| |||||||
| poprzednie - spis treści - następne | | |||||||
Strona - 10 - Top Trendy 2006...
I NA CO TO KOMU? - Czyli koncert Trendy 2006Sobotni wieczór. Godzina dwudziesta. Upały wakacyjne tak jakby osłabły, termometry znów wskazują Średnią Wiosenną, ale na wszelki wypadek okna i balkonowe drzwi pozostają otwarte. Zasłony kołyszą się na wietrze, smagając lekko kocie futro. Kot ów, a raczej kotka, spoczywa spokojnie na pufie, w pozycji półhoryzontalnej(zwaną przez niektórych Pozycją Sfinksa). Delikatne światło zachodzącego słońca rozmywa się na pomarańczowej płachcie. Spoglądam na zegarek - jeszcze za wcześnie. Wiele długich minut musi jeszcze upłynąć, nim tarcza słoneczna schowa się potulnie za horyzont, zostawiając mieszkańców niewielkiego miasteczka sam na sam z "tajemniczą nocą" *. W poetyckiej atmosferze rozsiadam się wygodnie w fotelu, usuwając uprzednio pufę spod cielska masywnego futrzaka i umieszczając ją underneath my feet. Czaisz inglisz? Mówię do siebie, kontroluję się - w końcu dzisiaj ma być "trendy", tak więc wypadałoby przywlec Oksfordzki słownik na pobliską ławę i pozwolić mu spoczywać tam w pogotowiu. Niestety, przez wrodzoną próżność nie korzystam ze słowników(wyłączając malutki, żółty tomik, w którym i tak nigdy nie mogę znaleźć słowa, które mnie interesuje). By to szlag. Cóż, było nie było, słyszałem że Britannica również nie miała w swoich zasobach słowa "trendy" - ale to się zmieniło. Prawdopodobnie się zmieniło. Na pewno się zmieniło. Na pewno nie czuję się zbity z tropu - wyposażam się jedynie w butelkę wody, gitarę basową(dla zabicia czasu podczas przerw na reklamy) oraz Święty Spokój. Nie jestem pewien, dlaczego chcę marnować czas przed telewizorem, gapiąc się na festiwal, który obchodził mnie zawsze o tyle, o ile może kogoś obchodzić uschnięty liść na dachu luksusowej rezydencji na Thaiti(błąd rzeczowy: na dachach Thaitiańskich rezydencji, wykupionych przez białasów NIGDY nic nie usycha). Mamroczę coś pod nosem, a dotyczy to prawdopodobnie "kontroli jakości nowego, pardon, rynku muzycznego", albo "potrzeby bycia na bieżąco z całym tym... wydarzeniem". Staram się zapomnieć że na konkurencyjnym kanale zabawa o wiele przedniejsza, choć z roku na rok coraz mniej ciekawa, że kilka kabaretów na pewno nie zawiedzie... Ale w końcu powstrzymuję się, wrzucam piąty bieg ultranowoczesnego fotela[Ludwik XVI] na spółkę z szóstym kanałem niekoniecznie nowoczesnego, a z pewnością już nie "ultra" - telewizora. Się zaczyna. Kilka reklam, kilku sponsorów... Tradycyjne biadolenie, choć zaskoczył mnie brak jakiegokolwiek sensownego wstępu do imprezy. Ot, widzimy dumną i szumną Operę Leśną, rozświetloną jeszcze marnie, a dlaczego, a to już wiemy, po to właśnie był ten wstęp. Niebieska jest scena(będe teraz marudził niczym Strindberg w didaskaliach), w głębi siedzi sobie orkiestra pod batutą Zapomniałem Czyją, po lewej postument dla konferansjerów, nad sceną łukowate sklepienie, postindustrialny klimat pomieszany z kiczem lat '80, myslę tu o przedziwnym oświetleniu. Ciężko to opisać, a co tu opisywać, kiedy ni stąd ni zowąd na scenę wchrzania się banda górali spod Warszawy, czyli Zakopower i bez słowa odgrywają jeden, za to kompletnie bezpłciowy numer, żeby za chwilę zniknąć tak szybko, jak się pojawili. No dobrze, myślę sobie, nauczony doświadczeniem z "Trendów" sprzed kilku lat, za chwilę zobaczymy jakiegoś pajaca, potem kilku innych pajacy, potem