|
Sporty motorowe
Żużel: Grand Prix okiem kibica: Cardiff
Zawody przez wielu uznawane za wizytówkę cyklu Grand Prix, czwarta runda tegorocznej edycji zmagań o tytuł Indywidualnego Mistrz Świata- rywalizacja na Millennium Stadium mówi sama za siebie. Chociaż… wtrącę się zupełnie nieobiektywnie, że z roku na rok zawody te coraz bardziej stają się loterią. Czasowy tor może być zarówno sprzymierzeńcem, jak i najgorszym wrogiem. Tegoroczna nawierzchnia pozostawiała wiele do życzenia. Któż to słyszał, żeby w połowie rundy zasadniczej tor przypominał ser szwajcarski? A może zwyczajnie oglądałam inne zawody? Jeśli nie, to uprzejmie „gratuluję” organizatorom.
Ponoć taka loteryjna nawierzchnia dodaje prestiżu. Z perspektywy kibica powinno być więc wszystko w porządku. Idąc tym tropem, jako że tytuł niniejszego cyklu brzmi „Grand Prix okiem kibica”, nie powinnam mieć zastrzeżeń. Lecz kobieca ma natura lubi szukać dziury w całym, a już tym bardziej w owym podziurawionym torze, jaki mieliśmy wątpliwą przyjemność oglądać chłodnego, czerwcowego wieczora. Czy taka, za przeproszeniem, nawierzchnia ma decydować o tym, kto zostanie mistrzem świata? W takich momentach tylko piać peany pochwalne na cześć tego mądrego człowieka, który skończył z jednodniowymi finałami. Kto mi powie, co by się wtedy działo? Wyobrazić sobie nietrudno - o wyniku decydowałyby nie maszyny, nie przygotowanie, a już w żadnym wypadku nie umiejętności - tylko w jakichś dziewięćdziesięciu procentach szczęście. Ktoś może powiedzieć, że przesadzam, bo przecież w Cardiff wygrał Crump, co znaczy zapewne, iż jest on w iście mistrzowskiej formie. Może i… Osobiście jakiś czas temu proponowałam nawet, by przechrzcić cykl Grand Prix na Crumprix, bo jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieć tu teatr jednego aktora. To było tak w konwencji mało zabawnego żartu, lecz - jak się okazuje - dość trafnie oddało obecną sytuację w światowym żużlu. Najpierw jest Crump, potem długo, długo nic. A na drugim miejscu mamy trzydziestosześcioletnią niespodziankę zza oceanu, jak powiedziałoby wielu komentatorów sportowych, niekoniecznie od żużla. Dawny mistrz świata odrodził się i oto powraca, żeby… Właśnie, żeby co? Zdobyć srebrny medal? Zapewne, bo w końcu na złoto ma już tylko teoretyczne szanse. Rudowłosy „Kangur” wszak zasuwa do przodu, aż miło i nie sądzę, żeby dał komukolwiek wydrzeć sobie końcowy triumf. Oby tylko nie przesadził i nie zmarnował wszystkich sił na jeden sezon - to może skończyć się źle. Vide dawny dominator Tony Rickardsson. Szwed po rewelacyjnym sezonie zawodzi i to zawodzi na całej linii. Wprawdzie w Cardiff jeszcze coś pokazał, ale to już nie jest dawny Rickardsson. Aż chce się zaśpiewać: gdzie się podziali tamci mistrzowie…? I liczba mnoga nie jest tu naciągana, ani trochę. Chyba nietrudno się domyślić, o kim teraz będzie mowa.
