|
Gwiezdne Wojny Prolog:
Epizod I - Rycerz honoru
Słowem wyjaśnienia
Rzecz dzieje się kilkaset lat przed wydarzeniami z sagi Georga Lucasa. Galaktyka jest miejscem, w którym większość władzy ma Stara Republika, a Rycerze Jedi stanowią formę obrony przed rosnącym w siłę wrogiem.
Zabrak - rasa znanego z pierwszego epizodu Dartha Maula. To z niej wywodzi się główny bohater - Artos.
Rozdział 1
Dzień próby
Spojrzał na swego mistrza. Wiedział, że to, co go czeka jest najważniejszą próbą jego życia. Miron miał za zadanie przejść test ostateczny – test, który wykaże czy jest już Rycerzem Jedi, czy może nadal Padawanem. Wśród zgromadzonych byli wszyscy z Wielkiej Rady Jedi Starej Republiki. Zasiadali w niej tacy wybitni rycerze jak sam Mistrz Yoda, Aron z Newady, Marles z Corin, a także Mistrz Artos. Wszyscy byli wzorami dla Mirona, jednak w tej chwili ich obecność nie miała większego znaczenia, ponieważ ten moment miał odmienić jego dotychczasowe życie.
- Ogień, woda, ziemia, wicher – rzekł Yoda. – Te żywioły pokonać musisz, młody Padawanie, by Rycerzem Jedi zostać.
- Tak, Mistrzu. – Miron skłonił się nisko i ruszył do drzwi dzielących go od próby ostatecznej.
- Myślisz, że mu się uda? – zapytał Artos Yodę.
- Młody Padawan sam znać swój czas powinien, Mistrzu. Wiesz doskonale, że ten dzień kiedyś nastąpić musi.
- Niekoniecznie. Słyszałem, że kilku Mistrzów samodzielnie nadało sobie tytuł – wtrącił Aron.
Młody Mistrz z ziemskiej krainy Newada był bardzo ciekaw nowinek zasłyszanych podczas wielu misji w całej galaktyce. Dzisiaj wyglądał jak codziennie podczas eksploracji kosmosu: długi, brązowy płaszcz opleciony niebieskim pasem przy biodrach skrywał większość jego ciała, złote trzewiki zdobiły nogi, a krótkie blond włosy, z taką samą brodą spływającą po mędrkowato wyglądającej twarzy, upodabniały go do pozostałych Jedi rasy ludzkiej.
- Mistrzu Aronie wiesz przecież, że rada nie pochwala takich występków. – Marles dołączył się do dyskusji.
- Tak, jednak oni faktycznie tytułują siebie Mistrzami – odparł Aron.
- A cóż zrobili ci „malutcy”, że czują prawo do bycia nimi? – Obserwował przez chwilę współtowarzysza swoimi niebiesko-świetlistymi oczami, po czym zadał kolejne pytanie – Zastanawia mnie to, dlaczego jeszcze nie zrobiono z nimi porządku? – Marles także był człowiekiem, lecz można było dostrzec w nim cień wymieszania z jakąś inną, bliżej nieokreśloną rasą. Poza standardową gładką skórą, niewielkim – jak na kogoś tak silnego mocą – wzrostem i brakiem brody, co u Jedi zdarzało się rzadko, miał on świetlisty, niebieski wzrok wprowadzający w osłupienie każdego, kto po raz pierwszy widział go na oczy.
- Zaiste, kara ich nie spotkała – stwierdził Aron, który świetnie operował plotkami, o których pochodzeniu sam niewiele wiedział.
- Rycerze ci Mistrzami być nie mogą, lecz ich czas również nadejść musi. – Wytrącony z równowagi mocy Yoda postanowił dodać własne zdanie na forum.
- Zatem próby już nie mają znaczenia? – pytając Aron spojrzał w ogromne oczy Yody. – Czyż nie tak, Mistrzu?
- A czym jest życie jeśli nie próbą? Każdy taką próbę przejść powinien. – Yoda w coraz większym stopniu obawiał się finału tej rozmowy. Przetarł oczy i spojrzał na innych już nieco znudzonych schematycznością życia Jedi. Siedzieli oni w kręgu, w takich samych skórzanych fotelach, jak codziennie podczas rozmów o niczym, co mogłoby być istotnie dla Rady lub Republiki.
- Co masz na myśli? – Artos rzucił słuszne pytanie.
- Kiedyś i oni przekonać się mogli będą. Ich godzina tez nadejść musi – to do czego zmierzał Yoda było pewnego rodzaju niebezpieczeństwem wynikającym z samej rozmowy na ten temat.
- Masz na myśli Sanesa? – Aron nie przemyślał dokładnie tego, co powiedział i już po chwili zaczął obawiać się lawiny niemiłych słów skierowanych w jego stronę. Nawet Mistrzowie starali się nie rozmawiać o człowieku, który niegdyś zdradził Zakon i został pierwszym wolnym strzelcem Jedi.
Yoda czuł, iż to zaprowadzi go kiedyś na niekontrolowaną stronę mocy, nazywaną przez niektórych ciemną stroną.
- Sanes był dobrym Rycerzem Jedi. To chciwość zrobiła z niego złodzieja i złoczyńcę – Artos starał się obronić swojego poprzedniego Padawana. To w końcu on go szkolił i to jego wielu Jedi obwinia za to, że stał on się tym, kim jest teraz.
- A co jeśli dla Sanesa tytuł złodzieja i złoczyńcy będzie zbyt małym osiągnięciem? – słowa Marles’a sprawiły zawód w sercu Yody – obawiał się on tego typu rozmowy od dawna, jednak nie sądził, że kiedykolwiek będzie musiał wziąć w niej udział.
- Odebrać mu szkolenia nie możemy, on sam nawrócić się musi. – Yoda zebrał się w sobie, po czym mocą spojrzał w głąb duszy współtowarzyszy. Napięcie, jakie zobaczył w każdym z nich, było ogromne. „Mały” Mistrz wiedział, że powinien zakończyć tę rozmowę, jednak nie miał pojęcia jak to zrobić.
- Kara… ukarać go możemy, Mistrzu – Marles kontynuował z wrodzoną chęcią rządzenia.
- A czym jest według ciebie kara? Co jeśli ukarzemy nie tego, co trzeba? – Aron wtrącił się w zawiązujący się między Yodą i Marles’em konflikt.
- Kara być środkiem zaradczym nie może, to sam Mistrz wiedzieć powinien, kiedy zaprzestać praktyk Jedi. – Yoda postanowił nie mówić już nic, czego mógłby w przyszłości żałować.
Z pewnością koniec dyskusji Rycerzy miałby miejsce za kilka godzin, ale w pewnym momencie zza drzwi Sali Próby wyłoniła się sylwetka ucznia Artosa – najwidoczniej Miron zakończył test.
