Przejdź do spisu treści...

Wnet zapragną skzydeł

Ukroił im chleba. Najpierw znak krzyża, a potem podał każdemu kromkę pachnącą i usiadł. A oni ze smakiem jedli, bo to chleb prawdziwy, w wiejskim piecu upieczony prawdziwy chleb. Ostatni raz jemy taki chleb – powiedział.
Musiał kiedyś nastąpić ten ostatni raz. Zabierzcie ten smak, ten zapach, zapiszcie to gdzieś, zanotujcie, bo to ostatnia rzecz, która zginie, potem już nastąpi koniec. Chleb jecie, ale to nie znaczy że Aniołami jesteście.
Wnet zapragniecie skrzydeł.

* * *

„milczysz. Tylko my- oczytani analfabeci chlapiemy językiem”
ks. J. Twardowski
Całą książkę można zawrzeć w jednym zdaniu , w jednym słowie. Jednakże do Radziwiliszek przybyło i przybywa tyle ciekawych osób a każda coś ciekawego chce powiedzieć, że musimy Jaśku zapisać to wszystko, a już niech czytelnik wybierze dla siebie co uzna za ważne. I każda chce coś powiedzieć o świecie, o sobie, każda chce zostawić ślad. Imię moje jak dźwięk pusty. Tego wielu się boi, chce zostawić trwałą pamiątkę. Zostawić zdjęcie, książkę, film, muzykę czy obraz. Zostawić pamięć. A im bardziej się stara tym bardziej zostaje pusty dźwięk. Starać się trzeba aby dać coś z siebie innym, opowiedzieć, opowiedzieć o swoim zachwycie nad Bogiem, życiem, dziwić się przemijaniem. I jeżeli jest to autentyczne, to zostanie. Innej drogi nie ma i być nie może.

* * *

Juliusz zapalił kolejne cygaro w bibliotece. Wziął kolejny tom do ręki, gdy usłyszał ciche pukanie.
- Dzień dobry, jestem dziennikarzem z „Wesela” Wyspiańskiego.
Stworzył mnie Stachu i już sto lat żyję. Chciałem przeprowadzić wywiad, właściwie chciałem poznać prawdę o tobie Mistrzu Słowa.
- Dobrze, rzekł Juliusz. Siadaj i pytaj. Właściwie wszystko powiedziałem w swojej poezji, tylko trzeba czytać. Tam jest wszystko, ale wiem co to znaczy prasa. Tak więc pytaj.

* * *

Kilka godzin spędzili w bibliotece Juliusz i Dziennikarz.
Powstał długi wywiad. Jaśku twoja rola teraz opracować go, skrócić. Wiesz jaki Juliusz chaotyczny. Wiesz jak np. pisał „Króla – Ducha”. Jeden wielki chaos. Zajmij się tym a my idziemy przywitać następnych gości.

* * *

„czy nie dziwi cię
mądra niedoskonałość
przypadek starannie przygotowany”.
Ks. J. Twardowski
Znaczy się, nie ma przypadków. To nam się wydaje że przypadkiem spóźnił się autobus i na przystanku spotkaliśmy kogoś kto czekał na następny i rozmowę nawiązaliśmy i na całe życie pozostała znajomość. To Ktoś zaplanował ten korek, w którym utknął na 20 minut nasz autobus. I te 20 minut zadecydowało o naszym życiu o poznaniu dziewczyny, która została żoną i o dzieciach, twoich dzieciach. 20 minut. Przypadek?

* * *


„Skończył i usiadł... lecz nasza gromada,
W świętości ducha... wieszcza słuchająca..”
Juliusz opowiadał i opowiadał, a Dziennikarz pisał, potem przestał pisać i tylko słuchał.
- Przerobię- mówił Juliusz- przerobię ich w aniołów.
- Położono na mnie to brzemię i to jest moja misja, mój święty obowiązek. Mówić kiedyś o mnie będą , Słowacki poetą był. Wielkim poetą. A potem zaczną czytać. A potem zrozumieją że nasze dzieje Król-Duch prowadzi. Napisałem im proroczy wiersz o słowiańskim Papieżu, który odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Słyszysz, jak gra Bach. On stworzony dla muzyki, ja dla poezji. Napisz to, on muzyką przerabia ludzi w aniołów a ja poezją.

,, Do tych aniołów, które ducha strzegły,
A ci- zaklęci duchem nieśmiertelnym-
Zaraz mi dali pomoc”

Zaczął wers z ,, Króla- Ducha” szeptem , nagle podniósł głos:
,, Wtenczas to duchy przede mną zadrżały,
Widząc, że jestem na wszystko odważny..”
Przerwał. Dopadł go potworny atak kaszlu. Dyskretnie otarł usta chusteczką, na której Dziennikarz ujrzał krew.

* * *

„A wtem skrzypnęła domowa zapora
I weszli do wrót aniołowie złoci
Wnet przed nimi stół, stągiew miodu spora
Pełno mięsiwa i mącznych łakoci,
Pełno owoców rozsypano różnych.
Duchów przyjęto jadłem – jak podróżnych”.

Tak opisałem – rzekł Juliusz – przybycie aniołów do chaty Piasta.
Dlaczego Juliuszu – spytał Dziennikarz – chcesz ludzi przerabiać w aniołów?
Bo anioł – rzekł Juliusz – to posłaniec. Posłaniec od Boga. I chciałbym aby każdy z radością mówił że od Boga jest i do Boga wróci. Zastanów się nad tymi słowami panie Dziennikarzu i pamiętaj że nieopisana historia jest ważniejsza.

* * *

Lekkie pukanie do drzwi przerwało ciszę jaka zapanowała po słowach Juliusza. Brat Albert wszedł i zaczął przeglądać albumy z polskim malarstwem XIX wiecznym. A pod dworek w Radziwiliszkach zajechała kareta. Wysiadł z niej człowiek o zlęknionym spojrzeniu. To wielki rosyjski pisarz Fiodor Dostojewski. Pomyślał sobie że weźmie udział w tym spotkaniu. Ma tyle ciekawych przemyśleń i chce się podzielić ze wszystkimi. Właściwie zawarł je wszystkie w swoich książkach.
- Chcę bronić – powiedział – Rosji. To nie jest kraj szatana.
To piękny kraj i tajemniczy. Tylko tam są ludzie skrzywdzeni i poniżeni.

* * *
„A czy wiesz, co on wybierze?
Może ludów zatracenie”.

Słuchaj Dziennikarzu – Juliusz zaczął snuć swą opowieść – to miejsce tutaj to idylla. Ten krajobraz, nastrój i ci ludzie. Ale to musi zginąć. Jest tutaj coś w tych kresach że na zatracenie one przeznaczone. Już dzikie barbarzyństwo czeka na znak. Są oni biczem bożym. A wiesz
Bo ci w dworkach stanęli w miejscy. Bóg jest dl nich kolorowym oleodrukiem i nic więcej. Celebrują swoje życie zwyczaje, pławią się w doczesności. Gniją.

* * *

,, Spod krwi odsłaniał światły anioł boski
Słowiańskich przyszłych ludów tajemnice”

Kiedy Juliusz wypowiedział ten fragment Króla-Ducha wyszedł z biblioteki, wziął laseczkę, włożył żółte rękawiczki i poszedł pospacerować po Radziwiliszkach. Do chat chłopskich wchodził gdzie częstowany chlebem, mlekiem słuchał chłopskich opowieści o dawnej Litwie.

* * *

A Dziennikarz wyjął Pismo z bibliotecznej półki i czytać zaczął 18 rozdział Apokalipsy:
„Biada, biada wielka stolico Babilonie
stolico potężna!
Bo w jednej godzinie sąd na ciebie
Przyszedł
Biada wielka stolico…cała zdobna w złoto
Bo w jednej godzinie przepadło tak wielkie
Bogactwo”.
A na okładce kolorowej gazety z początku wieku było zdjęcie płonących wież wielkiego bogatego miasta.

* * *

Feliks Dzierżyński wyszedł przed dworek . Zapalił papierosa i spacerował zamyślony. Po chwili usiadł na ławeczce, wyciągnął jakieś dokumenty i zaczął czytać.
Usłyszał po chwili zbliżającą się postać. Kto idzie- zapytał?
- Stiepan jestem, we wsi koło Katynia mieszkam, mam coś ważnego do powiedzenia. Chciałbym ostrzec Polaków , powiedzieć im że czerwone szatany straszną zbrodnię szykują.- - Katyń,Katyń, hm nigdy o takiej miejscowości nie słyszałem-rzekł Dzierżyński.
- Panie, muszę tam wejść, tam dużo mądrych ludzi, oni ostrzegą ludzi w mundurach.
- Myślisz, że można zmienić przeznaczenie.
- Krwawy Feliks spojrzał na Stiepana lodowatym wzrokiem, a ten skurczył się ze strachu.
- Idź stąd- wycedził przez zęby Dzierżyński, wracaj skąd przybyłeś. Nie rozumiesz że historia tego kraju musi się wypełnić. Jeśli chcą trwać muszą złożyć kolejną daninę krwi.
* * *

„Znowu polonez Szopena się skrada,
O Boże mój! Jak wiele tu wachlarzy,
Spuszczonych powiek delikatnych twarzy,
Lecz jakże bliska jak szeleści zdrada
Muzyka cień na ścianie kołysała…
I straszna postać z okna mi
kiwała”

To na wesele przyszła Anna Achmatowa.
W oknie stał Dzierżyński i gestem zapraszał Annę do dworku, lecz ona wahała się.
Słysząc Szopena chciała tutaj zostać… lecz ta straszna postać.
Jednak zawróciła.

* * *

Juliusz wrócił ze spaceru po Radziwiliszkach. Na ławeczce siedział Fiodor Dostojewski.
Zaprosił Juliusza na rozmowę.
- Niech pan powie – zwrócił się Dostojewski do Juliusza – jak to się stało, że ten pan który stoi w oknie i lodowatym wzrokiem obserwuje nas, stał się taką bestią.
Wychowany został przecież w szlacheckiej rodzinie, w polskim dworku.
Czy polskie kresowe dworki to miejsca gdzie rodzą się bestie?
- Nie wiem panie Dostojewski dlaczego tak jest.
W takim dworku urodził się Piłsudski.
Dlaczego Feliks Dzierżyński został bestią, tego nie wie nikt.
Przytoczę panu fragment mojego „Króla – Ducha”. Niech pan posłucha:
„I strach mię zdjął od
ludzi – bo mówili:
To dziecko… czarnego ma ducha,
Nigdy mu słońca anioł nie schyli
Nad kołyseczką…”
Czyli co panie Juliuszu, przeznaczenie.
Przeznaczenie.

* * *

Panie Juliuszu nich no pan popatrzy, kto do nas się zbliża, to chyba Jesienin.
Ledwo na nogach się trzyma, widać że ostro popił polskiej wódki. Usiadł na ławeczce i spojrzał w okno gdzie nadal nieruchomo stał Dzierżyński. Zaczął deklamować swój wiersz:
„Diabli ciebie nadali, gościu!
Nasza śpiewka się z twoją nie zgodzi.
Trzeba było jeszcze w maleńkości
Spławić wiosną po pierwszej wodzie”.
- Panie Sergiuszu, co też pan mówi? – zapytał Fiodor Dostojewski.
Ma rację – panie Fiodorze – to poeta, a poeta wie, widzi i czuje więcej.