kilka zespołów i fajrant. Jakież zdziwienie moje! Jakaż konsternacja! Koncert, ja myślę, młodzieżowy, a tu wita nas nie kto inny jak pani Krystynka Czubówna ze swoim niesamowitym, spontanicznym "loozem"! Niedobrze, myślę, niedobrze. Zastanawiam się, gdzie się podział ulubieniec salonów - Kubuś Wojewódzki... ale na odpowiedź długo czekać nie muszę, bo oto On Sam odzywa się z telebimu przeogromnego i z wyraźnym bólem w głosie mówi, że sprawy osobiste powstrzymały go od bycia gospodarzem dzisiejszej gali. Nadaje z jakiejś leśnej głuszy, niewykluczone więc, że spieszy mu się na szaszłyki. Ciężko zastąpić takiego konferansjera, tym bardziej boli mnie obecność Krysi, która pasuje do takich imprez jak śrubokręt do usypania niemowląt(pozdrawiamy Szymborską). Spodziewałem się Bałtroczyka - choć musieliby organizatorzy wybulić podwójną stawkę, opłaciłoby się. To facet, który potrafi rozruszać każdą publikę, wystarczy dać mu mikrofon. Ale zamiast Bałtroczyka na scenę wtacza się... nie, to określenie lepsze dla następnego pana... no więc wkracza na scenę kultowy już w niektórych kręgach pan Jachimek, czyli Jednooosobowy Kabaret Jachim Presents. Będzie luz? A gdzieżby tam, Jachim chce dorównać chyba pani Czubównie, na odważniejszy żart zdobywa się tylko czasami, a minę przybiera po żarcie taką, jakby spodziewał się nagłego nalotu Protossów. Choć fakt, kiedy rzecze coś o zaletach wysyłania esemesów, rozwiązuje mu się język i mówi, że najlepiej głosować na wszystkich, bo wtedy Polsat więcej zarobi. Brawa i za to. Lekko sztywniacką atmosferę rozluźniono zapowiedzią występów Wielkich Gwiazd(zaiste, mówili że Wielkich, a tak mówili pięknie, aż mi się wydawało że Pink Floyd tu zaraz zobaczę). Od razu, bez ceregieli, zapraszają na stage zreanimowanych diskopolowców tamtych, minionych - czyli lepszych - lat... grupę Bolter! Grupę, powiadam, a to przecież duet był tylko, wiadomo, ci od sławnego Daj Mi Tę Noc, ulubionego tekstu dresów-romantyków na punkt kulminacyjny każdej imprezy. Toteż ich dzisiejszy repertuar nie mógł od standardów odbiegać. Wchodzą, odwalają kawałek, wychodzą, nic specjalnego się nie dzieje, nic specjalnego się nie mówi, poza tonami wazeliny rzucanej w stronę wykonawców. Jachim zapowiada gościa następnego... a to nie kto inny, jak tylko sławny Michał Koterski, syn Marka, młody, obiecujący aktor, znamy go z dwoch ostatnich dzieł tatusia. I faktycznie, wtacza się, nie wchodzi, odgrywa pajaca, zachowuje się co najmniej dziwnie, ale widz nie może dostrzec, czy próbuje jakiejś taniej formy pastiszu, czy autentycznie ośmiesza się przed audiencją(od audience:))? Sam rozgryźć tego nie mogę, ani jego manierycznych wycieczek, ani komentarzy Jachimka, sprowadzających go niby to do parteru, takiej próby wykreowania atmosfery chaosu. Michał posuwa się nawet do śpiewania,(Niech Żyje Wolność) a Konferansjerstwo udaje, że program wymyka się spod kontroli(?). Doprawdy, nieodgadniony do dziś jest epizod Koterskiego, ale dość już o tym. Podział ról miał być od teraz jasny - Panowie zapowiadają trendowe gwiazdy, Czubówna zaś liże tyłki starym wyjadaczom. A żeby jeszcze przedłużyć rozpoczęcie imprezy, zapraszają na scenę Andrzeja Dąbrowskiego, którego występ ktoś postanowił poprzedzić ciekawą retrospekcją i "trendową" nawijką, dowiedzieć się mogliśmy więc, że pan Andrzej "na fristalju nie ma sobie równych" i "zajawkowo czuje dżez". Zajawkowo to ja bym chętnie komuś ZAPODAŁ kopa za takie anachronzimy. Ale dość już, przedłużam ten wstęp, byście poczuli się jak ja wtedy, zniecierpliwieni do granic ostateczności. Co może Dąbrowski? Do Zakochania Jeden Krok i wszystko jasne - hicior nad hiciory nie poszedł w zapomnienie, a pani Czubówna już zapowiada Część Właściwą. Koterski znów zaczyna się wygłupiać, Jachimek udaje, że nie wie o co mu chodzi. Zapamiętajcie to, bo nie będzie mi się chciało tego powtarzać - tak było przez cały koncert. Zaczyna ognista dziewczyna(phfrr) w rytmie reagge - Marika. Reagge? A gdzie tam, prędzej dancehall to wszystko przypomina, jedno jest pewne - to nie jest granie na dużą scenę. Ale Marika ratuje się jak może, w końcu ma to jakiś feeling, tyle że ten cały No, No, No przypominał raczej Janis Joplin i zawodzenia jej chórków. Łagodne, falujące granie, całkiem przyzwoita kapela w tle, ale trochę mało w tym wszystkim mocy... pani śpiewa o Sile Ognia, ale ja ognia nie czuję, na pożar się nie zanosi. To granie kameralne, da się wyczuć od razu, w zatłoczonym klubie w tłumie zjaranych rasta z pewnością wydobywa z ludzi pozytywne wibracje, ale tutaj... tutaj kiepsko. Pochwalę dobrze napisany i optymistyczny tekst tej drugiej pieśni, żeby przejść od razu do niejakiej Ani Szarmach. Co jak co, ale powinna sobie wymyślić jakiś pseudonim artystyczny, chyba że ma zamiar odśpiewywać hymny na stadionach. Ania zaczyna standardem I Believe I Can Fly... a ja w nic nie wierzę, nigdzie nie lecę, głębi nie ma, emocji nie ma, pani śpiewa sucho, bez wyrazu. Czysto, ale sucho, zaciągając się amerykańską manierą a'la Alicia Keys aż po czubki palców u nóg. "Absolwentka Wydziału jazzu i Muzyki Rozrywkowej" - to nigdy nie brzmiało dobrze, zwłaszcza w połączeniu z "tworzy muzykę z pogranicza soulu i nowoczesnych brzmień". Hamerykańsko aż do przesady, Take It Or Leave It wcale lepiej nie brzmi. Trzeba odetchnąć... Hmm, chociaż chórek ma dobry. Następni w kolejce to DNA & GAL, czyli zabawimy się w raperkę. Ale raperkę, okazuje się, całkiem wyrafinowaną. Gra kapela w tle, zero diżejów, wszystko jest jak trzeba, pan wychodzi z mikrofonem i jest wyraźnie rozdarty - melorecytować czy śpiewać? Próbuje jednego i drugiego na raz, w efekcie wychodzi mu komicznie... no, może nie komicznie, ale na pewno dziwnie. Całkiem przemyślane teksty, to znaczy, podbudowujące i napisane z konkretnym ZAMYSŁEM(nie, żebym robił aluzje do polskiego hiphopu :)), na przykład Móc Obudzić Świat - ale nieskładne, odrobinę gragfomańskie, a w dodtaku wyrecytowane bez uczucia. To znaczy, teoretycznie to ten pan wręcz płakał do mikrofonu, w praktyce zastanawiałem się, czy nie zacząć się śmiać. Chcą pojechać emocjonalnie, delikatnie pogrywa fortepian, słychać smyczek... ale czegoś tu za mało, za mało wyrazu w wyrazie(i przekazie, joł). Niby inne, niby nowatorskie nawet, bo nie przypomina 18 L, czy tym podobnych boysbandów, ale nie rusza. Kompletnie nie rusza[poza tym miałem niejasne wrażenie że gdzieś już te rzeczy słyszałem... sprawdźcie pod "Daab"]. Na szczeście sytuację przyszła uratować Maria Peszek. To, co zrobiła na nowej płycie to kawał porządnej muzyki, podejrzewam nawet, że któryś Waglewski maczał palce w aranżach... a te są staranne, bardzo konkretne i oszczędne. Linie wokalne cudownie koją, chilloutowo rozmywają się w przestrzeni dźwiękowej - Pieprzę Cię Miasto, śpiewa pani Peszek, a głosik to przecież tak łagodny, tak miękki, Bartosiewiczowy niemal.