- Poczekaj młody Padawanie, Rada naradzić się musi – Yoda wskazał na jeden z wolnych foteli, po czym ruszył w stronę drzwi, za którymi znajdowała się Sala Narad Rycerzy Jedi.
Miron obserwował pokój w którym się znalazł. Odkąd trafił do niego po raz pierwszy nic się w nim nie zmieniło. Było to owalne pomieszczenie, dość oficjalne i sterylne, otoczone fotelami ustawionymi w kręgu, z jednym komputerem znajdującym się przed samymi zainteresowanymi. Padawan wiedział, że decyzje, które zapadają za drzwiami tej oto sali, oraz pozostałych służących do prywatnych narad, są bardzo istotne dla Republiki. Teraz liczyła się jednak jedynie kwestia zdania próby. Jeśli zostałby Jedi jego życie odmieniłoby się na zawsze. Ma dwadzieścia trzy lata, a każdy poprzedni test, mimo dobrego zakończenia, stawiała go w niezręcznej sytuacji pozostania Padawanem. W tym dniu czuł jednak, że coś może się zmienić. Był bardziej pewny siebie niż ostatnimi czasy.
Po dwudziestu minutach narady Mistrzowie wrócili do Sali Głównej. Usiedli w czterech fotelach naprzeciw oczekującego Mirona.
- Czy czujesz się jak Jedi? – zapytał Artos, po czym poprawił swój medalion, który otrzymał niegdyś od ojca. To było jeszcze w czasie wojen o Starą Republikę, kiedy rasa Artosa, Zabrak, walczyła o wolność i pokój. Galaktyczni Piraci przegrali, lecz ciągle starają się odzyskać swoje wpływy, aby stworzyć tak zwane Nowe Imperium.
Miron wziął głęboki oddech i odpowiedział przyglądając się niepewnie Mistrzom Jedi:
- Czuję moc, Mistrzu. Moc, która mnie otacza.
- Słusznie, młody Padawanie. Moc czuć musisz, Jedi być powinieneś – rzekł zmęczony ostatnią rozmową Yoda.
- Czy to znaczy, że zdałem test? – Miron zwrócił się z pytaniem do „Małego” Mistrza.
- Testem twe życie będzie, młody Padawanie. Nie zmarnuj szansy jaką ci dać postanowiliśmy – Yoda udzielił odpowiedzi, po czym odszedł w stronę drzwi. Poszli także inni zostawiając w sali wyłącznie Mirona i Artosa.
- Zatem już wkrótce na pierwszą samodzielną misję wyruszę – Miron nie mógł wyjść z zachwytu. Czekał teraz na to, co odpowie jego dawny Mistrz.
Artos wziął głęboki oddech, przełknął ślinę i podniósł głowę tak, że jego wzrok spotkał się ze wzrokiem przyjaciela. Tak, byli przyjaciółmi od zawsze, dlatego też Mistrz nie był pewny jak jego uczeń zareaguje na to, co przekaże mu za chwilę.
- Uznaliśmy, że najlepiej się stanie, jeśli nadal będziesz ze mną współpracował – Jedi niepewnym głosem przedstawił Mironowi zaistniałą sytuację.
- Co masz na myśli? – spytał nieco przerażony chłopak.
- Polecimy na Isolarin eskortować Szwadron Erona. Wykonamy zadanie razem, gdyż Rada obawia się pozostawić ciebie samego ze względu na zbyt duży poziom gniewu w twej duszy. – Artos w czasie całego swojego życia zaznał już podobnych sytuacji, jednak nigdy nie czuł takiego bólu, jaki teraz miał w sercu jego uczeń.
- Przepraszam cię Mistrzu, ale nie mogę przyjąć decyzji rady. Gniew jest tym, co buduje moją moc. – Mistrz spojrzał w głąb oczu ucznia. Wiedział, że były to ich ostatnie wspólne chwile.
Kolejny Jedi wytrenowany przez Artosa został wolnym strzelcem, przez co Rada postanowiła zbadać całą tę sprawę, podchodząc do wszystkiego z należytym dystansem.
Rozdział 2
Dwadzieścia lat wcześniej
Piasek na planecie Tatooin rozciągał się praktycznie wszędzie. Mimo to wielu ludzi postanowiło się tu osiedlić, założyć gospodarstwa, żyć z dnia na dzień. Dla nich była to kolejna zwyczajna misja. Artos ciągle bacznie obserwował Sanesa, lecz ten nie drgnął ani razu. Nic nie było w stanie wyciągnąć dopiero co upieczonego Jedi z amoku przypływu mocy. Mistrz widział już coś podobnego u swego ucznia nieraz, ale tym razem dało się wyczuć w jego duszy więcej myśli niż tylko jedną skupioną na samej mocy. To sprawiło, że Artos musiał zapytać:
- Co cię trapi, młody przyjacielu?
- Widzisz Mistrzu, tu wszystko ma swoje zadanie: jedni pracują, drudzy kradną, trzeci przemycają - Sanes uśmiechnął się nieco szyderczo do swojego byłego Mistrza i z powagą obserwował jego zachowanie. Miał już w końcu 24 lata, ale jego wygląd wskazywał na więcej, gdyż blisko dwa metry wzrostu, długie kręcone, rude włosy i broda zawinięta w kucyk, czyniły z niego osobę przez wielu dostrzeganą jako Mistrz Jedi.
- Nie rozumiem. Co masz na myśli? - dla Artosa liczyły się wartości Jedi, słowa wypowiedziane przez ucznia nie miały nic wspólnego z tym, co mu przekazał w czasie długoletnich treningów.
- Czemu nie możemy wykorzystać mocy dla naszych celów? Ciągle tylko dobro Republiki, wolności i podobne ideały, gdzie w tym wszystkim my? - pytanie o tyle dziwne, że wypowiedziane przez Jedi. Artos zinterpretował jednak, że cel młodzieńca to otrzymanie teoretycznej wypowiedzi, a nie potakiwanie.
- Bo my stanowimy prawo, wolność i wszystkie ideały. Moc jest tym, co czyni nas sprawiedliwymi i powinniśmy być z tego dumni - z wrodzoną mądrością Artos cudem uniknął bardzo dziwnej rozmowy.
- No tak - niezadowolony, jednak pewny tego, że już więcej nie warto zamęczać Mistrza pytaniami, Sanes odwrócił głowę w stronę okna śmigacza, którym właśnie podążali do osady Blaixa. Śmigacz ten był w stanie pomieścić cztery osoby, a jego karoseria wskazywała na to, że poruszają się nim ważne osobistości. Był cały czarny, pięknie wykończony, a fotele oraz tapicerka w jego wnętrzu były wykonane z prawdziwej skóry. Przestrzeń między nimi a kierowcą została oddzielona czarną, elektrycznie przesuwaną szybą, co stanowiło jeszcze większą wygodę.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Artos, po czym obydwaj Jedi opuścili pojazd.
