|
Wolność Alfa
Nawet gdy poświęcał uwagę swoim starym planom ucieczki, Wilan nie czuł takiego napięcia jak przez ostatnie dni. W każdej chwili oczekiwał sygnału, lecz ten nie nadchodził. Minął jeden dzień i nic. Spóźnienie wobec pierwotnego planu sięgnęło całej doby. Teoretycznie, powinni już być w więzieniu. Z dnia na dzień uczucie ściskania w dołku stawało się mocniejsze. Dziś stało się tak silne że nic, poza alkoholem, nie było w stanie go zagłuszyć, lecz ostatnie dni były ostatnimi w które chciałby się upić.
Pustka w stoczni powiększała się. Statek był już prawie gotowy. Ledwie dni, może godziny dzielić będą ich odlot od rozpoczęcia procedury odcumowania gwiazdolotu. Każdy statek jaki budował zabierał w sobie kawałek jego życia. Choć tym razem był to kawałek niewielki, zdawał się dłuższy i bogatszy w doświadczenie niż wszystkie poprzednie lata. Jeśli ten gwiazdolot pomoże oszukać system, będzie z tego dumny.
Choć oczekiwał sygnału, jego nadejście zupełnie go zaskoczyło. Kończył montowanie ostatnich osłon reaktora. Mocniej nacisnął narzędziem na pokrywę - i niespodziewanie odpłynął do tyłu, zderzając się z przeciwległą ścianą wąskiego pomieszczenia. Odbił się, poszybował na skos i złapał za uchwyt. Zawisł przy ścianie i czekał.
To było to. Dwa potężne magnesy zbliżyły się do siebie, osłabiając się nawzajem, walcząc o objęcie we władzę własnego przyciągania jak największej przestrzeni. Wszystko wokół, łącznie z Wilanem, było dla nich ledwie workami z żelazem. To już dziś, myślał w trakcie kilku minut nieważkości, to ta noc.
Poczuł jak wraca waga jego ciała. Latające dookoła narzędzia z wolna osiadły na podłodze. W jedno mrugnięcie oka jego praca straciła sens, lecz zmusił się by do niej powrócić. Jeszcze ten jeden, ostatni dzień. Cokolwiek stanie się jutro, nie będzie pracą w stoczni.
Kilkanaście minut później wyszedł ze statku i stanął przy śluzie. Ładunek kilku transporterów walał się wzdłuż pasa transmisyjnego; uprzątający go kontraktowcy klęli całe zdarzenie na spin galaktyki. Jedna ładowarka leżała na boku, zdezorientowane układy wyłączyły ją nim zdążyła się nastawić po zaniku pola. Nie było chyba nikogo kto by nie zauważył przejścia, na własnej skórze odczuwając jego skutki.
Stał tak, myśląc że jego zachowanie nie należy w tej chwili do najdziwaczniejszych, gdy na jego prawym barku spoczęła czyjaś ciężka, niedźwiedzia łapa.
- Spotkajmy się po pracy, w barze - zaproponował Buris - To ważne.
Kiwnął głową. Statek przeszedł, a jego wciąż nikt nie aresztował. Nie musiał się spieszyć.
* * *
Usiedli przy jednym z najbardziej oddalonych od wejścia stolików. Nie w samym rogu - taki wybór był zbyt oczywisty - niemniej dość by nie zwracać niezdrowej uwagi. Przemytnicze stoliki, pomyślał, rozglądając się. Wiele razy widywał pary czy grupki szepczących do siebie gości, zamawiających coś na odczepnego, byle podtrzymać kamuflaż który aż krzyczał jak bardzo nie zależy im na postronnych obserwatorach.
- Czy to bezpieczne? - spytał Burisa.
- Spokojnie. Znam kilka sztuczek - na chwilę zawiesił głos - To dzisiaj to nie przypadek. Sygnał, co? Nie wiem do czego, ale myślę że nie minie wiele czasu nim znikniesz.
- A ty skąd o tym wiesz?
- Odgadłem - Buris wzruszył ramionami - Elementarne, drogi Watsonie. Gdybym się nie domyślił od razu, wystarczyłoby mi spojrzeć na ciebie, jak cię nosi z nerwów.
- Aż tak widać? - spojrzał na niego krzywo, próbując na siłę się rozluźnić.
Buris nieznacznie kiwnął głową w stronę najbliższego perceptora.
- Mam nadzieję że gdy się zorientują, będziesz daleko - odpowiedział.
Problem w tym że oni już wiedzą, a Wilan nie był tak daleko, jak by tego chciał. Oczywiście, Burisowi to na rękę. Razem z nim odleci jego poczucie winy - o ile jakieś odczuwał - i ryzyko wpadki.
- Po co to spotkanie? - przeszedł do sedna - Chcesz czegoś?
Buris się zmieszał. Albo udawał, albo...
- Skoro nawiewasz... mógłbyś może coś zrobić... co nam pomoże, a tobie nie zaszkodzi.
- Wciąż myślisz o dzieciach? Jeśli mówiłeś poważnie, wciąż mamy dwa wolne miejsca. Tylko dwa, to nie zależy ode mnie. Jestem tylko pasażerem.
- Nie, nie mógłbym - Buris pokręcił głową. Ich wspólna przygoda przekonała Wilana że potrafi dobrze udawać, lecz jego wahanie zdawało się szczere - Wierzę że zająłbyś się nimi jak własnymi, ale...
