agnosco veteris vestigia flammae

 

 

 

 

Chyba zawsze moja twarz była ledwie maską.

Niewiele chwil, tych uśmiechniętych. Zwykle chadzałem z lekko ściągniętymi brwiami, wzrok miałem uważny. Wygląd posępny.

Chyba zawsze moja twarz była ledwie maską.

 

Zdarzały się chwile, gdy potrafiłem śmiać się bez niepokoju, niewiele było chwil, gdy rzeczy dla mnie ważne znajdywały oddźwięk w językach innych osób. Zwykle wartościowanie moje wylęgało się filmami, książkami i opowiadaniami. Doświadczenie hierarchizowało mi świat bardzo pokrętnie. Nieścisłości relacji ciało-umysł-doświadczenie znajdywały ujście w buforze pamięci.

Zdarzały się chwilę, gdy potrafiłem śmiać się bez niepokoju.

 

Nawarstwianie się zmian następowało latami.

 

Pewnego dnia powiedziałem jej, gdy byliśmy na placu zabaw dla dzieci, że cokolwiek powie - niech pamięta o jednym. Że „traktuje moje marzenia.”. Niech „traktuje łagodnie”.

 

Pewnego dnia zerwano mi maskę.

 

Widziałem, podczas wieczornej ablucji, chrabąszcza wyłażącego chrzęszcząc z ręcznika. Skojarzyłem, iż pojawić się tam musiał, gdy ręcznik suszony był na dworze. Ciepły był to dzień.

Niecodzienny ten fakt, wynikało z niego codzienne nic.

 

Pewnego dnia sprawiłem, że płakała.

 

 

 

Chyba zawsze moja twarz była ledwie maską.

 

 

 

 

 

Kot z Cheshire

vithren@gmail.com