Życie jest cudownym zlepkiem niespodzianek. Czasami mogą one przyprawić
człowieka o ból głowy, czasami rozweselić, a czasami skierować wprost w jego
dłonie ciekawą książkę, którą wchłonie w kilka dłuższych wieczorów. Tak właśnie
było z "Trzema towarzyszami".
Aż wstyd się przyznać przed milionami czytelników (a jakże!), ale nie znałem
Remarque’a zbyt dobrze. Ba! Nie znałem go w ogóle. Gdyby ktoś jeszcze z miesiąc
temu podszedł do mnie i zapytał, czy kojarzę tego pisarza, z pewnością
odpowiedziałbym przykrym uśmiechem. Jak wspomniałem, życie potrafi często
spłatać człowiekowi figla i tak się złożyło, że obejrzałem w telewizji film pod
tytułem "Na zachodzie bez zmian". Opowiadał on o losach żołnierzy będących
marnymi pionkami na szachownicy wojny pozycyjnej. W istocie straszliwe rzeczy
działy się wtedy na froncie. Pozycyjny sposób prowadzenia walki cechował się
ogromnym cierpieniem żołnierzy. Atak, obrona, atak, obrona. Przesiadywanie w
okopach, czekanie na wroga, a potem straszne szarże na rozhuczane karabiny
nieprzyjaciela w szaleńczym kontrataku. Podczas oglądania filmu kilka razy przez
moją głowę przebiegła jednak urocza myśl - świetnie napisany scenariusz,
uwielbiam narrację pierwszoosobową w filmach, a jeszcze lepiej, gdy jest to film
wojenny. Po prostu dzieło sztuki. Ciekawe, kto jest autorem...
Tak to jednak bywa, że film się skończył, napisów końcowych nie oglądałem i
nadal nie wiedziałem, kto napisał ten świetny scenariusz. Z pomocą przyszła mi
jednak Gazeta Wyborcza (bodajże z Sylwestra), którą znalazłem sprzątając pokój.
Uwierzycie? Przeglądam sobie ten jakże ciekawy noworoczny numer, w którym pełno
dobrych felietonów i nagle rzuca mi się w oczy tytuł kolejnego artykułu w dziale
Literatura. "Remarque, kronikarz uchodźców", czytam dalej podtytuł - "(...)
Remarque stał się pisarzem kultowym w czasach, gdy to pojęcie jeszcze nie
istniało." Takie teksty zmuszają ludzi do refleksji. Trzeba by się w końcu nieco
podciągnąć z literatury światowej i przeczytać coś niemieckiego autora. Jak to
zwykle w takich przypadkach bywało, z pomocą od razu przyszła (może nie
dosłownie, ale jednak ;p) moja biblioteczka. Długo nie musiałem szukać. Mała,
niepozorna książeczka, chociaż dosyć gruba (ok.730 stron) rzuciła mi się od razu
w oczy. Otworzyłem ją bez wahania i od razu zacząłem czytać.
Po tygodniu była już przeczytana i odłożona na miejsce. Przyznacie, że w czasie
ostatnich zaliczeń czerwcowych nie jest to słaby wynik.. ;p Trzeba jednak
napisać recenzję, żeby kult Remarque trwał do dnia dzisiejszego.
Zacznijmy od początku. Może nie od fabuły, bo o niej później, ale od stylu
pisania, bo to chyba on jest najważniejszy w całym tym cyrku. Styl Remarque`a
jest ciężki do scharakteryzowania. Jeśli miałbym go krótko opisać, to czytając
"Trzech towarzyszy" miałem wrażenie, jakbym czytał książkę napisaną po
obejrzeniu filmu. Nie tyle wydawało mi się, że czytam scenariusz, ale bardziej,
że czytam książkę na podstawie filmu. Po prostu autor włączył film i z wielką
łatwością przelewania obrazów na papier oddał czytelnikom cały film na kilkuset
papierowych stronach. Myślę, że popularność niemieckiego pisarza wywołana jest
właśnie tą wspaniałą cechą. Bez przeszkód pracuje wyobraźnia, dobierani są
odpowiedni aktorzy, czasami nawet w tle daje się usłyszeć muzykę, wyczuć zapach,
odnaleźć klimat tamtych lat i to wszystko na zwykłych kartach papieru. Doprawdy,
dawno się z czymś takim nie spotkałem.