- Wolisz by dalej chodziły do szkoły?
- Do szkoły? Co to ma wspólnego?
Wilan cofnął się na krześle i rozłożył na oparciu. Buris nie wiedział. Nie był jednym z tych co wiedzieć powinni. Chwilę wahał się czy mu powiedzieć, lecz zrezygnował. Albo by nie uwierzył, albo zaczął to sprawdzać. Nie jemu było decydować za jego przełożonych.
- Nic. Wolałem byś sam zdecydował.
- Doceniam to, zwłaszcza po tym... wszystkim. Nie mogę ich wysłać w kosmos nie wiedząc co się z nimi stanie. Gdyby chociaż żona... Gdyby opuściły stację, dobraliby się do nas Protektorzy. Szybki skan i po sprawie a ja... nie chcę ich stracić - Buris oparł się łokciami o blat stołu i pochylił w stronę Wilana - Tak między nami, czuję że twój pomysł może się jeszcze przydać.
Wilan pochylił się w jego stronę.
- Naprawdę myślisz że ci pozwolą? - spytał, nie kryjąc zdumienia.
- Mogą pozwolić, przez ciebie i Lerszena. Jeśli zniknę, wszyscy pomyślą że poleciałem z wami. Nikt nie zwróci uwagi na nasz mały sekret. Myślisz że po waszej ucieczce ktoś zwróci uwagę na ten kawałek skały? Będzie niezłe zamieszanie, śledztwo... Opóźnicie odczepienie, to da mi czas na skończenie roboty. Możesz nam to ułatwić - wycelował palec w Wilana - Masz uprawnienia o jakich ja nie mogę marzyć. Gdybyś tak zrealizował kilka zamówień z magazynu, tak w ostatniej chwili...?
- Zostaną wycofane natychmiast gdy się zorientują co się dzieje!
- Dam sobie radę. Potrzebuję tylko sygnatury, a tobie i tak będzie wszystko jedno. Słuchaj, wiem jak to wygląda, ale... Mamy przerzucić coś specjalnego. Nie wiem jeszcze co, ale czuję że przyda im się do tej roboty ktoś kto będzie w środku asteroidy. Zlecenie nie idzie od nas, to ktoś spoza organizacji, ale płaci takie sumy za transport że wszystko jest możliwe.
Płaci za transport czego? Podziemie wywoziło na zewnątrz całą gamę towarów...
- Nie wydaje ci się to trochę dziwne? Potrzebowaliby pilota tylko w jednym wypadku: gdyby sami próbowali przewieźć kogoś żywego.
Buris podejrzliwie rozejrzał się na boki.
- Sam o tym pomyślałem - przyznał.
- Ale jeśli to ktoś na tyle bogaty by was kupić, dlaczego nie wykupi zwykłego biletu?
- Kupić nas! - żachnął się - Może nie w tym rzecz by stąd odlecieć, lecz by dotrzeć do celu. Bardzo, bardzo odległego celu, rozumiesz?
Wilan uniósł w zdziwieniu brwi.
- Konserwacja?
- Niby nielegalna, a kolonistów zamrażają. To musi być człowiek, lecz nikt nawet nie zająknął się na temat montażu komór. Domyśl się sam. Mi to na rękę. Mogę robić za pilota, jak długo zostanę na pokładzie. Jeśli zgramy wszystko, nikt nawet nie zwróci uwagi. Ty polecisz klasą biznesową, a ja może załapię się na turystyczną - zachichotał - Zasłużyłem na emeryturę wśród gwiazd.
Wilan nie zastanawiał się długo.
- Zrób listę. Wyślę ją gdy nadejdzie czas. Jeśli uważasz że moja sygnatura będzie jeszcze coś znaczyć... Mogę nawet zatwierdzić wszystkie moje i wasze przeróbki.
- Nie! Zaraz zaczną się zastanawiać po co to zrobiłeś.
- Też prawda... Nie wiem ile czasu zajmie Urzędowi powiązanie wszystkich włókienek. Mam nadzieję że jesteście na tyle zorganizowani by wykorzystać moją autoryzacji na odbiór zanim ją cofną. Mi będzie wszystko jedno o co mnie oskarżą.
- Już ty się nie martw o naszą organizację. Ile lat ci zajęło odkrycie włamywacza, co?
Przytaknął. To cicha wojna, pomyślał, wojna w szkole, a potem w dorosłym życiu. Tu czy tam, nieważne. Różniły ich tylko cele. Czy to czyniło ich lepszymi?
- Mam nadzieję że ci się uda - powiedział - Nim wejdziemy w podświetlną spróbuję uprzedzić Arakin by wyczekiwali waszego sygnału. Kursu nie będziecie zmieniać?
- Nie wiem. To by zwróciło za dużo uwagi, ale to nie zależy ode mnie.
- Słusznie. Ostrożność przede wszystkim. To tyczy także ciebie. Gdy zniknę, trafisz pod obserwację.
- Dam sobie radę - odparł z wyższością Buris. Pracowali razem tyle lat, lecz tak naprawdę poznali się dopiero gdy musieli się rozstać. Nastały złe czasy na przyjaźń.
Buris wstał.
- Czas na nas - powiedział - Zbyt długa rozmowa zwraca uwagę. Jestem ci winien ostrzeżenie. Wkraczasz w świat w którym zbyt wiele rzeczy wydaje się czymś innym niż jest w rzeczywistości. Pamiętaj o tym. Być może nigdy nie nauczysz się ich odróżniać. Dlatego powinieneś to wiedzieć.
