|
TYTUŁEM
WSTĘPU
Ten tekst ma szansę stać się najdłuższym ze wszystkich
mojego autorstwa, a kto wie - może i jednym z dłuższych w całej historii
Action Maga...?
Kilka dni temu Dziadek Mróz napisał mi na Forum AM,
że istnienie Kościoła jest faktem, a ponoć o tych dżentelmeni nie
dyskutują. Oficjalnie więc zrzekam się swojego dżentelmeństwa w oczach
Dziadka. Kto wie, może mi nie wyjdzie... ;)
Oprócz tego, że -
przynajmniej z założenia - art ma być długi, postaram się w nim określić
swoje poglądy na wszystkie aspekty wiary w Boga i "te sprawy", które
przyjdą mi do głowy. Nie ukrywam, możecie się przygotować na sporo słów
krytyki pod adresem sił nadprzyrodzonych. A czemu? Po prostu, nie widzę
potrzeby stosowania pochwał, które możecie usłyszeć co dzień w każdym
kościele.
Tekst piszę z komunijną książeczką do nabożeństwa na
kolanach, żeby mi było łatwiej się do czegoś przyczepić
;)
Potencjalnym polemizatorom z góry dziękuję za poświęcony
czas.
Trzeba zaczynać, bo mi się już kilobajt uzbierał
:)
WIERSZYKI
Na
początku, chciałem zatytułować ten akapit "modlitwy", ale doszedłem do
wniosku, że wcale nie o nie mi chodzi. Natomiast chodzi mi na przykład o
wpajanie niezbyt jeszcze zorientowanym w wierze dzieciom frazesów, z
których nie są w stanie pojąć nic, oprócz tego, że mają rymy. Zero
subtelności, zdającej się mieć ogromne znaczenie dla kontaktów
człowiek-Bóg... Modlitwa powinna być bowiem czymś szczerym, czymś, o czym
chcemy porozmawiać z Bogiem sam na sam, wyrażeniem naszych uczuć i
pragnień. Poza tym, nie wydaje Wam się dziwne, że w Modlitwie Pańskiej
ludzie proszą Boga o "przyjście królestwa Jego", tymczasem jakiekolwiek
informacje o rychłej o śmierci naszej lub kogoś bliskiego nam kończą się
paniką i już spontaniczną modlitwą o 100 lat? Wniosek z tego taki, że
człowiekowi wcale się do Nieba nie spieszy, wręcz przeciwnie - chce
pozostać jak najdłużej na Ziemi, boi się śmierci. Wniosek nr 2 -
wypowiadając wyklepaną na pamięć "modlitwę" kłamiemy! Pewnie mimowolnie,
bo tak naprawdę większość z wierzących nie zdaje sobie sprawy z tego, co
mówi choćby właśnie w popularnym "Ojcze nasz...". I jeszcze mała
dygresyjka - dlaczego w tej samej modlitwie wystosowujemy apel do Boga o
"nie wodzenie nas na pokuszenie"...? Przecież to nie Jego działka
;) Nad innymi "modlitwami" nie będę się rozwodził, choć i one są w
kilku przypadkach nafaszerowane mniejszymi bądź większymi absurdami, że
nie wspomnę już o wręcz śmiesznych dla mnie aktach wiary, nadziei, żalu i
miłości...
DEKALOG CZYLI SZANTAŻ
Poczciwe 10
Przykazań... Cóż, nie jest tego wiele, ale o tym później. Na razie zajmę
się krótko każdym z nich z osobna.
Wstęp. Jam jest Pan, Bóg twój,
którym cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli. - Myślę, że to
doskonała okazja do przeanalizowania wątku Bożych interwencji w życiu
człowieka. Zauważyliście, że jeszcze kilka tysięcy lat temu robił to jakby
chętniej? A to właśnie wyprowadził Mojżesza i jego kumpli z Egiptu, a to
podtopił Noego albo pobawił się z szatanem w Hioba... A teraz - nic. Co
ciekawe, włodarze Kościoła wciąż nie znają wyjaśnienia dla takich, a nie
innych Boskich działań (a raczej ich braku), tłumacząc to zazwyczaj
"niezbadanymi Jego wyrokami". W sumie może to i lepiej, bo gdyby któryś z
duchownych wyskoczył publicznie z tekstem, że się pewnie Bogu przysnęło,
albo że teraz woli się zajmować wulkanami, tsunami i bronią palną, cóż...
pewnie nie zostałoby to ciekawie przyjęte przez jego przełożonych (nawet
tych na Ziemi). W taki razie, jak to wytłumaczyć...? Bo, rzeczywiście
wierząc w okresowe Boskie odwiedziny wśród ludzi, można by dojść do
wniosku, że kiedyś ludziom łatwiej wierzyło się w Boga, a nam zostało
jedynie realizowanie Jezusowej maksymy "błogosławieni, którzy nie
widzieli, a uwierzyli"... Myślę, że to dobry moment na przejście do
analizy przykazania nr 1.
