|
Neil Gaiman - Amerykańscy Bogowie
Tuxedo
od autora: Opisuję dziś książkę wyjątkową,
zaskakującą od pierwszej do ostatniej strony. Dlatego jeśli macie w planach jej
lekturę, pod żadnym pozorem nie czytajcie tej recenzji. Nie mogę nie napomknąć o
fabule, a odbieranie radości z jej poznawania nigdy nie było moim zamierzeniem.
Zostaliście ostrzeżeni.
Moje oczekiwania w stosunku do "Amerykańskich Bogów" były spore. Wprawdzie
Gaimana do tej pory kojarzyłem jedynie z "Dobrego Omenu" stworzonego wespół z
Terrym Pratchettem, ale już samo to podnosiło poprzeczkę. Pozytywne opinie,
jakie słyszałem, wzniosły ową poprzeczkę na poziom niebotyczny. Czy pisarzowi
udało się ją pokonać? Zaraz sprawdzimy.
Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy kończy odsiadywać wyrok. Jest on...
Cień, mam na imię Cień. Nie pytajcie o nazwisko, numer PESEL. Po prostu Cień.
Straciłem w tym więzieniu trzy lata, całe pieprzone trzy lata. Na zewnątrz? Tam
czeka moja żona i przyjaciele. Laura... Kocham ją i wiem, że zrobiłaby dla mnie
wszystko. Może ten cały napad był błędem, ale to nieważne. Gdyby wiedziała...
Gdyby wiedziała, na pewno nie pozwoliłaby mi się narażać. Nie ona.
Plan był prosty: sześcioletni wyrok, wychodzimy po trzech za dobre sprawowanie.
A potem praca na farmie i spokojne życie u boku ukochanej kobiety. Czego można
chcieć więcej? Można. Na przykład tego, żeby nie zginęła w wypadku
samochodowym tuż przed moim wyjściem. Albo tego, żeby w ostatniej sekundzie
swojego życia nie robiła laski mojemu najlepszemu kumplowi. Można chcieć wiele
innych rzeczy... Ale czy to ma jeszcze jakikolwiek sens?
Cieniowi nie pozostało już nic: dom stał pusty, pracy nie było, bo umarlak
raczej nikogo nie zatrudni. Co zatem zostaje? Co w ogóle pozostaje w momencie,
gdy tracimy zupełnie wszystko? Oczywistym rozwiązaniem wydaje się być
samobójstwo, a w najlepszym wypadku trafienie do zakonu. Tu jednak do akcji
wkracza... Przedstawił się jako Wednesday. Twierdził, że ma dla mnie pracę.
Nie chciałem jej, ale ten starzec wiedział o mnie dużo. Za dużo. Śledził mnie,
wyraźnie mnie śledził. A przecież nie wysiadł na tym cholernym lotnisku... Te
jego nagłe pojawienia się były niepokojące, ale mnie wtedy nic nie ruszało.
Tak to się właśnie zaczyna. A potem? Cóż, potem akcja jeszcze nabiera tempa.
Cień poznaje świat, o jakim mu się wcześniej nawet nie śniło. Poznaje bogów.
Właśnie - bogowie. To wokół nich kręci się wszystko, nie wiedzieliście? Kiedyś
byli Zeus i Posejdon, był Ra i był Odyn. Myślicie, że Oni odchodzą? Owszem,
jeżeli tracą ostatniego wyznawcę, ostatnią iskierkę, którą mogliby przemienić w
wiarę - wtedy tak. Ale zdecydowana większość ciągle jeszcze żyje wśród nas.

|
|
|
|
|
American Gods |
|
|
science fiction |
|
| |
|
|
 |
|
|
|
Niepozorni staruszkowie, kobiety w średnim wieku, wszyscy egzystujący w
jakichś slumsach. Czego chcą? Chwili zainteresowania. Tego, by poświęcić im
cząstkę swego życia, by ich wyznawać, ale przede wszystkim - nie zapomnieć.
Zapomnienie to dla boga pewna śmierć.
A dziś? Uważacie, że już nie ma potężnych bogów? Że odeszli razem z plemiennymi
wierzeniami? Mylicie się, Oni będą z nami zawsze, może nawet jeszcze silniejsi.
Media, Telewizja, Internet. To one (Oni) wyparły dotychczasowe wierzenia. I nie
mówcie mi, że kłamię! Porównaj tylko czas spędzony przed metalową puszką z
wiatraczkiem i monitorem a czas, jaki spędziłeś/aś na modlitwie. Nie, dawni
bogowie nie są już darzeni należnym im szacunkiem. Nie poświęcamy im uwagi, jak
grzyby po deszcze rosną rzesze niewierzących w ogóle. Czy za sto lat będziemy
wyznawać już tylko samych siebie?
O książce Gaimana można powiedzieć wiele rzeczy: że jest głęboka, mądra,
skłaniająca do zastanowienia się nad tym, gdzie i w jaki sposób przyszło nam żyć,
jakie bożki rządzą naszą egzystencją. Ale "Amerykańscy Bogowie" to przede
wszystkim lektura wciągająca, wzbudzająca w czytelniku ciekawość każdej
następnej strony. Na opisanie wszystkiego zabrakłoby mi słów i - przede
wszystkim - tupetu spojlerowicza. Jeśli myślicie, że zdradziłem w tej recenzji
zbyt wiele, to sięgnijcie po opisywaną powieść - przekonacie się, że to zaledwie
wierzchołek góry lodowej. Oczywiście możecie też nigdy nie poznać historii
Cienia, zadowalając się książkami słabszymi od tej, tylko czy naprawdę warto
mając dorodny owoc na wyciągnięcie ręki nawet go nie skosztować? Wybór, jak
zwykle, należy do was.
|
|