- Co dokładnie? - Wilan znów poczuł znajomy dreszcz niesprecyzowanego niepokoju - Buris, czy wiesz coś czego ja nie wiem, a powinienem?
- Wiedzieć nie wiem, lecz mam doświadczenie. Lata doświadczeń. Możesz stąd uciec, ale pewne sprawy będą ciągnąć się dalej, nieważne jak daleko zalecisz. Kłopoty Lerszena przejdą na was. Wierzę że dostaniesz to czego szukasz, ale... sam rozumiesz. Twoi ludzie niewiele mają wspólnego z moimi znajomymi. Współpracujemy, lecz nie mówimy sobie więcej niż musimy, jak ja i moi przełożeniu. Miej oczy szeroko otwarte.
Uścisnęli sobie ręce i rozeszli się w swoje strony. Dobrzy ludzie nigdy nie są sami, pomyślał. Ani źli. Dobrze że na koniec okazałem się tylko zwykłym człowiekiem.
* * * * *
Zgasił światło, próbując choć na chwilę zasnąć. Nigdy wcześniej nie miał z tym problemu. Potrafił wykorzystać na odpoczynek każdą pojedynczą godzinę między jedną akcją a drugą, lecz tym razem sen nie przychodził.
To miał się stać dzisiaj, tego zaciemnienia. Wystarczyło spojrzeć na ojca. Zachowywał się tak jak zwykle, jak zwykle zjedli kolację i poszli do sypialni, lecz cała reszta była nie tak. Matka tego nie zauważyła, lecz Arto wiedział. Gdy się zacznie, musi być w pełni sprawny. Kolonista pewnie już zaczął działać. Nie mógł spokojnie leżeć, wiedząc że maszyna zaczyna się poruszać. Zmieszczą się w rozkładzie, albo zostaną. A gdy zostaną...
Przypomniał sobie że był ktoś kto musiał zostać. Tuż obok niego coś spadło na łóżko. Sięgnął ręką i pogłaskał miękkie futro. Lili, jak zawsze, ułożyła się obok niego, w ciemności nadstawiając głowę do pieszczot. Przekręcił się na bok.
- Teraz zostaniesz sama - powiedział do niej cicho, gładząc czubkami palców jej głowę, pozwalając jej lizać spód dłoni - Nie mogę cię zabrać. Nie ma komór dla kotów, a ja nie chcę zamienić cię w lodową bryłę. Lepiej jak zostaniesz tutaj, prawda?
Kotka, pomrukując cicho, wyciągnęła się na kocu i zabrała za toaletę. Żal mu było ją zostawiać, bardziej niż grupę.
- Poradzisz sobie, wiem to. Koty zawsze sobie radzą.
Tylko ludzie sobie nie radzą, pomyślał. Znajdzie sobie nowy dom. Może ci, co zajmą ich mieszkanie, przyjmą ją do siebie. Jeśli nie, miał jeszcze Liena. Też lubił koty. Zaopiekują się nią, dla niego.
Wydało mu się że minęła ledwie chwila odkąd się położył gdy obudziło go potrząsanie za ramię. Lili gdzieś odeszła. Przez powieki wyczuł że w pokoju pali się słabe światło.
Otworzył oczy. Ojciec stał pochylony nad łóżkiem.
- Już czas - powiedział - musimy iść.
Zerwał się na nogi. Spał w ubraniu, od dawna był gotowy. Gdy ojciec wyszedł, szybko uruchomił konsolę. Wysłał trzy przygotowane wczoraj wiadomości. Jedną do Derta, drugą do Liena, trzecią, najważniejszą, do Zema. Musiał mu wyjaśnić - i do otchłani z siecią! Zabezpieczył się najlepiej jak potrafił, pisał slangiem, by wiadomość była zrozumiała tylko dla niego. Zem musi zrozumieć że tacy jak Karros są tymi którzy mają grać lepiej.
Nie będą grać, pomyślał mściwie. Władcy gry nie będą mieć nowej zabawki na moje miejsce. Nie będą mieć drugiego Anhela. Zem mógł odebrać wystukaną na jego dłoni wiadomość jako oskarżenie Karrosa, ta wiadomość miała być wyrokiem. Za Kerella, myślał, potwierdzając wysłanie, dla dobra szkoły i uczniów. Nawet stając się takim jak Anhelo, Zem nie będzie gorszy od tego co mogło z niego wyrosnąć. Jeśli naprawdę mu na czymś zależało, jeśli był gotów zabić by zemścić się za utraconych uczniów Daela...
Skasował wszystko. Wyłączył konsolę, wyjął wszystkie karty pamięci i rozgniótł je podstawką projektora. Zgarnął swój plecak, wraz z garścią najcenniejszych rzeczy. Nie było ich wiele. Zgasił światło i wyszedł.
* * *
Iwen, nawet gdyby chciał spróbować zasnąć, nie byłby w stanie. Nie tylko dlatego że od kilku dni miał z tym trudności. Teraz doszła do tego awantura przy drzwiach wejściowych, która zaczęła się kilka minut temu. Trząsł się pod kocem, nasłuchując jak w dużym pokoju trzej ludzie z Urzędu nagabują ich rodziców.
Wiedzieli, musieli wiedzieć, inaczej po co by tu przyszli?