Sanes pierwszy raz w życiu spojrzał na osadę Blaixa i naszło go zastanowienie, jak ktoś taki jak Blaix stworzył tak obłędnie przepiękne miejsce. Przemytnik ogrodził się wysokim metalowym płotem, w środku znajdowało się prawdziwe i tętniące życiem miasto, zaś w samym jego centrum stał zamek, w którym mieszkał Blaix.
Jedi przekroczyli bramę miasta, lecz w pewnej chwili, tuż w pobliżu zamku, zatrzymała ich gwardia złożona z pięciu robotów bojowych; obydwaj rycerze wyczuli kłopoty.
- Czym zawdzięczamy wizytę tak dostojnych gości - dowódca robotów przywitał Jedi cyfrowym głosem.
- Przyszliśmy aresztować Blaixa. Wasz opór jest zbędny. - Artos badał sytuację - z każdą chwilą czuł, że walka to jedyne możliwe dla niej rozwiązanie.
Jeden z robotów wyszeptał coś do nadajnika, po czym wszystkie inne wyciągnęły blastery. Rycerze Jedi nie zastanawiali się długo nad tym, co mają robić i niemal równocześnie sięgnęli po swoje miecze; otworzyły się one z charakterystycznym dźwiękiem. Miecz Sanesa rozbłysnął błękitnym „płomieniem”, a Artosa białym. Mieli już niejedną walkę za sobą i każdy z nich wiedział, jak się bronić i skutecznie atakować.
Sanes dostrzegł po prawej stronie od wejścia stos drewnianych skrzynek. Doskoczył do nich jednym susem, jednocześnie odbijając pociągnięciem miecza dwa strzały z blasterów; zrykoszetowały trafiając robota z nadajnikiem, który upadł na piaszczysty grunt – z jego trzewi wydobywały się trzaski oraz dym. Artos popatrzył za uczniem, równocześnie robiąc przewrót w bok. Zakurzyło się, ale nie przeszkadzało mu to. Podniósł się, wystawił miecz przed siebie i robiąc krok do przodu przeciągnął nim po szyi robota; tak samo jak wcześniejszy opadł na ziemię. Nie czekając na kolejne strzały pozostałej trójki, odwrócił się bokiem do nich, wyprostował rękę z mieczem tak, że tworzyły linię prostą i robiąc krótki rozbieg pchnął nim w głowę najbliższego napastnika. Siła ciosu była tak duża, że „płomień’ przebił na wylot „czaszkę” robota, zahaczając jeszcze „skroń” drugiego. Artos wyszarpnął broń i obydwaj trafieni dołączyli do kompanów na ziemi. Został ostatni, który ostrzeliwał z blastera Sanesa skrytego za skrzyniami.
Były uczeń Artosa chciał pomóc Mistrzowi, ale w pewnym momencie dostrzegł Blaixa obserwującego całą walkę zza okna zamku wyglądającego niczym w pełni oszklona piramida. Już ruszał do Artosa, aby wykończyć ostatniego z robotów, kiedy usłyszał w głowie słowa bliżej nieokreślonego Mistrza Jedi:
„Przybyłeś tutaj, by zdobyć kolejny tytuł, Mistrzu Sanes. Zabij Artosa, a przekonasz się czym jest prawdziwa moc.”
- Nie! – odkrzyknął w stronę okna. Sam nie wiedział dlaczego akurat tam, ale nie to było teraz ważne. Musiał zakończyć tę walkę, a nie stać jak tchórz za zaczynającymi się palić skrzynkami.
Wytężył wszystkie siły i wyskoczył w górę. Odbił się od najwyższej położonej ze skrzynek, która pękła pod wypływem jego ciężaru. Zrobił fikołka w powietrzu, wystawił miecz przed siebie i jednym, solidnym cięciem rozpołowił ostatniego z robotów; o ułamek sekundy ubiegł Mistrza.
- Co się z tobą działo? – spytał Artos opuszczając miecz świetlny w dół. – Musimy walczyć!
- Tak, Mistrzu – odrzekł Sanes w momencie, w którym z frontowych drzwi wybiegła druga fala robotów.
Zanim zaczęli ciąć je na pół Sanes spojrzał w okno, aby zauważyć Blaixa szczerzącego kły w wilczym uśmiechu.
Kilka minut wystarczyło, aby Jedi pozbyli się straży gospodarza. Szczątki robotów leżały tuż przy wejściu do zamku, a niektóre z odciętych, metalowych kończyn podrygiwały jeszcze w ostatnich spazmach. Normalnie, gdyby nie chwilowe otępienie Sanesa, walka skończyłaby się znacznie szybciej. Jednak, na szczęście, bez problemów poradzili sobie z napastnikami i teraz mogli zająć się ich szefem.
Wchodząc do zamku Sanes znowu spojrzał w okno, aby tym razem nikogo tam nie dostrzec.
Po wejściu do środka zdziwili się tym, że Blaix czekał na nich na dole z rękoma uniesionymi w górę. Ciągle się uśmiechał, a w jego oczach błąkały się drobne iskierki wyrażające przebiegłość.
- Toż to sam Artos, Mistrz Jedi, i jego uczeń. Moc w tobie duża chłopcze, a może raczej Sanes. – Blaix przywitał ich jak długo oczekiwanych gości, choć w jego słowach pobrzmiewała nuta ironii. W końcu wiedział po co Jedi przybyli do jego miasta. Poddanie się w takiej sytuacji było według przemytnika mniejszym złem. Wolał nie ryzykować swojego majątku, ani zdrowia niewolników.
Artos nie mógł znieść takiej postawy Blaixa i uderzył go z ogromną siłą tak, że ten położył się na granitowej podłodze i nie był w stanie wydobyć z siebie już żadnego słowa. Sanes pierwszy raz widział tak zdenerwowanego Mistrza – pierwszy raz czuł przypływ złej mocy w jego duszy, ale wolał o nic nie pytać.
Jedi oraz ich więzień opuścili Tatooin…
Rozdział 3
Cień sprawiedliwości
- Zatem chcesz powiedzieć, że rycerze, których trenowałeś sami wybrali ścieżkę swojego życia? - warknął coraz bardziej nakręcony prokurator.
- Tak, ja im wpajałem jedynie wartości Jedi - Artos obserwował zachowanie wszystkich Przysięgłych. Do tej pory sala, w której odbywają się posiedzenia Senatu Starej Republiki wydawała mu się obcym miejscem. Jednak od czasu, kiedy rozpoczęła się ta cała afera z Mironem i Sanesem był tu częstym gościem.