|
Z taką gracją, z taką finezją przechodzi do Czarnego Worka i zmienia kreację, i reguluje tempo, i biega po scenie wyposażona w gwizdek, i daje szoł! Aktorsko, ciepłofalowo i sennomgielnie robi się w Operze Leśnej... ale zaraz pojawia się niejaka Sofa. zapowiadająca się szumnie jako konglomerat wielu stylów, rewolucyjną mieszankę i co tam komu jeszcze wpada do glowy po dwóch ćwiartkach "Sobieskiego". Mówią - Crazy, ale szaleć mi się nie chce. Faktycznie, zlewa się neo-soul, odrobina rocka, jakieś niesprecyzowane elektroniczne rytmy i może miałoby to sens, gdyby pani miała: po pierwsze, dykcję anglosaską poprawną, po drugie jakikolwiek głos. Ale barwa to nijaka, rozpływająca się pośród setek bliźniaczo jej podobnych. Sytuacji nie ratuje nawet dobre instrumentarium - tak czy siak nagłośnienie pozostawia wiele do życzenia(a jeśli nawet w TV nagłośnienie jest słabe, wolę nie myśleć jak to brzmiało na żywo). Many Stylez zaryczeli jeszcze, probując sięchwytać rapu. Odtwórcze, bezpłciowe, nudne. W tej sytuacji przychodzi Czubównie wywołać kolejną gwiazdę, Zawsze Trendy, czyli Sławę Przybylską. I teraz, drodzy czytelnicy, wpadam w szał bojowy. Zmanieryzowana do bólu diva na emeryturze, nie mogąca zaakceptować faktu, że jej pięć minut dawno minęło, paraduje po scenie i śpiewa Pamiętasz, Była Jesień. Scyzoryk się w kieszeni otwiera na widok całej tej fanfaronady, jaką próbuje urządzać, na ten cały nastrój, który probóuje wytworzyć... a potem, już otwarty, pała żądzą mordu, bo słyszy najzwyklejsze w świecie fałsze. I to fałsze okropne, fałsze zawodzące, obowiązkowo pod koniec każdego refrenu i tak już do końca. Sława próbuje wejść na wysokie tony, ale głos jej zgrzyta, zostaje na niskich i chrzani całą melodię. Ot, blask dawnych gwiazd. W ekspressowym tempie znika, zostawiając miejsce dla Haliny Kunickiej. O, myślę sobie, optymistyczniej będzie. Faktycznie, okazało się, że pani nie straciła nic z dawnego wigoru, nie stylizuje się na Edith Piaf tylko po ludzku, przyzwoicie śpiewa. Niech No Tylko Zakwitną Jabłonie, Co Się Nażyłam... temperatura w sam raz, głos w dobrej formie... i oczywiście musi być zonk. Słyszę kilka pierwszych taktów Orkiestr Dętych, uśmiecham się na wspomnienie tego kawałka, aż tu nagle pani Halina recytuje początek i... mówi wszystkim "dobranoc". No pięknie po prostu, ciekaw jestem czemu służył taki zabieg? Jeśli w gestii tego koncertu leży edukacja młodzieży w dziedzinie "stare przeboje muzyi rozrywkowej", czemu nie pozwala im się poznać tego, świetnego przecież, kawałka w pełnej krasie? Na pewno w Operze Leśnej siedzą i ci, którzy nigdy go na uszy nie słyszeli. Owszem, była u pani lekka manierka, lecz w porownaniu z Przybylską to tylko "kokieteria". Kto tam nastepny? O, rockowe przedstawicielstwo się zjawiło. Nazywa się B.E.T.H., a ich wokalista ma złamaną rękę, co uniemożliwia mu pełen full wypas szpan koszulką Floydów z okładką "Division Bell". Nazywa się B.E.T.H., a mogłoby się nazywać "Perfect". I to