* * *

Przy kominku siedział Adam. Otwarły się drzwi. Gospodarz dworku Marcin Cumft ogłosił że zaprasza wszystkich na bigos.
- Ciekawe – pomyślał Adam – czy taki będzie miał czarowny smak jak ten mój z „Pana Tadeusza”.

* * *

Witam pana Seweryna, radośnie krzyknął Adam.
To Seweryn Goszczyński przybył do dworku, na wesele Małgorzaty i Michała.
- Witam wieszcza – rzekł Goszczyński. A wiesz Adamie że pozwoliłem sobie na pisać „Modlitwę Wieszcza”. Może posłuchasz?
- Chętnie – rzekł Adam.
Seweryn zaczął czytać. Adam zamyślony wyławiał z niej nieliczne fragmenty:
„Ja, proch z najlichszych prochów – i mój hołd jest niczem
Przed Twojem, nie objętem niebami, obliczem.
A choćbym, jako naród, oddawał ci chwałę,
Co przed Tobą narody, co są globy całe?
Nie skalą objętości mierzysz Twoje twory,
Lecz ogniem ich miłości, szczerością pokory.

Wpijałem się w mą Polskę i ciałem i duchem,
Żyłem jej życiem, drgałem każdym prawym ruchem,

Ale nie odepchnąłem żadnego cierpienia,
Jej łzy, jej krew zlewałem w me serce, jak w czarę,

Zlituj się już nad tymi, co litości godni,
I nie chłostaj ich więcej dla tych, co wyrodni,
A i takim bądź raczej łaskawy niż srogi,
Bo nie wiedzą, co czynią, gdzie wiodą ich drogi.

Niech pęknie nad Twym ludem dusząca go warstwa
Ze skorup samolubstwa, z mózgów niedowiarstwa,
Z umysłów najeżonych żądzą górowania,

I sam już odtąd władaj Twoim polskim domem!”

* * *

„Koniec nasz bliski, dni się wypełniły, tak, nadszedł nasz koniec”.
Lamentacje Jeremiaszowe 4. 18
Dyskretnie zjawił się pan Roman. Roman Brandstaetter. Wyciągnął starą Biblię, otworzył na Lamentacjach Jeremiaszowych i zaczął czytać:
„Prędsi byli nasi prześladowcy od orłów w powietrzu,
pędzili za nami po górach, w pustyni na nas czyhali”.
Ja jestem polskim Żydem – powiedział pan Roman – Żydem, który się nawrócił, Żydem, który uwierzył w Jezusa z Nazarethu. A moją ojczyzną jest Biblia.
Biblio, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie.

* * *

Marcin Cumft gospodarz Radziwiliszek urodził się w 1831roku. Był synem młynarza, który na Litwę przywędrował z odległej północy, z krajów bałtyckich. Był Niemcem , który się spolonizował a jego dzieci i wnuki stały się Polakami. Pociągała ich polska kultura i tradycja. A Radziwiliszki to wieś parafialna na lewym brzegu Niemenka u ujścia Oposzczy, należąca do powiatu birżańskiego. Niemenek był granicą między Litwą a Łotwą. Dlatego Juliusz spacerując po Radziwiliszkach musiał rozmawiać z chłopcami po niemiecku, a język ten Juliusz znał a wyszlifował go doskonale, kiedy przebywał w Dreźnie.

* * *

Pamiętam. – Juliusz zapalił cygaro i rozpoczął swą opowieść – Drezno.
Pamiętam wycieczki w okolice Drezna, powiem wam ze Dolina Plauen ma skałki przypominające okolice Krzemieńca.
Piękne okolice.
A galerie, a obrazy, trzeba by pół życia poświęcić na ich kontemplacje.

* * *

Pan Roman z zaciekawieniem wysłuchał opowieści Juliusza. On człowiek Księgi nosił w sobie całą historię biblijną. Odezwał się tymi słowy:
Panie Juliuszu „znalazłem jeszcze jeden sposób przezywania Pisma Świętego, a mianowicie przez porównywanie prawd ewangelicznych z otaczającą mnie rzeczywistością. Przeczytane rano wersety – natrafiwszy w jakimś zdarzeniu, zjawisku czy w napotkanej osobie na podatny grunt, nagle zaczynały kiełkować”.

Szkoda panie Romanie ze pana wcześniej nie spotkałem – rzekł Juliusz.
Szkoda.

* * *

Panie Juliuszu powiem panu więcej.
„Mój dziadek na kilka dni przed śmiercią pozostawił mi w spadku testament:
- Będziesz Biblię nieustannie czytał – powiedział do mnie.
Będziesz ją kochał więcej niż rodziców… więcej niż mnie. Nigdy się z nią nie rozstaniesz… A gdy zestarzejesz się, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, jakie przeczytałeś w życiu, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi”.
Tak powiedział mój dziadek i ja byłem wierny jego słowom. Czytałem Biblię przez całe życie, wędrowałem po jej ścieżkach ale czy ją poznałem do końca. Nie. Nie można jej zgłębić. Ale zgłębiać trzeba.

* * *

„Ta roztańczona gromada – zobaczy pan, proszę pana że się do poezji nada.
O jak pan trochę zmieni, doda.
Ja to czuję, ja to słyszę
Kiedyś wszystko to napiszę”.
Staś Wyspiański patrzał jak Małgorzata tańczyła z Michałem. Patrzał na ojca Maksymiliana uśmiechniętego i radosnego, na Juliusza, który rozglądał się i szukał panny do mazura. Dworek w Radziwiliszkach przypominał mu dworek w Bronowicach.
Jaśku idź do Wyspiańskiego i zapytaj go kogo jeszcze zaprosić do Radziwiliszek.
- Panie Stanisławie, kogo zaprosić? Z kim by pan chętnie porozmawiał?
- Chłopcze – rzekł Wyspiański – niech tu się zjawi powstaniec warszawski, niech on z kanału wyjdzie, niech powstaniec styczniowy, listopadowy, śląski tutaj przyjdzie.
Niech ktoś przyjdzie kto do mikrofonu radia Wolna Europa mówił.
Niech oni się zjawią i niech mi opowiedzą swoją historię.
Niech mi opowiedzą swoją prawdę.

* * *

Nie proszono mnie tutaj ale przyszedłem. Musiałem tutaj przyjść gdzie są wszyscy z tej ziemi. Posłuchajcie moich wierszy:
„Da Bóg nam kiedyś zasiąść w Polsce wolnej
Od żyta złotej, od lasów szumiącej,
Da Bóg, a przyjdzie dzień nieustający
Dla srebrnych pługów udręki mozolnej”.
A może ten o Mochnackim:
„Mochnacki jak trup blady siadł przy klawikordzie
I z wolna jął próbować akord po akordzie
Już ściany pełnej sali w żółtym tona blasku
A tam w kącie kirasjer w wyzłacanym kasku”.
Albo ten:
„O mazur, biały mazur w ogłupiałej sali:
Dziś! Dziś! dziś! Wieś zaciszna i sznury korali”.

Ach to pan Lechoń przyszedł do nas. Roman Brandstaetter rzekł do Juliusza, już nas dwóch jest którzy w dalekim kraju biblijnym korzenie mają, a ojczyzną ich kraj Szopena.

* * *
Panie Janie o mojej matce też pan pisał – rzekł do Lechonia Juliusz.
Tak pisałem:
„Ona, dama najpierwsza białego Krzemieńca
W starym dworku z modrzewia, gdy wieczór oddycha…
…przy czarnym fortepianie siada
I w półmroku salonu gra Szopena z cicha”.

* * *

- Bóg jest Panem życia i śmierci. On ma moc dać życie i tylko On może je odebrać. –
Te słowa usłyszał Jasiek, kiedy dosiadł się do stolika przy którym siedział ojciec Maksymiliana Kolbe i Dziennikarz z „Wesela”.
- Oni myśleli że są panami życia i śmierci. Oni spod znaku swastyki. Oni byli narzędziem. To trudne słowa panie Dziennikarzu, ale prawdziwe.
Te lata ich panowanie to lekcja dla ludzi. Lekcja pokory i wiary. Pamięta pan, panie Dziennikarzu te słowa wieszcza Adama. On siedzi w saloniku, słucha Szopena, można go zapytać. Ale ja je pamiętam, tak brzmią:
„Bóg i zgiń wyrzecze, kiedy
od ludzi wiara i wolność uciecze.
Kiedy ziemię despotyzm i duma
szalona zaleją…”
Właśnie ta duma, ten brak pokory, ta niczym nie uzasadniona wiara we własną potęgę i moc zawsze doprowadzają do nieszczęść. Bo człowiek Dziennikarzu – jest proch marny.
A tylko On jest prawdziwy, realny, wieczny.
Patrzy pan na te cyfry.
16 670. Mój numer.
Ale też symbol. Kiedy szatana (a szatan to te szóstki) pokona doskonałość czyli siódemka to szatan zostaje zerem. Zostaje człowiek, ta jedynka, jego dusza. Wytrwałem Dziennikarzu, bo dla Niego znieść warto wszystko. Bo On jest wszystkim.

* * *

„Tak mocno trzymają gwoździe”.
Jakoś niepostrzeżenie zjawił się jeszcze jeden poeta. To ks. Janusz Pasierb zaczął recytować swoje wiersze. To miłość ukrzyżowana.
Ludzie robiąc zło okrutne, na wieki dobro czynili. Przybijali mocno gwoździami miłość do Krzyża by każdy mógł patrzeć i w końcu zrozumieć.

* * *

Co nam jeszcze powiesz poeto:
„nie czekaj na życie
spłoszony ptak szaleje w klatce żeber
drapie
chce się uwolnić od ciebie
życie
twoje jedyne życie
już jest na chwile”.
Wszyscy żyliśmy krótko.
Zobacz Jaśku – powiedział ks. Janusz – Juliusz 40 lat, Zbyszek też, Fryderyk 40, ojciec Maksymilian też niewiele a zobacz jakie ślady pozostawili. Czy oni jednak żyli dla siebie?
Żyli by przekazać coś ważnego. Zdeponowali w naszej pamięci, na kartach swych utworów ważne przesłania. Każdy odczyta je po swojemu. Ale oni zrozumieli istotę życia. Jednakże ma się wrażenie patrząc na czas im dany że zrobili swoje i wrócili do tych mieszkań przygotowanych przez Boga. Juliusz pisze ciąg dalszy Króla – Ducha, Fryderyk,
Jan Sebastian i Wolfgang Amadeusz komponują a Zbyszek znalazł wreszcie diament i podróżuje pociągami po nieskończoności, pociągami na które nigdy się nie spóźnia.

* * *

„On bowiem potrafi zło przemienić w dobro .”
Z tego bunkra wyszedłem – mówi ojciec Maksymilian – na zielone łąki raju. Wiedziałem że będzie czekał On z ciepłym łagodnym uśmiechem. I wiedziałem że owładnie mną dobra cisza. I zapanowała jakaś błoga radość. I wieczność zapanowała gdzie nie ma łez, strachu cierpienia.

