Październik 2006      


|:  RECENZJA  :|

Andrzej Sapkowski & Stanisław Bereś  - Historia i fantastyka
Fauske

Chętnie napisałabym, że Andrzeja Sapkowskiego przedstawiać nie trzeba - toć nawet głównonurtowcom musiało się obić o uszy nazwisko człowieka, który, chcąc nie chcąc, stoi w pierwszej lidze polskich pisarzy fantasy. Ale z dziennikarskiego obowiązku (hyhyhy, uwielbiam te zabawne teksty amatorskich recenzentów, :>) muszę wymienić osiągnięcia tegoż pisarza: otóż popełnił on czczoną przez nastoletnich wielbicieli magii i miecza siedmiotomową sagę wiedźmińską; mniej rozchwytywaną trylogię fantastyczno-historyczną z okresu wojen husyckich; leksykon dotyczący literatury fantasy "Rękopis znaleziony w Smoczej Jaskini", etc. Nie będę przytaczać całego dorobku, który nie jest aż tak przesadnie obfity, bo Sapkowski (vel AS, jak z uwielbieniem nazywają go fani...) i tak jest tylko tym facetem od Wiedźmina.

Kim jest Stanisław Bereś, nie wiedziałam, póki nie zajrzałam do krótkiej notki biograficznej: historyk literatury, krytyk, eseista i wykładowca na Uniwersytecie Wrocławskim. Ma na koncie wywiad-rzekę z mistrzem polskiego SF, Stanisławem Lemem, oraz setki nieistotnych tekstów, których nie czytał zapewne nikt poza nim samym..

Tyle o autorach, czas na słowo o książce. Czym jest i co zawiera "Historia i fantastyka"? Z założenia ma być to niemalże trzystustronicowy wywiad, pole do popisu dla dwóch indywidualności i intelektualistów. Brzmi ciekawie, a że sama z przyjemnością przeczytałam większość książek Sapkowskiego, byłam ciekawa jego poglądów. Z ich lektury wyłaniał się bowiem obraz erudyty, ale i też starego pierdziela, co to zna się na życiu i nie brzydzi się przemocą, wulgaryzmami i obsceną, które obficie pakuje w swoją literaturę (ha, dlatego jest taka popularna :>). Jak każda niespełniona literatka-grafomanka (kokieteria) spodziewałam się wyłapać między wierszami, a może i dosłownie, przepis Sapkowskiego na książkę, jej proces twórczy, źródła inspiracji, tryb pracy etc. Zwyczajnie mnie takie rzeczy ciekawią, dlatego z oddaniem chłonę wypowiedzi profesjonalistów, ba, sama zadręczam ich pytaniami, gdy zdarzy mi się spotkać takiego pisarza na jakimś spotkaniu z czytelnikami.. "Kiedy pan pisze?", "Jakie były pana lektury w dzieciństwie?", "Czy opowiada się pan za frakcją pisarzy-artystów czy pisarzy-rzemieślników?". O takie rzeczy sama lubię pytać, tego też się spodziewałam po Beresiu. Owszem, takie pytania przewidywalne i pretensjonalne, ale ja nie potrzebuję znać opinii imć ASa na temat wojen w Iraku czy jego stosunku do eutanazji.. Jako czytelniczka (co istotne, sama pisująca w wolnych chwilach) chcę klarownych wypowiedzi dotyczących tylko i wyłącznie literatury. Ok, w swobodnej rozmowie mogą dwaj podstarzali panowie zahaczyć o każdy temat, który podsunie im fantazja, ale na litości boską... 2/3 tej książki, tej "Historii i fantastyki", zajmuje drętwa gadka o zupełnie nieistotnych dla mnie sprawach. Oto bowiem Bereś zaczyna rozmowę od pytania o rosnące okrucieństwo społeczeństwa. A to dopiero początek "fascynującej" dyskusji, przez następne kilkadziesiąt stron czytamy o wszystkich możliwych aspektach wojny (litości, nawet o historii medycyny wojskowej i pierwszych pielęgniarkach..), z której panowie płynnie przechodzą w biadolenie o przemocy i brutalizacji świata. To z kolei nakręca ich do zastanowienia się nad istotą zła, która już tysiące lat przed nimi była zgłębiana przez spróchniałych filozofów błąkających się po Helladzie. Niestety, zarówno Bereś, jak i Sapkowski nie są w stanie dojść do żadnych wniosków, ograniczają się tylko do powtórki z rozrywki w stylu: "już św. Franciszek z Asyżu powiedział, że zło to.." i dalej w ten deseń ;/. Później jest już tylko gorzej, poważny profesor rzuca pytankami rodem z damskich magazynów (np. bravo girl :>) - co pan myśli o feministkach, co pan myśli o emerytach, co pan myśli o kalafiorach.. Krąży wokół problemów współczesności, czasem tylko zasłaniając się słowami: "..to tak jak w pana książkach..". Stara się usilnie wycisnąć z ASa poglądy polityczne, co prawda bezskutecznie, ale z wymigującymi odpowiedziami męczy się zarówno pisarz jak i czytelnik.. Och, to wszystko jest tylko wstępem (trwającym sto stron ;/), prawdziwa rzeźnia zaczęła się, gdy panowie zgadli się na temat historii. Niestety, upodobali sobie husytyzm, naród czeski i dzieje Śląska. Brawo, popisali się znajomością dat, bitew, topografii omawianych krain, kwestii religijnych i tak dalej. Sęk w tym, że ktoś, kogo ten fragment historii nie interesuje, kto o husytyzmie wie tyle, że Jana Husa spalono na stosie za herezje, ten zanudzi się podczas lektury na śmierć. Bo nic nie zrozumie. Jak ja. Co z tego, że autorzy są szczegółowo obeznani w tym temacie i rozumieją się bez słów? Tym gorzej dla czytelnika - oni mogą wspomnieć jakąś nazwę, miejsce potyczek, nazwisko biskupa i juz są cali uradowani, bo wiedzą, o co chodzi. A sami sobie nie będą przecież tłumaczyć kwestii, które są dla nich jasne.. Dla mnie nie są, mimo iż sama chętnie o historii czytam – pod warunkiem, że jest podana w przystępny sposób.