- Co rozumiesz przez wartości Jedi? - prokurator zadał kolejne pytanie. - Może walkę, a może koncentrację mocy? - uzupełnił.
- A czym jest walka jeśli nie koncentracją mocy - stwierdził Mistrz. - Myślałem, że będzie Pan lepiej przygotowany prokuratorze - uśmiechnął się do starszego mężczyzny pełniącego rolę oskarżyciela.
- A ja myślałem, że w tej sprawie to Pan jest oskarżonym - prokurator szybko odparował atak, przełykając przy tym ślinę.
- Nie kłóćmy się, Mistrzowie. Moc nami pokierować musi, tylko mocą uniewinnić przyjaciela możemy - wtrącił lekko podenerwowany Yoda siedzący dwa miejsca za Artosem.
- Opowiedz nam w takim razie o Sanesie - prokurator starał się wydobyć z Artosa jak najwięcej informacji.
- Sanes był dobrym przyjacielem, Rycerzem Jedi najwyższej klasy. Ja sam pokładałem w nim ogromne nadzieje, aż do misji na Tatooin.
- Co takiego wydarzyło się na Tatooin? - oskarżyciel chciał poznać kolejne istotne fakty.
- Była to jedna z normalnych misji, mieliśmy aresztować i przetransportować na Coruscant przemytnika o imieniu Blaix. Od początku wiedziałem, że coś może pójść nie tak, dlatego że człowiek ten brał kiedyś szkolenia Jedi i jedynym, co dzieliło go od tytułu Rycerza była ostatnia próba.
- Taka sama jaką niedawno przeszedł Miron? - prokurator uparcie dążył do celu.
- Taka sam, czy mogę kontynuować? - Artos rozglądnął się po sali gdzie wszyscy bacznie obserwowali każdy jego ruch.
- Proszę bardzo - prokurator skinieniem ręki dał jakiś tajemniczy znak dla Sędziego.
- Sanes w pewnej chwili zdradził, pomógł przemytnikowi opuścić statek, którym go transportowaliśmy i odleciał razem z nim.
- Czy nie mógł go Pan powstrzymać? - prokurator znów atakował pytaniami.
- Nie, zanim zareagowałem Sanes przeciął moją skórę mieczem świetlnym, cudem uniknąłem śmierci - odparował zdeterminowany całą tą rozmową Mistrz Jedi. Kropelka potu zatańczyła na jego czole, ale starał się uniknąć choćby lekkiego zdenerwowania.
- Podsumowując, uważa Pan, że to nie była Pańska wina? - pytanie słuszne, tyle, że w ustach prokuratora na takiej sprawie może być prowokacją.
- Tak - jednym słowem Artos wywołał "milion" szeptów na sali.
- A Miron, go także ktoś skłonił do zerwania z Zakonem? - zaczęło się od początku, tym razem chodziło o osobę ostatniego ucznia.
- Myśli Pan, że ma rację, co? Miron nie mógł pogodzić się z własnym brakiem samodzielności.
- Co Jedi rozumie przez brak samodzielności? - kolejne ważne dla oskarżyciela pytanie.
- Nie wszyscy Rycerze Jedi są gotowi samodzielnie wykonywać misje. Znamy wiele przypadków, kiedy były Mistrz i jego były uczeń pozostają partnerami. Miron nie był w stanie pogodzić się z czymś takim.
- Czyli po części chodziło o Pańską osobę? - działania prokuratora skłoniły Mistrza Jedi do głębszych przemyśleń.
"A może on ma rację" - jedna myśl przebiegła przez głowę Artosa.
"Słuszności on nie ma, mój Padawanie" - Artos usłyszał w głowie głos Yody i to było mocnym powodem, aby zeznawać dalej.
- To mało prawdopodobne. Moc w chłopcu była zbyt wielka, garnął się do samotnej walki i własnych osiągnięć. Z tym nie mógł się pogodzić, a nie z moją osobą.
- Dziękuję, nie mam więcej pytań - prokurator skłonił się do Przysięgłych, a później do samego Sędziego. Ten wstał ze swojego fotela i wyszedł naradzić się z Radą Starej Republiki, Przysięgłymi i Radą Jedi.
Zielone światło nad fotelem Sędziego oznaczało trwającą naradę, Artos bacznie obserwował jego barwę i gdy tylko zamigotało czerwonym kolorem, Jedi wiedział, że wyrok jest bliski. Do sali rozpraw wszedł najpierw Sędzia, za nim szli Radni Starej Republiki, Przysięgli, a nam samym końcu sznurka wyżej postawionych kroczyli skupieni w sobie Rycerze Jedi, starający się powstrzymać od przypływów myśli, które Mistrz mógłby bez problemu odczytać.
- Rozpatrzyliśmy dokładnie sprawę Mistrzu Artos i uważamy, że jesteś niewinny - rozpoczął Sędzia. - Jednak Jedi trenować już nie będziesz, zostaniesz przydzielony do misji na Isolarin - kończył już nieco bardziej posępnym głosem.
Kolejna kropla potu spłynęła z twarzy Artosa, miał on minę skupioną, ale jednocześnie nieco bardziej smutną niż zwykle. Treningi jakie odbył w swoim życiu razem z Sanesem i Mironem były najlepszymi wspomnieniami jakie miał. Teraz ze względu na wyrok sądu musi to zamienić na walkę o powiększenie wpływów Starej Republiki.
Rozdział 4
Duch przeszłości
Isolarin, wodna planeta zamieszkała przez rasę Isolrianinów. Piękno tego miejsca mogło nie tyle zapierać dech w piersiach, co powalić na ziemię osobę, która pierwszy raz się tu znalazła. Mistrz Artos przechadzał się wzdłuż rzeki, podziwiał każdy kolejny kamień w jej wnętrzu, wodę bez skazy, ryby czerpiące z niej chęć życia i innych żołnierzy rozbijających obóz na jej drugim brzegu.
- O czym myślisz? - usłyszał cieniutki głosik, głosik tak prosty w rozpoznaniu, że Mistrz nie musiał używać mocy, aby przekonać się kto skrada się za jego plecami. Był to Chimeran, dowódca Czwartego Dywizjonu Wojsk Republikańskich. Reprezentował on ten sam gatunek co Yoda, zatem wyglądał bardzo podobnie do Mistrza Jedi. Artos nie jeden raz zastanawiał się do jakiego gatunku należą ci osobnicy, ponieważ w całym swym życiu poznał on jedynie Yodę i Chimerana.
- Pięknie tu, prawda? - odparł zachwycony widokiem krystalicznej wody Jedi.
