Wiochomania
Ach, wiecie jak pachnie świerkowy las po deszczu? Idę sobie właśnie przez taką moją osobistą knieję, polna ścieżka znika za zakrętem, wokół ogromne kilkudziesięcioletnie sosny...znaczy świerki, zmurszałe, pełne majestatu, musiały widzieć niejedno. Kapiące z igieł krople napełniają cały bór, cichym subtelnym kojącym szumem. Wiewiorki baraszkują na granicy widzialności i słyszalności wysoko w koronach drzew i przygotowują się do kolejnej zimy zbierając zapasy. Wokół pełno zieleni, jak to w lipcu. Cisza, spokój ukojenie, w odległości ani jednego samochodu zatruwającego tę świątynię natury swym brudnym oddechem. Au, nakapało mi za kołnierz...
Czas kończyć ten orzeźwiający, dodający energii spacer, wracam do domku. Skręcam i widzę światło na końcu tunelu składającego się ze ściany zieleni. Wychodzę z lasu i kilkaset metrów dalej dostrzegam swój przyczółek cywilizacji otoczony z trzech stron dziką naturą. Po lewej stronie nadal znajduje się amatorskie boisko z dwoma krzywymi i nieco zbyt wysokimi bramkami. Murawa jest wydeptana i chociaż samo boisko jest pofałdowane jak zwoje mózgowe imć Kaczyńskiego, to stoczyliśmy tutaj kilka niezłych batalii, nierzadko biegając po kilka godzin dziennie by na drugi dzień czuć w każdym stawie hektolitry kwasu mlekowego dosłownie wylewającego się przez każdy otwór w ciele. A wiedzcie że mam ich trochę więcej niż kazdy inny z was. Po prawej widzę nieśmiało wdzierający się w niedawne pola uprawne las. Szkółka, pełna kilkumetrowych drzewek pewnych swego i wiedzących, ze to jest juz ich teren i nie dadzą się z niego usunąć dopóki nie osiągną pełnoletności leśnej czyli przez jakieś trzydzieści latek. Rozglądam się tak sycąc oczy tą piękną cywilizacją i powoli zmierzam w kierunku domu. Owwww, szit! Dosłownie!! Kurwa, znowu wdepnąłem w krowie gówno. No do wszystkich bogów olimpijskich, czy te krowy nie mają gdzie srać tylko na środku drogi?! Wycieram bucior w zroszoną trawę i wkurwiony przechodzę przez próg, zostawiając wiejski fetor, i kilka ciekawych wzorków na podłodze w przedpokoju...
W kuchni roznosi się zapach świeżutkiego rosołu, przeplatany ledwo odczuwalnym zapaszkiem ledwie usmażonego mięsiwa. Niestety ja czuję tylko jeden fetor. Jako, że nie lubię kompotu z kury, nakładam sobie udko, które jeszcze przedwczoraj biegało po podwórku wraz ze skrzydełkami i dziobem, który to również znajduję w rosole, co jeszcze bardziej mnie zniechęca, do tego naparu o wątpliwym kolorze. Dobieram nieco ziemniaków i surówki ze skarłowciałej marchwi, rosnącej za domem. Na szczęście w surówce prezentuje się o wiele lepiej niż na polu uprawnym. Ach, prosta wiejska strawa, z naturalnych nie przesyconych emulgatorami i zagęszczaczami surowców, pycha. Szkoda tylko że ziemniaki po około roku leżenia w niezbyt szczelnej i pełnej pajęczyn piwnicy są niedogotowane i gumiaste, udko wygląda jakby chciało uciec mi z talerza zabierając jako zakładnika surówkę z marchewki, a kompot jest kwaśny, ups, znaczy się orzeźwiający jak sfermentowany sok z cytryny. No do diabła. Przecież każda wiejska kobieta, a trudno zaprzeczyć, żeby moja rodzicielka taką nie była umie gotować, podobnie jak każdy wiejski przedstwiciel płci brzydkiej i przepoconej umie kośić trawę młotkiem. Wsadźcie sobie w dupę takie prawdy życiowe...
Zjadam pospiesznie wszystko co mam na talerzu i nie zdążyło zwiać i zmywam go. W zimnej wodzie, bo aby mieć gorącą, musiałbym włączyć bojler, który żre prąd z podobnym entuzjazmem jak stonka uprawy i nierzadko każe na siebie czekać po kilka godzin. Postanawiam zaparzyć sobie kawę. Wsypuję dwie łyżki czarnego piasku do filiżanki i nastawiam wodę, jednocześnie włączając telewizor. W końcu mundial, a zbliża się szesnasta. Telewizor oznajmia swą gotowość do transmitowania piłkarskich zmagań głośnym szumem i przechodzącym od czarnoego w biały śnieżkiem beztrosko panoszącym się po ekranie. Co do &@%$! Przebiegam po wszystkich kanałach i na kazdym widzę i słyszę ten sam kojący zmysły szum mówiący "sprawdzisz se wynik w gazecie jełopku". W akcie desperacji sprawdzam antenę. Podpięta, przeszukuję wszystkie mi znane i nie znane pasma w poszukiwaniu jakiegokolwiek zarysu siwowłosego Gmocha czy innego Szparanowicza, na próżno. W końcu wybieram się na wycieczkę na strych, aby zbadać problem u źródeł. Tutaj czeka mnie miła inaczej niepodzianka, bowiem jak po krótkich oględzinach mogę się przkonać, niedawno przelatująca nad moją wiochą burza złamała antenę i urwała kabel. Jako że elektryk ze mnie taki jak z koziej dupy akordeon, wracam na dół przeklinając złośliwy, oślizgły los, by przekonać sie że woda na kawę całkowicie się wygotowała i za kilka minut grzałka zaczęłaby topić czajnik...
Zrezygnowany włączam kompa który wita mnie głośnym piskiem wydobywającym się z czeluści płyty głownej, sygnalizując swe kompletne nieprzygotowanie do działania. Nosz &%^#$@!!)(%#$&@ znowu brachol podkręcał procesor. Robi to z uporem maniaka kilka razy na miesiąc, paląc kazdy procesor co pół roku. Otwieram obudowę, resetuje biosa i ponownie wciskam tłusty, lepiący sie od setek wciśnięć klawisz "Pauer ".
Niech mi jeszcze ktoś kurwa powie coś o sielance, arkadii czy o tym jakie to wspaniałe jest życie na wsi. Jeśli przyjeżdżasz sobie drogi mieszczuchu na wakacje do dajmy na to siwiutkiej babuni o zgorzałej od słońca twarzy góra na kilka dni, to nie będziesz mógł wyjść z zachwytu i rozpływał się będziesz na widok tych połaci zieleni, gdzie każdy ogródek jest większy od waszego parku z drzewami o pożółkłych liściach. I wiesz co? Jak chcesz to się kuźwa zamień! A teraz biorę jakieś tępe narzędzie i idę sprofanować grób Kochanowskiego rozsiewającego jak słyszałem i widziałem na własne oczy jakąś niezdrową wiejską propagandę. Nigdy więcej Wiochy!