strona: 44        
<< poprzednia | spis treści | następna >>


Sporty motorowe

Żużel: Grand Prix okiem kibica - Kopenhaga



I skończyło się rumakowanie, jak to pięknie ujął bohater pewnego filmu. Półmetek cyklu Grand Prix za nami. Trzeba przyznać, że owe zawody „półmetkowe” z pewnością nie należały do nudnych, a już na pewno nie przewidywalnych. A jak to wyglądało z perspektywy kibica płci żeńskiej, z pewnością nieobiektywnego?

Tory czasowe nie są specjalnie ukochane przez naszych polskich żużlowców, chociaż i w tym względzie zdarzają się wyjątki (patrz: Jarek Hampel w Cardiff). Mogliśmy się spodziewać niezbyt oszałamiających rezultatów. Ale to, co dane nam było ujrzeć w stolicy Danii, można określić tylko jednym słowem - kompromitacja. Rozumiem, że na swoistych muldach może się motocykl, kolokwialnie mówiąc, telepać i niełatwo nad nim zapanować, ale pragnę również wspomnieć, że innym żużlowcom jakoś się udawało. A nasi? Postanowili być solidarni i solidarnie podzielili się miejscami „na tyłach”. Nie będę dodawać, że zawodnicy rezerwowi tamtejszej rundy Grand Prix - Charlie Gjedde i Kenneth Bjerre - zdobyli po jednym punkcie, tyleż samo co nasz orzeł (chyba bez korony) Protasiewicz. Jedyna różnica polega na tym, że wspomniani wcześniej panowie startowali po jednym razie, „PePe” zaś pięciokrotnie stawał pod taśmą. W związku z powyższym poddaję w wątpliwość, czy właśnie tacy zawodnicy powinni reprezentować nas w walce o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata. Bo nie ulega wątpliwości, że Polska ma lepszych żużlowców, albo przynajmniej takich, którzy może nie są lepsi, jednak wykazują się przynajmniej wolą walki. Oczywiście, jeździć należy bezpiecznie, ale chyba nie AŻ TAK bezpiecznie? Nie popadajmy w przesadyzm…

Starczy tego narzekania, bo kwestię słabej postawy naszych jeźdźców roztrząsano już wielokrotnie i chyba każdy kibic nasłuchał się o tym (względnie naczytał) wystarczająco dużo. A poza tym - nie sami Polacy jeżdżą. Są jeszcze na przykład Duńczycy. I właśnie jeden ze wspomnianych przerwał zwycięską passę Crumpa i sam wdrapał się na najwyższy stopień podium. Może nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że ów Duńczyk startował z jednorazową „dziką kartą”. Mowa tu oczywiście o Hansie Andersenie. Na długo przed zawodami uznawano go już za „czarnego konia” Grand Prix Danii. Słusznie, jak widać. Szczerze mówiąc, mnie to nie dziwi, wszak Andersen pragnął udowodnić, że zasługuje na stałe miejsce w cyklu. Udowodnił i temu trudno zaprzeczyć. Lecz to nie koniec wielkich niespodzianek na półmetku tegorocznej rywalizacji.




Po raz kolejny z wyniku nie mógł być zadowolony trzeci zawodnik IMŚ 2005, Leigh Adams. Australijski „Kangur” w rundzie zasadniczej wraz z Hancockiem dominował w zawodach, a mimo to w finale się nie znalazł. Co ciekawsze, i wspomnianego wcześniej Amerykańskiego żużlowca ten niewątpliwy zaszczyt ominął. A już w prawdziwe zdumienie wprawia fakt, iż stało się to na rzecz Bjarne Pedersena i Antonio Lindbaecka, których klasy wprawdzie nie zamierzam kwestionować, lecz trzeba przyznać, że w tym sezonie nie pokazywali niczego nadzwyczajnego. Cóż za zmiana nastąpiła na kopenhaskim Parken? Zresztą, nie tylko oni nagle wyskoczyli do góry. Przede wszystkim, formę odnaleźli gdzieś Anglicy - Lee Richardson i Scott Nicholls - zajmując siódme i ósme miejsce. O krok od półfinałów był Niels Kristian Iversen, który przecież do Grand Prix (przynajmniej w tym sezonie) pasował dotąd jak słoń do baletu.

Jak powszechnie wiadomo, ktoś pnie się w górę, a któs inny spada w dół. W Kopenhadze „spadali” nie tylko Polacy. Drugi z rzędu kiepski występ zaliczył triumfator ze Słowenii, Nicki Pedersen. Pedersenowi ta sytuacja wymaga zastanowienia, bo w końcu nie ulega wątpliwości, że Duńczyk w występach ligowych spisuje się teraz lepiej niż na początku sezonu. Kosztem Grand Prix? Najwyraźniej, choć i w to trudno uwierzyć. Tak samo jak nie do wiary jest zadziwiająco kiepska forma Tony’ego Rickardssona. Szwed po raz kolejny nie pokazał niczego specjalnego, można wręcz powiedzieć, że spisywał się słabo. Upadek, żadnego indywidualnego zwycięstwa - czyżby sześciokrotny mistrz świata na dobre odpuścił sobie rywalizację żużlową? Wydaje się to nie do pomyślenia, biorąc pod uwagę to, jak Rickardsson spisywał się w poprzednich sezonach, a zwłaszcza rok temu. I znów wtrącę subiektywne spostrzeżenie - w ubiegłym sezonie Rickardsson chyba trochę przesadził, zbytnio się zmęczył. Sądzę, że jeśli Crump w tym sezonie nie opamięta się w porę i nadal będzie starał się pokazywać wszędzie swoją totalną dominację, w przyszłym roku może podzielić los szwedzkiego kolegi z toru. Ale to tylko przypuszczenia…

Wracając do podjętego na samym początku tematu Kopenhagi, można powiedzieć, że był to wieczór niespodzianek - zarówno pozytywnych, jak i tych in minus. Cóż jeszcze? Można tylko mieć nadzieję, że następnym razem nasze Orły zostaną ukoronowane. A po drodze mamy jeszcze Drużynowy Puchar Świata, czyli kolejną okazję by pokazać, że żużlowa Polska to potęga. Czyż tak właśnie nie jest?


Autor: Lill  

Skomentuj na forum >>



Wszelkie prawa zastrzeżone! Kopiowanie tekstów czy grafiki jest zabronione!
Copyright: @-SPORT - 2006 - magazyn sportowy.

<< poprzednia | spis treści | następna >>