strona: 53        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


Z DYSTANSU

Dookoła bramki (16)


Italia!!!


O czym dzisiaj mogę pisać? Kilka dni po finale finałów, po najpiękniejszym wieczorze mego życia? Oczywiście niektórzy bystrzy ludzie już się zorientowali. Pozostałej części pozostaje zdradzić sekret - GRANDE ITAIA !

Dla mojego pokolenia, ludzi urodzonych po roku 1982, zagorzałych fanów Calcio niedzielny wieczór był magiczny, niesamowity, jedyny i niepowtarzalny. A co najważniejsze - pierwszy taki w życiu. Pierwszy i mam nadzieje nie ostatni. Wszelkie wcześniejsze sukcesy i tytuły „Squadra Azzurra” to dla nas prehistoria. Wydarzenia tyle realne, wiarygodne i działające na wyobraźnie co bitwa pod Grunwaldem czy cywilizacja Inków. I o jednym i o drugim wiedzieliśmy tylko z książek. Italia - międzywojenni mistrzowie globu. Któż to pamięta? Roku 1982 też moje pokolenie nie pamięta. Stąd też ta radość i to uczucie spełnienia. Pierwszy raz poczuliśmy co to znaczy być Mistrzem Świata. Ten stres, ten dreszcz emocji, ten strach i szybsze bicie serca. A potem ta radość, ten nieokiełznany wybuch szaleństwa, łzy w oczach. Tego opisać nie sposób. Przez lata byliśmy świadkami tylko i wyłącznie kolejnych jakże spektakularnych porażek drużyny z Półwyspu Apenińskiego.
| Włosi mistrzami świata! |
źródło: AFP
Niespełnione marzenia na własnych stadionach w 1990 roku, dramatyczna porażka w finale, po rzutach karnych, w mundialu za oceanem w 1994, kolejna porażka w karnych, tym razem już w ćwierćfinale (z Francją!!!) w 1998. Potem pierwszy mundial w XXI wieku, wielkie nadzieje, wielka drużyna i ... klapa. Szczęśliwe wyjście z grupy, a potem porażka z gospodarzami 2:1 po dogrywce. Z Koreańczykami, którym jak doskonale wszyscy pamiętamy pomagały nie tylko ściany, ale również sędziowie. A w międzyczasie porażki na Starym Kontynencie w walce o tytuł mistrza Europy. Że wspomnę tylko ten pamiętny finał z Francją (!) sprzed sześciu lat, kiedy to już otwieraliśmy szampany, kiedy to już trwała zabawa, a tu nagle Wiltord i ... dogrywka. Niedługo potem drugie ukłucie. Śmiertelne. „Złota bramka” - coś najbardziej niesprawiedliwego w futbolu, strzelona przez świeżo upieczonego „bianconerro” - Davida Trezeguet. I koniec złudzeń. Dlatego też ta niedzielna noc była wyjątkowa, jedyna i niepowtarzalna.

Dlaczego wygrała Italia? To w gruncie rzeczy jedno z tych pytań, na które odpowiedź trudno znaleźć. Czynników było wiele. Od tych czysto sportowych jak znakomite przygotowanie taktyczne i fizyczne do tych pozasportowych jak łut szczęścia. Ale na pewno już nie przypadek! Drużyna Marcello Lippiego zaskoczyła wszystkich swoim ofensywnym stylem gry. Konstruowała atrakcyjne dla oka akcje, często wędrowała pod pole karne rywali. Starali się obalić mity włoskiego catenaccio. I mimo, że nie we wszystkich meczach to się udało, to jednak można śmiało stwierdzić - zobaczyliśmy inną Italię. Co prawda dalej o jej sile stanowili piłkarze defensywni. Znów to o obrońcach mówiło się najwięcej. Z tą tylko różnicą, że wskutek słabej postawy napastników ze wszystkich reprezentacji, to właśnie obrońcy zostali głównymi bohaterami tego mundialu. Więc Włosi nie stanowili tutaj wyjątku. A raczej swego rodzaju wzór. Najlepszym obrońcom (i zawodnikiem) bezsprzecznie został Fabio Cannavaro. Czystość gry i skuteczność jaką zaprezentował powodowała, że wielu przecierało oczy ze zdziwienia. Takiej postaci dawno we włoskiej drużynie nie było. Drugim znakomitym zawodnikiem defensywnym okazał się Grosso. Chociaż nie bardzo pasuje o nim pisać jako o defensywnym zawodniku. Bezpieczniej i pewniej byłoby napisać obrońca. Choć i to wydaje się dość dziwne. To właśnie Grosso stał się jednym z największych piłkarzy tej imprezy. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że powinien zostać odkryciem turnieju. Gdyby nie fakt, że nie jest to już piłkarz młody z pewnością zostałby takim oto tytułem okrzyknięty. Mówiąc o defensywie należy również pamiętać o najlepszym bramkarzu świata - Gigim Buffonie. Bez niego ten triumf byłby chyba niemożliwy. Niektóre jego interwencje ocierały się o geniusz.