* * *

Feliks Dzierżyński z radością dostrzegł że w stronę dworku podążają postacie, na które czekał. Z karety wysiedli Maxymilian de Robepierre, Georges Danton, Louis de Saint – Just. Robespierre jak zwykle blady, poważny, niedostępny. Danton uśmiechnięty, Saint – Just zaaferowany jakąś nową ideą.
Robespierre kiedy Marcin Cumft wyszedł ich powitać powiedział te słowa:
- Gospodarzu za nami podąża chłopski wóz z chłopami z Wandei.
Nie wpuszczajcie tej hołoty tutaj.
My chcemy stworzyć im raj na ziemi a oni tego nie rozumieją, nadal wyznają chrześcijaństwo, które jest martwe. Nie wpuszczajcie ich tutaj.
- Panie Robespierre, tutaj może przyjść każdy.
Tu jest teraz serce Europy. Chłopów z Wandei chętnie wpuszczę. Niech wyłożą swoje racje.

* * *

„Oczy jego patrzą,
powieki jego badają synów ludzkich
Pan bada sprawiedliwego i występnego…”
Juliusz odłożył Psalmy i przyglądał się nowym gościom. Zaciekawił go Robespierre. Jego pewność, jego buta. I wtedy doszło do niego że oni są narzędziem Złego. On wykorzystuje ich słabe strony. Chęć podobania się, chęć błyszczenia, przeświadczenie że się wszystko już wie, przeświadczenie że ma się receptę na wszystkie bolączki życia. Zły szepce „idź, zrób przewrót, rewolucje. Tych zlikwiduj, będzie dobrze, tym daj władzę, usuń to co stare, zapomnij o Bogu, nie krępuj się Dekalogiem, idź – do ciebie człowieku należy świat. Idź Maksymilianie zabij stary, niedobry świat. Zbuduj nowy świat szklanych domów. Zmień wszystko. Obiecuj wszystko”.
I zaczyna królować zło, leje się krew. I jednocześnie rosną nowi ludzie. Ludzie, którzy mówią „Nie” dla zła. Ludzie wierni do końca. I koniec, końców oni zwyciężają.
I przypomniał sobie Juliusz rapsod:
„Powiedz, czyś w krwawym gdzie obmyty deszczu,
Czyś ogniem w piekle do czysta palony”.
Musiała przecież Miłość wypalić zło w tych wszystkich Robespierrach. Jednakże zło, które posiali nadal zbiera owoce.

* * *

Dlaczego Wandea? Zawsze zadaje się takie pytania. Ale właściwie dlaczego? Tylko Wandea powiedziała „Nie” różnym Robespierrom, Saint – Justom. Zapłaciła za to morzem krwi. Ujęła się za wiarą, za Kościołem, za tradycją. A za to się płaci. Okazuje się że ofiara jest konieczna

* * *

Ciągle pokazują to zdjęcie. Krzyże na gruzach WTC w Nowym Jorku. Robotnik, który pierwszy je zobaczył wypowiedział się na ten temat w radiu. Pośród poskręcanych stalowych belek stały trzy krzyże. „Dla mnie to znak z nieba”. I mamy fotografie jednego z tych krzyży. Nie ma pysznych, dumnych, sięgających nieba wież. Jest krzyż. To jest droga do nieba.

* * *

„Wszyscy mówią kłamliwie do bliźniego
mówią podstępnymi wargami i z sercem obłudnym”.
Ojciec Maksymilian zaprosił Robespierra do swojego stolika i zaczął mówić do niego słowami Psalmu12.
- Wiek XX stworzył potężne środki masowego przekazu, które w gruncie rzeczy kłamią.
Ukazują świat przemocy i tylko przemocy a tak nie jest. Namawiają do zła .Dlaczego mając takie możliwości nie opowiadają o Dobrej Nowinie? Trzeba się przecież śpieszyć. Czas dany każdemu tak szybko ucieka .A oni zaprzedają dusze Złemu, a przecież tylko duszę mają.
Nic więcej.

* * *

Słysząc to Juliusz rzekł do przybyłych :- w moim poemacie ,,Beniowski’ ’napisałem strofy , które pośrednio mówią o tym co dzieje się tutaj.
- Przynieś no Jaśku – rzekł Juliusz – mojego Beniowskiego, przeczytam odpowiedni fragment, a ty Fryderyku graj.
Jak wiecie dozgonnym ślubem był związany z panną Anielą i ona to tej opowieści Beniowskiego i o Beniowskim słuchała.
Jasiek przyniósł poemat i zaczął czytać:
„Takiej powieści słuchała Aniela
Cały ten obraz jasnością straszliwą
Stanął przed krzyżem męki Zbawiciela
Umalowany zielonością żywą
Potem ten rycerz…
Tak nagle z głębi wieków wydobyty…
I duch człowieka stanął nieśmiertelny
Prawd szukający, piorunami bity
Aby się w wyższą oblekał naturę
Idący mimo męki zawsze w górę”.

* * *

Fiodor Dostojewski poszedł do biblioteki.
Znalazł tomik wierszy Anny Achmatowej i zszedł do salonu.
Przysiadł się do Juliusza i zaczął rozmowę.
- Kiedy Anna zobaczyła Dzierżyńskiego tutaj postanowiła nie wchodzić. On uosabia dla niej zło, które opanowało Rosję. I to zło przyszło z Polski.
- Tak panie Fiodorze, tylko że Rosja była przygotowana na przyjście tego zła. Rosjanie stworzyli system łagrów gdzie zamordowano miliony ludzi Sam Dzierżyński zgadzam się stworzył system, ale bez trudu znalazł setki tysięcy ludzi gotowych niszczyć i zabijać.
- W 1919 roku Anna Achmatowa tak napisała, - Fiodor Dostojewski zaczął cichym głosem czytać: -

„Czymże gorszy jest ten wiek od dawnych? pytam.
Czy tym, że w kłębach smutków , niepokojów
On najczarniejszych ran dotykał
I nie potrafił ich zagoić ?

Wszak jeszcze na Zachodzie ziemskie słońce patrzy,
I dachy miast odblaskiem jego świecą,
A tutaj już kostucha domy krzyżem znaczy
I kruki nawołuje, kruki już lecą”

Rozdziobały was kruki, panie Fiodorze, rozdziobały.

* * *

- Jak to jest z cierpieniem? – zapytał Jasiek Andrzeja Bobolę, który milczący siedział przy stole.
- Pewnego dnia, lub pewnej nocy po wielkim arcydziele Boga przeszedł człowiek skuszony przez Złego, zostawiając na nim ślady bólu i cierpienia
Pozostawiając na nim głębokie rany.
„Śmierć weszła na świat przez zawiść
diabła, bo Bóg nie uczynił śmierci i nie cieszy się ze zguby żyjących”
(Mdr. 1 13. 2. 23)
- A kim ty jesteś Jaśku?
- Ja jestem postacią fikcyjną. Wymyślił mnie autor książki „Imię moje jak dźwięk pusty” a potem zaprosił mnie do książki „Same tylko płótna” no i do tej mnie zaprosił. Cieszę się że mogę poznać tyle ciekawych osób.
Święty Andrzeju pamiętaj o mnie.

* * *

Jan Sebastian ciągle grał i Juliusz postanowił wejść do tego kościółka posłuchać go i pomodlić się. Usiadł w ostatnim rzędzie i patrzał na kolorowe witraże, na rzeźby i obrazy Drogi Krzyżowej. Spojrzał na sufit i dostrzegł piękne malowidło. Przypomniały się co w VIII księdze Beniowskiego pisał o suficie, który wymalował Rafael.
„Co do mnie… wolę Rafaela loże
I te sufity, gdzie nad ludzka głową
Wisi w tęczowych blaskach dzieło Boże,
A taką sztuką odświeżone nową
Tak nieśmiertelną, że umrzeć nie może
Ja kiedym w górę spojrzał, to przestrachem
Zdjęty, myślałem, że w braku sufitów
Niebiosa wiszą otwarte nad gmachem…
A Bóg światowi powie: „W gruzy syp się!”
A grobom powie: „Stójcie, odemknięte!”
A tym sufitom: „Skrzydłami się nieście”
W niebo, bo z myśli i z nieba jesteście”.
Wzrok Juliusza opadł na oczy Matki Boskiej z Guadelupe, której obraz wisiał w bocznej nawie kościoła. I nie wiedział Juliusz, nie domyślał się nawet że w źrenicy oka Maryi utrwalił się niczym na fotografii obraz kilku osób żyjących w XVI wieku

* * *
Słuchając Bacha Juliusz myślał o swoim przeżyciu w kwietniowa noc roku 1845. Myślał o tej ognistej wizji która w mgnieniu oka zmieniła jego życie. Przychodziły mu na myśl teksty, z którymi zetknął się niegdyś, szukał potwierdzenia swoich mistycznych obrazów.
Mędrzec chiński tak pisał:
„Coś nieustannie biegnie naprzód
Coś innego pozostaje w tyle;
Jedne rzeczy są zimne inne ciepłe
Jedne mocne, inne słabe,
Jedne się rodzą inne zamierają”.
A Hugh Everetti napisał tak:
„…od chwili powstania Wszechświata następowało rozgałęzienie się czasu i rzeczywistości na wiele nurtów, różnych od siebie, które toczą się jak rzeki, nie stykając się z sobą. My żyjemy w jednym z tych nurtów, nie mając pojęcia o innych”.
Obok przysiadł się Jasiek i rzekł szeptem „Panie Juliuszu kałduny litewskie podają, zapraszają pana. Warto iść, bo są pyszne”.

* * *

Rzeczywiście kołduny były znakomite.
Juliusz poprosił do biblioteki ojca Maksymiliana aby go zapoznać z pewnym interesującym artykułem dotyczącym źrenicy oczu Madonny z Guadelupe.
- Zechciej ojcze Maksymilianie posłuchać- rzekł Juliusz- otóż:
„Kolejne powiększenie oczu Madonny dokonane metodą digitalową (2500 razy) pozwoliło odkryć dalsze sceny utrwalone w źrenicach Maryi. W odbiciach tych zachowane zostały wszystkie zasady optyki, tak jak w przypadku żywego oka ludzkiego. Na powiększeniu widać wyraźnie nie tylko dwanaście osób, ale np. sznurowadła siedzącego w kucki Indianina, czy też jego ozdobny kolczyk. Zdaniem wszystkich naukowców badających obraz Matki Bożej z Guadelupe, jest to jedyny na świecie przypadek utrwalenia się podobnego odbicia”.
- Ja myślę – rzekł Maksymilian – że Maryja da ludziom odkryć jeszcze wiele zadziwiających tajemnic.
Tutaj widzisz Juliuszu trzeba było czekać kilkaset lat na odkrycie metody digitalowej. Nowe odkrycia, które będą dokonane pozwolą odkryć takie tajemnice, które uświadomią że człowiek i jego wiedza czy technologia to zaledwie ziarnko piasku w porównaniu z Bożą Wszechmocą. Bo to odbicie w oczach Maryi to coś dokonanego jakby mimochodem, bez żadnego trudu, a jak wielkie i wspaniałe. Ale rzecz w tym by wierzyć i ufać w Bożą moc i potęgę. Bóg jest poza rozumem, poza wszelkim wyobrażeniem. Bóg jest.
Chodźmy Juliuszu posłuchajmy jak gra mistrz Jan Sebastian. To też przedsmak nieskończoności.

