Październik 2006      


|:  RECENZJA  :|

Barnard Robert  - Doskonała rodzinka
dan_daki

Wyobraźcie sobie, że macie taką oto matkę: ufarbowaną na ognistą czerwień, chodzącą w tandetnej panterce, z niby-skórzaną torebką (w rzeczywistości barwiony plastik), na niewyobrażalnie wysokich szpilkach, a do tego z tapetą na twarzy - o grubości centymetra, jeśli nie więcej. OK., ludzie mają dziwne guściki, powiecie, wystarczy spojrzeć na Wiśniewskiego z Ich Troje. No dobrze, to sobie jeszcze do tego dodajcie takie cechy charakteru, jak: ciężki dowcip, wrzaskliwość, wulgarność, wścibskość, nadopiekuńczość, pragnienie kierowania waszym życiem w każdym calu, skłonność do puszczania się z sąsiadami na lewo i prawo...

Już macie dość? A taka właśnie jest jedna z głównych bohaterek przedstawianej tu książeczki, Lillian Hodsden, którą własne dzieci – synowie Brian i Gordon – postanawiają najzwyklej w świecie sprzątnąć... Mają nawet perfekcyjnie ułożony plan. Jednak gdy pewnego dnia bawią się w knajpie ze znajomymi, zostają zawiadomieni, iż Lillian ktoś zamordował... Czyżby ubiegł ich człowiek, który jeszcze bardziej nienawidził ich matki?! Śledztwo przeprowadza inspektor Dominik McHale. I już tutaj to napiszę: idiota i osobnik ograniczony, jakich mało, dla którego awans jest sprawą priorytetową, a nie odszukanie prawdziwego przestępcy. Tak, dokładnie – zakończenie książki nie jest happy endem; gdy poznajemy finisz, czujemy lekki niesmak...

Ale to nie stanowi wady książki. Wręcz przeciwnie! Barnard stwarza niepowtarzalną, sugestywną atmosferę, akcję w jego powieści cechuje różnorodność wątków i postaci, a rozwiązanie zagadki jest niespodzianką. Na tych 198 stronach bez przerwy coś się dzieje, ciągle poznajemy skrywane dotychczas przez Lillian fakty z życia rodziny Hodsdenów, ich koligacje, romanse i różnorakie grzeszki. Szkoda, że autor nie jest zbyt znany w Polsce – w sumie ukazały się u nas tylko niektóre jego powieści (nie ma wznowień) z bogatego dorobku: „Arystokraci mimo woli”, „Kurtyna”, „Wdowa”, „Braterstwo krwi” i recenzowana właśnie „Doskonała rodzinka”. Na zachodzie Barnarda porównuje się niejednokrotnie do Agaty Christie i Dorothy Sayers. Zresztą, powołajmy się tutaj na Sunday Times: „Barnard to niesamowita wyobraźnia. Przez cały czas nas zaskakuje.”

Ze względu na powyższe odczuwam ogromny żal do pani Beaty Maciejewskiej (przekład) oraz do głównej redaktorki wydania i korektora w jednej osobie: Ireny Trochy. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, jest tłumaczenie tytułu – zgodnie z oryginałem powinien on brzmieć „Śmierć idealnej matki”, polscy czytelnicy otrzymali natomiast „Doskonałą rodzinkę”. Niby mały szczegół, ale jednak irytujący, gdy się chce poszukać czegoś więcej o Barnardzie na zachodnich, internetowych serwisach książkowych i nie można natrafić na niniejszą pozycję...

Ale to i tak drobiazg w porównaniu z tym, co teraz zacytuję.

Na kartach polskiego wydania możemy dowiedzieć się bowiem, że członkowie rodziny Hodsdenów rzucali na siebie ukradkowe spojrzenia „z nad usmażonej przez Debbie jajecznicy”, że – kilka stron dalej – wspomniana Debbie „nie mogłaby na to przysiądz”, że torebka Lill miała kolor „czerowno-brązowy”, że McHale’owi „płacą za wtykanie nosa w nieswoje sprawy”, że mąż Lillian, Fred, „wstał i powłucząc nogami podszedł do drzwi”, by kilka stron dalej znów nimi „powłuczyć” w celu podejścia do krzesła.  

  Death of the Perfect Mother
  Kryminał
 

 

Jednakże przedtem, 6 linijek wyżej, „czuł niepewność i flustrację”. Dodatkowo Debbie w tej całej gmatwaninie ortograficznej stwierdza, że: „chciało mi się żygać na jej widok”. Mi też się chciało rzygać, czytając to wszystko. A już całkowicie, gdy w pewnych momentach Brian przemieniał się w niewyjaśnionych okolicznościach w „mózg” (bo ten organ chyba właśnie oznacza angielskie słówko „brain”?), w najlepszym zaś wypadku w „Brisana” (tego, czy owe słowo ma jakieś znaczenie w angielskim, niestety już nie wiem – szczerze mówiąc, wolę nie sprawdzać), a „krzepka postać Guy’a Fawcetta emanuowała tego ranka nieznaną posępnością”. Sami przyznacie, jakież niewinne błędy... Nie, wcale nie przeszkadzają w czytaniu i nie zabierają przyjemności płynącej z lektury tego genialnego, bądź co bądź, kryminału. Ba! Czasami mogą nawet rozbawić – np. stwierdzenie kochanka Lillian, pana Corby’ego, że nie mogli się pobrać, bo „przecież oboje byliśmy zamężni”... Rozumiem, że ona była zamężna, ale on? O mamusiu... Ogólnie rzecz ujmując, jakość tłumaczenia „Doskonałej rodzinki” można podsumować trafną wypowiedzią Debbie: „Ale jeśli mówić o tym poważnie, na prawdę żal mi go”. Amen.

Kończę już, bo jeszcze ogarnie mnie niebotyczna flustr... Tfu! Frustracja. Z uwagi na przytoczony przeze mnie we fragmentach ortograficzny burdel z „Doskonałej rodzinki”, postanowiłam wystawić dwie oceny, by nie krzywdzić świetnej książki z powodu kiepskiego przekładu i korekty. Dlatego książka sama w sobie, za fabułę i wartość rozrywkową, dostaje ode mnie punktów 8, natomiast polskie wydanie tylko 2 – przy czym 1 punkt za ładną okładkę (ze zgniataną w dłoni różą – niestety, w necie nie mogłam jej znaleźć ;/ ), która trafiła w gusta me. Sayonara!

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!