|
UWAGA! Przed czytaniem tego komentarza, powinieneś przeczytać opowiadanie, którego się on tyczy, gdyż jest tutaj trochę spojlerów. A zresztą - róbcie jak chcecie. Ale ostrzegałem!
No tak, przychodzi chwila w życiu pisarza, czy to początkującego, czy też nie, że musi po prostu napisać coś, co będzie znacznie odstawało poziomem (w jedną, lub w drugą stronę) od tego, co dotychczas stworzył i zaprezentował. Witamy Minashi w owym gronie!
Przechodząc do właściwiej części komentarza chciałbym nadmienić, że do tekstu podchodziłem tak, jak sobie życzyła tego autorka (a przynajmniej tak mi się wydaje) - no, ogólnie rzecz ujmując, to miałem doła. Opowiadanie też jest bardzo dołujące, tak więc jeśli masz dobry humor, odpuść sobie. Jeśli masz zły humor, a chcesz go sobie poprawić, także sobie odpuść. Natomiast jeżeli tak jak porządny, właściwy i jedyny prawdziwy smutas jesteś w nastroju niezbyt skorym do zabawy i masz naprawdę gdzieś, czy owy stan pogorszy ci się, czy nie, to śmiało możesz czytać "Wiarę" autorstwa Minashi.
Nie będę choćby streszczać fabuły, bo... najzwyczajniej w świecie jej tutaj nie dostrzegłem. Tak, dzieje się tutaj i to nawet wiele, ale... Nie da się po prostu powiedzieć "Ktoś coś zrobił i teraz ktoś inny coś innego robi żeby było tak, a nie inaczej." W opowiadaniu wydarzenia następują po sobie, bo po prostu... tak ma być. Patrząc z boku, to nic do nich nie prowadzi i będąc w połowie czytania opowiadania właściwie wciąż trudno jest wywnioskować po cholerę się to wszystko dzieje, jaki jest w tym cel itp. No i przy tym właśnie miałem małe deja vu. Właściwie do połowy uzmysłowiłem sobie: "Cholera, przedstawienie akcji bardzo podobne do 'American psycho', jak pół litra kocham!" I przez cały czas, do końca czytania pogłębiało się to skojarzenie, aż w końcu przeczytałem la grande finale, które po prostu inne być nie mogło, skoro opowiadanie pisane pod modłę "American psycho". Kto czytał/film oglądał (as always, książka lepsza) ten już pewnie wie, jakie będzie zakończenie. Jednak w ww. książce konkluzja jest przedstawiona w o wiele lepszy sposób, ale chyba tylko dlatego, że sama książka jest długa i czytelnik ma więcej czasu na "poznanie" bohatera...
Styl... Tego się muszę czepić i nikt mi nie zabroni. Jest dużo myśli bohatera, mało dialogów, oszczędne opisy, brak sugestywności. Ładnie napisane, ale jest pewna nierówność. Miejscami czyta się miło, fajnie i w ogóle chce się czytać dalej, by po chwili trafić na moment, kiedy człowiek zastanawia się, czy nie zrobić "krótkiej" przerwy na zaparzenie herbaty (ja takowej przerwy nie zrobiłem ani razu, bo wiedziałem, że jak od opowiadania odejdę, to o tej późnej porze już do niego nie wrócę).
Bohater ma specyficzne spojrzenie na świat. Z miejsca gostka znienawidziłem, ale nie z powodu tego, co robił. Raczej... on sam wzbudza taką niechęć (przynajmniej we mnie). Ale i tak jest w miarę dobrze przedstawiony, chociaż wciąż jest to napisane w nierówny sposób.
Wszystkie inne postaci pojawiające się w opowiadaniu stanowią jakby tło, autorka nie pokusiła się o głębsze przedstawienie ich sylwetek, ale to nie przeszkadza. (znów mi się skojarzenia z "American psycho" nasuwają...)
Wspomniałem o słabych dialogach... gdyż takie właśnie są. Słabe. Nie będę mydlić oczu, po prostu chyba lepiej opowiadanie obeszłoby się bez nich. Niewiele wnoszą, mało ich i w ogóle jakieś takie... No po prostu - przedstawiają to, co równie dobrze mógł bohater opisać (i tak większość opisuje, więc po co te dialogi?). Oczywiście autorka ma prawo do pisania opowiadania jak jej się żywnie podoba. Żeby nie było niedomówień.
Gdzieś tam wspomniałem jeszcze o braku sugestywności, co mnie boli najbardziej. Nie czułem, jakby dane wydarzenia działy się naprawdę, czy nawet w jego głowie... Po prostu było tak... nijak. Coś się stało i tyle. Krew się polała, gostek sobie trupa pomacał, czy przerżnął dziewczynki. Koniec, przechodzimy do następnego akapitu. Tamto idzie w zapomnienie, zarówno w opowiadaniu, jak i w myśli czytelnika (tzn. w myśli mojej, bo za innych nie moją rolą jest się wypowiadać). Jeszcze jedna sprawa - bohater zapodaje sobie bletę i nie ma jakichś większych przywidzeń, świat mu nie wiruje tak, jak powinien i w ogóle, jest przy zmysłach, jakby nic nie brał... Eee, coś tu nie gra, albo to ja się czepiam (jakby i tak mało pokręcony był świat widziany oczami tego chłopaka).
No i to chyba wszystko, do czego... A! Nie! Było coś jeszcze. Od początku wiedziałem, że nie będzie to opowiadanie o poszukiwaniu odpowiedzi, wierze (paradoksalnie do tytułu, hehe), czy nadziei. Ale... Moment przed zakopaniem nauczycielki... Cholernie, naprawdę cholernie chciałem, żeby było to lepiej opisane. Nie wiem, czy to było w zamiarze autorki, ale dokładnie ta chwila... Jak to czytałem, to tylko myślałem "Teraz przejrzy na oczy, teraz będzie jeszcze ciekawiej"... Cóż, nie ma lekko, jest jak jest i nic tego nie zmieni. A szkoda. Jak już wcześniej pisałem, przechodzimy do następnego akapitu, a cała reszta już nawet we wspomnieniach się nie gnieździ.
Opowiadanie mi się podobało. Znaczy, nie wybija się jakoś specjalnie, do tego wymienione irytujące sprawy też robią swoje, plus wszelkie (jak najbardziej na miejscu chyba) skojarzenia z "American psycho"... Ale doczytałem do końca, nie uważam tego za czas stracony. Poza tym pochwalić muszę autorkę za kilka ciekawych pomysłów (cała ta rodzina siostry bohatera). Kilka pomysłów jest też chybionych, ale ogólnie - opowiadanie pozostawia .... hmmm nie napiszę "pozytywne" wrażenie, bo kłóciłoby się to z ogólnym klimatem, w jakim jest ono utrzymane... Ale chyba i tak wszyscy wiedzą, o co mi chodzi.
Opowiadanie znacznie przewyższa poprzednie twory Minashi, które czytałem i to mnie cieszy. Nie ma nic lepszego, od rozwijającego się autora i jego, coraz to lepszych, opowiadań. Dzięki za opowiadanie, Minashi!
Caliban - My Litte secret
T#M
[ tig3000@gazeta.pl ]
|