bez cienia przesady - Polski brzmi nutka w nutkę Perfectowo, dawno nie słyszałem tak udanego klonu. Te same bluesrockowe fascynacje brzmieniem Stonesów i te same linie wokalne... i barwa głosu, zupełnie jakby klon Markowskiego. Kawałek bardzo dobry - bo Perfectowy. A przecież Perfect złej muzyki nie gra. Otwórz Oczy brzmiało już bardziej po ichniemu, ale tak czy siak muzyka to potwornie, potwornie odtwórcza. Tyle, że żywa odrobinę i faktycznie mało kompromisowa, jeśli chodzi o trendowe trendy. Jeśli ktoś nie wierzy w to, co mówię, lub zna Perfect jedynie z Autobiografii czy Niepokonanych, proszę zapuścić sobie na przykład Bla, Bla, Bla, albo A Kysz-Biała Mysz. Ale co tam się będę przejmować... przerwa reklamowa mija szybciej, za chwilę znów rozsiadam się w fotelu(jako że dotąd nudzę się strasznie, gitara moja nie zaznaje odpoczynku). I oto kolejna pani o ciekawym nazwisku... Lidia Kopania[w dodatku pochodzi z miasta, z którym wiążą mnie niemiłe wspomnienia - Koluszek]? Ciśnie mi się na usta coś uszczypliwego, ale powstrzymuję się mimo wszystko. Znów standard, tym razem jedna z nielicznych lubianych przez mnie kompozycji Abby, The Winner Takes It All. Słucham, słucham, a tu porażka na całej linii, zero wyrazu, kawałek dosłownie obrzezano, wycięto nawet niezbędne partie klawiszy w refrenie, ładna ballada zmienia się w niestrawną papkę. Pomijając fatalną angielszczyznę pani Kopani(musiałem), utwory raziły jakąś dziwną pretensjonalnością. Sleep z wyrazistym refrenem byłby dobrym materiałem na hicior, gdyby nie położyło go właśnie fatalne wykonanie. Może lepiej niech sprzedadzą ten kawałek siostrzyczkom z Sistars, one przynajmniej wiedzą, jak zrobić przebój. Otrząsam się, znów przerwa na konfernasjerkę, psioczę na nagłośnienie, bo nie mogę usłyszeć linii basu, co odrobinę psuje mi zabawę. Spodziewać mogę się w tej chwili wszystkiego, ale jak na złośc, tego się nie spodziewam. A konkretnie pana Edwarda Hulewicza, zdziadziałego "rockmana" lat dawno minionych, który zasłynął hiciorkiem Za Zdrowie Pań. No i faktycznie, błyszczy jak złoto - w czarnych, skórzanych ciuchach i fioletowych okularkach, przechwalając się że nagrał nową płytę. "Rockową!!!", mówi z nieukrywanym entuzjazmem, zaczynam się bać, że za chwilę wrzaśnie coś w stylu "rock is not dead", "rockman", ja pardon... Pieśń, którą wykonał, znają wszyscy, od morza do Tatr, a że pan Edzio wygląda jakby pomyliły mu się epoki i kontynenty, to rzecz zgoła oczywista. Ale nie marudzi, tylko kulturalnie "uprząta się" ze sceny, by oddać ją młodej Monice Urlik. I robi się funkująco, sekcja dęta tnie aż miło, grają Think, a mnie się wydaje, że faktycznie, jest w tym jakaś energia. Czuję duch Jamesa Browna, gdzieś między nutami słychać tę samą moc, ale jakby przygaszoną, jakby lekko stłumioną, specjalnie na potrzeby Trendów wysterylizowaną i poddaną obróbce... I zastanawiam się, na ile to wina brzmienia, a na ile samych muzyków, w każdym razie, jakkolwiek ten cały funk nie był