* * *

- Tak się zastanawiam – powiedział gospodarz Marcin Cumft – dlaczego Bóg dopuszcza do głosu te ideologie, które tworzą tylko zniszczenia, łzy i morze krwi.
Brat Albert, które nie rozstawał z Pismem otworzył je na Psalm 139 i zaraz zaczął czytać:
„Panie przenikasz i znasz mnie, …
Z daleka przenikasz moje zamysły…
I wszystkie moje drogi są ci znane.
Choć jeszcze nie ma słowa na języku.
Ty Panie znasz je w całości”.
No właśnie – rzekł Marcin Cumft.
Nie tylko zna Bóg to słowo ale i konsekwencje jakie zasiew tego słowa przyniesie.
Wolność – przeradza się w samowolę.
Równość – niszczy piękno i ład a wprowadza chaos i najniższe instynkty biorą górę.
Braterstwo – bądź moim bratem albo cię zabiję.
To są oczywiście uproszczenia tym niemniej te hasła doprowadziły do rozlewu krwi i zniszczeń zwłaszcza w sferze ducha na niespotykaną skalę.
A przecież:
„Choć jeszcze nie ma słowa na języku.
Ty Panie znasz je w całości”.
Lecz ta lekcja jest konieczna. Musi człowiek przejść lekcję pokory. Musi zrozumieć że nie jest bogiem. A tak mało uczymy się z doświadczenia innych. Im się ciągle wydaje że już świat należy do nich, a za chwilę niczym są. Zerem.

* * *

„Niedaleko więc zaszedłszy ujrzeli obóz cały małych dzieciątek i pacholąt gnanych na Sybir, które odpoczywały przy ogniu…”
Jasiek usłyszał ze Juliusz zaczyna swoją opowieść, przysunął się trochę bliżej i z uwagą słuchał jago syberyjskich opowieści o Anhellim:
„…A w środku gromadki siedział pop na tatarskim koniu, mający u siodła dwa kosze z chlebem. I zaczął owe dzieciątka nauczać podług nowej wiary ruskiej i podług nowego katechizmu”.
Kiedy Juliusz skończył, Jasiek zaproponował swoją opowieść usłyszaną w mieście Będzinie w 2001 roku w miesiącu listopadzie.
- Mistrzu Słowa – z namaszczeniem zaczął Jasiek – poznałem pewną panią, która urodziła się w okolicach twojego Krzemieńca w miasteczku Szumsk. Ta świadomość że sto przeszło lat wcześniej ty Juliuszu tutaj żyłeś powodowała że mieszkańcy dumni byli że żyją gdzie ty żyłeś. W 1939 roku przyszli bolszewicy. Ty oczywiście ostrzegałeś że przyjdą ale wiesz nie dość uważnie ciebie czytają. I pani Alicja, która wtedy była kilkunastoletnią Alą i której życie w Szumsku wydawało się nudne i bezbarwne modliła się gorąco aby bolszewicy wywieźli ich na Syberię. Syberia – chyba pod wpływem twojego Anhellego – wydawała jej się taka poetyczna, taka ciekawa, taka baśniowa. Jednakże jak wiesz Bóg wysłuchał jej modlitwy – bo Bóg wysłuchuje każdą modlitwę – i na Syberię ona i jej rodzina nie pojechali. On wie lepiej co jest dla nas najlepsze w danym momencie. Ala zamiast na wschód pojechała na zachód i osiadła w mieście Będzin. I tam ją znalazłem, ciekawych historii Juliuszu wysłuchałem i opowiem je byś poznał co dzisiaj ludzie myślą o kresach, o twoich i Adama kresach, które już nie nasze ale w duchu ciągle nasze.

* * *

Michał Bułhakow, który dostrzegł wyraźnie że szatan przyszedł do Rosji w 1917 roku i działa oficjalnie, siedział w bibliotece zaczytany nad dziełami Aleksandra Sołżenicyna „Archipelag Gułag”. Kiedy Jasiek wszedł do biblioteki przeczytał mu fragment o nocnych aresztowaniach:
„Nocne aresztowania przeprowadza się u nas najchętniej bo mają ważne zalety. Wszyscy obecni w mieszkaniu obezwładnieni są przez strach już od pierwszego dzwonka. I mają też tę zaletę że sąsiednie domy i miejskie ulice nie wiedzą ilu w nocy wywieziono.”
Panie Michale – rzekł Jasiek – moja rozmówczyni pani Alicja taką historię opowiedziała:
„W naszym domu kwaterował naczelnik NKWD. Ale nigdy nie przebywał w domu w nocy, gdyż w nocy zawsze „pracował” aresztując, przesłuchując i asystując przy wywozie ludzi na Syberię o którą ja w wielkiej młodzieńczej nieświadomości się modliłam. Przychodził w południe zmęczony, smutny, zamyślony jakiś i często wołał mnie i mówił graj Alicja!
I ja grałam na pianinie to co umiałam. Nie wiedziałam, nie zdawałam sobie sprawy co on w nocy robił, ale grałam mu naszą piękną pieśń religijną „Serdeczna Matko opiekunko ludzi, nie cię płacz sierot do litości wzbudzi”. On sobie nie zdawał sprawy co to za pieśń a ja myślę że był to z mojej strony nieświadomy hołd i modlitwa za te ofiary. Jego ofiary”.

* * *
W dworku w Radziwiliszkach trwa wesele. Michał i Małgorzata zaczynają nową drogę życia. Jakie będzie to życie? My mamy możliwość stworzenia im życia radosnego, życia bez zmartwień, jednakże byłoby ono nieprawdziwe. Ich życie będzie takie, jak czasy, w których przyjdzie im żyć.
Bo ktoś inny zadecyduje czy w ich życiu będzie więcej płaczu czy śmiechu.

* * *

Co jest, co było w tych kresowych dworkowych że budzą taką nostalgię?
Tamten świat odszedł na zawsze. Odżył w naszej książce. Zaludnił się różnymi postaciami a przyjdzie, przyjedzie jeszcze więcej . Kiedyś ktoś napisał książkę czyli swoją osobowość zawarł na kartach tej książki. Kiedy więc czytam ,czytasz książkę podejmujesz dialog z autorem.
Jasiek w bibliotece siedzi, zapalił wszystkie świece i listy pisze z zaproszeniami.Co jakiś czas posłańca wzywa a ten na koń wsiada i na pocztę podąża. A na ścianie frontalnej poczty godło Rosji, dwugłowy carski czarny orzeł.
A oni tańczą mazura, bigos jedzą i żubrówkę piją. Tymczasem gospodarz Marcin Cumft wyszedł dyskretnie. Poszedł do pokoju swojego, aby tam posłuchać radia. Bo Marcin Cumft nie wyobrażał sobie aby pod koniec dnia nie posłuchać rozgłośni polskiej ,, Radia Wolna Europa”
* * *

Jasiek rozesłał, jak się okazało, mnóstwo zaproszeń. Chciał również poznać ludzi, którzy swego czasu powiedzieli Chrystusowi „Nie”.
W tym miejscu gdzie zebrali się ci, którzy swoje życie ułożyli tak jak sobie życzył Mistrz z Nazaretu, przybycie ludzi dla których Jego imię było pustym dźwiękiem mogło być interesujące. Oni odeszli, ale ich „idee” zostały i zatruwają nadal umysły kolejnych pokoleń.
A może oni są jak ta woda z galilejskiej studni.
Jasiek rozwinął rulon i zaczął czytać pewien wiersz:
„Jestem wodą z galilejskiej studni
Już rozpoczęte przygotowania do weselnej uczty
Już goście sproszeni a wino w piwnicach
Sześć stągwi kamiennych czuwa
Oczekując Twojego przybycia i mojego
Ciągle jeszcze jestem wodą z galilejskiej studni”.

* * *

Słyszałem panie Marcinie, że chciałby pan tutaj zaprosić Andrzeja Towiańskiego.
Proszę pana niech pan tego nie robi. Wolałbym nie spotykać się z nim- rzekł Juliusz Słowacki.
To jest , to- przepraszam był szarlatan. Nie wiem, właściwie nie chcę wiedzieć , czy był on rosyjskim agentem, wiem jedno , zrobił on dużo złego. Nie przepadam panie Marcinie za Adamem, on za mną też, lecz co tu dużo mówić , Towiański go zniszczył. A przecież Adam to wielki Polak, to wielki Duch.
- Panie Juliuszu niech i on tutaj przybędzie , niech wyłoży swoje racje , mimo iż racji nie ma.
- Wszedł Towiański w nasze dzieje i chcąc nie chcąc musimy go znosić. Nasz on . Nasz on na zawsze.

* * *

Po tej rozmowie Juliusz poszedł porozmawiać z Wyspiańskim. Kilka razy przeczytał jego
,, Wesele” i nie mógł wyjść z zachwytu . Miał jednakże wrażenie że jakiś wpływ na twórcę ,,Wesela” wywarł. Czuł tam echa swojego ,,Króla- Ducha”. Cieszyło go to bardzo. Wszak w galerii aniołów , jego aniołów, Stachu zajmował miejsce pierwsze.

* * *

I jeszcze jedno Marcinie, odnośnie tych osób, któreś zaprosił, a które obojętne czy nienawistne dla Chrystusa.
Ja powiem tak:
„… i do nas, którzyśmy tam byli
Na ono święto zaduszne zwołani
Śród lasów, w smętnej dla narodu chwili
Wywołaliśmy ludu duch z otchłani
O wy, coście ze mną wtenczas żyli,
Krwi przyduszeni ciężarem i pijani
Rozpustą ducha… wężom się śród wieży
I wam – coś jeszcze z tej pieśni należy”.
Marcinie niech przyjdą ludzie, którzy zło czynili. Już tutaj widzę i Robespierra i Dzierżyńskiego ale przecież ktoś im szeptał te jadowite słowa, te idee pełne krwi i nienawiści, pełne kłamstwa. Oni tylko z ochotą je wcielali w życie. I póki świat istnieć będzie to żyć będą i działać ludzie, którzy z podszeptu złego, zło siać będą.
„Aż was zjadacze chleba w aniołów przerobią” – mam nadzieję że nie w upadłych aniołów.
- Juliuszu – rzekł Marcin Cumft – a jak oni przeczytają twoje wielkie dzieła i zamiast pokory, pychy nabędą, to co wtedy?
Co wtedy Juliuszu? Co?