Rossie była nie mniej przerażona niż on. Czuł to, choć nie widział. Milczeli. Rozumieli się bez słów. Żadne z nich nie zapaliło światła, choć nawet dla tych natrętów musiało być jasne że muszą ich słyszeć. Leżeli na swoich łóżkach i słuchali.
- Znają państwo niejakiego Zefreda Halla? - dobiegł ich urzędowy ton jednego z obcych głosów - Uprzedzam, w razie potrzeby dowiemy się wszystkiego z neuroskanu.
Odruchowo spojrzał w stronę skrytego w ciemności łóżka siostry, czując że patrzy na niego.
- A powinniśmy? - spytała ostrożnie matka - Nie wiem, nie przypominam sobie... Może...?
- Chyba... jest ktoś taki, w stoczni - odpowiedział z wahaniem ojciec - Może ktoś z obsługi, z tych nowych, krótkokontraktowych pracowników, nie jestem pewien. Coś się stało?
Usłyszał ciche szuranie. Ros podczołgała się po cichu i położyła obok brata.
- Nie mamy się czego bać - jej szept drżał od strachu. Słaby sposób na uspokojenie - Oni tylko gadają. Gdyby coś mieli, już by nas wlekli do skanera.
- Nie boję się - odszepnął równie wystraszonym głosem.
- Sprawdzamy to - głos odparł z wahaniem.
- Wierzycie że ma coś wspólnego z bombą? Wtedy u nas nie pracował!
- Włączył pan zakłócenie - zauważył drugi wizytator.
- Prawo tego nie zabrania! - oświadczył twardo ojciec - Czyżby to wam w czymś przeszkadzało? - spytał z naciskiem - Dlatego sprawdzacie to w środku nocy?
- Od kilku rozjaśnień wasz syn siedzi w domu.
- Ach, więc o to chodzi? - sztucznie głośne słowa matki były pełne jadu. Maskowała strach wściekłością, jak samotny wilk, otoczony pod drzewem przez stado psów gończych - Sprawdzacie czy zakładnicy są na miejscu? Proszę bardzo! Inaczej sobie nie pójdziecie, prawda? Więc zbudźcie je, jeśli już tego nie zrobiliście, i wynoście się stąd do czarnej dziury!
Siostra zwinnie i szybko przemknęła do swojego posłania. Gdy drzwi się otworzyły, leżała, jak gdyby nigdy nic. Urzędnik wszedł do ich pokoju jak do własnego domu. Rozejrzał się, sprawdzając coś na niewielkim panelu. Nie udawali że śpią, nie było sensu. Śledzili go wściekłym wzrokiem. Urzędnik popatrzył na nich, po czym wyszedł. Drzwi się zamknęły.
- Sprawdził pan? - spytała sucho matka - Są na miejscu? Nie uciekli?
- Musieliśmy sprawdzić - odpowiedź była beznamiętna - Zakłócanie uniemożliwiło...
- W środku nocy? Ma gorączkę, to wszystko. Mam go puścić, by pozarażał innych? Nie, to nie zaraza, zwykłe zapalenie. Mogę go jutro wysłać do lekarza. Tego chcecie?
Zagrała twardo, nawet Iwen to wyczuł. Nie naciskała, tamci nie mogli się domyślić że coś wie, lecz słowa wystarczyły by nieco zmiękli. Te szczury wiedziały o wszystkim!
- To nie będzie konieczne. Jesteśmy ledwie strażnikami dobra społeczeństwa...
- Strażnicy dobra społeczeństwa, w mojej... - matka zaczynała wpadać w histerię.
- Wystarczy - uspokoił ją ojciec.
- Takie jest prawo - chłodno wyjaśnił urzędnik - My tylko sprawdzamy wykonanie.
- W środku...? Jest zaciemnienie, na wszystkie gwiazdy!
- Wystarczy - powtórzył ojciec.
- Jak bezczelny... Toż to absurd! - matka go nie słuchała. Na chwilę odebrało jej mowę, ale tylko na chwilę - Troska o wychowanie? Walka o niewolników!
- Dla dobra społeczeństwa. Jeśli rodzice nie potrafią zapewnić właściwego wychowania... - urzędnik beznamiętnym głosem zaczął recytować formułkę.
- Wynoście się! - Iwen nigdy nie słyszał by głos matki kiedykolwiek był tak władczy i rozkazujący - Przecz z mojego domu! Widzieliście co chcecie, teraz won, do samej otchłani! Zdobądźcie sobie nowy nakaz, za godzinę, czy jutro, nie dbam o to! - głos przeszedł w złowieszczy syk - Oskarżajcie nas o co chcecie, ja mam się do kogo odwoływać!
Iwen leżał i słuchał, zdumiony. Matka nigdy dotąd nie była tak wzburzona, nigdy nie używała takich słów. Wyrzuciła urzędników za drzwi! Ojciec zawsze był spokojny, ale ona...
Urzędnicy wyszli. Niemal jednocześnie wyskoczyli z łóżek. Już byli spóźnieni. Zebrali wszystko, gotowi do ucieczki. Wyszli do pokoju.
Matka trzęsła się z gniewu; ręce jej latały, lecz nie straciła głowy. Z dużej szafy wyciągnęła przygotowany zawczasu niewielki plecak. Nerwowo narzuciła go na plecy.
- Daj mi - Iwen podbiegł i złapał za materiał - Jestem najmniejszy.
- Szybko. Zbierajcie się. Musimy iść - matka oddała mu plecak, nerwowo rozglądając się po pokoju - Jesteśmy spóźnieni.