- Tak, Yoda kiedyś mi mówił o tej planecie, podobno Isolrianie mieszkają gdzieś pod wodą kryjąc się w ten sposób przed potencjalnym wrogiem. Wykorzystując ich nieobecność na powierzchni Galaktyczni Piraci przejęli pełną kontrolę nad planetą - dowódca w praktyce podsumował cel ich pobytu na Isolarin; przejęcie planety jest bardzo istotne dla Republiki, która planuje w ten sposób wzmocnić swoją pozycję w galaktyce.
- Pewnie tak, Mistrz Yoda wie wiele - Artos odwrócił się w stronę obozu gdzie wojownicy różnych ras w bardzo szybkim tempie ustawiali kolejne namioty, sondy oraz rozwijali siatkę maskującą ich obecność na planecie. - Z jakiej rasy się wywodzicie, ty i Yoda? - sprytnie włączył do wypowiedzi pytanie.
- Starczy już rozmów, Mistrzu. Myślę, że lepiej będzie jeśli pomożemy im przy obozie - speszony Chimeran, nie zważając na pytanie przyjaciela, szybkim jak na swój wzrost chodem przeszedł most i już po chwili można było zauważyć, jak uruchamia on jedno z urządzeń maskujących.
"Ciekawe" - pomyślał Jedi, po czym sam ruszył w stronę nerwowo krzątających się żołnierzy.
Przy jednym z namiotów stało dwóch żołnierzy rasy ludzkiej wymieniających spostrzeżenia na temat wojny:
- To Jedi - rzucił niepewnym głosem jeden z nich. - Potrafi zabić zanim ty dowiesz się o jego obecności - kontynuował z błyskiem w oku.
- Naprawdę? - drugi włączył się do konwersacji z prostym pytaniem, które po sarkastycznym tonie głosu można równie dobrze uznać jako stwierdzenie.
Artos stał jakieś trzy metry od nich i rozstawiał następny namiot. Nie miał więc problemu z usłyszeniem tego, co mówili. Po chwili Jedi skończył i ruszył przywitać się z żołnierzami.
- Nazywam się Artos, a wy? - podając rękę pierwszemu liczył na jakąkolwiek odpowiedź.
- Jaa, jeessstemm... - ten nawet nie skończył ze zdenerwowania, kiedy drugi, pewniejszy siebie, uścisnął dłoń Jedi:
- Ja jestem Marx z Coruscant, a to Jase Skywalker.
- Ciekawe, Skywalker, czy my się nie znamy? - Artos zmarszczył brwi, po czym myślami wybiegł w przeszłość szukając miejsca, gdzie wcześniej mógł spotkać kogoś o takim nazwisku.
- Mój brat jest Jedi - odrzekł już nieco mniej zdenerwowany żołnierz.
- Ach tak, walczył pod dowództwem admirała Lutersa - teraz Mistrz Jedi wiedział skąd zna Skywalkera. Kiedyś ramię w ramię pokonali wojska Galaktycznych Piratów, jeszcze zanim zaczął trenować Sanesa.
- Jak on ma na imię? - Artos cały czas próbował przypomnieć sobie Rycerza Jedi, którego miał na myśli, ale coś blokowało tą myśl w jego głowie.
- Jax, Jax Skywalker proszę Pana - żołnierz uśmiechnął się, po czym odmaszerował zarejestrować się w dowództwie, zrobił to także jego kolega.
"Skywalker, strzeż się Mistrzu tego nazwiska" - Artos usłyszał głos w głowie. "Kim jesteś?" - zapytał tajemniczego Jedi próbującego nawiązać z nim kontakt. "Nie pamiętasz, twój uczeń" - głos odpowiedział z taką siłą, że Jedi poczuł się, jakby jego głowę rozsadzało tysiące dźwięków jednocześnie. "Wiem gdzie jesteś, idę tam" - dopowiedział głos, kończąc tym samym wymianę mocy.
Po chwili piękne, błękitne niebo przykrył ogromny statek przypominający balon podróżny. Wylądował on naprzeciw obozowiska Czwartego Dywizjonu, a z jego wnętrza wyłoniły się dwie sylwetki. Artos wiedział dokładnie z kim ma doczynienia i nie zważając na konsekwencje ruszył sam stawić czoła przeciwnikowi. Biegł tak szybko, że już po upływie niecałej minuty stanął naprzeciw wrogów.
- Szybki jak zwykle. Jak tam rany, Mistrzu? - Sanes z uśmiechem na twarzy powitał byłego mentora.
- Miło, że się troszczysz. Jak tam szkolenie, Mistrzu Sanes - Artos nieco sarkastycznie przywitał dawnego przyjaciela. Obserwował przy tym ich ruchy, zarówno Sanesa jak i Blaixa.
- Co was sprowadza? - rzekł w stronę przemytnika.
- Podpisaliśmy kontrakt z Galaktycznymi Piratami - Blaix podobnie jak jego przeciwnik wodził wzrokiem po każdej część miejsca, w którym się aktualnie znajdowali. - W zamian za usunięcie waszych wojsk z planety oferują sto sztabek złota - uśmiech nie znikał z twarzy przemytnika ani na chwilę.
- Chcecie to zrobić we dwóch? - Artos nadal bacznie badał sytuację.
- Dwóch Jedi przeciw jednemu staremu Mistrzowi i kilkoma żołnierzami, myślę, że to ma sens - Blaix nie mógł już wytrzymać, wyjął swój miecz świetlny i uruchomił go szybkim ruchem, po nim Sanes otworzył swoje ostrze.
- Twoja kolej, Mistrzu - były uczeń czekał na tę walkę od wielu lat.
Artos nie zastanawiając się uruchomił swoją broń. Ku zdziwieniu przeciwników, Jedi zamiast standardowego miecza świetlnego miał miecz o dwóch przeciwległych ostrzach.
- Imponujące, Mistrzu. Wiedziałem, że czymś mnie zaskoczysz - Sanes starał się wyprowadzić Artosa z równowagi, nie było to jednak tak proste, jak mu się wydawało. Od czasu, kiedy niespodziewanie został przez niego ugodzony, Jedi trenował wszystkie dostępne zmysły.
- Gadanie, zacznijmy walczyć. – Blaix wyciągnął prawą rękę do przodu, po czym ruchem dłoni zasugerował Artosowi pierwszeństwo ataku.
Ten nie tracąc czasu podbiegł i uderzył w miecz Blaixa, który zatrzymał cios bez większego problemu. Sanes dołączył się do walki. Potyczka z dwoma przeciwnikami, którzy przeszli szkolenie Jedi nie była łatwa. Pomimo wieloletniego doświadczenia Artos wiedział, że trudno będzie mu ich pokonać. Nie tracąc więcej czasu na zbędne rozmyślania odparował uderzenie byłego ucznia, a następnie przemytnika. Zrobił przewrót w tył, zanurzając nogi w płytkiej rzece, której wody szumiały cicho tuż za nim.
