Październik 2006      


|:  RECENZJA  :|

Erich Maria Remarque - Trzej towarzysze
miekki

Życie jest cudownym zlepkiem niespodzianek. Czasami mogą one przyprawić człowieka o ból głowy, czasami rozweselić, a czasami skierować wprost w jego dłonie ciekawą książkę, którą wchłonie w kilka dłuższych wieczorów. Tak właśnie było z "Trzema towarzyszami".

Aż wstyd się przyznać przed milionami czytelników (a jakże!), ale nie znałem Remarque’a zbyt dobrze. Ba! Nie znałem go w ogóle. Gdyby ktoś jeszcze z miesiąc temu podszedł do mnie i zapytał, czy kojarzę tego pisarza, z pewnością odpowiedziałbym przykrym uśmiechem. Jak wspomniałem, życie potrafi często spłatać człowiekowi figla i tak się złożyło, że obejrzałem w telewizji film pod tytułem "Na zachodzie bez zmian". Opowiadał on o losach żołnierzy będących marnymi pionkami na szachownicy wojny pozycyjnej. W istocie straszliwe rzeczy działy się wtedy na froncie. Pozycyjny sposób prowadzenia walki cechował się ogromnym cierpieniem żołnierzy. Atak, obrona, atak, obrona. Przesiadywanie w okopach, czekanie na wroga, a potem straszne szarże na rozhuczane karabiny nieprzyjaciela w szaleńczym kontrataku. Podczas oglądania filmu kilka razy przez moją głowę przebiegła jednak urocza myśl - świetnie napisany scenariusz, uwielbiam narrację pierwszoosobową w filmach, a jeszcze lepiej, gdy jest to film wojenny. Po prostu dzieło sztuki. Ciekawe, kto jest autorem...

Tak to jednak bywa, że film się skończył, napisów końcowych nie oglądałem i nadal nie wiedziałem, kto napisał ten świetny scenariusz. Z pomocą przyszła mi jednak Gazeta Wyborcza (bodajże z Sylwestra), którą znalazłem sprzątając pokój. Uwierzycie? Przeglądam sobie ten jakże ciekawy noworoczny numer, w którym pełno dobrych felietonów i nagle rzuca mi się w oczy tytuł kolejnego artykułu w dziale Literatura. "Remarque, kronikarz uchodźców", czytam dalej podtytuł - "(...) Remarque stał się pisarzem kultowym w czasach, gdy to pojęcie jeszcze nie istniało." Takie teksty zmuszają ludzi do refleksji. Trzeba by się w końcu nieco podciągnąć z literatury światowej i przeczytać coś niemieckiego autora. Jak to zwykle w takich przypadkach bywało, z pomocą od razu przyszła (może nie dosłownie, ale jednak ;p) moja biblioteczka. Długo nie musiałem szukać. Mała, niepozorna książeczka, chociaż dosyć gruba (ok.730 stron) rzuciła mi się od razu w oczy. Otworzyłem ją bez wahania i od razu zacząłem czytać.

Po tygodniu była już przeczytana i odłożona na miejsce. Przyznacie, że w czasie ostatnich zaliczeń czerwcowych nie jest to słaby wynik.. ;p Trzeba jednak napisać recenzję, żeby kult Remarque trwał do dnia dzisiejszego.

Zacznijmy od początku. Może nie od fabuły, bo o niej później, ale od stylu pisania, bo to chyba on jest najważniejszy w całym tym cyrku. Styl Remarque`a jest ciężki do scharakteryzowania. Jeśli miałbym go krótko opisać, to czytając "Trzech towarzyszy" miałem wrażenie, jakbym czytał książkę napisaną po obejrzeniu filmu. Nie tyle wydawało mi się, że czytam scenariusz, ale bardziej, że czytam książkę na podstawie filmu. Po prostu autor włączył film i z wielką łatwością przelewania obrazów na papier oddał czytelnikom cały film na kilkuset papierowych stronach. Myślę, że popularność niemieckiego pisarza wywołana jest właśnie tą wspaniałą cechą. Bez przeszkód pracuje wyobraźnia, dobierani są odpowiedni aktorzy, czasami nawet w tle daje się usłyszeć muzykę, wyczuć zapach, odnaleźć klimat tamtych lat i to wszystko na zwykłych kartach papieru. Doprawdy, dawno się z czymś takim nie spotkałem.