- Nie teraz - odparł ojciec. Był spokojniejszy od niej, lecz też był podenerwowany - Musimy odczekać, inaczej natkniemy się na urzędników.
- Musimy iść już! Teraz!
- Musimy poczekać! - twardo powtórzył ojciec - Bez tego nigdy nie dotrzemy na miejsce.
- Automaty przyczepią się do nas, tak czy inaczej. Będziesz musiał coś z nimi zrobić. Twój drogi Zefred na pewno znalazł na to sposób. Idę, zanim coś się stanie. Nie zostanę na tej stacji ani minuty dłużej! - rzuciła swój identyfikator na stół, złapała swoją torebkę, spojrzała na dzieci - Idziemy!
- Trudno, więc idziemy - ojciec rzucił obok swój identyfikator. Upewnił się że zagłuszanie wciąż jest aktywne. Potem wyszli.
* * *
- Już są - oświadczył Arto, wychylając się zza rogu.
Wilan wyjrzał na korytarz. Na miejscu czekało już kilka osób. Jednych nie znał, innych się spodziewał. Ich umiejętności pokrywały się z planami o których mówił kolonista. Lecz pewna dwójka zwróciła jego szczególną uwagę.
Wyszedł i zbliżył się do nerwowo oczekującej grupki. Słyszał jak jego żona i syn idą za nim. Sam gapił się na Susumi i Hemula. Oni gapili się na niego.
- Ty też? - uniósł brwi, patrząc na Susumi. Wokół niej dreptała kilkuletnia dziewczynka.
- Mogę to samo powiedzieć o tobie - splotła ręce - Ale cieszę się że ty też. I dobrze! Z tobą odtworzymy cały zespół - kiwnęła głową w stronę reszty - Brakuje kilku, ale razem na pewno coś złożymy, choć nie jestem pewna czy to będzie statek, czy holownik.
Rzeczowa jak zawsze, nawet w takiej chwili. Uśmiechnął się szeroko.
- Cieszę się że was tu widzę - wyciągnął rękę do Hemula - Zwłaszcza ciebie.
Materiałowiec w niczym nie przypominał człowieka którego spotkał tamtej nocy na promenadzie. Musieli go zgarnąć już po tym zdarzeniu. Częściowo doszedł do siebie. Był trochę w nieładzie, lecz gotowy, spakowany i przygotowany na wszystko.
- Cóż, sam wiesz - odpowiedział. Uścisnęli sobie dłonie - Tu nie ma dla mnie już nic. Skoro moja, jak się okazało, gorsza połowa zdecydowała się mnie porzucić, niech radzi sobie sama. Do otchłani z nią! Potrzebujecie mnie bardziej niż ona - westchnął - Zabrałbym córkę, lecz nie mogłem powiedzieć żonie. Nie po oskarżeniu, nie po tym jak wyjechała nie mówiąc gdzie. Dowiedziałem się dopiero wczoraj! Nie daliście mi wiele czasu na wytrzeźwienie.
- Zaraza, przeklęte tajemnice do granic paranoi - parsknęła Susumi - Wszystko do ostatniej chwili. Dobrze że sama wiedziałam że tu będę!
Wilan rozejrzał się po pozostałych. Jego pojawienie się ożywiło ludzi. Wydawali się troszkę pewniejsi powodzenia i troszkę swobodniejsi. Byli ubrani zgodnie z zaleceniami - ściągnięte kombinezony lub wąskie koszule i spodnie, nic, co by zawadzało podczas przeprawy. Nikt nie brał bagażu większego niż mały plecak. Konsola z cennymi danymi, pamiątki, drobiazgi - tylko to co naprawdę było coś warte. Jeśli chodziło o niego, całą resztę pozostawił za sobą bez odrobiny żalu.
- Ktoś jeszcze? - spytał - Nie widzę Rubia...
- Też będzie mi go brakowało - zgodziła się Susumi - Jak dla mnie, był zbyt strachliwy.
- Lien! Ty, tutaj? - Wilan odwrócił się. Arto radośnie potrząsał za ramię jakiegoś chłopca.
- Ej! Jak ty jesteś z nami, wiem że się uda - odparł tamten, równie uradowany - Koniec ćwiczeń, co?
- Na otchłań! Jak ty tu jesteś, co z...
- Spokojnie, wszystko załatwiłem! Rejkert zajmie się twoim kotem. Skup się lepiej na nas.
- Mój syn - wyjaśniła Susumi. Złapała dziewczynkę - To moja córka, a tam - wskazała na jednego z mężczyzn - jest mój mąż.
Mężczyzna rozmawiał z innymi, lecz wciąż rzucał w ich kierunku ostrożne spojrzenia. Wilan ledwie go znał. Skinął mu głową, mężczyzna odpowiedział ostrożnym skinięciem.
Zastanowił się czy o niczym nie zapomniał. Zrobił listę dla Burisa, wysłał autoryzację, wszystko jak trzeba. A jednak czegoś brakowało...
- Nie widziałeś Iwena? - nagle spytał Arto. Wilan zmarszczył brwi. Właśnie, gdzie Lerszen?
- Iwen? On też? - odparł chłopiec - Holujesz mnie!
- Sam zobaczysz! Tato, widzisz ich?