1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede
Mną. - W związku z tym, pokontynuuję jeszcze chwilę wątek z poprzedniego
akapitu. Bo fajnie mieli ci Żydzi - Bóg sam do nich przyszedł, relatywnie
często dawał im znać o tym, że istnieje, słowem - reklamował się w
najbardziej przystępny z możliwych sposób, poprzez wizualizację (że
wspomnę choćby sławetny krzew gorejący, który, jak pamiętamy, nie
tolerował chodzenia w butach w swoich okolicach. Dlaczego więc teraz można
wchodzić do chrześcijańskiej świątyni w obuwiu?). Co ciekawe, Żydzi, nawet
- przynajmniej według podań - mając bezpośredni kontakt z Bogiem,
buntowali się od czasu do czasu i budowali sobie złote cielce! A nam nie
wolno wierzyć w nic innego, niż Jahwe! Ups... Czyżbym właśnie złamał nr
2.?
2. Nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego nadaremno. - Mhm,
tutaj bardzo nie można się do niczego przyczepić, w końcu wciąż obowiązuje
nas ustawa o ochronnie danych osobowych... Mierzi mnie tylko jedno,
mianowicie słowo "nadaremno". Kto ma oceniać, kiedy kiedy wezwę Boga z
pożytkiem dla ludzkości, a kiedy nie? Teoretycznie więc lepiej jest w
chwili zagrożenia powiedzieć, zamiast "O Boże!", poczciwe, stare "O
kurwa!"
3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił. - Nie neguję tego,
ale wciąż mogę próbować złapać Boga za słówko, w celu wyjaśnienia
znaczenia słowa "święcić". Bo dla jednych święcenie to godzina spędzona w
kościele, a dla drugich - 0,7 na dwóch. I wreszcie mam się gdzie czepić
samego Kościoła - jakim prawem dyktujecie ludziom, w jaki sposób mają
świętować? I kiedy? Bo dlaczego mam siedzieć w kościele akurat siódmego
dnia tygodnia, kiedy to Bóg rozsiadł się wygodnie w fotelu i włączył sobie
w TV Jerry'ego Springera? O wiele bardziej logiczne wydawałoby się
święcenie soboty, jako wyraz czci i podziękowań za stworzenie człowieka. I
dlaczego tymże wyrazem ma być siedzenie i słuchanie co roku tych samych
fragmentów z Pisma Świętego? Święcenie powinno sprawiać radość człowiekowi
i Bogu! Niech wyjdzie na dwór, położy się na łące, powącha kwiatki. Niech
pobawi się z dziećmi albo z psem, niech nakarmi świnie. Wtedy pokaże Bogu,
że to, co stworzył rzeczywiście przynosi człowiekowi refleksję na Jego
temat.
4. Czcij ojca swego i matkę swoją. - No chyba nieźle jest,
bo przynajmniej mam pewność, że choć jedno z tych przykazań chociaż w
połowie realizuję :) "Proszę Boga, a co jeśli ktoś nie ma za co kochać
swoich rodziców? Jeśli matka leży pijana w progu i przez większość dnia
nie daje oznak życia, a ojciec gwałci swoją sześcioletnią córeczkę czasem
kilkanaście razy w tygodniu?" - "Wtedy dziecko musi wybaczyć swoim
rodzicom za spierdolone dzieciństwo, za to, że powrót, a raczej droga do
normalności może okazać się usłana milionem cierniowych koron."
5.
Nie zabijaj. - To znaczy zabijaj, ale w granicach szeroko rozumianego
rozsądku. Zabijaj dla pożywienia, zabijaj w obronie własnej, zabijaj na
wojnie. Wiecie co? To chyba najbardziej oczywiste i chyba dlatego
najlepsze ze wszystkich przykazań. Nareszcie któreś z nich jest motywowane
wartościami moralnymi, a nie Boskim "widzimisię", poza tym jeden z
nielicznych zakazów, który jest w stanie połączyć ludzi niemal każdej
wiary. I to się chwali :)
6. Nie cudzołóż. - Chyba najczęściej
łamane ze wszystkich przykazań, dotyczących relacji międzyludzkich. Dobra,
powiedzmy, że Bóg ma prawo dyktować mi, z kim mogę uprawiać seks, a z kim
nie i wszystko jest w jako-takim porządku. Ale z jakiej racji to - jak i
zresztą wszystkie inne - przykazanie może być dowolnie modyfikowane przez
Kościół, powiedzcie Wy mnie...? TO jest właśnie jedna z najbardziej
wkurwiających mnie rzeczy w religii chrześcijańskiej - wtykanie
księżowskiego nosa w moje prywatne życie. Głównie do Dziadka Mroza - tu
mam poważne wątpliwości, czy Kościół istnieje, czy nie. Bo w pierwotnym
zamyśle miał on być organizacją, a nawet tfu... nie organizacją ale
rodzajem połączenia między wyznawcami jednej wiary. A nie
zinstytucjonalizowaną i zbiurokratyzowaną maszyną, dyktującą zmieniające
się na przestrzeni lat warunki, której nikt nie kontroluje (nie mówię, że
powinien - jak dla mnie taki "Kościół" nie powinien wcale istnieć). Wg
mnie, w tym akapicie zostanie poruszony jeden z najważniejszych aspektów
wiary - interpretacja prawa Bożego. Należy pamiętać, że Bóg nie dał prawa
do rozważania przykazań jedynie Mojżeszowi, czy innej jednostce lub
grupie, wręcz przeciwnie - myślę, że nad każdym z nich powinniśmy
zastanowić się samodzielnie, zgodnie z warunkami dyktowanymi nam jedynie
przez sumienie. Ewentualne błędy w interpretacji, wynikające z próby
naciągnięcia przykazania powodowałyby spłynięcie winy tylko na nas i to
byłoby sprawiedliwe. Wracając jednak do tematu cudzołóstwa - nie wydaje mi
się, aby pożądliwe patrzenie na przedstawiciela/przedstawicielkę płci
przeciwnej (czy - bądźmy tolerancyjni - tej samej) było cudzołóstwem. Ale
o tym później, przy przykazaniu nr 9. Dla mnie cudzołóstwo to zdrada
osoby, której przyrzekliśmy oddanie się na wyłączność, rozumiane jako
podstawę związku monogamicznego. Jeśli ktoś ma fantazję polegającą na,
dajmy na to, osiemnastokącie erotycznym, w którym wszyscy wzięliby
dobrowolny udział, a przy tym spotkałby się z aprobatą partnera - nie
wydaje mi się żeby można to było nazwać cudzołóstwem...