* * *

Maksymilian Francois Maria de Robespierre siedział nieruchomo przy okrągłym stoliku w kącie wielkiego salonu , dworku w Radziwiliszkach. Był tak poważny jak marsz żałobny Szopena . Fryderyk Szopen kończył właśnie kolejny puchar wina flirtując z jakąś dziewczyną , której uroda zwracała powszechną uwagę.
Brata Alberta zainteresował Robespierre , gdyż on siebie traktował tak poważnie , jak dziecko , które buduje zamek z piasku ,przekonane że zamieszka w nim razem z rodzicami.
Przysiadł się tedy brat Albert , wyciągnął chleb z torby , ułamał spory kawałek i podał Robespierrowi, ten odmówił.
- Mnie- uśmiechając się, powiedział brat Albert- chleb wystarcza. Nie chcę jeść tych weselnych różności, chociaż one niewątpliwie znakomite i takie polskie.
Ruszył pan . panie Maksymilianie lawinę , która toczy się i porywa wielu.
Ta lawina to wiara że bez Boga można urządzić świat. Jesteście fanatykami zbrodniczej utopii, panie Robespierre, a przede wszystkim macie nadmierne przekonanie o własnej ważności. Utrudnia to widzenie świata i siebie we właściwej proporcji. Ta właśnie cecha przeszkadza Panu Bogu w obdarowaniu was miłosierdziem i przebaczeniem. Jest nią śmiertelna powaga. Wasza przekonanie o własnej ważności jest niepoważne przecież i niedorzeczne w obliczu Bożego majestatu. Konsekwencją zaprzyjaźnienia się z Bogiem jest optymizm, pogodne usposobienie i radość życia. Chodźmy panie Robespierre na przechadzkę. Wstąpimy do kościoła św. Tomasza. Posłuchamy Bacha. A swoją drogą Tomaszowi Jezus rzekł:
„Błogosławieni którzy nie widzieli a uwierzyli”.
Tomasz to taki apostoł – racjonalista. Musi wszystko dotknąć, zobaczyć bo inaczej nie uwierzy. No ale chodźmy, w kościele św. Tomasza są piękne obrazy drogi krzyżowej, na jednym jest fotoreporter, który robi zdjęcie upadającemu Chrystusowi. Musi pan zobaczyć ten obraz panie Maksymilianie. Koniecznie.
* * *
Marcin Cumft słyszał co Brat Albert mówił do Robespierra i pomyślał sobie ze tak to jest że szatan – wróg wszelkiej radości i szczęścia – często zatruwa człowieka smutkiem. Spojrzenie na świat z humorem oczyszcza człowieka z tej diabelskiej trucizny. A Marcin Cumft to człowiek pełen humoru i radości. Już sam jego pomysł zaproszenia takich gości był sam w sobie zabawny. Marcin Cumft szykował wszystkim wielką niespodziankę.
A tymczasem posłał służącego Wojtka po kolejne butelki do piwnic. Tym razem po rocznik 1808 wszak ma przybyć kolejny zaproszony gość
Jan Leon Hipolit Kozietulski a on pewnie zaszarżuje. Oj zaszarżuje.

* * *

Idąc do kościoła św. Tomasza brat Albert opowiadał Robespierrowi o krakowskich ogrzewalniach, o Krakowie, o swoim życiu zanim wybrał drogę, którą teraz podąża:
„W myślach o Bogu i przyszłych rzeczach znalazłem szczęście i spokój, którego daremnie szukałem w życiu”, bo widzi pan:
„Powinno się być dobrym jak chleb; powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny”
i jeszcze jedno panu powiem;
„ Bez miłości grosz jest szorstki, strawa podana niesmaczna , opieka najlepsza niemiła”
Bo cóż z tego że stworzycie nowy wspaniały świat , gdzie będą królować te wasze hasła Wolności, Równości i Braterstwa, kiedy miłości tam nie będzie. Będzie tam za to samowola , kłamstwo i bezduszność. Tak panie Robespierre, posiał pan dużo zła , pan taki mądry , uczony. Bernadetta z Lourdes prosta, nieuczona będzie naprawiać to co pan zepsuł. Ale ona była pokorna i nie brała siebie tak poważnie jak pan – panie Maksymilianie. Wejdźmy do kościoła, posłuchajmy mistrza Jana Sebastiana. I niech pan spojrzy na najbardziej pokornego Człowieka jaki chodził po ziemi. Niech pan spojrzy na umęczoną twarz Bożego Syna.

* * *

„Dlaczego burzą się narody,
dlaczego knują złe zamysły?
Grzech ten w człowieku jest niepokojem.
Dlatego rodzą się zazdrości, nienawiści
Kain zabija Abla.
Naród występuje przeciw narodowi
Dzielą się ludzie na partie
Zwalczają się wzajemnie
I kończy się to wszystko walką
Z samym Bogiem
Dokąd człowiek nie postawi Boga
Na początku swoich myśli i działań,
Będzie walczył z innymi, ze sobą samym
Wreszcie z Bogiem
To kończy się rozpaczą”.
Bp. J. Zawitkowski
* * *

„Powierz Panu swe dzieło,
a spełnią się twoje zamiary”.
(Ks. Przysłów 16, 3)
Spełnią się na pewno. Tak myślał Juliusz pisząc swoje poezje i tak myślał Stachu Wyspiański. Bo wcześniejsze zdania tej księgi brzmią:
„W oczach człowieka czyste są wszystkie jego drogi
lecz Pan osądza duchy”.
Tak Pan osądza intencje, głębi właściwy zamiar. Zamiar czy to ma służyć sławie twórcy czy ludziom, którzy są teraz i którzy przyjdą i będą czerpać jak że źródło ze słów pisanych z trudem nieraz a nieraz w natchnieniu, bo nieraz anioł stoi za plecami i mówi szeptem
„Pisz, pisz”. Nie piszesz dla siebie piszesz dla pewnego człowieka, który narodzi się za 100 lat, odczyta to i zmieni się jego życie. Zmieni na dobre.

* * *

- Jaśku, pozwól no do mnie – to Adam Mickiewicz poprosił do siebie Jaśka , by zadać mu parę pytań.
- Powiedz no , po co gospodarz Marcin Cumft, zaprosił nas do siebie, jak ty myślisz?
- Panie Adamie, Marcin Cumft , chce zrozumieć Europę . Chce zrozumieć jej wielkość ,
jej szaleństwo , jej geniusz. Bo tutaj narodził się Bach ( słyszy pan jak gra? ), Goethe,
Leonardo da Vinci, pan panie Adamie , Juliusz Słowacki, ale też Robespierre i pewien austriacki malarz o imieniu Adolf. Taka jest Europa.
I jeszcze jedno , Marcin Cumft jest jednym z przodków autora książki ,, Wnet zapragną skrzydeł”. Teraz pan już wie panie Adamie.
Tak nie do końca, ale już jestem bliżej. Znacznie bliżej.

* * *

W książce „Imię moje jak dźwięk pusty” autor krytykuje mojego „Pana Tadeusza”.
Wyżej stawia Juliusza. Nie jest to sprawiedliwe, w końcu mój poemat trwa i nawet film nakręcili.
- Panie Adamie – Jasiek okazał lekkie zniecierpliwienie – Juliusz inne cele sobie postawił. On jak pan zresztą wie, postanowił przerobić ludzi, a właściwie zjadaczy chleba w aniołów, a pan Polakom wystawia pomnik, kiedy trzeba pokazać im błędy, trzeba ich skarcić, do zimnej wody wrzucić. Bo oni muszą wytrzeźwieć.
Rozumie pan? MUSZĄ.

* * *

Fiodor Dostojewski przysłuchiwał się rozmowom. On uważał się za proroka i był nim. Przewidział to że biesy opanują Rosję i pół świata. Niestrudzony brat Albert dosiadł się do pana Fiodora i zapytał czy mogą porozmawiać ze sobą. Dostojewski odpowiedział słowami jednego z bohaterów powieści „Biesy”.
- „Pomijając Boga, Cara i Rodzinę, możemy dyskutować o wszystkim, a kilka paradoksów nikogo nie zgorszy”.
- Jak to panie Fiodorze, mamy omijać to co najistotniejsze? Na banały panie Fiodorze to ja nie mam czasu. Ja muszę wykorzystywać każdą chwilę, którą mi autor książki „Wnet zapragną skrzydeł” daje. Opowiem panu panie Fiodorze o moim sporze i rozmowie z Robepierrem.
- Otóż, poszedłem z nim do kościoła św. Tomasza. Tam słuchaliśmy Bacha i tam pokazałem mu pewien obraz. Na tym obrazie był upadający Chrystus. Mijał go obojętny tłum, a pewien fotoreporter zauważył że ma bombowy temat.
Klęknął więc bo z góry nie byłoby efektu, i zrobił zdjęcie umęczonej twarzy Jezusa. Zrobił zdjęcie i poszedł, zapewne szukać innych tematów. Lecz to spotkanie musiało go przecież zmienić na zawsze. Słyszałem że ten fotoreporter był niewierzącym racjonalistą ale wielu niewierzących racjonalistów, którzy nawrócili się w jednej chwili i pozostawili po sobie takie świadectwa wiary że wiara tych grzecznych, letnich po prostu wysiada.
Fiodor Dostojewski z lekkim uśmiechem zwrócił się do brata Alberta:
- Niech pan poprosi Jaśka, on ściągnie tutaj tego reportera. Jasiek wie jak to zrobić.

* * *

Wypisałem Jaśku zaproszenia, wsiadaj na koń, jedź na pocztę i wyślij je. Zaprosiłem porucznika Koraba z ,,Kanału” pana Wajdy, zaprosiłem śląskiego powstańca i jeszcze parę innych ciekawych osób. Niech w moim polskim dworku spotkają się wszyscy, niech wypowiedzą swoje życie, swoją prawdę, niech zatańczą poloneza i mazura. Niech puchar wina z mej piwnicy wypiją, niech posłuchają jak gra Bach i Szopen. Niech czas się zatrzyma, niech czas pędzi do przodu. Pędź Jaśku na pocztę jak wicher pędź.

* * *

- Wejdź Jaśku. No co, wysłałeś zaproszenia?
- Tak, wysłałem.
- Napisałem następne. Zaprosimy tutaj reżysera filmowego. Krzysztofa Kieślowskiego. On starał się pokazać to czego nie widać, sfilmował to co się czuje, sfilmował przeczucia.
- Panie Marcinie – Jasiek spojrzał na zegar, który zatrzymał się na godzinie 15.00 – dlaczego pan nie nakręca zegarów w tym domu?
- Nasz czas Jaśku się skończył. Człowiek dostaje od Boga wielki Dar. Tym Darem jest czas. Wszystkim naszym gościom czas się skończył. My teraz żyjemy poza czasem i przestrzenią. Jednakże nasze życie nie jest przez to mniej wartościowe. Jeżeli czytają Juliusza, Adama, oglądają sztuki teatralne Stacha Wyspiańskiego, obrazy Matejki, jeśli słuchają Bacha, Mozarta i innych, to twórcy ci nadal żyją. Żyją życiem równie wielkim i pięknym jak wtedy gdy żyli tamtym pierwszym życiem.
- Tak. Myślę Jaśku, że tak to jest. Ty jesteś wymyślony a przecież żyjesz na kartach tej książki. Ktoś stara się wyobrazić ciebie, jak wyglądasz. Ja cię widzę a oni wyobrażają sobie ciebie. Myślę że jak tu przyjdzie Krzysztof Kieślowski to opowie nam o swoim „Dekalogu”, o roli „Przypadku” w życiu człowieka. Robespierrowi pewnie pokaże swoje „Trzy kolory”. A teraz Jaśku idź, zjedz plaster szynki smakowicie uwędzonej. Stefan to mistrz w wędzeniu szynek. Uwędził ich mnóstwo i skosztuj bo to też urok życia. A ja poczytam. Idź Jaśku, idź.