Wilan poczuł ukłucie chłodu. Wśród zebranych nie było ani Lerszena, ani nikogo z jego rodziny. Prawda, wciąż dochodzili nowi, mieli jeszcze czas, ale on powinien się zjawić jako pierwszy. Miał zabezpieczyć tren. Coś musiało ich zatrzymać.
Policzył zgromadzonych ludzi. Nie było ich tylu ilu miało być. Urząd zaczął robić swoje.
- Nie ma Norrensonów - potwierdziła Ene - Ani Zefreda.
Więc wszystko spadło na jego barki. Chłód przeszedł w dreszcz. Obrócił w kieszeni sześcianik kolonisty, zastanawiając się jak niezwykle czułe palce musi mieć osoba na co dzień korzystająca z takich przyrządów. Pomacał go w wyuczony sposób, lecz nie wyczuł ostrzegawczego drżenia niewielkiej wypustki. Sześcianik nie wykrył obecności automatów.
- Coś musimy zrobić - zauważył jeden z pracowników. Wilan dobrze go znał - Podobno miałeś go zastąpić. Powiedział że będziemy wiedzieli za kim iść. Musiał mówić o tobie.
- Prawda - odparł - Wiem co robić. Na razie poczekamy. Jeszcze mamy czas.
Następne pół godziny Arto spędził na dwóch rzeczach - myśleniu co się stało z Iwenem, czy on i kolonista zdąży na czas, oraz na ukrywaniu niepokoju, którego źródłem był jeden ze znajdujących się wraz z nimi mężczyzn. Widział go raz, lecz rozpoznał go niemal natychmiast. Mógł przyjść bez munduru i z rodziną, lecz dla niego wciąż był strażnikiem z korytarza, rzekomo pomagającym im w zamian za bilet na statek. Jednak milczał, starając się nie czuć jego wyimaginowanych spojrzeń na plecach, ile razy odwracał się tyłem.
- Gdzie ten wyssany kolonista? - ktoś szepnął nerwowo - Obiecał że wszystko ustali...
Do próżni z kolonistą, pomyślał. On nas w to wpakował. Wiedział co robi. Ludzi było coraz więcej, lecz Iwena ciągle brakowało. Nie mógł się powstrzymać od nerwowego, choć powolnego chodzenia wzdłuż ściany. Nawet w tym udawał spokój, choć podłoga pod jego krokami zdawała się rozgrzewać. To nic że nie żarzyła się światłem plazmy, czuł jakby się w nią zamieniała. Chciał zerwać się i biec aż do ich domu, lecz wiedział że nie zdąży.
- Arto - głos ojca wstrzymał go w połowie drogi do przeciwległej ściany - Musimy już iść.
Stanął jak wryty, bojąc się odwrócić i spojrzeć na niego. Słowa były wyrokiem z którym nie mógł się pogodzić. Nie potrafił wydobyć z siebie głosu, nawet po to by zaprotestować.
Ojciec podszedł i położył dłoń na ramieniu.
- Wiem że ci ciężko, ale zależy od nas o wiele więcej ludzi niż tylko Iwen i jego rodzina.
Odwrócił się i spojrzał na zebranych wokół ludzi. Czekali na niego. Było ich tak wielu...
- Mamy tylko tę jedną szansę - powiedział ojciec - Iwen na pewno o tym wie. Niedługo przejdzie ostatni impuls. Potem...
- On nie może zostać! - odpowiedział - Nie przeżyje w szkole...
- Da sobie radę. Był w niej miesiąc. Nauczy się. Może wrócą na dół.
Spuścił głowę i westchnął. Musiał wybrać między rodziną a przyjaźnią.
Wzniósł rękę i wskazał na kratkę.
- Tędy - powiedział cicho.
- Mogę iść przy tobie? Lub za tobą? - spytał Lien.
- Pomóż rodzicom - odparł bez przekonania - Wiesz jak dorośli są niezgrabni.
- Uważaj na siebie, albo wszyscy tu utkniemy, na zawsze.
Lien wrócił do rodziców. Ni słowem nie wspomniał o Iwenie. Nie było potrzeby. Obaj myśleli tak samo. Ojciec poklepał Arto po ramieniu. Odwrócił się.
- Zefred nie wrócił - oświadczył - Będę prowadził, zgodnie z jego zaleceniem, chyba że jest ktoś inny, kto chce to zrobić i wie jak - nikt się nie zgłosił, więc kontynuował - Ustawiajcie się rodzinami, według porządku. Przejdziemy przez wentylację. Trzymajcie się grupy przed sobą. Nie zostawajcie w tyle, nie pchajcie się do przodu. My prowadzimy. Susumi, pójdziesz za nami. Pomożesz mi otworzyć przejście.
Słuchając jak ojciec przygotowuje grupę do przejścia Arto pojął jak wielka ciąży na nim odpowiedzialność. Poza Iwenem był jedynym który znał drogę. Otworzył plecak, wydobył lampę i umocował ją na czole. Inni uczynili podobnie. Wszyscy czekali - na niego.
Teraz to jest moja grupa, pomyślał. Muszę bezpiecznie doprowadzić ją do celu.
*
Jego syn jako pierwszy podskoczył w górę. Złapał się kratki i zgrabnie wśliznął przez otwór. Wilan zrobił to samo, lecz jakże nieporadnie w porównaniu do chłopca. Przesunęli się do przodu, robiąc miejsce matce. Sięgnął ręką, pomagając jej wdrapać się na górę. Z kieszeni wydobył jedno z podarowanych przez kolonistę urządzeń. Na przestrzeń, co mi tam, pomyślał, przyczepiając je do ścianki. W tej sytuacji nawet Zefred wolałby się zabezpieczyć.