7. Nie
kradnij. - Kolejne, po "nie zabijaj", logiczne przykazanie. Kolejne jednak
też, które ma charakter bardzo osobisty, daję na przykład moralne prawo do
kradzieży osobom żyjącym w ubóstwie, z którym zresztą większość znanych mi
duchownych się zgadza. Z tym, że często uważają oni za usprawiedliwioną
tzw. "kradzież na miarę potrzeb", jeden ze znanych mi księży wyznaczył
nawet granicę usprawiedliwionej kradzieży, mierzoną w bochenkach chleba. I
tak np. kradzież złotówki, w sytuacji, gdy w domu czekają na Ciebie głodne
dzieci, nie jest grzechem. Ok, fajnie, a jutro co? Też ukradnę złotówkę?
Trochę to dziwne, aż dziwnie kojarzy mi się z częścią Boskiego planu
poświęconą zsyłaniu na ludzi cierpienia jako łaski. Jeśli skojarzyć te dwa
zagadnienia ze sobą, można dojść do prostego wniosku - gdy jesteś głodny,
a nie stać Cię na jedzenie - cierp z uśmiechem na ustach. Kradzież uważam
więc za kwestię na tyle sporną, że nie powinna ona w ogóle figurować na
mojżeszowych tablicach lub... powinna figurować wraz z właściwą liczbą
podpunktów. Ale o tym znowu później.
8. Nie mów fałszywego
świadectwa przeciw bliźniemu twemu. 9. Nie pożądaj żony bliźniego swego.
10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest. - 3 banały, jeden po drugim. Nie
wydaje się Wam, że jeśli Bóg zaplanował sobie okrągłą dziesiątkę
przykazań, to powinno się w niej znaleźć coś poważniejszego? Zakaz
składania fałszywego świadectwa to część prawa ustanowionego kulturowo,
którego przestrzeganie jest uwarunkowane jedynie wskaźnikami
psychologicznymi, prywatnymi dla każdej jednostki ludzkiej. Sprawy
pożądania to dwa najgłupsze przykazania, z których zresztą z powodzeniem
można by zrobić jedno, a na wolne miejsce wrzucić coś istotniejszego.
Chyba już zdążyłeś, Boże, zapomnieć, że Ty stworzyłeś nas pożądliwymi! To
co, jak uważam żonę kumpla za atrakcyjną, to mam się samodzielnie
wykastrować?! Albo namówić kogoś, by pobawił się w Hannibala Lectera i
wyciął mi z mózgu kawałek odpowiedzialny za owo pożądanie?! A zresztą,
właśnie, co to znaczy "żony bliźniego swego"? Jak są zaręczeni, to mogę
jej pragnąć, ale jak już wezmą ślub, to koniec...? Są to po prostu dwa
zakazy wynikające jednoznacznie z ortodoksyjnego prawa judejskiego, będące
jednymi z jego tradycyjnie ukształtowanych podstaw, a które nie ma
odzwierciedlenia w naszej kulturze.
Teraz mały
suplement:
Wielokrotnie zastanawiałem się, dlaczego tylko 10?
Przecież o wiele lepszym rozwiązaniem byłoby dokładne określenie, co
człowiekowi wolno, a czego nie. Pozbawiłoby to wiarę wielu niedomówień
oraz pozwoliłoby z większym przekonaniem żyć wedle prawa Bożego. Tylko nie
mówcie mi, że Mojżesz był zbyt stary, żeby przytachać z góry trochę
większe tablice... :D Innym możliwym wyjaśnieniem byłoby to, o czym
pisałem wcześniej - Bóg chciał, byśmy samodzielnie doszli do nie
prawdziwego, ale zgodnego z naszym sumieniem znaczenia każdego z
przykazań. Powtarzam - samodzielnie, a nie za pośrednictwem sutannianej
gwardii.