* * *

- Co to za dziwne i ciekawe miejsce te Radziwiliszki?
Ciężko tutaj trafić ale jestem. Dziękuje za zaproszenie. Pisał pan panie Marcinie, że wiele ciekawych postaci poznam i że chętnie posłuchają one co ja mam do powiedzenia. Cieszę się, że jestem tutaj, chwilę odpocznę, posilę się, pozwoli pan.
Te słowa powiedział Tomasz Merton, wybitny pisarz, poeta, artysta, ale przede wszystkim wielki chrześcijański mistyk. To on pisał piękne słowa o mistyce w życiu człowieka.
Tutaj poruszy na pewno wiele ciekawych kwestii. Tutaj opowie o swoim zachwycie życiem, Bogiem, pomoże wgłębić się w wiele problemów trapiących nas
dawniej, teraz i w przyszłości.

* * *

Do biblioteki słysząc o przybyciu Mertona zaczęli się schodzić zaproszeni goście.
- Próbowaliśmy i nadal próbujemy – bo przecież czytają nas, już ich coraz mniej, ale czytają – poznać istotę życia i jego sens. Bo to jest najważniejsze.
„Jedyną rzeczą, która zdolna jest uratować człowieka przed całkowitym rozkładem moralnym, jest duchowa przemiana. Ziemskie pragnienia, które człowiek żywi, to widma.
Ich zaspokojenie nie daje prawdziwego szczęścia”.
To były pierwsze słowa Tomasza Mertona. Zostawmy go na razie i jego zasłuchanych słuchaczy, chodźmy bo ktoś nowy podjeżdża pod dworek.
Z karety wyszła przygarbiona postać.
Witamy Mistrza. To Jan Matejko przyjechał.
Pewnie będzie malował.

* * *

- Udostępnię Ci Mistrzu Janie pokój gdzie najwięcej światła – rzekł Marcin,
witając Jana Matejkę.
Zapewne namalujesz obraz, gdzie spróbujesz zawrzeć istotę wieku w jakim nam przyszło żyć i tym, którzy czytają właśnie ten tekst o nas. Ale odpocznij teraz, spróbuj naszych potraw, wina się napij. W bibliotece wykłada Tomasz Merton, możesz go posłuchać.
Witaj raz jeszcze. Twoje reprodukcje wiszą w każdym pokoju w moim dworku.
A tutaj w sieni popatrz Rejtan rozdziera koszule.
Jan Matejko w Radziwiliszkach, co za radość.

* * *

Tomasz Merton na chwilę przerwał swoją opowieść i wyszedł na dziedziniec dworku w Radziwiliszkach porozmawiać z Marcinem.
- Mówiłem panu, panie Marcinie jak tu przybyłem że Radziwiliszki to dziwne i ciekawe miejsce.
- Panie Tomaszu – rzekł Marcin – Litwa cała, to dziwne i ciekawe miejsce. Przecież mistyczność paruje tutaj z wiosennych pól malowanych zbożem rozmaitym, bardzo intensywnie, wydobywa się z bożnic, karczem i chederów a anioły dobre i upadłe przelatują nad lasami do ukrytych wśród borów jezior.
Taka jest nasz Litwa. Tylko tu mógł narodzić się Adam. Tu jest kwintesencja ducha, nie tylko polskiego.
- Ale ducha można znaleźć w wielkim mieście, tak myślę.
- Nie panie Tomaszu, nie można.
Tam nie można.

* * *

Krzysztof Kieślowski przyjechał. Przywiózł swoje filmy. Ma zamiar je pokazać wszystkim. Chciałby aby każdy powiedział co o nich myśli. Marcin Cumft zorganizował w jednym z większych pokoi małą salę kinową. Ustawił filmowy projektor, powstawiał fotele i krzesła. Kieślowski wyszedł przed dworek. Palił jednego papierosa za drugim. Ujrzał nagle że zbliża się do niego Juliusz.
- Witam panie Krzysztofie. Niech mi pan powie jaką rolę w pana Dekalogu pełnili aniołowie, bo przecież te zjawiające się ni stąd ni zowąd postaci gdy ma się wydarzyć coś ważnego, to przecież aniołowie.
- Wie pan, panie Słowacki, ja nie zajmuję się teologią, ale tym niemniej pańska interpretacja że te postacie to aniołowie jest interesująca.
Do rozmowy przyłączył się ojciec Maksymilian Kolbe, który takie słowa wypowiedział:
- Panem aniołów jest Jezus. Aniołowie należą do Niego. Słowo „anioł” oznacza posłańca. Nieraz boimy się aniołów.
Boimy się, że anioł przyniesie nieszczęście, tymczasem niesie on orędzie Bożej miłości.
Anioł oznacza funkcję. Jest on sługę i wysłannikiem Boga, wykonawcą rozkazów Boga, zwiastunem jego planów wobec ludzi. Anioł – powiem wam na koniec – przynosi dobro z ręki Boga. Anioła – moi drodzy – można zobaczyć – nie tyle w jego postaci co w działaniu.
Ojciec Maksymilian kiedy przed dworek wyszedł Marcin Cumft z zakłopotaną miną powiedział do Marcina te słowa:
- Nie wiem teraz gdzie iść, czy słuchać Mertona czy obejrzeć filmy pana Krzysztofa?
- Musisz ojcze wybrać.
- Ja – rzekł Marcin – idę na filmy.

* * *

Tu w Radziwiliszkach jest teraz Europa. To nic nowego,
wszak Adam tak pisał w utworze „Do Joachima Lelewelon”:
„A tak gdzie się obrócisz,
z każdej wydasz stopy
Żeś znad Niemna, żeś Polak,
mieszkaniec Europy”.
W tym dworku zawsze grano Szopena, czytano Balzaka i „Iliadę”, a w kościele rozbrzmiewała modlitwa którą ułożył Jezus, rozbrzmiewała w takiej na przykład polszczyźnie:
„Oćcze nasz, jenże jeś na niebiesiech
ośwęci się jimię twe, przydzi
twe królestwo, bądź twa wola
jako na niebie tako i na ziemi”.
* * *

Który film na początku zechcą państwo obejrzeć? – zapytał zgromadzonych w zaimprowizowanej sali kinowej Krzysztof Kieślowski.
- Zacznijmy panie Krzysztofie od „Dekalogu”.
- Zanim go Państwo zaczniecie oglądać powiem parę słów:
„Kamera nie jest narzędziem poprawiania świata. Kamera może po prostu powiedzieć jak jest, to czy znajdzie się ktoś kto wyciągnie z tego wnioski to już inna sprawa. Jak wiecie ludzie bardzo rzadko wyciągają wnioski z tego co widzą. Ludzie w końcu XX wieku i na początku XXI czują się coraz bardziej bezradni wobec natłoku informacji. Kłopot dzisiaj polega tak naprawdę na tym, że zdarzył nam się rozdźwięk pomiędzy cywilizacją, technologią a kulturą, że po prostu ta cywilizacja wymknęła się z ludzkich rąk i zaczęła funkcjonować sama w sobie. Coraz mniej mamy sobie do powiedzenia, mając supernowoczesne środki komunikacji”.
No, ale dobrze. Obejrzyjmy część I Dekalogu.
„Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”
Tutaj zamiast Boga jest komputer, i konsekwencje tego.
Zobaczmy.

* * *

- Rozmowa z wami wszystkimi moi drodzy – rzekł po filmie Krzysztofa Kieślowskiego Marcin Cumft – to taka archeologia, to odkrywanie czegoś co było, co zasypał czas.
A pamiętacie jak pięknie mówił o tym szejk Abd-el Rahman do angielskiego archeologa Layarda:
„Przede mną ojciec mój i ojciec mego ojca rozbili tu swoje namioty. Od dwunastu stuleci osiedli w tym kraju a żaden z nich nie słyszał nigdy o jakimś podziemnym pałacu ani nie słyszeli o nim ci, co byli przed nimi. I patrz! Oto przychodzi cudzoziemiec z Zachodu, z kraju odległego o wiele dni drogi, idzie prosto przed siebie na wiadome mu miejsce, bierze laskę, przeciąga linę w jedną stronę, przeciąga linę w drugą stronę.
Tutaj – powiada – jest pałac, a tam jest brama i pokazuje nam to, co przez całe nasze życie leżało pod naszymi stopami, a my nic o tym nie wiedzieliśmy. Cudowne! Cudowne!
Czy nauczyłeś się tego z książek? Powiedz mi tajemnicę mądrości”.
A wy, moi mili goście, tajemnicę mądrości znacie.
Dlatego zaprosiłem was tutaj.

* * *

Fiodor Dostojewski wstał i powiedział te oto słowa:
„Na świecie jest tylko jedna doskonale piękna postać – to Chrystus – i już pojawienie się tej bezmiernie, nieskończenie pięknej postaci, samo w sobie jest cudem niepojętym”.
Paweł z Tarsu nie mając telefonu, gazety, telewizji potrafił roznieść po ogromnym obszarze wiadomość że Jezus był, że zmartwychwstał, że jeżeli On, to i my, tylko trzeba uwierzyć. Listy św. Pawła Apostoła do Koryntian, Tesaloniczan, Rzymian budowały chrześcijaństwo. Saul prześladowca stał się Pawłem. Wiedział, że jego słowa muszą trafiać od razu w sedno sprawy. Wiedział, że czasu ma mało, że musi mówić i płonąć samemu, by zapalić innych. I ci inni muszą zapalić następnych. Bo Dobra Nowina musi się rozszerzać. Musi się o niej dowiedzieć każdy i każdy musi się określić. Przyjąć ją lub odrzucić.

* * *

I kiedyś będziemy szukać dworku w Radziwiliszkach. Nie ma po nim śladu ale przyjdzie czas że ktoś ten dworek odnajdzie i powie tutaj był ten dworek. Tutaj, wokoło był piękny ogród, tutaj ogrodzenie. I zrekonstruuje dworek. Wszystko będzie tak samo jak w XIX wieku. Tylko czy Duch przyjdzie. Bo to będzie rekonstrukcja. Tylko rekonstrukcja.

* * *

- Pięknie pan mówił, panie Marcinie o ziemi litewskiej, że ona paruje mistycznością – rzekł Juliusz do Marcina Cumfta.
- Stach Wyspiański pamięta pan, Juliuszu pytał ustami panny młodej „Kaz tyz ta Polska, kaz ta?
- Ja myślę – Marcin Cumft spojrzał przez okno na rozległą panoramę ziemi litewskiej – myślę że Polska jest w różnych miejscach. Chodzi mi o taką kwintesencję polskości, o to że w jednym miejscu, jednym czasie dzieje się coś co kształtuje potem duszę. Polską duszę. Takim miejscem była na pewno chata w Bronowicach, podczas wesela Rydla.
Panie Juliuszu ale takich miejsc było więcej. Poślę Jaśka w te miejsca, niech zaprosi tych co brali udział w tych wydarzeniach.
- Ma pan rację panie Marcinie. Te miejsca nawiedził mój „Król – Duch”.
Byliśmy w miasteczku Bar, idźmy raz jeszcze, niech ks. Marek przyjdzie, niech przyjdą żołnierze z I brygady Piłsudskiego, niech przyjdzie syberyjski zesłaniec śniący o Polsce, niech przyjdą wreszcie górnicy z „Wujka”.
Wie pan Juliuszu, otwarłem butelki z winem, rocznik 1808 a Kozietulskiego jak nie ma tak nie ma.
- Kozietulski, panie Marcinie, wpadnie tu w sposób efektowny.
Inaczej przecież nie może.

