Barnard Robert - Doskonała rodzinka
dan_daki
Wyobraźcie sobie, że macie taką oto matkę:
ufarbowaną na ognistą czerwień, chodzącą w tandetnej panterce, z niby-skórzaną
torebką (w rzeczywistości barwiony plastik), na niewyobrażalnie wysokich
szpilkach, a do tego z tapetą na twarzy - o grubości centymetra, jeśli nie
więcej. OK., ludzie mają dziwne guściki, powiecie, wystarczy spojrzeć na
Wiśniewskiego z Ich Troje. No dobrze, to sobie jeszcze do tego dodajcie takie
cechy charakteru, jak: ciężki dowcip, wrzaskliwość, wulgarność, wścibskość,
nadopiekuńczość, pragnienie kierowania waszym życiem w każdym calu, skłonność do
puszczania się z sąsiadami na lewo i prawo...
Już macie dość? A taka właśnie jest jedna z głównych bohaterek przedstawianej tu
książeczki, Lillian Hodsden, którą własne dzieci – synowie Brian i Gordon –
postanawiają najzwyklej w świecie sprzątnąć... Mają nawet perfekcyjnie ułożony
plan. Jednak gdy pewnego dnia bawią się w knajpie ze znajomymi, zostają
zawiadomieni, iż Lillian ktoś zamordował... Czyżby ubiegł ich człowiek, który
jeszcze bardziej nienawidził ich matki?! Śledztwo przeprowadza inspektor Dominik
McHale. I już tutaj to napiszę: idiota i osobnik ograniczony, jakich mało, dla
którego awans jest sprawą priorytetową, a nie odszukanie prawdziwego przestępcy.
Tak, dokładnie – zakończenie książki nie jest happy endem; gdy poznajemy finisz,
czujemy lekki niesmak...
Ale to nie stanowi wady książki. Wręcz przeciwnie! Barnard stwarza
niepowtarzalną, sugestywną atmosferę, akcję w jego powieści cechuje różnorodność
wątków i postaci, a rozwiązanie zagadki jest niespodzianką. Na tych 198 stronach
bez przerwy coś się dzieje, ciągle poznajemy skrywane dotychczas przez Lillian
fakty z życia rodziny Hodsdenów, ich koligacje, romanse i różnorakie grzeszki.
Szkoda, że autor nie jest zbyt znany w Polsce – w sumie ukazały się u nas tylko
niektóre jego powieści (nie ma wznowień) z bogatego dorobku: „Arystokraci mimo
woli”, „Kurtyna”, „Wdowa”, „Braterstwo krwi” i recenzowana właśnie „Doskonała
rodzinka”. Na zachodzie Barnarda porównuje się niejednokrotnie do Agaty Christie
i Dorothy Sayers. Zresztą, powołajmy się tutaj na Sunday Times: „Barnard to
niesamowita wyobraźnia. Przez cały czas nas zaskakuje.”
Ze względu na powyższe odczuwam ogromny żal do pani Beaty Maciejewskiej (przekład)
oraz do głównej redaktorki wydania i korektora w jednej osobie: Ireny Trochy.
Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, jest tłumaczenie tytułu – zgodnie z
oryginałem powinien on brzmieć „Śmierć idealnej matki”, polscy czytelnicy
otrzymali natomiast „Doskonałą rodzinkę”. Niby mały szczegół, ale jednak
irytujący, gdy się chce poszukać czegoś więcej o Barnardzie na zachodnich,
internetowych serwisach książkowych i nie można natrafić na niniejszą pozycję...
Ale to i tak drobiazg w porównaniu z tym, co teraz zacytuję.
Na kartach polskiego wydania możemy dowiedzieć się bowiem, że członkowie rodziny
Hodsdenów rzucali na siebie ukradkowe spojrzenia „z nad usmażonej przez Debbie
jajecznicy”, że – kilka stron dalej – wspomniana Debbie „nie mogłaby na to
przysiądz”, że torebka Lill miała kolor „czerowno-brązowy”, że McHale’owi „płacą
za wtykanie nosa w nieswoje sprawy”, że mąż Lillian, Fred, „wstał i powłucząc
nogami podszedł do drzwi”, by kilka stron dalej znów nimi „powłuczyć” w celu
podejścia do krzesła.

|
|
|
|
|
Death of the Perfect Mother |
|
|
Kryminał |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
Jednakże przedtem, 6 linijek wyżej, „czuł niepewność i flustrację”. Dodatkowo
Debbie w tej całej gmatwaninie ortograficznej stwierdza, że: „chciało mi się
żygać na jej widok”. Mi też się chciało rzygać, czytając to wszystko. A już
całkowicie, gdy w pewnych momentach Brian przemieniał się w niewyjaśnionych
okolicznościach w „mózg” (bo ten organ chyba właśnie oznacza angielskie słówko
„brain”?), w najlepszym zaś wypadku w „Brisana” (tego, czy owe słowo ma jakieś
znaczenie w angielskim, niestety już nie wiem – szczerze mówiąc, wolę nie
sprawdzać), a „krzepka postać Guy’a Fawcetta emanuowała tego ranka nieznaną
posępnością”. Sami przyznacie, jakież niewinne błędy... Nie, wcale nie
przeszkadzają w czytaniu i nie zabierają przyjemności płynącej z lektury tego
genialnego, bądź co bądź, kryminału. Ba! Czasami mogą nawet rozbawić – np.
stwierdzenie kochanka Lillian, pana Corby’ego, że nie mogli się pobrać, bo „przecież
oboje byliśmy zamężni”... Rozumiem, że ona była zamężna, ale on? O mamusiu...
Ogólnie rzecz ujmując, jakość tłumaczenia „Doskonałej rodzinki” można podsumować
trafną wypowiedzią Debbie: „Ale jeśli mówić o tym poważnie, na prawdę żal mi
go”. Amen.
Kończę już, bo jeszcze ogarnie mnie niebotyczna flustr... Tfu! Frustracja. Z
uwagi na przytoczony przeze mnie we fragmentach ortograficzny burdel z „Doskonałej
rodzinki”, postanowiłam wystawić dwie oceny, by nie krzywdzić świetnej książki z
powodu kiepskiego przekładu i korekty. Dlatego książka sama w sobie, za fabułę i
wartość rozrywkową, dostaje ode mnie punktów 8, natomiast polskie wydanie tylko
2 – przy czym 1 punkt za ładną okładkę (ze zgniataną w dłoni różą – niestety, w
necie nie mogłam jej znaleźć ;/ ), która trafiła w gusta me. Sayonara!
|