Powieść „Deus Irae” zapowiadała się jako obrazoburczy, antyreligijny traktat
wyśmiewający zarówno wszystko, co boskie jak i ludzi w owe boskości wierzących i
zapewne tak by się stało, gdyby autorzy byli zaślepionymi, chcącymi wzbudzić
kontrowersje Mojżeszami niewiary. Jednak dwóch czołowych amerykańskich pisarzy
science fiction, jak przystało na wielkich twórców, wznieśli się ponad wszelkie
podziały i, mimo swych ateistycznych poglądów, napisali pełną humoru, groteskową
wręcz książkę zmuszającą zarówno do śmiechu jak i interpretacji. Mówiąc o
autorach mam na myśli Philipa K. Dicka i Rogera Zelaznego, których twórczość
fanom fantastyki naukowej zapewne nie jest obca.
Tym razem niczym nieograniczona fantazja twórców „Deus Irae” przenosi czytelnika
do zniszczonego wojną jądrową świata, nad którym władzy nie sprawuje już nikt.
Ludzie mieszkają w małych społecznościach, a w jednej z nich obok zapomnianej
już częściowo religii chrześcijańskiej, prym wiedzie wiara w Boga Gniewu, czyli
Carletona Lufteufla- człowieka, który doprowadził do częściowego zniszczenia
świata. Urodzony bez rąk i nóg, genialny malarz Tibor McMasters, wyrusza ze swą
ukochaną krową w podróż, której celem ma być odnalezienie i namalowanie samego
Boga Gniewu, tytułowego Deus Irae.
Powieść pełna jest zupełnie pokręconych, groteskowych pomysłów – już samo
stwierdzenie, że ktoś bez rąk i nóg jest malarzem wydaje się być chore, podobnie
jak czczenie człowieka, który zniszczył świat – ale takie właśnie oryginalne
koncepty cechują twórczość Dicka i nie ma się co dziwić, bo przecież ten sam
autor (narkoman, alkoholik i paranoik) swego czasu dobitnie twierdził, że
Stanisław Lem nie istnieje (!!!).
Niestety bardzo wyraźnie rysuje się podział między stylami obu pisarzy, bowiem
bez większych problemów można odróżnić paranoidalne wręcz, wymagające
intelektualnego wysiłku fragmenty spisane przez Philipa K. Dicka, oraz
lekkostrawne, dowcipne i pozbawione już filozoficznych wywodów płody ręki Rogera
Zelaznego. Momentami irytujące jest przeskakiwanie od patetycznych, ciężkich
scen do niemal sielankowych, zabawnych zdarzeń, sprawia to, że książce brak
spójności i balansuje pomiędzy dwoma stylami.
|
|
|
|
|
Deus Irae |
|
|
science fiction |
|
|
brak |
|
|
 |
|
|
Zadziwiającą jest jednak zdolność twórców do kreowania nowego świata bez
zbędnych, przydługich opisów, tak męczących choćby w twórczości Tolkiena. Trzeba
również wspomnieć o ciekawie zarysowanych, barwnych postaciach występujących w
powieści.
„Deus Irae” zdecydowanie przeznaczone jest dla wąskiego kręgu odbiorców
lubującego się w odczytywaniu zawiłych metafor i mocnym wytężaniu szarych
komórek oraz wielbicieli raczej lżejszych postapokaliptycznych klimatów. Jako że
tych cech pogodzić nijak się nie da, fani gatunku momentami na pewno będą
zmęczeni kartkowaniem powieści. Mimo wszystko ciekawa to książka, okraszona
niebanalnymi przemyśleniami i kreująca bogaty, groteskowy świat niechlubnej
przyszłości.
|