Z grzeczności należało rozpocząć od defensywy. Jednak siła włoskiej drużyny wcale nie ograniczała się tylko do znakomicie zorganizowanej obrony. To również znakomici pomocnicy jak Andrea Pirlo czy Mauro Camoranesi. To w końcu niesamowici napastnicy - jak Del Piero, jak Toni, czy jak bezwzględny Inzaghi, który na tym mundialu zagrał niecałe 30 minut i strzelił jedną bramkę. Lippi eksperymentował. Przed finałowym pojedynkiem z Francją w kolejnych 28 spotkaniach wystawiał za każdym razem inną jedenastkę (!). I mimo tego jego podopieczni wygrywali. Pokazuje to siłę tej drużyny, jej olbrzymie możliwości i jej jakże szeroką ławkę rezerwowych. Chyba najszerszą i najlepszą na tym turnieju. Każdy zmiennik był pełnowartościowym piłkarzem. To Italia była - o dziwo - jedyną drużyną, która na niemieckie boiska zabrała aż 6 napastników! Więc mówienie o defensywnym przygotowaniu zespołu wydaje się być chybione.

Włochom oprócz talentu i formy nie zabrakło również szczęścia. Bo po zmaganiach w grupie śmierci drabinka ustawiła się znakomicie. W 1/8 Włosi trafiali na Australie, a w ćwierćfinale na Ukrainę. Dzięki czemu nie wykrwawili się tak bardzo jak Niemcy i zachowali więcej siły na półfinałowy pojedynek - co zresztą na boisku było widoczne. Oczywiście pojedynek z Australią spacerkiem nie był. Ale wzięło się to bardziej ze zmęczenia fazą grupową oraz, z często spotykanego u Włochów lekceważenia rywala. Udało się jednak pokonać zespół z Antypodów. Odbyło się to w dość kontrowersyjnych okolicznościach, bo zwycięstwo 1:0 zapewnili sobie dopiero w ostatnich sekundach doliczonego czasu gry. I to w dodatku z rzutu karnego, którego tak naprawdę nie było. Ale taki jest futbol. Klątwa Hiddinka została przełamana. Cztery lata temu jego zespołowi sprzyjali sędziowie. Tym razem pomylili się oni na korzyść piłkarzy znad Morza Śródziemnego.

Z pewnością olbrzymim bodźcem mobilizującym „Squadra Azzurra” była największa afera korupcyjna piłkarskiego świata jaka właśnie trawi futbol z Półwyspu Apenińskiego. Większość piłkarzy w błękitnych koszulkach grało nie tylko o Puchar ale również o honor. I wygrali. Wznieśli puchar, honor uratowali. Wielu sympatyków Juventusu uwierzyło w to, że po tytule może włoskiego mistrza spotkać amnestia. Tak jednak się prawdopodobnie nie stanie. Jako kibic Juve żałuję. Jako miłośnik futbolu doskonale zdaję sobie sprawę, że dobrze się dzieje, że każdy musi odpowiedzieć za swoje czyny. Bez względu na to jaką pozycję zajmuje, do czego w życiu doszedł. Ale pozostaje w tym pewna sprzeczność, pewien brak logiki. Bo jakoś trudno to wszystko pojąć - piłkarze, którzy udowodnili, że są najlepsi, że potrafią wygrać Puchar Świata ustawiali ligę? Jak to możliwe. Przecież byli w stanie wygrać ją i bez pomocy sędziów, bez ustaleń przy zielonym stoliku. A trudno uwierzyć, że oni o niczym nie wiedzieli, że to wina tylko działaczy. W każdym razie nieszczęścia jednoczą ludzi. I udowodnili to Włosi. Którzy zagrali dodatkowo dla Gianluigiego Pessotto. Byłego wielkiego piłkarza Juve, obecnie szefa tego klubu, który próbował popełnić samobójstwo. Do tej pory walczy o swoje życie w szpitalu. Należy jednak podkreślić, że nazwisko tego piłkarza nie pojawia się ani razu w związku z aferą korupcyjną. Szanują go całe Włochy, a to rzadko się zdarza.

Jaki futbol tak naprawdę zaprezentowali Włosi? Jak zapamiętamy mistrzów? Trudno powiedzieć. Bo mimo wszystko była to strasznie różna gra w poszczególnych fazach turnieju. Każdy mecz wyglądał inaczej. W jednym zachwycali ofensywną grą, w drugim udowadniali, że z catenaccio mają we krwi i nie da się tak od zaraz z nim zerwać. Zapamiętamy ich jako tych, którzy potrafili zachować zimną krew do końca. Zazwyczaj Azzurri kojarzyli nam się z gorącymi, szalonymi, nie potrafiącymi panować nad własnymi emocjami ludźmi. Tym razem potrafili grać do końca, nie dawali się sprowokować, hamowali swój gorący i wybuchowy temperament i zadawali śmiertelne ciosy w najmniej spodziewanych momentach - jak choćby z Australią, Niemcami czy też w finale z Francuzami. Tutaj też udowodnili, że dogrywka nie musi być dla nich przekleństwem, że karne potrafią strzelać, że czasy gdy seryjnie je nie wykorzystywali już minęły.

Przez cztery najbliższe lata sercem futbolowego świata będzie Rzym. Obronić tytuł będzie bardzo ciężko. Ale na szczęście jest jeszcze sporo czasu by przygotować się do powtórki z Niemczech. Tymczasem pozostaje nam delektować się tytułem, a rywale i kibice innych reprezentacji cierpliwie muszą znosić nasze panowanie! Oby trwało ono jak najdłużej!


Autor: Marek Iwaniszyn

Skomentuj na forum >>



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>