  Historia i fantastyka
 
  brak

 

Do konkretów panowie przechodzą dość późno. Zaczynają w końcu coś przebąkiwać na temat - ile autora jest w bohaterach?, czy konwencję można łamać czy tylko ograniczyć się do jej naginania?, czy pisarzy z getta fantasy ekscytuje nagroda Nike?, czy cytowanie innych autorów w swoich książkach jest fajne czy nie? jak powstaje spójna fabuła? O tym chciałam czytać od początku „Historii i fantastyki” ;/.

Mimo tego końcowego nakierowania książki na właściwe tory, w dalszym ciągu nie czyta jej się z przesadną przyjemnością. Przez większą część lektury ma się niezbite wrażenie, że panowie strasznie się ze sobą męczą - cytując Beresia: "Trudna z panem rozmowa". I to widać, lecz wina leży po stronie obojga. Bereś wynajduje pytania, które wprawiają Sapkowskiego w zmieszanie, często są one dłuższe od odpowiedzi (co przy wywiadach jest grzechem - jeśli mówisz dłużej od tego, kogo pytasz, to znaczy, że twoje pytanie było beznadziejne), nierzadko nie zawierają nawet znaku zapytania.. Ba, w poniektórych wręcz tkwiła odpowiedź czy opinia, co zakrawało na manipulację rozmówcą. Co gorsza panowie się powtarzali. Gadali na jakiś temat, po to, by po kilkunastu stronach znów zacząć rozmawiać o tym samym i dochodzić do tych samych wniosków. Hej, przecież wywiady (np. w damskich magazynach, patrz bravo girl) podlegają autoryzacji, a już taki książkowy wywiad powinien się ustrzec zbędnych powtórzeń - powinien być zredagowany. A wcale na taki nie wygląda, co trąci nieco zignorowaniem oczekiwań odbiorcy. O tak! Lecz to, co uraziło mnie najbardziej, to.. epatowanie niskofrekwencyjnym słownictwem. Cholera jasna (za przeproszeniem :>), to chyba jakaś drwina, żeby w jednej marnej książczynie skupić tak dużą ilość wyrazów używanych chyba tylko w uniwersyteckim podziemiu ;/. Nierzadko umykał mi sens niektórych pytań/odpowiedzi, bo te mądrale serwowały mi jakieś miazmaty, trawestacje, ludycyzmy, konsensusy, dysertacje czy inne degrengolady.. Dobra, wiem - pewnie wykształceni i ambitni ludzie słowa te znają, a nawet częstokroć używają (w codziennych sytuacjach!). Ale statystyczny odbiorca, czyli ja, czuje się urażony tą jawną manifestacją erudycji autorów. Ot, jeśli ktoś mówi w sposób niezrozumiały, to najwyraźniej nie chce, by go zrozumiano. Zajrzałam co prawda do słownika wyrazów obcych, lecz robić tego nie powinnam, bo czytałam dla przyjemności, a nie po to, żeby się zirytować własną "ignorancją" & "niewiedzą" ;/. Ręce opadają, gdy dodamy do tego liczne obcojęzyczne zwroty, które Sapkowski serwuje nam w większości swoich wypowiedzi.. Och, imponujące - zna pan tak wiele języków! Szkoda tylko, że ja nie znam i zrozumiałam tylko angielskie słówka i parę wyświechtanych, łacińskich zwrotów..

Rada na koniec: nie kupujcie tej książki :). Nazwisko Sapkowskiego może i nęci, zwłaszcza wielbicieli jego prozy, lecz nie dajcie się zwieść i nie liczcie na łatwą i przyjemną lekturę, tylko prawdziwe zmagania z książką. Jasne, można poznać wiele nowych, zaskakujących i przez nikogo nie używanych słów, ale do tego wystarczy zwykły słownik wyrazów obcych, znacznie częściej występujący w polskim domu niźli ta, pożal się Boże, "Historia i fantastyka".

ps. "Jestem Nudziarą" to straszny chłam, nawet w porównaniu z dzisiejszą książką; przepraszam, że się nabraliście ;).

© Copyright by AM Książki ® Layout & Grafics by Shlizer. All Rights reserved!