Powszechnie wiadomym jest, że Boga nie można wystawiać na
próbę. Wyskoczenie do Niego z tekstem "Ej, Ty, tam na górze! Albo mi dasz
milion dolarów i kilo smardzy, albo w Ciebie nie wierzę!" nie jest
reklamowane jako zbyt dobry pomysł. W takim razie powiedz mi, drogi Panie
Boże, dlaczego Ty możesz wystawiać na próbę nas? Ja wiem, że zależności
człowiek-Bóg nie cechuje równość tych dwóch podmiotów, ale pewne normy to
chyba nawet i Ciebie obowiązują... Tymczasem Ty zdajesz się myśleć w
następujący sposób - "Dam im możliwość robienia różnych ciekawych rzeczy,
ale im ich zabronię, ciekawe co zrobią? Innymi słowy - Dam im wolną wolę,
z której nie będą mogli korzystać!" A może my się wszyscy mylimy - może
wolna wola została nam odebrana w zamian za "cudowny dar" grzechu
pierworodnego? Nie, w takim wypadku raczej nie pisałbym tego arta...
;)
PIĘĆ PRZYKAZAŃ KOŚCIELNYCH
Ogólnie rzecz
biorąc coś, z czym całkowicie się nie zgadzam i wcale nie z racji tego, że
przykazania te nie zawsze są fajne - a dlatego, że nie ustanowił ich ten,
komu mam obowiązek być posłusznym, a paru ludzi stylem mówienia
wzorujących się na Mistrzu Yoda... No, jeszcze żeby któryś z nich
powiedział chociaż "W nocy przyszedł do mnie anioł i kazał Wam przekazać
wiadomość." albo w ostateczności "Miałem sen...", ale nie - oni wyskakują
z tekstem "A, tak sobie siedzieliśmy wczoraj przy piwku i wymyśliliśmy
parę własnych przykazań."
GŁÓWNE PRAWDY
WIARY
Fajne. Coś, co naprawdę lubię i z czym się zgadzam, mimo
że również zostało opracowane przez panów w sutannach (tylko pewnie
jakichś inteligentniejszych ;). Filary chrześcijaństwa, które polecam
wszystkim tym, którzy nie wierzą w nic, a chcą wierzyć w coś - dzięki tym
prostym sześciu punktom dowiecie się, o co mniej-więcej w tym wszystkim
chodzi :) Przy okazji prawdy nr 1 (Jest jeden Bóg), chciałbym wystosować
podziękowania dla Jana Pawła II, który w genialny sposób stwierdził, że w
wielu religiach świata występuje jeden i ten sam Bóg, tylko w różny sposób
interpretowany. Było to bez wątpienia jedno z najbardziej przełomowych, w
historii współistnienia wierzeń, stwierdzeń, torujące drogę ku niezbędnemu
dialogowi.
SIEDEM SAKRAMENTÓW ŚWIĘTYCH
Obok 10
Przykazań, chyba jedne z ważniejszych katechezowych wymienianek :) Z tego
też powodu, zajmę się każdym z nich osobno.
1. Chrzest. - Jestem
całkowicie "za", symboliczne obmycie się z głupoty naszych praprzodków
nikomu nie zaszkodzi, wręcz przeciwnie - jeśli rzeczywiście uznać
istnienie czegoś tak abstrakcyjnego i niesprawiedliwego jak grzech
pierworodny - chrzest pomoże nam się go pozbyć. Jednak mam również parę
zastrzeżeń. Po pierwsze, nie wydaje się Wam to trochę naciągane i nazbyt
proste? W większości przypadków, zanim zdążymy się w ogóle dowiedzieć, że
mamy na swoim koncie coś tak znaczącego, już chlup... i nie ma! Jest to
jeden z powodów, które przekonują mnie do tezy, że ochrzczeni powinniśmy
być świadomie, czytaj: jako osoby dorosłe. I tu ujawnia się zastrzeżenie
nr 2 - dlaczego o tym, czy będę chrześcijaninem mają decydować osoby
kompletnie mnie nie znające (zwane przez co poniektórych rodzicami)? Tu
nie działa tekst o tym, że nikt nie zna Cię tak, jak własna matka, tudzież
własny ojciec, tudzież osoba wychowująca Cię... Chyba nie muszę tłumaczyć,
dlaczego? (dla niekumatych - spróbujcie w jakikolwiek sposób poznać
miesięczne lub ciut starsze dziecko. Aha, powodzenia ;) Nie wiem, kiedy
człowiek jest gotowy dokonać wyboru swojej wiary, mnie rozterki religijne
dotknęły dopiero w wieku mniej-więcej 17 lat i w 3 lata później wciąż nie
wiem czy to, w co wierzę, jest tym, w co wierzyć powinienem... Myślę, że
wyboru tego nie powinniśmy dokonywać wcześniej jak ok. 20 roku życia, ale
wytłumaczcie to rodzicom nowonarodzonego, którzy (pewnie i tak wcale nie
dlatego, żeby dziecko żyło bez grzechu, a dlatego, że wszyscy tak robią)
tuż po pojawieniu się główki pędzą do kościoła urządzić owej główce i
całej reszcie świętego śmigusa-dyngusa...