* * *

- Panie Marcinie niech pan powie jak będzie wyglądał świat za tysiąc lat. Pan to musi wiedzieć, tyle mądrych osób jest u pana a one wiedzą wszystko.
- Co ty mi Jaśku za pytania zadajesz?
Ale coś ci powiem. Wyobraź sobie rok 1001. Zamek książęcy gdzieś w Polsce. Na dziedzińcu spacerują: książę, biskup i zakonnik, który na chwilę został oderwany od przepisywania Księgi Świętej. I oni rozmawiają o tym jak będzie wyglądał świat za 1000 lat. Nie są w żaden sposób w stanie tego przewidzieć. Mogą wyobrazić sobie że świat będzie taki jak teraz kiedy o tym rozmawiają tylko powiedzmy nowocześniejszy. Ale przecież nie są w stanie wyobrazić sobie nic co jest w 2001 roku. Nic. Przyszłość Jaśku należy do Boga. Jest nieprzewidywalna. I my też nic nie wiemy. Wiemy jedno. Trzecie tysiąclecie musi należeć do Prawdy.
Innej alternatywy nie ma.

* * *

Wyobraźmy sobie Jaśku – Marcin Cumft zapalił fajkę szykując się do dłuższej rozmowy – że wysyłam ciebie na ten dziedziniec zamku książęcego i ty przysłuchując się tej rozmowie o roku 2001, zaczynasz brać w niej udział. Opowiadasz im o komputerach, telewizorach,
o radiu. Mówisz im o lotach kosmicznych, samolotach i przeszczepie serca.
Mówisz, mówisz a oni co? Biorą cię za wariata, coś o stosie przebąkują. Już zaczynasz czuć swąd swojego ciała. Uciekaj więc stamtąd pókiś cały. Uciekaj. Rozumiesz Jaśku teraz. Zjawia się u nas ktoś z roku 3001. Mówi, mówi a my co? Nie wierzymy że to poszło w tym kierunku. I nic zrobić nie możemy. Wiemy przecież że mądrość, że wiedza przeminą.
Co możemy zrobić? No pomyśl Jaśku co?

* * *

Do malowania wielkiego dzieła przystąpił Jan Matejko. Najpierw szkicował. Wyszedł z tego wielki chaos. Płótno nie mieściło wszystkich jego pomysłów. Matejko więc wyszedł z pracowni i szybkim krokiem zmierzał tam gdzie Bach, łączył się muzyką ze Stwórcą.

* * *

-Z mistrzem Janem muszę się widzieć.
Z Janem Matejką, tym malarzem z Krakowa.
Jestem Bartłomiej z Krakowa, przybyłem w pewnej bardzo ważnej sprawie.
Marcin Cumft spojrzał na nowego przybysza. Atletyczna budowa, tubalny głos, widać że silny niczym Herkules.
-Matejko, panie Bartłomieju słucha Bacha, a w jakiej pan sprawie o ile można spytać?
-Oj. Długa historia, opowiem pokrótce.
Kiedy w 1520 mistrz Hans Beham dzwon zwany później „Zygmuntem” odlał to i mnie najął bom człek silny, jak tur nie przymierzając abym go razem z innymi zawiesił. I Matejko namalował obraz pt. „Zawieszenie dzwonu Zygmunta” a mnie na tym obrazie nie ma. Ja powiem ci Marcinie spóźniłem się trochę. W oberży „pod złotym pawiem” bo piwo przednie dawali zasiedziałem się. Alem zdążył w końcówce i ciągnąłem liny a jakże, ciągnąłem.
- Dobrze Bartłomieju – rzekł Marcin, zaczekaj tutaj, szynki naszej skosztuj, żubrówki się napij, tylko nie za dużo. Przyjdzie mistrz Jan to pogadasz z nim, może da się coś zrobić. W tym nowym obrazie będziesz pewnie.
- Zaraz, mówisz 1520 rok. No, no, sporo lat. Sporo.

* * *

Od zachodu dał się posłyszeć warkot samolotu. Zniżał swój lot i potem wylądował na rozległych łąkach. Służący Wojtek pobiegł w to miejsce, i ujrzał idącego w jego stronę pilota.
- Dzień dobry, gdzie tutaj jest dworek w Radziwiliszkach? Dostałem zaproszenie i jestem.
- Proszę za mną, gospodarz czeka. A pan, przepraszam, skąd do nas przybywa? –
zapytał Wojtek.
- Jestem Antoine de Saint – Exupery.
- Czy to pan jest twórcą „Małego Księcia”?
- Tak, to ja.
Marcin Cumft z radością przywitał gościa i zaprowadził do salonu.

* * *

Tego Marcin Cumft się nie spodziewał. Ten widok był tak niecodzienny że prawie wszyscy goście wyszli przed dworek. Ktoś szedł i podbijał wielką kulę ziemską. Kula ziemska to był wielki balon z namalowanymi kontynentami i ten balon podbijał człowiek w meloniku, z malutkim wąsikiem, laseczką i w za dużych butach.
To Charlie Chaplin.
- Dlaczego wy wszyscy tacy poważni? Witam wszystkim. Śmiejcie się, życie trwa tak krótko.
- Nam nie do śmiechu, panie Chaplin – rzekł Marcin.
- A widzieliście mnie w filmie „Dyktator”? Ja tego potwora Adolfa wyśmiałem , to tam podbijałem świat i świat dał mi prztyczka w nos, balon pękł. Ja nawet nie będę próbował zrozumieć was, wasza historia dla mnie za trudna ale wy spójrzcie na nią z humorem.
Tak też można.

* * *

Marcin Cumft wszedł w konwencję jaką narzucił Charlie Chaplin. Poszedł do kuchni gdzie Stefan mistrz nad mistrze szykował swoje specjały. Wydał mu polecenie i zacierając ręce wrócił do gości. Po jakimś czasie podano Charliemu jego ulubioną potrawę… buty.
- Widziałem Charlie jak jadłeś buty w „Gorączce złota”, widziałem jak oblizywałeś gwoździe z tych butów. Masz jedz.
Buty były zrobione z plasterków szynki, podeszwa z wybornej pieczeni a gwoździe z wysuszonej cieniutkiej kiełbasy.
Charlie zaczął ze smakiem jeść.
I jedząc zaczął opowiadać jak Żyd z Polski, Samuel Goldwyn założył wielką wytwórnię filmową w Hollywood, której symbolem na zawsze pozostał ryczący lew.

* * *

Zbyszek Cybulski widząc że Charlie Chaplin jedząc „buty” odgrywa scenę z „Gorączki złota” poprosił aby Wojtek przyniósł butelkę spirytusu. Rozlał potem ten spirytus do kilkunastu szklaneczek. Rozstawił te szklaneczki na stole w ogrodzie. Poprosił aby goście wyszli do ogrodu. Potem zapalił te lampki ze spirytusem. Zaczął wymieniać imiona kolegów:
- Bobek Kobiela, Adaś Pawlikowski, James Dean, Charlie Chaplin.
Goście z niedowierzaniem patrzyli na tą scenę. Zapalił jeszcze jedną lampkę i wymienił nazwisko:
- Maciek Chełmicki.
Nikt nie zgasił tej lampki. Nikt nie powiedział „My żyjemy”.
Żyjemy. Żyją w naszej świadomości. Żyją kiedy oglądamy ich, czytamy o nich. Oni będą żyć.
A my?

* * *

Antoine de Saint Exupery ze smakiem zajadał pyszną szynkę, z zaciekawieniem cudzoziemca oglądał obrazy na ścianach salonu. Juliusz zainteresował się nowym gościem. Jako że duży fragment życia spędził we Francji, Francuzi i ich poglądy interesowały go szczególnie.
- Uważam – rzekł Exupery – że człowiek realizuje się w swojej dążności do Boga. Człowiek jednakże nie może Bogu nic kazać, nie może się też z nim spierać.
- Słyszałem – Exupery wstał i zaczął chodzić mówiąc coraz bardziej emocjonalnie – że pan Mickiewicz pozwalał sobie w Wielkiej Improwizacji robić zarzuty Bogu. To jest uważam, niedopuszczalne. Przeczytam panie Juliuszu coś panu. W mojej książce testamencie (pan też panie Juliuszu napisał Testament) pt. „Twierdza” zamieściłem takie zdania:
„ – Panie – powiedziałem (a nie opodal siedział na gałęzi czarny kruk) – rozumiem, że milczenie jest cechą Twojego majestatu. Ale ja potrzebuję jakiegoś znaku. Rozkaż, aby w chwili, gdy skończę się modlić, ten kruk odleciał. Będzie to jak zwrócone ku mnie spojrzenie czyich oczu i poczuję, że nie jestem sam na świecie. Połączy mnie z Tobą choćby mglista ufność. Nie żądam nic więcej, tylko znaku, że jest tu coś, co trzeba zrozumieć.
I przyglądałem się krukowi. Ale ptak siedział bez ruchu.
- Panie – powiedziałem – niewątpliwie masz rację. Stosować się do moich próśb byłoby sprzeczne z Twoim majestatem. Gdyby kruk odleciał, mój smutek byłby jeszcze większy. Gdyż taki znak mogę otrzymać tylko od kogoś równego sobie, a zatem jakby od siebie samego, byłoby to więc znowu odbicie mojego pragnienia.
I wtedy moja rozpacz zaczęła ustępować miejsca nieoczekiwanej
i szczególnej pogodzie ducha.”
Ciekawe słowa, pan pisze panie Antoine – rzekł Juliusz – bardzo mądre i ciekawe.

* * *

Marcin Cumft poszedł odpocząć do swojego pokoju, stanął przy oknie i oglądał piękny teren przed dworkiem. Na klombie z kwiatami Charlie zostawił ogromną kulę ziemską. Nagle Marcin posłyszał lekkie, delikatne, nieśmiałe pukanie do drzwi.
- Wejść proszę - Marcin lekko zniecierpliwiony odszedł od okna.
- Mam zaszczyt przedstawić się – jestem Piotr Bobczyński. Pan Gogol wymyślił mnie, wymyślił mnie jako człowieka, który chce się wyrwać do wielkiego świata. A wielki świat tutaj do tego pięknego dworku przybył i ja proszę jak najpokorniej bo wiem że jeździ pan do Petersburga, niech pan raczy powiedzieć tam różnym możnowładcom, senatorom, admirałom, że właśnie, wasza ekscelencjo, albo jaśnie oświecony że w tym a tym miasteczku mieszka Piotr Bobczyński. Tak niech pan łaskawie powie…
- Panie Piotrze – tutaj jest inny świat.
W Rzeczy pospolitej tak nie upadlano ludzi. To Rosja stworzyła system, który tak pięknie opisał i ośmieszył Gogol. Mikołaj Gogol. Ale jest pan sławny. Na całym świecie gdzie sztuka Gogola jest grana pana postawa wzrusza. I do książki naszej pan wszedł. Dobrze jest panie Piotrze. Osiągnął pan cel.