Poczuł jak stopy zalewa mu przyjemny chód, po czym wskoczył na najbliższy kamień; był śliski, ale można było się na nim utrzymać. Blaix z Sanesem wymienili ukradkowe spojrzenia, jakby naradzali się nad czymś w myślach. Zanim Artos zdążył wyprostować miecz obydwaj znaleźli się w rzece. Jeden stanął na kamieniu po prawej stronie Mistrza Jedi, a drugi po lewej.
Pierwszy cios wyprowadził Sanes – było to silne, poprzeczne cięcie. Artos sparował uderzenie jedną z końcówek miecza, aby zaraz obrócić się i odeprzeć atak Blaixa. Zachwiał się przy tym, ale na szczęcie udało mu się utrzymać równowagę. Czuł jak serce drży mu w piersi, a pot pokrywa czoło. Wykonując kolejne uderzenia miał pewność, że stanie na zwilgotniałym kamieniu nie przyniesie mu większego pożytku. Prędzej lub później wywróciłby się, albo któryś z przeciwników okazałby się szybszy i tak skończyłoby się jego bycie Mistrzem Jedi.
Artos zrobił głęboki wdech, obrócił się na pięcie i pięknym wyskokiem w górę uniknął jednoczesnego ataku napastników. Gdy opadał obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni pochylając głowę do przodu. Ponownie znalazł się w wodzie, lecz poza zasięgiem ciosów przeciwników. Nie czekając na ich reakcje wyskoczył na drugi brzeg.
Akurat w tym momencie pojawili się żołnierze Czwartego Dywizjonu. Blaix zeskoczył z kamienia i stanął naprzeciwko nich, a Sanes przedostał się na tę samą stronę, co Artos.
- My się nim zajmiemy! – krzyknął Chimeran wskazując na przemytnika.
Mistrz Jedi skinął głową, ponieważ w chwili obecnej i tak nie mógłby im pomóc. Musiał wszystko zostawić losowi. Tymczasem czekała go walka ze swoim dawnym uczniem, którego co gorsza kiedyś uważał za przyjaciela. Palcem prawej dłoni przełączył tryb miecza świetlnego, dzięki czemu uzyskał normalne, pojedyncze „ostrze”.
- Z przyjemnością patrzę na waszą klęskę, Mistrzu – rzekł Sanes, pokazując ręką żołnierzy nie mogących poradzić sobie z jednym przeciwnikiem. Blaix skakał z miejsca w miejsce, odbijał ich strzały, ciął, uderzał pięścią, a nawet używał mocy do odpychania. – Skończysz tak samo jak oni – kontynuował, próbując wyprowadzić Jedi z równowagi. – Masz jeszcze szansę, możesz pójść z nami. – Spoglądał na twarz byłego Mistrza, która była skupiona i niezmienna niczym skała.
- Co się z tobą stało, Sanes? Przecież kiedyś byliśmy przyjaciółmi, a teraz sztabki złota są dla ciebie ważniejsze – powiedział Artos prostując ramię z mieczem.
- Po prostu zmieniło się moje podejście. Nudziło mnie pomagania innym. Chciałem w końcu zrobić coś dla siebie, aby godnie żyć i skończyć z tym bezsensownym bytem osiłka na posyłki. – Sanes także wyprostował ramię z mieczem tak, że obydwa „ostrza” niemal stykały się ze sobą.
Dawny przyjaciel i uczeń Artosa zaatakował pierwszy. Trudno było mu znieść napięcie, jakie towarzyszyło kamiennemu obliczu Mistrza. Jedi osłonił się przed ciosem, po czym wykonał coś na kształt piruetu, jednocześnie zginając nogi w kolanach. Jego celem było podbrzusze Sanesa, ale ten zdążył się osłonić.
Ich walce towarzyszył szum pobliskiej rzeki, krzyki umierających bądź rannych żołnierzy, a także charakterystyczne buczenie trwających w zwarciu mieczy świetlnych. Artos chciał skończyć to jak najszybciej, ponieważ Chimeran potrzebował pomocy. Jednak potyczka była wyrównana i mimo wymiany licznych ciosów oraz uników żaden z nich nie mógł pokonać drugiego.
- Wiedzę, że trenowałeś, Mistrzu – Sanes ciągle starał się odwrócić czymś uwagę Artosa.
- Ty także. Gratuluje – Jedi nie poddawał się tak łatwo.
Po krótkiej wymianie zdań walczyli nadal. Każde kolejne uderzenie niosło ze sobą rozbłysk mieczy świetlnych. W pewnym momencie Artos usłyszał krzyk protestu Chimerana, odwrócił głowę w tamtym kierunku i to był jego błąd, ponieważ wtedy Sanes wytrącił miecz z dłoni Mistrza, złapał go w locie, kopnął w pierś Artosa i tworząc nożyce z dwóch „ostrzy” przyłożył je do jego szyi.
- Co ty na to? – Sanes zapytał leżącego.
Artos nawet nie zdążył otworzyć ust, kiedy usłyszał jadący w ich stronę pojazd. Nie był to jednak śmigacz, a prawdziwy motocykl z dawnej ery, który jadąc wzbijał w powietrze tumany kurzu. Motor zatrzymał się tuż obok Blaixa, a opadająca chmura odsłoniła niezwykle piękną, młodą kobietę rasy ludzkiej o blond włosach, łagodnych rysach i piwnych oczach. Artos, z trudem łapiąc powietrze, dostrzegł znajdujący się przy jej prawym udzie miecz świetlny. Zaraz potem otworzyła go odpierając atak przemytnika, który zachwiał się i upadł obok drgającego jeszcze ciała jednego z żołnierzy. Dziewczyna, nie zważając na podnoszącego się Blaixa, wbiła bieg i przeskoczyła motorem na drugi brzeg rzeki, lądując tuż obok zdziwionego tą sytuacją Sanesa.
- Kim jesteś? – zapytał, zdejmując przy tym miecze z szyi Artosa.
Po chwili ciszy tajemnicza wojowniczka Jedi zeskoczyła z motocykla i uderzyła w pierś Sanesa, zostawiając na niej czarny ślad po cięciu. Ten próbował się bronić za pomocą dwóch mieczy świetlnych, ale nie miał żadnej szansy. Rana nie była głęboka, ale ból skutecznie utrudniał mu walkę, przez co szybko skapitulował.
- Wynoś się stąd i zabierz ze sobą to ścierwo! – krzyknęła dziewczyna wskazując przechodzącego przez rzekę Blaixa. – W przeciwnym razie pokaże wam na co naprawdę mnie stać.