2. Bierzmowanie. - Jakby
to powiedzieć, sakrament trochę bez sensu, a trochę z sensem :) Z sensem,
bo przy okazji jego przyjmowania potwierdza się przyrzeczenia złożone Bogu
kilka lat wcześniej oraz, za pośrednictwem rodziców, przy chrzcie. Jest to
o tyle istotne, że można ten sakrament odłożyć na później (co, niestety,
nie dzieje się prawie nigdy, a przynajmniej ja nie znam takiego przypadku
- zazwyczaj młodzież kieruje się opinią otoczenia - idą wszyscy, to pójdę
i ja) lub całkowicie odmówić jego przyjęcia, tym samym traktując to jako
prywatną odmowę potwierdzenia tego, co się obiecało będąc "młodym i
głupim". A trochę bez sensu, bo jeśliby poczekać z przyjęciem sakramentów
takich jak Chrzest i I Komunia Święta do odpowiedniego wieku (tylko
jakiego...?), wtedy można by zaoszczędzić trochę miejsca w książeczkach do
nabożeństwa ;) W związku jednak z tym, że żadnych głębszych zmian w
strukturze Sakramentów nie przewiduję, tan jak najbardziej
popieram.
3. Najświętszy Sakrament. - Tu moja opinia jest zbieżna z
tym, co myślę o Chrzcie - sakrament jest ogólnie w porządku, ale przyjmuje
się go za wcześnie. Bo Komunia Święta to najpiękniejsze ze "świętych"
wydarzeń, z którymi może mieć do czynienia człowiek. I w sumie zawsze
podobało mi się, z jakim przejęciem dzieciaki czekają na możliwość
przyjęcia Boga do swoich serduszek, jednakże jeśli zastanowimy się głębiej
nad tym, dlaczego tak to one przeżywają, nasuwa się na myśl tylko jedno
słowo - propaganda. Wpływ rodziców, katechetów oraz sióstr i księży
związanych z przygotowywaniem dzieci do uroczystości jest olbrzymi, z tym
że ja wcale nie mówię, że to źle. Uważam jednak, że o wiele więcej
korzyści (przynajmniej dla samych wierzących) przyniosłoby samodzielne
dojście do wniosku, jak ważnym dla samego istnienia katolika na świecie
jest fakt symbolicznego połączenia się z Bogiem.
4. Pokuta. -
Kolejny sakrament, którego przydatności nie podważam. Najistotniejszy, wg
mnie, błąd, związany z sakramentem spowiedzi, zawiera się w jednym z
pięciu przykazań kościelnych, a konkretnie w "przynajmniej raz w roku
spowiadać się..." W takim razie, powiedzcie mi, po co komu coś takiego jak
pięć warunków dobrej spowiedzi (przypomnę: rachunek sumienia, żal za
grzechy, mocne postanowienie poprawy, spowiedź szczera, zadośćuczynienie
Panu Bogu i bliźniemu), stworzonych prawdopodobnie przez tych samych ludzi
lub ich kolegów? No, Panie i Panowie, sprzeczność, widzę sprzeczność!
Sprzeczność widzę... ;) Sam nie byłem u spowiedzi od 3 lat i wiecie co?
Wolę nie iść jeszcze przez kolejne 3, skoro wiem, że moja spowiedź w tym
momencie byłaby nieefektywna, robię w moim życiu rzeczy, które mieszczą
się w szeroko pojętych kategoriach grzechu i wiem, że w obecnej sytuacji
nie mam najmniejszych szans poprawy, w takim razie mógłbym na okrągło
wybierać jedną z dwóch dróg: albo spowiadać się nieszczerze, albo
spowiadać się szczerze, jednak ze świadomością, że wciąż będę grzeszył na
te same sposoby. Postanowiłem więc wybrać drogę nr 3 i nie spowiadać się w
konwencjonalny sposób do momentu, w którym zadecyduję, że jestem w stanie
podjąć się próby zerwania z grzechem w moim życiu. Ale, żeby nie było tak
cały czas na temat przykazań kościelnych, wróćmy do tematy spowiedzi jako
sakramentu. To, co za chwilę napiszę, może wydać się niektórym nazbyt
liberalnym podejściem do wiary, więc uwaga :) Nie uważam, by spowiadanie
się osobie trzeciej (czytaj księdzu) miało jakikolwiek sens... Zdaję sobie
sprawę, że takie rozwiązanie to znak ukorzenia, a nawet półpublicznego
upokorzenia się, w końcu mówimy komuś "obcemu" o źle, które wyrządziliśmy,
symbol zrzeknięcia się grzechu. Ale co wy na to, że kiedyś jeden ksiądz
nie chciał mnie rozgrzeszyć za opuszczenie jednej niedzielnej mszy, mało
tego - wyzwał mnie od sług szatana i chyba zamierzał się do odprawiania
egzorcyzmów! Natomiast inny, kiedy powiedziałam mu rzeczy o niebo gorsze
od opuszczonej wizyty w kościele, jako pokutę zadał mi odmówić raz jakąś
litanię. I to mnie właśnie w sakramencie spowiedzi najbardziej irytuje -
księża są nieobiektywni... Ba, oni nie mają szans być obiektywny, bo każdy
obiektywizm jest subiektywny choćby dla jakiejś grupy ludzi, ergo -
obiektywizm nie istnieje. Moje rozwiązanie (pewnie już wiecie? ;) - niech
każdy spowiada się Bogu, a nie księdzu, w obecności swojej własnej
moralności i sumienia. Należy pamiętać, że nawet jeśli otrzymamy
rozgrzeszenie w konfesjonale, ale nie wyspowiadaliśmy się w pełni szczerze
lub też nie żałowaliśmy za popełnione przez nas grzechy - rozgrzeszenie
jest nieważne... Jestem przekonany, że zrzucenie obowiązku spowiedzi na
nas samych sprawiłoby, że ludzie - pod presją jedynie własnych starań o
życie wieczne - spowiadaliby się bardziej szczerze i nie mieliby wyjścia,
musieliby żałować za grzechy, gdyż tylko to mogłoby odpuścić ich winy -
to, a nie tak często opacznie rozumiane słowa zza kratki "ja rozgrzeszam
ciebie".