Trzeba uczciwie przyznać, że styl autora cechuje jakiś dziwny powiew romantyzmu.
Przeczytałem w wyżej wymienionym artykule, że Remarque miał wielki urok
osobisty, którym w mistrzowski sposób radził sobie głównie z kobietami. Po
przeczytaniu jego książki, zdaje mi się, że mając tak duży zasób słów, taką
łatwość opowiadania o wydarzeniach, taką płynność pisania i przede wszystkim
jasność przekazu, był on swego czasu prawdziwą gwiazdą salonów. Nie
przesadzał z bogactwem, złożoną składnią czy kolorowaniem wypowiedzi (co
przeszkadza niektórym w np. "Blaszanym Bębenku" G. Grassa), nie pisał
lakonicznie, bez ubarwienia, sucho i prostolinijnie (co ostatnio miałem okazję
obserwować w „Biesiadzie Widm” - nie polecam ;/), znalazł po prostu złoty
środek, dzięki któremu stał się pisarzem ogólnie znanym i szanowanym, a poza tym
wszędzie doskonale rozumianym.

|
|
|
|
|
Drei Kameraden |
|
|
literatura współczesna zagraniczna |
|
| |
|
|
 |
|
|
"Trzech towarzyszy" na przykład bez problemu można polecić tak kobietom
(wątek miłości do Pat), jak i mężczyznom (motyw warsztatu samochodowego). Muszę
przyznać, że dla mnie wszystko jest w tej książce doskonale wyważone. Pamiętacie
może „Doktora Pascala” Zoli? Przez cały czas miłość dwójki bohaterów. ;p Mniej
wrażliwym czytelnikom zbiera się na wymioty, dobra końcówka, ale to już chyba
nie czas na zmianę wizerunku dzieła. U niemieckiego pisarza obserwujemy coś
zupełnie innego.
Głównych wątków nie jest zbyt dużo - w sumie dwa główne - miłości i paczki
trzech przyjaciół, jeszcze z czasów wojny, którzy po zakończeniu walk układają
sobie od nowa życie i zajmują się swoją wielką pasją - motoryzacją. W "Trzech
towarzyszach" obserwujemy relację między zgranymi, rozumiejącymi się bez słów
przyjaciółmi, a nową osobą dołączającą do ich grupy. Czytając książkę miałem
pewne obawy. Ile to już razy widziałem w filmach podobne sceny? Kilku
przyjaciół, zjawia się dziewczyna, koniec przyjaźni, jakieś zabójstwo itepe. ;p
Erich Maria bez szwanku dla czytelnika poprowadził losy bohaterów, dlatego
czytelnik ogląda ten film po raz pierwszy, a nie odgaduje kolejne posunięcia
autora - "gdzieś chyba widziałem coś podobnego..."
Dużym plusem książki i zarazem elementem, który najbardziej lubię, są doskonałe
kwestie bohaterów. Wśród nich sporo jest uniwersalnych cytatów, którymi można
rzucić zaarówno w towarzystwie wyjątkowo poważnym i przy tym nieźle zabłysnąć
znajomością literatury, jak i w luźnej rozmowie z kumplami na ławce w parku. Nie
brakuje bowiem momentów bardzo dowcipnych. Przeważnie, gdy główny bohater
podróżuje po różnych barach, jego rozmowy z napotkanymi osobami są bardzo
śmieszne. Może nie całe, ale pojedyncze sekwencje nadają się do rubryki "Cytaty"
w Książkach. Mam nadzieję, że niedługo się tam znajdą - o ile będę miał czas je
przepisać. ;p
Podsumowanie pisze się jakby samo. Co mogę teraz napisać, po tych wszystkich
pozytywnych słowach powyżej? Że książka jest słaba? Zakończenie beznadziejne?
Ślimaczki są niefajne (pozdrawiam)? Przecież to byłoby bardzo nie fair.
Czytajcie Remarque, niech trwa jego kult. Niech trwa kult nowego romantyzmu.
np. Louis Armstrong - "What a Wonderful World", "Fly Me To the Moon", "Dream A
Little Dream Of Me". ;*
ps. W cytatach małe urywki książki - myślę, że to dobry pomysł, by do każdej
zrecenzowanej książki dołączać kilka cytatów. Można choć trochę poznać styl
autora.
|