- Masz szczęście, Artosie. Jeszcze się spotkamy i to szybciej niż ci się wydaje. – Sanes popatrzył na dawnego Mistrza usiłującego wstać. Wiedział, że zwyciężył w walce, lecz nie zaspokoił chęci zabicia Jedi. Spojrzał w oczy idącego Blaixa i widząc w nich spokój wstał, po czym dołączył do niego. Przemytnik miał już inny pomysł na pozbycie się Artosa, lecz na razie postanowił oddalić się z tej planety. Zapłatę i tak dostaną, a nie warto było dodatkowo narażać się na rany, które mogła zadać nieznajoma.
- Pomóc ci, Mistrzu Jedi? – zapytała dziewczyna.
- Tak, przydałoby się.
Wojowniczka podała mu dłoń. Artos wstał i zobaczył, iż wszyscy żołnierze Czwartego Dywizjonu nie żyją. Poczuł jak za serce łapie go skurcz bólu. Następnie dostrzegł odlatujący statek przemytnika oraz poruszające się ciało Chimerana.
- Musimy mu pomóc. – Oparł się o dopiero co poznaną kobietę. Ruszyli w stronę miejsca, gdzie przed momentem odbyła się walka całego Czwartego Dywizjonu z Blaixem.
Chimeran leżał obok zwłok innego żołnierza, którego przemytnik pozbawił głowy oraz końcówki lewej ręki. Mały wojownik stracił dużo krwi i wiedział, że jego czas dobiega końca. Z tego powodu postanowił powiedzieć prawdę przyjacielowi. Kiedy tylko Artos, oraz pomagająca mu nieznajoma, znaleźli się obok niego zaczął mówić:
- Ja i Yoda jesteśmy… - nie skończył. Śmierć zabrała go zbyt szybko.
Artos uczynił dziwny znak na czole przyjaciela, uklęknął nad jego ciałem i po chwili zastanowienia odwrócił się do swojej towarzyszki.
- Jesteś Jedi? – spytał.
- Nie, ale trenowałam.
- Jak to? – Mistrz chciał wiedzieć wszystko o tak zdolnej osobie. Znał w życiu wielu Jedi, ale nigdy nie widział, aby ktoś aż tak potrafił skoncentrować moc na sobie.
- Trenował mnie Mistrz Skylo, jeden z byłych Jedi Republiki. – Zagadka powoli rozwiązywała się, gdyż wojowniczka okazała się ostatnią uczennicą Mistrza Skylo – jednego z najwybitniejszych Jedi, jacy żyli w Starej Republice.
- Musimy lecieć na Coruscant. Przedstawię cię Mistrzowi Yodzie. – Artos wypowiedział ostatnie słowa z coraz większą słabością.
- Tak… - usłyszał, po czym stracił przytomność.
Rozdział 5
Powrót Mistrza
Pierwszy raz znalazła się w takim miejscu. Owalne pomieszczenie Sali Głównej wydawało jej się być czymś bardzo dziwnym, mrocznym i niosącym za sobą o wiele więcej niż podejmowane tu decyzje.
- Zatem, nazywasz się Salena? - zwrócił się do niej Aron.
- Tak, Salena Matrick, proszę Pana - odpowiedziała.
- Co chęć ci dało, aby przyjść aż do samej Rady Jedi? - zapytał Yoda.
- Przyjaciel mówił, że mogę ukończyć oficjalną próbę i zostać rycerzem - ruszyła głową spoglądając na skupionego Artosa.
- Czy chodzi ci o Mistrza Artosa? - zwrócił się do niej Marles.
- Tak, dokładnie o niego - skierowała uśmiech, dając tym samym znak Artosowi.
- Myślę, że dziewczyna powinna przejść próbę Jedi. Trenował ją sam Mistrz Skylo - spoglądając na Yodę Artosa cały czas gnębiło to samo pytanie: "Co Chimeran chciał przekazać mi umierając?".
- Pierwsze testy dobrze wypadły. Wojowniczka moc ma stabilną, lecz decyzję tę pozostawić nam musisz, Mistrzu - rzekł Yoda, odwrócił się w prawą stronę i szepnął coś Aronowi na ucho.
- Tak, szanuję wszystkie decyzję Rady, aby pozostać neutralnym poczekam tu razem z Saleną - Jedi wiedział, że aby nie wywołać kolejnego procesu sądowego musi unikać sytuacji takich jak ta.
- Rozumiem. Naradzić się iść musimy, cieszy mnie twa otwartość, Mistrzu - Yoda powiadomił o postanowieniu charakterystycznym głosem i wraz z innymi Jedi ruszył do sali prywatnych narad Rady Jedi.
- Myślisz, że mi się uda? - Salena jeszcze nie mogła uwierzyć, że Rada Jedi może dać jej szansę na oficjalne ukończenie szkolenia.
- Tak - Artos uśmiechnął się, po czym jakby przestał myśleć przez następne dziesięć minut. Nic nie docierało do Mistrza, był on tak skupiony, że w pewnej chwili Salenie wydawało się, iż przestał oddychać.
Zanim jeszcze Mistrzowie Jedi wrócili z narady w głowie Artosa pojawił się dźwięk przypominający tłuczone szkło. Dźwięk ten był tak silny, że wybudził Mistrza z amoku towarzyszącego przypływowi mocy. Jedi się nie mylił, do Sali Głównej przez zniszczone okna wdarli się Galaktyczni Piraci, musieli być dobrze zorganizowani skoro doszli aż tu.
- Salena, co tu się stało? – wyrwany z amoku Mistrz zwrócił się do wojowniczki z pytaniem.
- Nie wiem, ale musimy się bronić - odpowiedziała, wyjmując przy tym swój miecz świetlny.
- Witam, Mistrz Artos jak się domyślam, a to musi być Salena - dowódca grupy Galaktycznych Piratów starał się pozyskać cenny czas, co Artos wyczuł. Po kolei obserwował każdego pirata i zauważył, iż jest to zwykły szwadron piechoty, nie ma wśród nich żadnych niemiłych niespodzianek. Wszyscy ubrani byli w czarne kombinezony, a na oczach mieli okulary, dzięki którym mogli dostrzec postać znajdującą się za jakimś innym obiektem oraz widzieć w ciemności.
- Salena, oni coś knują - rzucił Artos uruchamiając jednocześnie miecz świetlny.