za mało funkowaty, dało się odczuć, że coś tu żyje. Że coś tam naprawdę się porusza, choć nie zmusza do nieustannego tupania nogą i nie wyzwala Dzikości Serca(pozdrawiamy Lyncha). Żyje więc, ale jakby na kredyt. W trakcie nieco wolniejszego Time After Time, odkrywam przyczynę: owszem, ma pani całkiem dobre możliwości, ma pani feeling do tej muzyki, ale oprócz tych jakże cennych atrybutów ma pani również niesamowicie typową, najmniej wyrazistą z możliwych barwę głosu. I nijak ta barwa z tą muzyką nie gra, choć stara się, ja to widzę. Widzę tez naturalność, jakąś spontaniczność, pani się po prostu na zły festiwal wpakowała. Ale było-minęło, koncert powoli dobiega końca, a przynajmniej jego konkursowa część. Na scenę wkraczają tak właściwie już weterani i laureaci zbyt wielu przeglądów, by ich obecność tutaj mogła się wydawać uzasadniona - Kombajn Do Zbierania Kur Po Wioskach. Tego grania nie trzeba raczej nikomu przedstawiać, ale daje się zauważyć, że są tu niejako na prawach gościa specjalnego - grają tylko jeden utwór. Za to jaki - ukochane przez audiencję, britpowowe Połączenia! I niby wszystko jest jak trzeba, gdyby nie jeden mankament: pan wokalista. Rzuca się po scenie jak opętany, dosłownie, miota się jak w amoku, tupie, krzyczy, przewraca się, wstaje, innymi słowy - robi wszystko to, co Angus Young wyczynia, kiedy ma w rękach gitarę. On jednak trzyma jedynie mikrofon, a i to niepewnie, bo chwieje się na statywie, to znów statyw masakruje... i nie rozumiem takiej nadekspresji w tym średnio ekspresyjnym przecież kawałku, a wkurza mnie rzecz dobitnie, bo przez całą tę zadyszkę panu wychodzą fałsze. Może nabrał ochoty na eksperyment w stylu Bjork, ja nie wiem. W każdym razie w warstwie czysto muzycznej nic nie szwankuje, a ja czuję się usatysfakcjonowany na tyle, na ile mogę się czuć(czyli w ogóle). To ostatni uczestnik oficjalnej części, teraz z drżeniem rąk czekam na następną "gwiazdę zawsze-trendy", ale uspokaja mnie Krysia Czubówna, zapraszając na scenę Manaam. A że ta kapela to klasa sama w sobie, o tym mówić nie trzeba. Odświeżenie składu przed kilku laty dobrze jej zrobiło, ale widać nigdy nie mogą się obyć bez ogranego Kocham Cię, Kochanie Moje, czy nadmiernie eksploatowanego ostatnio Głęboko W Sercu. Zaczynają jednak rockowo - Paranoja Jest Goła. I dobrze. Muzycy nieźle się zaaklimatyzowali, widać to szczególnie po Yaninie, który nie szczędzi wściekłch, gitarowych solówek, obficie przyprawionych jazzem i szaleje z instrumentem jak Cobain, niesamowicie kontrastując z posągową pozą Jackowskiego. Nie robi mu różnicy, jaki kawałek jest akualnie grany - szaleje i już. Jest spontaniczny, jest prawdziwy, jest profesjonalistą. I za to go lubię. Kora? Kora jak zwykle, może mniej manieryzmu ostatnio jej się trzyma. Żeby wykopsać towarzystwo na dobre spod dachu Opery Leśnej, set rozpoczyna Bajm. Mają szczęście, udaje im się zagrać wszystkie trzy utwory, które lubię(czyli Biała Armia, Nie Ma Wody Na Pustyni i O Tobie), w