5. Namaszczenie chorych. - Ten sakrament zdaje się być
bardzo potrzebny - nie polemizuję :)
6. Kapłaństwo. - Krótko - pora
skończyć z monopolem mężczyzn na bycie kapłanami... Przecież ta tradycja
wzięła się jedynie z seksistowskiego podejścia starożytnych, kiedy to
kobieta miała siedzieć w domu przy dzieciach i garach. A w dzisiejszych
czasach nie istnieją już żadne powody, dla których nie należałoby pozwolić
kobietom na pełnienie funkcji kapłańskich, a nawet z tego co wiem wynika,
że Kościół jest za równouprawnieniem kobiet i mężczyzn w świecie. Tradycją
nie powinien się Kościół też specjalnie bronić, bo jest to niewątpliwie
jedna z instytucji, w których na przestrzeni lat dokonano tylu zmian, że
chyba już nikt nie pamięta jej pierwotnych założeń...
7.
Małżeństwo. - Hehe, pewnie niektórzy z Was myślą, że pod wpływem poglądów,
które pozwoliły mi napisać tekst o płci, w którym to tekście zahaczyłem
również o problem tolerancji dla mniejszości seksualnych, wyskoczę zaraz z
postulatem o "legalizację" gejowskich małżeństw? :P Nic bardziej mylnego.
Uznaję małżeństwo, chyba tak jak większość katolików, jako nierozerwalny
związek kobiety i mężczyzny. Właśnie - nierozerwalny, z czym jakże często
wiążą się problemy, związane głównie ze słowem "rozwód", które w Kościele
katolickim nie funkcjonuje (małżeństwo można tylko unieważnić i to i tak z
bardzo ważnych powodów). I dobrze! Zdradzę Wam przy tym pewną tajemnicę -
ja, Remember_The_Name chcę wziąć ślub kościelny, mający niewiele wspólnego
z kościołem (<- z małej litery). Mój plan - znaleźć odpowiednią
kobietę, zaręczyć się i wziąć ślub cywilny, pobyć razem przez dłuższy
czas, doczekać się potomków i wtedy zadecydować, czy jesteśmy gotowi na
ślub kościelny. A ten (tu wyjaśniam poprzedni nawias) ma się odbyć nie
między zatęchłymi ścianami kolosalnej świątyni, a na świeżym powietrzu,
najlepiej w pięknym ogrodzie, w skromnym towarzystwie najważniejszych dla
nas ludzi (odleglejsza rodzina może tym samym zapomnieć o zaproszeniach :P
). Ale zaraz, miałem przecież jeszcze wrócić do tematu związków
homoseksualistów. Wydaje mi się, że mam dla Was (myślicie, że ktoś z nich
czyta AM? Bo ja myślę, że - biorąc pod uwagę statystyki - tak) znakomite
rozwiązanie, które jednak wymaga oddzielnego akapitu (a może nawet
osobnego tekstu, ale niech tam, za krótki by był!) Oto ono: Wydajcie
wspólnie z Waszymi medialnymi przedstawicielami odezwę do narodu oraz do
rządzących (tylko tych następnej kadencji, bo teraz nie macie szans...), a
już najlepiej do jakiejś Organizacji Międzynarodowej lub z jej pomocą, w
której zaproponujcie stworzenie projektu instytucji identycznej do
małżeństwa, tylko o innej nazwie. Stwórzcie przy tym sieć urzędów,
wydających zaświadczenia o symbolicznym (małżeństwo to w końcu też przede
wszystkim symbol) połączeniu pary osób tej samej płci w jeden organizm.
Podejrzewam, że dobrym rozwiązaniem byłoby również początkowe nieformalne
funkcjonowanie tych struktur, z czasem jednak na pewno doszlibyście do ich
sformalizowania. Powodzenia :) Aha, tak przy okazji żeby było jasne,
jestem przeciw prawu do adopcji dla par homoseksualnych - rodzice powinni
być zawsze kobietą i mężczyzną.