Powoli ruszyli naprzód, nawzajem pomagając sobie w przeprawie. Każdy pilnował tego kto szedł przed nim, nie zapominając o idącymi tuż za nim.
- Tu jest trochę ciaśniej - powiedział Arto gdy doszli do pierwszego zakrętu. Nawet nie odwrócił głowy - ale dalej będzie lepiej. To najwęższe miejsce.
Ene czołgała się tuż za nim, za nią szła Susumi. Wilan starał się trzymać blisko syna, choć nie było to łatwe. Arto zdawał sobie z tego sprawę. Przystawał ile razy czuł że ojciec traci go z oczu. Czasem słyszał za sobą jak inne dzieci komentują szeptem między sobą niezgrabność dorosłych. Płynne, pewne siebie ruchy Arto, precyzja z jaką chwytał klamry w głównym szybie, wbrew silnemu ciągowi powietrza. Bez patrzenia wiedział gdzie sięgnąć by natrafić na uchwyt. Ile razy tędy przechodził? Sto, tysiąc? W każdym jego ruchu widział wewnętrzną walkę by iść dalej, by nie cofnąć się i nie czekać na przyjaciela. Wilan nigdy tak wyraźnie nie czuł że coś przed nim ukrywa, lecz nie pytał. Wolał nie wiedzieć. Brakowało nie tylko Norrensonów i kolonisty. Kilka rodzin także nie dało rady. Każąc mu iść, skazał ich... na co? Wolał nie myśleć. Usprawiedliwiał się tym że dalsze oczekiwanie naraziłoby jeszcze więcej ludzi, w tym jego rodzinę.
Arto zatrzymał się tuż przy samej turbinie. Wilan na własnej skórze poznał jakiej siły w rękach wymagało stawienie oporu podmuchowi ciągnącemu go w objęcia łopatek. Odwrócił się, obserwując chwilę jak rodzice trzymają się z dziećmi za ręce. Nie był pewien kto komu pomagał. Rzucił ciałem do przodu, chwytając się ostatniej widocznej klamry, tuż przy wirniku. Gdy się podciągnął, Arto wskazał na klapę w ścianie. Nie próbował przekrzykiwać turbiny, po prostu kopnął w nią i zeskoczył na dół.
Wilan skinął na Ene, po czym ruszył w jego ślady. Był pierwszym dorosłym z grupy który znalazł się na dole. Spojrzał na syna - Arto podszedł do garbu jednego z tuneli, dłonią sprawdzając jego temperaturę. Podszedł i zrobił podobnie. Kanał był chłodny.
Zaraz za nim na dół zeskoczyła Ene, za nią Susumi z mężem i dziećmi.
- Niech mnie przestrzeń, kap... Arto! - zawołał cicho Lien - Tu znikałeś, przez cały ten czas!
Arto wzruszył ramionami i spojrzał na ojca. Teraz wszystko zależało od tego czy i jak dobrze kolonista wykonał swoją robotę. Układy kontroli musiały zostać całkowicie zniszczone. Jeśli zostały tylko uszkodzone, system mógł puścić impuls mimo otwartego kanału, lub wszcząć alarm. Wtedy Kosa będzie na nich czekać, w doku.
- Ostatnia rura - Arto wskazał na garb pod przeciwległą ścianą.
Wilan wydobył swój pas z narzędziami, zapiął go, upewnił się że zatrzaski trzymają i przeczołgał się do celu. Natychmiast zabrał się za odczepianie płyty. Czynność zabrała mu ledwie chwilę. Odsunął płytę i zajrzał do środka, oświetlając jej srebrzyste wnętrze. Arto doczołgał się do niego.
- Mamy wiać tędy? - spytał jakiś dorosły - Kanałem?
Spojrzał w ich stronę, unikając błyskających we wszystkie strony świateł lamp. Niewielka rozdzielnia cała była zatłoczona. Dwie osoby wisiały na drabince, blokując klapę w oczekiwaniu na zwolnienie miejsca. Pomagało im w tym kilku spoglądających w dół dorosłych. Ciąg powietrza rozwiewał ich przykurzone włosy. Wokół rozlegał się cichy gwar nerwowych rozmowy.
Czy na pewno dobrze robił? Towarzyszyło mu około setki ludzi, w tym dzieci. Los ich wszystkich zależał od jego decyzji i umiejętności Arto. Gdyby chociaż otrzymał jakikolwiek znak od kolonisty, gdyby wiedział co poszło nie tak, a co udało się osiągnąć... Miał tylko dwa wyjścia - kazać im zawrócić, licząc że Kosa nie wyłapie ich wszystkich, lub ciągnąć to dalej, z pewnością, jakiej powoli zaczynało mu brakować. Wyciekła gdzieś po drodze i teraz ganiała z wiatrem, zamknięta w układzie wentylacji. Odetchnął głęboko, jakby liczył że część z niej błąka się w pobliżu i zdoła ją wciągnąć do płuc. Byli tu, ryzykowali życiem, swoim i swojej rodziny. Jakim prawem mógł kazać im wracać?
- Taki jest plan - odpowiedział - Arto, opowiedz jak to ma wyglądać.
- W środku nie ma sztucznego ciążenia - chłopiec, leżąc na garbie środkowego kanału, odwrócił się do dorosłych - Musicie płynąć wzdłuż niego. Odpychajcie się rękoma od ścian, najlepiej powoli, by nie wpadać na siebie. Najlepiej zachować odstęp między...