tym drugim nawet lekko mieszają w aranżacji... ale potem skutecznie zmuszają mnie do wyłączenia telewizora - lecą Noc Po Długim Dniu i Mysli I Słowa. Nie trawię Kozidrak, wciąż nie mogę na nią patrzeć, staram się odwracać wzrok od ekranu, byle tylko uniknąć konfrontacji z tą pulchną buźką i w ogóle całym tym jestestwem... W końcu, wyczerpany i wściekły na siebie za czerpanie masochistycznej przyjemności z oglądania tegoż koncertu, uwalam się na wyrko. Z rączkami na kołderce, bo tak czy siak wszystko mi po tym widowisku oklapło(tak, to miał byc ten kontrowersyjny moment, który zapewni mi sławę). I na co to komu, te umizgi wieczne, to wdupęwłażenie, to trendowanie na siłę, to promowanie tandety na tandecie? I po co komu kolejny festiwal, który można o kant tyłka rozbić, po co, po co, po co? Zadaję sobie to pytanie od kiedy pierwszy raz zorganizowano przedsięwzięcie i dalej nie rozumiem. O ile koncert gwiazd topowych, tak, to pojmuję, tak, to mi się logiczne wydaje - takie kapele lubią grać w Tivi, poza tym okazja to jedna z niewielu w roku co by spotkać się i zorganizować megabibę za kulisami, nie udawajmy hipokrytów, wiadomo co artyści lubią, niejedne takie kulisy już odwiedziłem - to całe to debiutowanie młodych szajserskich bandów równie dobrze mogłoby się odbywać tam, gdzie promuje się inne szajserskie bandy. Premiery w Opolu, Debiuty w Sopocie, wszystkie te Big Stary, Węgorzewa(a niech się Polszmat kopsnie i zrobi transmisję, bronią im?), Woodstocki... Jest gdzie grać, jest gdzie mordę drzeć, jest gdzie łechtać swoje ego. No, może poza tymi dwoma ostatnimi, najwyżej B.E.T.H. by się nań złapało. Idea w stylu "muzyka łączy pokolenia", szczytna i piękna, ale jako IDEA, litości, jakim cudem można się brać za realizowanie tego w praktyce? W dodatku w tak szmirowatym wydaniu, tak czy siak każda gwiazda sprzed lat popisała się zaledwie jednym songiem, który nażelowana młodzież zwyczajnie sobie olała. Rozumiałbym spend kilkunastu zespołów z wyrównaniem proporcji, integrację na zasadzie wspólnego wykonywania swoich kawałków, albo coverowania, przearanżowywania, rozkładania, przekładania... i ogólnie GRANIA. Grania, które ma być impulsem do wspólnej ZABAWY, lub chociaż dostarczać jakichkolwiek PRZEŻYĆ. Te trzy wielkoczcionkowe słowa, będące dla fanów prawdziwej muzyki tym, czym dla prawdziwych chrześcijan są "Wiara, Nadzieja, Miłość", niech będą krzykiem niespełnienia, tęsknotą za nieobecnym, epitafium dla całej tej naszej pieprzonej sceny popularnej. A teraz, dzieci kochane, pocałujmy misia w dupę.
*) kto by pomyślał, że to z Szekspira. Dialog Benwolia i Merkucja w "Romeo I Julii", sceny i aktu nie pamiętam, przekład Paszkowskiego.
Autor:Obywatel (obywatelsix@o2.pl) | ||||||
| | poprzednie - spis treści - następne | | |||||||
|
Grafika i teksty tutaj zawarte nie mogą być kopiowane i używane w wszelkiej
formie bez zgody ich autorów. Wszelkie prawa Zastrzeżone! Copyright: Layout & GFX: Urimourn (urimourn@vp.pl) | |||||||