|
Niby wszystko pięknie, ładnie, psy
szczekają, koty miauczą, studenci palą szlugi - wtorek. Wytaczam się z
drugiego wykładu i wraz z 99 innymi osobami wylegam przed przeklęty
przez urugwajskiego szamana blok F. Rozglądam się dookoła, szukam
natchnienia (M) ale nie znajduję, więc dochodzę do wniosku, że trzeba by
w coś zainwestować 2 godziny codwutygodniowego okienka (hehe, nie ma
psychologii, alleluja, alleluja, alleluja, alleluja). A w co się
najlepiej inwestuje (ponoć oprócz dzieci, których szczęśliwie się
jeszcze dosłownie i w przenośni nie dorobiłem)? W siebie! Tak więc
idziemy z Krzyśkiem coś wszamać. Cel - hala, czas - 2 godziny, pogoda -
słoneczna, inne warunki - za 3 tygodnie Polska przegra z Ekwadorem 2:0.
Nieświadomi tego, co wydarzy się za niespełna godzinę, fruniemy ku hali,
gdzie ja kupuję dwie bułki z rodzynkami, Krzysiek bodajże z serem i
idziemy do parku je wchłonąć, nie zapominając oczywiście o Pepsi za 99
groszy. Docieramy do parku i siadamy na w miarę zacienionej ławce. Na
godzinie 1. dwie panienki i jeden kolo w wieku raczej około gimnazjalnym
się hihahehohają, na 5. ziomale z roku siedzą i szamią kanapki, na 9.
jakiś dziadek czterdziestą piątą minutę podnosi zadek, bo mu pewnie jest
za głośno. Otwieram plecak, wyjmuję jedną z bułek. Jeszcze nie wiem, że
już za minutę, a może nawet dwie zacznie się mój mały, prywatny Dzień
Zagłady.
Tak więc, jak już pisałem wyżej, bułka może czuć się wyciągnięta z
plecaka. Gryz pierwszy, potem drugi, trzeci. Ultradźwięki wywołane przez
język, podniebienie i ślinowe enzymy docierają do oddalonego o 30 km,
zmierzającego ku południowym zakątkom Polski, ptactwa, a konkretnie
gołębi. W ciągu niespełna 5 sekund pod moje nogi dociera pierwszy z
nich, właściwie to wydaje mi się, że on wcale do mnie nie podleciał,
tylko teleportował się wprost przede mną. Hmm, słyszałem już co nieco o
kosmicznej gołębiej technologii, więc specjalnie mnie to zjawisko nie
zdziwiło. Gryz czwarty. Do moich uszu dociera subtelne "gruchu-gruchu",
dopiero teraz naprawdę zwracam uwagę na gołębia. "Czołem, matkojebco.
Co, pewnie się chce trochę bułki? Hehe, masz i nie mów, że wujek zły" -
pomyślałem, po czym oderwałem od jadła, vel - jak kto woli - strawy,
nieduży kawałek i rzuciłem w kierunku ptaka. Zakurzyło się wkoło,
zerwał się wiatr, w tle zobaczyłem nawet niedużą trąbę powietrzną, po
czym kawałek bułki zniknął. Szczerze mówiąc, spodobało mi się to
zjawisko, więc postanowiłem powtórzyć całą czynność - rzuciłem gołębiowi
następny kawałek, a gdy się ocknąłem, ujrzałem jedynie rozrzucone wkoło,
powyrywane z korzeniami drzewa, poprzewracane samochody, budynki bez
dachów i 2 (słownie: dwa) gołębie. I tu miałem problem natury moralnej,
nie byłem bowiem pewien, który ze skrzydlaków wszamał kawałek mojej
bułki. Pomyślałem sobie wtedy - "Jak ty byś się czuł, gdybyś został
pominięty przy rozdawaniu jedzenia, a twoją potencjalną porcję dostałby
ktoś inny...?" Proste - dla choćby teoretycznego wyrównania szans
musiałem rzucić gołębiom jeszcze po kawałku pieczywa. Krzysiek ostrzegł
mnie słowami: "Nie rób tego, mam złe przeczucia... To się nie może
dobrze skończyć." Nie posłuchałem. Nim się obejrzałem, stały przede mną
już cztery gołębie. Poczułem dziwną suchość w gardle, serce zaczęło
pompować krew coraz szybciej i szybciej, a w tle słyszałem jedynie -
teraz już jednoznacznie złowieszcze - gruchanie, coś jakby: "Ej, no co
ty sobie myślisz? Jednych dokarmiasz, a inni muszą obejść się smakiem?
Wyskakuj z bułki, frajerze!" Daję słowo, gdyby te gołębie w
przyszłym wcieleniu urodziły się ludźmi, byłyby dresiarzami. W każdym
razie, cóż mogłem zrobić...? Poczęstowałem moich nowych ptasich
"przyjaciół" kolejną porcją swojego drugiego śniadania, jednocześnie co
raz spoglądając do plecaka, czy mi któryś z nich picia nie podkrada. No
bo w sumie, co to jest dla takiego gołębia przebić dziobem byle
puszkę... Reklamy Kronopolu kłamią. W międzyczasie do naszej
sympatycznej biesiady dołączyła nieświadoma zagrożenia wrona. Gołębie
szybko wytłumaczyły jej, co i jak, że rządy jej czarnych przyjaciół
właśnie się skończyły, że teraz to ich teren i że w imieniu samego Don Pigeonno każą jej wyp***dalać. Ja sam chciałem skorzystać z chwili
zamieszania i dać nogę, dałem nawet Krzyśkowi znak lewą dziurką od nosa,
gdy nagle jeden z gołębi, największy i najstraszniejszy, przeciągnął
skrzydłem po ziemi i cisnął mi w twarz wysuszonym do
cna piachem. Ha, spodziewałem się tego! Zrobiłem unik tak, że po oczach
oberwała jedynie wyprowadzająca pudelka tuż za moimi plecami babcia.
Uff... W mgnieniu oka rozdrobniłem pozostały w dłoni niewielki kawałek
bułki, po czym wyrzuciłem przed siebie dziesiątki okruchów. Tego gołębie
nie przewidziały - rzuciły się na siebie w walce o jedzenie, posypały
się pióra. Tymczasem ja chwyciłem Krzyśka za kołnierz i wyciągnąłem go
na skraj parku, zaraz potem ruszyliśmy w stronę uczelni. Długo jeszcze
krążyły nad nami mroczne sylwetki rozwścieczonych ptaków, niczym sępy
czekające na błąd potencjalnej ofiary. Woleliśmy się nie zatrzymywać, a
nawet wręcz przeciwnie - przyspieszyliśmy nieco, by jak najprędzej
znaleźć się w bezpiecznym bloku F. Nie wszyscy, którym opowiadaliśmy o
wydarzeniach ostatnich kilkudziesięciu minut, chcieli nam uwierzyć, że
przetrwaliśmy coś takiego. Ale Wy nie popełnicie tego błędu, prawda?
Nie wiem, jak długo jeszcze zdołam unikać skrytobójczych gołębich ataków
- najpierw na głowę spadł mi niedopałek papierosa, kilka dni później był
to już kamień, teraz czekam na coś większego kalibru, kowadło albo
pianino. Powtórzę więc raz jeszcze - gołębie stanowią dla nas
niewyobrażalnie wielkie zagrożenie! Mam nadzieję, że chociaż Wy
posłuchacie mnie, zanim będzie za późno. |