|
Jeżeli któreś z was wyląduje kiedyś w Marynarce
Wojennej w Ustce i zobaczy na ławce/koi/kolumnie/gdziekolwiek napisaną
liczbę 666, to będzie wiedział, że ja tu byłem. Dnia 06.06.06 (!!!!!)r.
rozstałem się z wolnością. Z zamiarem wyrzeźbienia na prawdziwego
mężczyznę wojsko polskie zwerbowało mnie. Na zewnętrznej stronie bramy
widniał napis "Witamy Was!", na wewnętrznej - "Mamy Was!".
Podchodzi do nas starszy marynarz i mówi: - Drogie panie, właśnie
skończył się wam abonament na wolność!. Aha.
Ogólnie to jest
dużo do opowiadania. Syndrom pierwszego dnia - zdezorientowanie i ćmiąca
chęć dezercji (z mojej kompanii ulotniło się czterech chłopaków); Zasady,
reguły i żelazna dyscyplina, której nieprzestrzeganie skutkuje SNW
(szlabanem na wszystko); Psychiczna dezercja do mile wspominanych dni -
niekiedy nie zasypia się, aby w ciemności wpatrywać się w górne wyro
kumpla i z rękoma za głową igraszkować z nostalgią; Potęga "belek",
"cyrkli" i "ślimaków" na pagonach - wchodzi taki dziadzia ze "ślimaczkiem"
i grubą "belką" do sali, gdzie mamy zajęcia z naszymi przełożonymi, i
atmosfera automatycznie gęstnieje, aż czuć respekt we wdychanym tlenie. Co
jeszcze? Kurczenie swobody ruchu oczywiście. Chodzi tu o to, że każde
wyjście na papieroska za budynkiem kompanii czy szybki spacer do kantyny
(sklepik) musi zostać odnotowany przez tzw. podoficera dyżurnego. Pierwszy
przypadek jest stosunkowo luźno traktowany, bo już w drugim rygor daje o
sobie bardziej znać - nigdy (przynajmniej przed przysięgą) nie pójdziesz
kupić sobie choćby papier do tyłeczka bez kogoś starszego stopniem lub
dyżurnego marynarza (czyli zwykłego szeregowca, jakim jestem, tyle że na
całodobowej służbie). Jest tego więcej, a każdy aspekt można śmiało
rozwinąć do takiego rozmiaru, że CDA musiałoby z demówek
zrezygnować.
Zasady są paskudne i mają za zadanie ukrócić nóżki
każdemu indywidualiście. Credo brzmi tak: chujowo i
jednakowo. Każdy ma ten sam mundur, koszule, gacie, skarpety i nawet
plomby z identycznego materiału są. Czasu nigdy nie ma się za dużo.
Właściwie, opierając się tylko o teorię, nie ma się go wcale, chyba że
pięć minut po dwugodzinnych torturach zwanych treningiem ktoś nazwie
czasem wolnym. Pięć minut na złapanie oddechu i jedziemy dalej, panowie
marynarze! A jeżeli już mamy więcej czasu na oddech, to wykorzystuje się
go w jeden sposób: odpoczywając, przysypiając.
Wielu
ludzików obawia się wojskowego żarcia - że czasami jeszcze oddycha itp.
Ale poza jednym incydentem - kiedy to na kawałku pysznego sernika
zlokalizowałem żwawego mini-żuczka - papu jest bez zastrzeżeń. Haczyk - 10
minut. Dostajesz gorącą zupkę, równie gorące drugie danie i pojemny kubek
piciu (niekiedy jeszcze wrzącego) i na pozbycie się tego masz dziesięć
minut (plus minus dwie minuty). Nie zdążysz = pech. Co na to dowódca?
Jebie mnie to tudzież mam na to
wyjebane. Pierwszy obiadek zapamiętałem przez pewny
tekścik. Gdy po mniej niż dziesięciu minutkach ze stołówki padło pytanie
do dowódcy, ile zostało jeszcze czasu, ten uprzejmie odpowiedział: -
Pół godziny. Aha, to spoko. - Ale w wojsku czas płynie na skróty!
Zostały dwie minuty. I po chwili wszyscy odnosili swoje puste lub nie
talerze.
Mój pluton (tych na jednej kompani jest 4) ma w sobie
ludzi o pozytywnie rozwiniętych mózgach. Nie wszystkich, ale wielu.
Większość kompanii to jednak zoo, w którym główną atrakcją są
zwierzo-ludzie o rozregulowanych mózgoczaszkach. Ludzie, co z donośnego
pierdnięcia na zbiórce robią tygodniową atrakcję do omawiania. Ludzie, co
jedynym i właściwym sposobem spędzania wolnego czasu nazywają dyskoteki,
balety i inne procentowo zakraplane imprezy w rytm łumpa-łumpa. Ludzie, co
w każdej ładnej dziewczynie widzą tylko stwardniałe sutki wielkości
wentylów do stara na cyckach, parę zajebistych pośladków i usta w roli
Algidy, czyli erotyczny poligon do detonowania swoich perwersyjnych
fantazji. Ludzie, co każdy spór muszą "załagodzić" jak jaskiniowiec.
Ludzie, co "kurwa" potrafią płynnie wkomponować w każde
zdanie, ba, każdą sylabę. Ludzie, co zostawili swoje marzenia i tego typu
głupoty w piaskownicy. Ludzie, co po prostu nie potrafią tolerować. W
końcu - ludzie, do których nie pasuję.
Rozkład dni od poniedziałku
do soboty: wysiłek fizyczny. Męczarnie te można dawkować w różnoraki
sposób. Bieganie, musztra, zajęcia kulturystyczne. Jedno za drugim,
zgodnie z planem dnia. Parę razy tuż przed zbiórką zamknąłem się w kiblu i
"nie słyszałem" wołania na zbiórkę, co nielegalnie zwolniło mnie np. z
zaprawy. Pocisz się nawet przy obiedzie (spróbuj szybko wszamać dwa gorące
dania). Jeśli tego wszystkiego za mało w ciągu dnia, wtedy dowódcy robią
przed capsztykiem zabawy. Kiedy koja są pościelone (podkład pod materac,
materac, prześcieradło, koc, koc i jeszcze jedno prześcieradło - wszystko
ułożone w dość nietypowy sposób, który zajmuje koło 5. min), a plecaki
pękają w szwach od zawartości (koło 15. kg balastu), dowódca wprowadza w
życie pewną zabawę: - Zbiórka na korytarzu z podkładem pod materac!
Juuuż! Trzeba wybiec na zbiórkę migiem, więc łapie się za podkład i
siup na korytarz, zostawiając za sobą bałagan na koi. Gdy wszyscy się
ustawią, dowódca rozkazuje wracać do pokojów i za chwilę krzyczy: -
Zbiórka na korytarzu z pustym plecakiem! Szyybciej! Łapiesz,
żołnierzu, otworzony plecak za spód, wysypujesz skrupulatnie ułożone
ciuchy, paski, bidony itp. - wtedy możesz iść... tj. biec na korytarz.
Następnie dowódca każe wracać, na sprzątnięcie bałaganu mamy do dziesięciu
minut. Po piętnastu wraca i: - Zbiórka na korytarzu z podkładem pod
materac!!! I tak jeszcze ze trzy razy, zależnie od humoru.
Tak
więc ludzki pot strumieniem dorównuje Niagarze. Zasuwa się non-stop i
wylicza słabszych od siebie, którzy nie dają rady. Jeden po prostu siada
mając w jelicie grubym ryk rozwścieczonego dowódcy. Inni zwyczajnie
mdleją. Innemu przed zasłabnięciem bucha z nosa obfity strumień krwi.
Jeszcze inni poddają się płaczem - siadają, płaczą i jakimś cudem znoszą
na sobie wzrok ponad setki współczujących, zatroskanych i też szyderczych
oraz złośliwych par oczu. Sam z tej setki należę do pierwszych.
Czy
ja osobiście się złamałem? Krótko: tak, na pół godziny. Jednorazowo,
skrycie (zorientował się tylko jeden dowódca, na co ja odpowiadałem
monotonnym nic mi nie jest) i bez łez, choć od wewnątrz już piekły
mnie w oczy. Było takich trzech, oni swoją załamką informowali
ostrzeżeniami typu jutro podcinam sobie żyły. Jednego podobno
znaleziono z trzymanym tuż przy nadgarstku nożem. Do smarowania masła...
Drugi nie chwalił się aspiracjami szlachtowania swoich kanałów, za to
zapewniał wszem i wobec, iż jest w stanie głębokiej depresji. Trzeci
wykorzystywał każdą okazję, by zapewnić swojego rozmówce o tragedii, jaka
niebawem nadejdzie - podetnie sobie żyły! Psycholog, który badał ich
stany, delikatnie mówiąc, wyśmiał ich. Podobno cha-cha było słychać w
poczekalni...
W ogóle określam swoje położenie jako traumatyczne.
Nie brałem wojska pod uwagę, nawet nie myślałem o sobie jako żołnierzu,
lecz decyzja trzech polonistek zepchnęła mnie do obecnego położenia. Więc
jest źle. Chujowo jednakowo. Natomiast zapominając o
oblanej maturze jestem w stanie określić swoją sytuację mianem całkiem
dobrej, a na pewno ustabilizowanej - mam zajęcie na następne dziewięć
miesięcy. Jednak to nie to miejsce, gdzie chciałem wylądować, i to
zajęcie, jakim chciałem się trudnić. Ostatnie szanse na wyrwanie się
zostały pogrzebane wraz z orzeczeniami wojskowych lekarzy. Choroby się
mnie nie imają. Jestem chory na zdrowie. Tylko śliczna pani psycholog
miała pewne zastrzeżenia i zaanonsowała, że niedługo wrócimy do mojego
przypadku (sic), ale dostać zwolnienie z woja przez wojskową psycholog
współgra z dmuchnięciem baranowi w tyłek tak, żeby mu się rogi
wyprostowały. Niemożliwe, nawet Cruise nie dałby sobie rady.
Nie
widzę na razie innej opcji, jak przebrnąć przez to. Zacisnąć ząbki, nie
machać sarkazmem w stronę przełożonych, udawać spokojnego i gorliwego,
kręcąc na boku tyle, na ile okoliczności pozwolą. Aktualnie jestem na
namiętnie oczekiwanej przepustce dwudniowej i marnuję (?) kawałek tego
czasu na tekst. Współlokatorzy obiecali sobie szaleć na baletach, wchłonąć
duuużo alkoholu i zużyć co najmniej kilka durexów. Ja pojechałem na plażę,
spaliłem z lekka swój potężnie umięśniony brzuszek, posiedziałem z
rodziną, posłuchałem muzyki, poględziłem z kumplem, wyspałem się i rzecz
jasna wystukałem "Ja żołnierz...". Jeszcze dziś wrócę do koszar, położę
się na koi, splecione ręce włożę za głowę i oddam się w objęcia nostalgii.
Te kilka centymetrów w czaszce to jedyna wojskowa osobista przestrzeń,
gdzie nie sięgają macki Ryśka Sikorskiego. Korzystam z
niej. |