Była w 2003 taka runda Grand Prix, w Cardiff właśnie. Na jej wspomnienie niejeden bukmacher złowieszczo zgrzyta zębami. W owych czasach bowiem, podobnież jak w tym sezonie, rządził Crump. A skoro rządził, to był niemal „pewniakiem” do zwycięstwa i w owym Cardiff. Tymczasem wygrał kto inny - Nicki Pedersen. Nie koniec na tym - z jednym zwycięstwem sięgnął po mistrzowski tytuł. Teraz, po trzech latach, ten sam Nicki Pedersen na tym samym torze dwukrotnie defektuje, dwukrotnie zajmuje trzecie miejsce (przy czym raz podczas trzyosobowej powtórki) i raz zdobywa dwa punkty. Któż teraz powie, że te zawody nie są loterią?
|
|
A i zwycięzca tych jakże kontrowersyjnych i nieprzewidywalnych zawodów w roku pańskim 2006 nie był niepokonany - dwukrotnie musiał uznać czyjąś wyższość. Pół biedy, gdy był to Tony Rickardsson, który - choć nie w najwyższej formie - nadal jest zdolny wygrywać biegi, bądź też Andreas Jonsson, późniejszy zdobywca drugiej lokaty. Ale Bjarne Pedersen i Lee Richardson w tym sezonie formą nie błyszczą i nie sądzę, by byli wymagającymi przeciwnikami. Takie jest moje zdanie i ja się z nim zgadzam, jak to zostało ujęte w pewnej książce.
Nie miał szczęścia do Cardiff jankes Hancock, określony wcześniej mianem „niespodzianki”. Mógł to wygrać - niestety, nie liczą się możliwości, a wynik. Ten ostatni zaś był taki, że Amerykanin przewrócił się w finale i z powtórki został wykluczony. Cóż, los bywa okrutny; nawet dla takiego Hancocka, który cichy, spokojny, nie wadzi nikomu… Tylko zbiera punkty, by potem awansować na drugą lokatę w klasyfikacji generalnej, o czym też już wspominałam. Walka na szczycie? Przewidywana, aczkolwiek chyba tylko o srebro. W tych rejonach to i owszem, może być gorąco. Z jednej strony „Jankes- reaktywacja”, z drugiej zaś duński mistrz z 2003, któremu apetyt na medal wyostrzyło zwycięstwo w pierwszej rundzie tegorocznego cyklu. Innych kandydatów do podium jakoś nie widzę, chociaż przecież może odezwać się uśpiony tygrys choćby w takim Tomaszu G. from Poland. Gollob Młodszy swoje lata ma, a smaku złotego medalu jeszcze nie poczuł. W tym sezonie już raczej nie poczuje, ale kto gwarantuje, że nie zechce włączyć się do walki o medale w ogóle? Żeby tylko nie powtórzył „wyczynu” z Wielkiej Brytanii i zdobywał trochę więcej punktów niż siedem, a wszystko jest możliwe.
Nie wspomniałam jeszcze o Jarku „Małym” Hampelu. Mea culpa, bo jemu akurat kilka zdań się należy. Przede wszystkim chylę czoła, że jako jedyny Polak w Cardiff się spisał, i to już drugi rok z rzędu. Było podium w sezonie dwa-zero-zero-pięć, jest i teraz. Chwała mu za to i cześć, żeby tylko tak wszędzie mu wychodziło, to mielibyśmy drugiego Polaka mistrzem świata tytułowanego. Nie w tym sezonie, ale kto wie, czy za parę lat Hampel nie będzie dominatorem? Czego, jako Polka i jako kibic, serdecznie mu życzę…
Zbliżamy się niebezpiecznie do podsumowania całego tego przedstawienia, jakie dnia trzeciego czerwca a.d. 2006 odbyło się na Millennium Stadium. Ale podsumowanie niech każdy sobie dośpiewa, wszak napisałam już wszystko, co napisać mogłam. Mam tylko cichą nadzieję, że nikt nie oczekiwał relacji - takowej bowiem nie było. W końcu, cóż tutaj opisywać? Chyba tylko dziurawy tor. Nawiasem mówiąc, Rybnik też ma taki, a z Rybnikiem nie podpisali umowy na organizację Grand Prix. Ale przynajmniej rybniczanie mogą powiedzieć o swoim przybytku żużlowym „prawie jak Cardiff”. Nie jestem pewna, czy w tym przypadku „prawie” robi wielką różnicę…
Autor: Lill
Skomentuj
na forum >>
| |