* * *

W sieni ogromnej był obraz „Szarża pod Somosierrą” Piotra Michałowskiego. Marcin Cumft zawsze rzucał okiem na niego kiedy wychodził na dwór. A teraz posłyszał tętent konia. Pewnie Kozietulski przybywa. I rzeczywiście, zatrzymując konia tak że aż przysiadł na zadach. Kozietulski zgrzany, zeskoczył z konia i już na schodach zaczął opowiadać o szarży.
-Było nas 125 szwoleżerów, trasa liczyła 2500 metrów, zdobyliśmy 16 armat. Poległo 57 moich kolegów. To była szaleńcza szarża. Kiedy otrzymałem rozkaz od cesarza, rozkazałem szwadronowi dobyć pałasza i krzyknąłem „Niech żyje cesarz”. To wszystko działo się w ogromnym pędzie, zdobywaliśmy armaty jedna za drugą i ciągle do przodu i ciągle w górę. 30 listopad 1808 rok wtedy moje nazwisko zaczęło być sławne.
- Jest nadal, panie Kozietulski – rzekł Marcin – Zapraszamy do nas. Wina dać?
- Tak, wina dajcie.
- Mamy specjalny rocznik dla pana, 1808.
- To dobry rocznik.

* * *

W bibliotece Marcina Cumfta było kilka tysięcy książek. Marcin zawsze powtarzał że uwielbia czytać bo ma wrażenie że komunikuje się, rozmawia, z człowiekiem którego już od dawna nie ma. Miał Marcin swoje ulubione książki, a jedną z nich były „Wyznania”
św. Augustyna. Uważał tą książkę za jedną z najsłynniejszych jakie przechowuje nasza cywilizacja. Bo my funkcjonujemy w kulturze, w której istnieje pewna liczba dzieł stale nam towarzyszących, choćby nie wiadomo ile czasu upłynęło od ich powstania. I często odczytywał Marcin fragmenty „Wyznań” – które zadziwiały swoją aktualnością i głębią.
„Jakże cudowna jest głębia Twoich słów! Patrzymy na ich powierzchnię, która się do nas jak do dzieci uśmiecha. Lecz pod nią, Boże mój, jakaż głębia jakaż cudowna głębia”.
Przestanie istnieć nasza cywilizacja – mówił często Marcin – kiedy ludzie przestaną czytać. Pogoń za różnymi złudami życia opanuje ich bez reszty.
Staną się stadem manipulowanych przez speców od reklamy, propagandy, socjotechniki, bezmyślnych jednostek gotowych uwierzyć każdemu, gotowych uwierzyć we wszystko.
Cenę za to poniosą wielką.
Ceną będzie strach, rozpacz, depresja. I zagłuszać ją będą narkotykami i alkoholem.
Ale nie będzie tak źle. Zostaną wyspy gdzie nadal panować będzie Prawda.
I z tych wysp, z różnych dworków, ciągle słychać będzie piękną muzykę, piękne strofy i zapach się będzie unosić prawdziwej kuchni.
Marcin w to wierzył i dlatego zaprosił do siebie tyle osób aby każdy z nich dał jeszcze raz wszystko co najlepsze. Aby każdy z nich rzucił raz jeszcze ziarno, które wyrośnie, które musi wyrosnąć na takiej ziemi lat wiele leżącej odłogiem.

* * *

Eglantyna Pattey już od dawna przebywała w dworku w Radziwiliszkach. Juliusz nie chciał się widocznie z nią spotkać. Aż tutaj na krańcu Europy go znalazła lecz on unikał jej. Patrzała na to życie tutaj, chłonęła je wprost. Wiele z tego co widziała nie rozumiała i nie akceptowała. Życie w Szwajcarii inne jest.
Przypomniały jej się słowa Durrenmata znanego dramaturga żyjącego w jej kraju.
„Jakże pięknie urodzić się w Szwajcarem
Jakże pięknie umierać Szwajcarem
Jednakże co robić w międzyczasie?”
Eglantyna wybrała pogoń za Juliuszem. To życie uporządkowane jak w szwajcarskim zegarku nudne jej się wydało. Ale chcieć związać się z Juliuszem, to już chyba przesada.
Nie wiesz dziewczyno spod Mont Blanc co robisz. Zastanów się.

* * *
Maksymilian de Robespierre napisał kilkudziesięciostronicowy list. Zaadresowany był do Paryża. Jasiek wysyłając zaproszenia wysłał również i tę przesyłkę. Nikt nawet nie podejrzewał, że pod zakamuflowanym paryskim adresem mieściło się Biuro Zagraniczne Ochrany . Raport donosił o podejrzanym spotkaniu w dworku w Radziwiliszkach. Uwzględniał charakterystyki przybywających osób. Najwięcej jednak uwagi poświęcał Marcinowi Cumftowi.
- słuchanie zagranicznych stacji radiowych
- propagowanie wolnomyślicielskich poglądów
to tylko fragmenty raportu dotyczące Marcina. Piotr Raczkowski szef paryskiej Ochrany, czytał raport z niedowierzaniem. Do Petersburga kurier zawiózł obszerny meldunek z komentarzem Piotra i jego sugestiami.
„ Wot, buntowszczik!!”.

* * *

Aleksander Puszkin przybył do Radziwiliszek razem ze swoją żoną Natalią. Poślubił ją gdy miała 19 lat , a on 32. Natalia była olśniewającej urody, co zauważono kiedy w 1828 roku, po raz pierwszy ukazała się w Moskwie na balu .Książe Sołłogub napisał we wspomnieniach
( Marcin posiadał je w swoich zbiorach)...,, nie znałem drugiej kobiety , która łączyłaby w sobie taką doskonałość klasycznie regularnych rysów i kształtów. Wysokiego wzrostu, z baśniowo smukłą kibicią, z przepysznymi ramionami i piersią ,z małą główką , która jak lilia na łodydze kołysała się i z gracją obracała na smukłej szyi”.
Wielu raziło niedopasowanie młodej pary. Wielu uważało że Puszkin na jej tle przypomina małpę. Puszkin nie lubił stać obok Natalii, upokarzało go bowiem że jest od niej niższy. I oni teraz spacerowali przed dworkiem. On śniady, prawie czarny, wszak jego dziad był murzynem. Ona klasyczna piękność. Puszkin to geniusz, a ona? Czym była Natalia? Jej słowa jeśli się je cytuje są puste.
Puszkin, jak mówią chciał zera bo sam był wszystkim. Marcin Cumft przypatrywał się tej parze i czekał kiedy przybędzie Georges D`Anthes.

* * *

„O trzeciej nad ranem wymknąłem się chyłkiem z Karlsbadu,
bo inaczej nie wyrwałbym się stamtąd”.
Wskoczyłem do dyliżansu i podążałem do Włoch. A przy wjeździe do Bawarii w opactwie Waldsassen zatrzymałem się, tam wręczono mi tajemniczy list od Marcina Cumfta z Radziwiliszek. No więc jestem. Widzę panie Marcinie że gości zaproszonych tutaj mnóstwo, zapytam więc dlaczego zaprosił pan mnie?
-Nie wyobrażałem sobie aby na to spotkanie nie przybył człowiek, który jest samą istotą Niemiec. Johann Wolfgang Goethe musiał tutaj się zjawić. Dziękuję Mistrzu za przybycie.
Goethe przyglądał się gościom Marcina i zaczął mówić słowami jakie zawarł w „Fauście”:
„Znowuście przy mnie, wy chwiejne postacie
Których mi ongi śnił się zarys mdły
Zaliż wam każe żywym kształtem stać się?
Tak jak z oporów wstajecie i mgły.
Czuję, jak pierś mą wprawia w drżenie młode
Czar, co nad waszymi wieje korowodem
Teraz pojmuję już, co mędrzec prawi:
„Świat duchów wcale nie jest nam zamknięty”
Więc niech i dla mnie czas ten wskrześnie”
Chciałbym Mistrzu byś odsłonił nam tajemnicę Dobra i Złą, którą próbowałeś rozwikłać w „Fauście”. Próbowałeś odpowiedzieć na pytanie jakie stawiał już Hiob i jakie ludzkość stawiać będzie póki świat będzie trwać.
A tymczasem zapraszam na przyjęcie, Małgorzata i Michał ślub wzięli i przyjęcie trwa.
Bach gra kantaty, Adam z tyłu w ogrodzie bigos grzeje, a ty tymczasem idź odpocznij.

* * *
Mistrzu Johanie von Goethe, Adam Mickiewicz zaprasza na bigos.
Podał Adam porcję dymiącą , pachnącą i chleba pajdę Goethemu. Za chwilę niedługą inni goście przyłączyli się do tej uczty.
- Tyś z miasta pięknego, z Weimaru, to miejski masz żołądek i treści tej potrawy nie pojmiesz – rzekł Adam.
- Wyborny bigos, powiedz Adamie jak to się robi?
„Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,
Która wedle przysłowia sama idzie w usta
Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa
Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa…”
Do uczty przyłączył się Staś Wyspiański, który widząc Goethego odezwał się doń w te słowa:
„Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”.
- Ja wiem że pan ten fragment wziął z mojego „Fausta”, on tam brzmi inaczej, zaraz niech sobie przypomnę, ach, już wiem:
„Niech se urywa łeb jeden drugiemu,
Niech się na świecie jak w garnku gotuje
Byle w chałupie było po staremu”.
Ale nie martw się pan, panie Stanisławie powiem tak:
„Najbardziej oryginalnymi autorami są nie ci, którzy wznoszą coś nowego, lecz jedynie ci, którzy posiadają umiejętność wyrażania tych samych myśli, tak jak nikt przedtem nie próbował ich sformułować”.
Tutaj w tym dworku na samych krańcach Rzeczypospolitej powrócił czas dawno przebrzmiały, tak jak to kiedyś napisałem:
„Niechaj powróci czas dawno przebrzmiały”.
Pan przecież poeta panie Wyspiański:
„I cóż poecie z milczenia,
Gdy lubi tłumne wzruszenia?
Poklask lub gwizd? W to mu graj?”
A w dworku rozległ się dźwięk Poloneza granego przez Chopina. A Marcin ogromną mapę Europy rozwijać w ogrodzie zaczął. Nie było tam Polski, wymazali ją trzej cesarze. I nagle na tej pustej plamie zaczęła nowa Polska wyrastać.
Kłębiły się wizje Adama, Juliusza i setek innych małych i wielkich.
Dworek się pojawił w Soplicowie i chata w Bronowicach, złoty róg gra i Mateusz Birkut domy wznosił i ginął pod gradem kul w Gdańsku, barykady powstawały i dzieci z biało – czerwonymi flagami biegały, gdzieś drukowano bibułę. Chwycił Kieślowski za kamerę, sfilmuję to – myśli sobie – sfilmuję, dokument z tego zrobię. A tu nic z tego, nie da się. Nie da się sfilmować ducha.

Nagle rozległ się strzał. To Georges D`Anthes przybył i zabił Poetę.

Zrobiło się cicho i pusto.

* * *


Grzegorz Pieńkowski [ spg99@poczta.fm ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści