|