Trzeba uczciwie przyznać, że styl autora cechuje jakiś dziwny powiew romantyzmu. Przeczytałem w wyżej wymienionym artykule, że Remarque miał wielki urok osobisty, którym w mistrzowski sposób radził sobie głównie z kobietami. Po przeczytaniu jego książki, zdaje mi się, że mając tak duży zasób słów, taką łatwość opowiadania o wydarzeniach, taką płynność pisania i przede wszystkim jasność przekazu, był on swego czasu prawdziwą gwiazdą salonów.  Nie przesadzał z bogactwem, złożoną składnią czy kolorowaniem wypowiedzi (co przeszkadza niektórym w np. "Blaszanym Bębenku" G. Grassa), nie pisał lakonicznie, bez ubarwienia, sucho i prostolinijnie (co ostatnio miałem okazję obserwować w „Biesiadzie Widm” - nie polecam ;/), znalazł po prostu złoty środek, dzięki któremu stał się pisarzem ogólnie znanym i szanowanym, a poza tym wszędzie doskonale rozumianym. 

  Drei Kameraden
  literatura współczesna zagraniczna
 

 

"Trzech towarzyszy" na przykład bez problemu można polecić tak kobietom (wątek miłości do Pat), jak i mężczyznom (motyw warsztatu samochodowego). Muszę przyznać, że dla mnie wszystko jest w tej książce doskonale wyważone. Pamiętacie może „Doktora Pascala” Zoli? Przez cały czas miłość dwójki bohaterów. ;p Mniej wrażliwym czytelnikom zbiera się na wymioty, dobra końcówka, ale to już chyba nie czas na zmianę wizerunku dzieła. U niemieckiego pisarza obserwujemy coś zupełnie innego.

Głównych wątków nie jest zbyt dużo - w sumie dwa główne - miłości i paczki trzech przyjaciół, jeszcze z czasów wojny, którzy po zakończeniu walk układają sobie od nowa życie i zajmują się swoją wielką pasją - motoryzacją. W "Trzech towarzyszach" obserwujemy relację między zgranymi, rozumiejącymi się bez słów przyjaciółmi, a nową osobą dołączającą do ich grupy. Czytając książkę miałem pewne obawy. Ile to już razy widziałem w filmach podobne sceny? Kilku przyjaciół, zjawia się dziewczyna, koniec przyjaźni, jakieś zabójstwo itepe. ;p Erich Maria bez szwanku dla czytelnika poprowadził losy bohaterów, dlatego czytelnik ogląda ten film po raz pierwszy, a nie odgaduje kolejne posunięcia autora - "gdzieś chyba widziałem coś podobnego..."

Dużym plusem książki i zarazem elementem, który najbardziej lubię, są doskonałe kwestie bohaterów. Wśród nich sporo jest uniwersalnych cytatów, którymi można rzucić zaarówno w towarzystwie wyjątkowo poważnym i przy tym nieźle zabłysnąć znajomością literatury, jak i w luźnej rozmowie z kumplami na ławce w parku. Nie brakuje bowiem momentów bardzo dowcipnych. Przeważnie, gdy główny bohater podróżuje po różnych barach, jego rozmowy z napotkanymi osobami są bardzo śmieszne. Może nie całe, ale pojedyncze sekwencje nadają się do rubryki "Cytaty" w Książkach. Mam nadzieję, że niedługo się tam znajdą - o ile będę miał czas je przepisać. ;p

Podsumowanie pisze się jakby samo. Co mogę teraz napisać, po tych wszystkich pozytywnych słowach powyżej? Że książka jest słaba? Zakończenie beznadziejne? Ślimaczki są niefajne (pozdrawiam)? Przecież to byłoby bardzo nie fair. Czytajcie Remarque, niech trwa jego kult. Niech trwa kult nowego romantyzmu.

np. Louis Armstrong - "What a Wonderful World", "Fly Me To the Moon", "Dream A Little Dream Of Me". ;*

ps. W cytatach małe urywki książki - myślę, że to dobry pomysł, by do każdej zrecenzowanej książki dołączać kilka cytatów. Można choć trochę poznać styl autora.

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!