Walka z Galaktycznymi Piratami polegała głównie na unikaniu strzałów z blasterów. Po sparowaniu kilku świetlistych „pocisków” Artos przypomniał sobie inną, podobną potyczkę. Unikając ognia przeciwników wspominał, jak razem z Sanesem walczyli z droidami przed zamkiem Blaixa. Wspomnienie było bolesne, ponieważ po tamtym wydarzeniu przestali być przyjaciółmi. Minęło już tyle lat, a Artos nadal nie potrafił zrozumieć decyzji dawnego ucznia…
Niestety, obecnie nie miał już na to wpływu i pozostawało walczyć z nowym przeciwnikiem, z innym uczniem u boku. Pochylił się lekko do przodu, wykonując jednocześnie pchnięcie w przód. Najbliższy z Galaktycznych Piratów dostał w ramie, z którego wypadł blaster. Artos nie czekał na zachętę i wyprowadził kolejny cios pozbawiając napastnika ręki. Obrócił się, aby zobaczyć naprzeciwko siebie następnego Pirata, który celuje w niego. Nie minęła chwila, a świetlisty „pocisk” leciał w stronę Jedi. Automatycznie sparował go mieczem świetlnym, a ten przeleciał obok walczącej Saleny trafiając w ścianę.
Artos podskoczył do ostrzeliwującego go Galaktycznego Pirata, uniósł miecz nad głowę, po czym opuścił w dół. „Ostrze” przecięło kask Pirata zagłębiając się w jego głowie. Jedi nie musiał długo czekać na efekt, ponieważ w chwilę później przeciwnik upadł na posadzkę, drgając w przedśmiertnych spazmach.
Mistrz wydobył z powrotem miecz; zrobił to akurat w momencie, gdy z Sali Narad wyszli pozostali Jedi zaalarmowani hałasami. Kilkadziesiąt sekund wystarczyło na to, aby rycerze poradzili sobie z Piratami. Widok był co najmniej emocjonujący, gdyż rzadko widywało się Jedi walczących w takiej ilości. Mistrzowie, a także Salena, imponowali wyszkoleniem: skakali z miejsca w miejsce, odbijali się od ścian, równocześnie odparowując pociski z blasterów. Najbardziej imponujący widok zafundował wszystkim Yoda, który wykorzystując moc uniósł jednocześnie dwóch przeciwników i rzucił nimi przez całą Główną Sale w kierunku okna; obydwaj wypadli z krzykami na ustach.
Gdy walka się skończyła przy życiu został tylko dowódca oddziału. Chował się za jednym z foteli, próbując nawiązać z kimś kontakt. Artos z Saleną za plecami podszedł do niego, przystawił mu miecz blisko szyi i zapytał:
- Ilu was jest na Coruscant? Z kim współpracujecie?
- Nie powiem – odpowiedział Galaktyczny Pirat starając się odsunąć od „ostrza”. Artos kopniakiem sprawił, że dowódca rozłożył się na posadzce. Pomachał mu mieczem świetlnym przed oczami, po czym znowu umieścił go blisko szyi leżącego.
- Jeśli zależy ci na życiu, powiesz – Artos pochylił się nad Piratem i używając mocy zajrzał mu głęboko w oczy.
- Kilka dywizjonów. Przejęliśmy wasze najważniejsze ośrodki obrony. Jest z nimi dwóch Jedi przemytników - teraz już nic nie stanowiło dla Mistrza tajemnicy, wraz z nim na Coruscant przybyli Galaktyczni Piraci, Blaix i Sanes. Być może to ich oczekiwał ten oddział.
- Co robimy? - Aron nie mógł wytrzymać ze zdenerwowania.
- Odzyskać musimy części planety utracone i powiadomić innych Jedi w misjach udział biorących - Yoda starał się zachować spokój, utrata Coruscant byłaby jednak zbyt dużą stratą dla Starej Republiki.
- Mylisz się, Mistrzu - z cienia głównego wejścia wyłonił się Blaix, tuż za nim szedł Sanes spoglądając po kolei na wszystkich Mistrzów Jedi.
Yoda uruchomił raz jeszcze swój miecz świetlny. Wolną dłonią, korzystając z mocy, odepchnął przeciwnika w stronę drzwi do Sali Narad. „Mały” Mistrz skinął ręką i drzwi otworzyły się. Bezwładny Blaix niemal wleciał do pomieszczenia obok, a Yoda doskoczył do niego. Drzwi zamknęły się za nimi i Yoda pozostał sam na sam z przemytnikiem tytułującym się Mistrzem Jedi. W Sali Głównej stanęli naprzeciwko siebie Sanes i czwórka wojowników: Marles, Aron, Artos i Salena. Wszyscy ze skupieniem spoglądali na siebie, czekając na najmniejszy ruch przeciwnika. Jedi nie atakowali, ponieważ czuli przypływ nieznanej mocy gromadzącej się w duszy byłego ucznia Artosa. Sanes był tak szybki, że nie zdążyli nawet zauważyć ruchu jego ręki, którą rozsunął drugie drzwi w Sali Głównej, które prowadziły do prywatnych pomieszczeń Mistrzów Jedi. Artos ze zdziwieniem patrzył jak Marles z Aronem „przelatują” do przylegającej sali, której drzwi zaraz się zatrzasnęły na elektryczne zasuwy uniemożliwiające otwarcie ich od środka. Został tylko Artos, Salena i Sanes.
- Znowu się spotykamy, wojowniczko. Co powiesz na tytuł Mistrza, maleńka? – mina Sanesa wskazywała na ogromną pewność siebie.
- Z tobą? Nigdy! – krzyknęła wciskając przycisk odpowiedzialny za rozwinięcie „ostrza”.
Sanes nie miał szans. Wiedział, że zaraz zza drzwi od Sali Narad wyłoni się Yoda i jego potyczka z Artosem zostanie przerwana. Jednak pomysł Blaixa dotyczący przybycia tutaj miał o tyle pozytywne skutki, że najprawdopodobniej przemytnik właśnie dokańczał żywota. Były Padawan Artosa walczył z całych sił z dwójką Jedi, czekając na Yodę wracającego z wygranej walki. Nie mylił się w swoich oczekiwaniach i po wymianie kilku ciosów z Saleną i Artosem drzwi rozsunęły się, a do Sali Głównej spokojnym krokiem wkroczył Yoda. Sanes upewnił się, spoglądając na widoczne w sali obok ciało Blaixa, że ten jest już martwy; z tego, co zauważył „Mały” Mistrz pozbawił go obydwu rąk oraz fragmentu głowy.
Yoda jednym ruchem ręki odblokował drugie drzwi i do sali wbiegli pozostali Mistrzowie. Byli gotowi walczyć z Sanesem, lecz ten wiedział, iż nie miałby z nimi najmniejszej szansy; przynajmniej na razie. Sanes, nie tracąc cennego czasu, podbiegł w stronę okna, za którym znajdował się czekający na niego statek. Jedi patrzyli w tamtym kierunku – wydawało się im, że widzą osobą pilotującą pojazd, a był nią… Miron.
- Mam ucznia, Mistrzowie. To dopiero początek – powiedział Sanes, po czym wyskoczył przez okno łapiąc się odlatującego pojazdu.
Ciąg dalszy nastąpi...
Serek
[ ziner4@wp.pl ]
Ogór
[ gaau@wp.pl ]
|