Prawdopodobnie większość z Was
zwróciła uwagę na kilkakrotnie powtarzaną przeze mnie w powyższym akapicie
formułkę o "zbyt młodym wieku przyjmowania sakramentów". Pewnie również
zauważyliście, że dotychczas opisywałem ewentualne zmiany idące w kierunku
"postarzenia" przyjmujących sakramenty w samych superlatywach, wskazując
przede wszystkim na możliwość świadomego wyboru, czy ów sakrament mamy
zamiar rzeczywiście przyjąć. Cóż, przyszła pora na minusy. Pierwszy z nich
to na pewno sytuacja, która najprawdopodobniej zaistniałaby w samej
instytucji Kościoła, a konkretnie jej pogorszenie. Wydaje mi się, że gdyby
nie chrzty w tak młodym wieku i właściwie bezrefleksyjne stawanie się
chrześcijanami przez rzesze noworodków, Kościół katolicki długo nie
pocieszyłby się pierwszym miejscem co do ilości wyznawców wśród religii
świata (przypomnę, że na dzień dzisiejszy szacuje się, że chrześcijan jest
na świecie ok. 1,85 mld), a wręcz przeciwnie - ilość ta spadłaby równie
drastycznie, co Kojot Willy po spostrzeżeniu, że mu się grunt pod stopami
skończył :) Małe jest bowiem prawdopodobieństwo, że wielu ludzi
zrezygnowałoby z wygodnego, niezobowiązującego życia na rzecz systemu
zakazów i nakazów, włażących za pośrednictwem księży w najgłębsze
zakamarki ich życia. I tak, przypuszczając zmianę "przepisów" kościelnych
w sposób nakazujący, dajmy na to, złożenie sygnatury przez pełnoletnią
osobę przyjmującą każdy sakrament, prawdopodobnie jeszcze za jakieś 10-20
lat zbyt wiele by się nie zmieniło, głównie dzięki obecności w naszej
polskiej kulturze czegoś takiego jak "aspekt chrześcijański", ale
prawdopodobnie już za jakieś pięć dekad, zapewne poprzez wpływ
konsumpcyjnego - nie owijajmy w bawełnę - zachodniego trybu życia, nasze
prawnuki zaczęłyby się poważnie zastanawiać, czy opłaca im się wierzyć
(tak, wiem, że my też się zastanawiamy, zwłaszcza na łamach AM ;) , ale
większość z nas nie miała wyboru i co najmniej przez kilkanaście lat
musieliśmy wierzyć) no i większość z nich pewnie zrezygnowałaby z tej
możliwości, niektórzy - tak jak zresztą i dziś - przyjęliby sakramenty,
lecz nie przywiązywaliby do nich specjalnej wagi, spowiadając się 10 razy
w życiu, w tym z konieczności, przed ślubem. Tylko niewielka grupka
wierzyłaby dalej, ale z racji bycia w wyraźnej mniejszości albo by
wymarli, albo ewentualnie przenieśliby się do Watykanu
;)
SPRAWIEDLIWOŚĆ BOŻA
Jeden z tzw. Boskich
przymiotów, w mojej opinii stwarzający w Kościele katolickim najwięcej
kontrowersji i sporów to Jego idealna sprawiedliwość. Jest to chyba jedyny
z przymiotów, który można spróbować podważyć posługując się wiedzą
dostępną przeciętnemu, nie wizytującemu za często w zaświatach,
człowiekowi. Ja powiążę tę kwestię z poruszanym w wielu ActionMagowych
tekstach problemem bólu i cierpienia ludzi na Ziemi. Tak, jak to kiedyś
wykrzyczałem w kierunku Michała Chmielewskiego (heh, zacząłem pisać
"Wiśniewskiego" :D ), tak powtórzę i teraz - wg Kościoła ludzkie
cierpienie to łaska, zesłana przez samego Boga, umożliwiająca człowiekowi
zapracowanie na bilet do Nieba. Cóż, jeśli ktoś nie wierzy w Boga, to
marna to dla niego pociecha, to po pierwsze. A po drugie - w kwestii
sprawiedliwości - dlaczego, traktując ból rzeczywiście jako dar Boży - Bóg
jednych tak hojnie obdarowuje, innym natomiast nie było dane dostać od
Niego czegoś tak korzystnego dla przyszłego życia wiecznego? Podobny
problem poruszyłem w arcie "Niewiara czyni cuda", co zresztą spotkało się
z odzewem z Waszej strony i za co składam dzięki
:)
POLITEIZM, MONOTEIZM...
Zauważyliście, że
zazwyczaj rozpatrujemy sprawy wiary w coś/kogoś wybierając jedną z tych
dwóch kategorii? Tymczasem dla mnie coraz bardziej prawdopodobna staje się
wersja deistyczna, mówiąca o tym, że zaraz po stworzeniu świata, jego
Architekt postanowił zostawić go samemu sobie, zerkając nań od czasu do
czasu i pozostawiając go sam na sam z jego problemami. A może warto
zastanowić się nad jeszcze innym możliwym rozwiązaniem - w ogóle naszą
wiarę cechuje monoteizm, ale akurat tu, na Ziemi przytrafił się nam deizm?
W końcu Bóg, projektując Adama i Ewę, dał im wyraźnie do zrozumienia, że
daje im we władanie całą planetę. Tym sposobem w miarę logicznym staje się
sytuacja, w której się obecnie znajdujemy - obecności Boga ani widu, ani
słychu, ale... No właśnie, jak w takim razie wytłumaczyć relacje naszych
praprzodków o Boskich wizytach w dzień powszedni i od święta, które,
prawdę mówiąc, do końca mnie o swojej wiarygodności nie przekonują...
Zauważyliście, że większość "odwiedzin Boga" na Ziemi przyjmowała postać
plag lub klęsk żywiołowych? Może po prostu nasi ojcowie w wierze byli
równie "inteligentni" w tej materii, co współcześni im Grecy, Rzymianie,
Fenicjanie i inni utożsamiający gwałtowne świadectwa istnienia natury z
siłami nadprzyrodzonymi. Strona druga również nie wygląda zbyt różowo -
oto realne, niemal namacalne dowody istnienia Boga w postaci objawień
dokonywały się najczęściej w obecności jednej osoby... Nie możemy mieć
pewności, że te osoby (lub ewentualni, nieliczni świadkowie) nie kłamały.
Może w takim razie On wcale nie istnieje? Koło się zamyka...
...ale
pozostawia w sobie małą wyrwę. Niewytłumaczalne znanymi ludzkości metodami
wydarzenia, dające wyraz albo ulegania masowym paranojom (tak, tak, te
często odbywają się przy świadkach :), albo obecności w świecie
nadprzyrodzonej siły, która może robić rzeczy, o których zwykłemu
śmiertelnikowi nawet się nie śniło. Mowa o cudach. Po raz kolejny
wspominam M. Chmielewskiego i po raz kolejny odmawiam mu przyznania racji,
co do tego, że cuda, a konkretnie uzdrowienia, są jedynie efektem placebo.
Owszem, mówi się, że wola ludzka w wielu wypadkach nie zna granic, ale nie
wydaje mi się, by w sposób racjonalny dało się wytłumaczyć sytuację, w
której w jednej chwili odzyskują zdrowie dziesiątki osób zebranych w
jednym miejscu i czasie, tak jak to ponoć kiedyś miało miejsce choćby na
Jasnej Górze. Warto również wspomnieć o innych cudach, takich jak
rzeczywista przemiana wina w krew a hostii w ciało w jednym z (chyba)
włoskich kościołów, stygmaty czy Całun Turyński. Nie powiem, Bóg ma
naprawdę mocne argumenty za swoim istnieniem :)
Fakty nie
wyglądają dla Boga zbyt ciekawie... Może to tylko wina mojego wypaczonego
podejścia do sprawy, ale widzę więcej okazji do zaprzeczenia Jego
istnieniu, niż do jego potwierdzenia. I szczerze pragnę, aby Bóg dał nam
znak, który pozwoli z oddaniem i poświęceniem, ale przede wszystkim z
największą pewnością w Niego uwierzyć. I choć słowa Jezusa, które właśnie
pojawiły się w mojej głowie, mówiące "Błogosławieni, którzy nie widzieli,
a uwierzyli" wyraźnie przestrzegają nas przed uzależnianiem swojej wiary
od widzialnych oznak istnienia Boga, ja nie widzę innej motywacji dla
zmiany postaw współczesnych... Mam tylko nadzieję, że pierwszym i zarazem
ostatnim z tych znaków nie będzie koniec świata.
MATKĘ
(BOSKĄ) MASZ TYLKO JEDNĄ?
Ostatnia rzecz, denerwująca
mnie w sprawach związanych z Kościołem, o której napiszę. Nazwę to
zjawisko pomnażaniem Matek. Czy naprawdę konieczne jest tworzenie coraz to
nowych "odmian" Matki Boskiej, takich jak Częstochowska czy Zielna...?
Chociaż nie, spytam inaczej, gdyż rozumiem skąd to nazewnictwo jest
czerpane - czy konieczne są modlitwy do każdej z tych Matek oddzielnie,
skoro i tak trafiają one do jednej i tej samej Osoby? Wierzę, że jako
osoba święta, Maryja dostała od Ojca swego Syna dar podzielnej uwagi
wystarczający Jej na przyjmowanie próśb i modlitw od ludzi z całego świata
pod jednym adresem...
TYTUŁEM
ZAKOŃCZENIA
To już jest koniec :) Zgodnie z
moimi przewidywaniami, ten tekst nie odpowiedział na pytanie, czy Bóg
istnieje czy nie, ale też nie takie było jego zadanie (znowu...). Wyszła
mi chyba po prostu najbardziej subiektywna z możliwych krytyk, proponująca
wprowadzenie w Kościele wielu istotnych zmian (może nawet na lepsze, kto
wie? ;) przede wszystkim zaś jego zliberalizowanie. I tyle, nie
przewidziałem napisania tu jakichś wielkich herezji i chyba mi wyszło.
Chciałbym jeszcze tylko nadmienić, że "Boskie sprawy" są dla mnie tymi, o
których dyskutuje się najprzyjemniej i - może wbrew pozorom - w wypadku
potraktowania mnie odpowiednią argumentacją, jestem w stanie zmienić swoje
zdanie. W związku również z tym, że już prawdopodobnie mam w domu
Internet, zachęcam osoby zainteresowane konwersacją na ten i inne ciekawe
tematy do zgłaszania chęci podjęcia rozmowy na adres mailowy
erteen@gmail.com lub na numer gg 3667102. |