- Prowadzi nas dzieciak? - zawołał ktoś - Co jest, Wil? Holujesz nas...
- Zamknij się! - odpowiedział szorstko - Chcesz prowadzić? A może zawrócić? Wolna śluza.
Wskazał na klapę pełną obserwujących go głów. Odpowiedziała mu cisza.
- Wszyscy jesteśmy zdenerwowani - zreflektował się - Po prostu róbcie co mówi. Zbierzemy się po drugiej stronie. Przy wyjściu ustawię lampę. Zgaście swoje i szukajcie jej światła.
Podał klucz Arto.
- Nie słuchaj ich. Idź przodem - powiedział cicho - Ja ledwie montuję cewki, nie pływam w tunelach - ustawił na kluczu system współrzędnych bezwładnościowych - Tu masz sztuczny horyzont. Wskaże ci stałą płaszczyznę, nieważne czy tu, czy wewnątrz kanału.
Spróbował się uśmiechnąć. Rezultat był mizerny. Arto kiwnął głową. To była jego trasa i jego ucieczka. Wziął klucz i wszedł do kanału, głową do przodu. Robił to z bólem serca, lecz stawiał obowiązek nad przyjaźń. Naprawdę nie znam własnego syna, pomyślał.
Wyjął drugi klucz.
- Ktoś poza mną potrafi to obsługiwać? - spojrzał po obecnych.
Głowy z otworu przekazały pytanie pozostałym w szybie uciekinierom. W rozdzielni podniosło się kilka rąk.
- Jest tu kilku co wiedzą jak sobie z tym radzić - rzucił ktoś z góry.
- Dobrze. Ostatni wchodzący zamknie płytę. Dzieci idą przodem...
- Nie! - Arto wyskoczył z tunelu jak poparzony - Nie możesz! Tato, proszę...
- Musimy zamknąć - odpowiedział, najłagodniej jak potrafił - Inaczej Kosa dowie się jak dostaliśmy się do doków. Ta droga może się przydać innym, w przyszłości...
- Mam gdzieś innych! - z głosu i postawy chłopca biła wściekłość - Iwen zna to przejście, wie jak tu trafić. Może zdążą...
Wilan nie odpowiedział. Jeśli miał rację... Wielu mogło się spóźnić. Lecz kolonista nalegał by zamknęli za sobą wszystkie śluzy. Jak długo kanał pozostanie zamknięty, mówił, Kosa może uznać jego działania za sabotaż Podziemia. Z drugiej strony, coś musiało pójść nie tak...
- Chłopak ma rację, szefie - zauważył ktoś z jego byłej załogi - jeśli inni mają szansę do nas dołączyć... Powinniśmy zrobić jak mówi i do czarnej dziury z całą resztą!
- Nie masz trzeciego klucza? - spytał Arto - Iwen zna moją skrytkę, mógłby otworzyć...
- Zostawię im klucz - odpowiedział - Jeśli się zjawią, sami zamkną otwór, a jeśli nie... to nie będzie miało znaczenia. Idź już. Czekaj na mnie przy wyjściu, pokażesz mi gdzie otwierać.
Odłożył narzędzie w widoczne miejsce. Nie oszukiwał się. Nie myślał o Lerszenie i Iwenie, lecz o tym że jeśli kolonista zawiódł, ten otwór może ocalić ich przed impulsem plazmy. Choć, jeśli tak się stało, może lepiej byłoby zostać w środku...
Arto na dobre zniknął w otworze. Wilan wsunął się za nim i podał rękę żonie. Kolejna osoba zeszła na ich miejsce do rozdzielni. Nim zanurzył się w ciemności, spojrzał na towarzyszy. Wiele mogło się zdarzyć. Kolonista mógł zawieść, mogło dojść do spięcia cewki... Ale ludzie byli zdecydowani podjąć to ryzyko, nawet jeśli do wolności miał ich prowadzić mały chłopiec. Rozumiał to. Był jednym z nich.
* * * * *
Na miejscu zbiórki spotkali ledwie parę rodzin. Garstka ludzi i kilkoro dzieci - nikogo kogo by znał Iwen. Czekali ze strachem w oczach, jak on czując na karku oddech niewidzialnej, lecz nieubłaganie podążającej ich śladem pogoni. Podeszli bliżej.
- No to koniec - powiedziała matka - Zatrzymali nas na dobre.
- Nie! - zaprotestował gorączkowo - Ja znam drogę! Byłem tam z Arto, on to wie! Na pewno zostawił nam przejście! Chodźmy!
- Kanał miał zostać zamknięty - ojciec z rezygnacją pokręcił głową - Nie mam narzędzi...
- Chociaż spróbujmy!
- Nie mamy wiele do stracenia - zauważyła jedna z czekających kobiet.
- Zawsze możemy zawrócić - dodała Ros - Jeśli...
Coś chłodnego, niewidzialnego pochwyciło Iwena za stopy i dłonie. Szarpnął się gwałtownie, lecz ręce miał jak wmurowane w ścianę z powietrza. Z innymi działo się podobnie. Czas nagle zwolnił. Poczuł zbierający się na nadgarstkach ładunek elektryczny, lecz niewidzialne kajdany nie zdążyły go wypuścić.
Jego ojciec zareagował błyskawicznie. Zacisnął palce na trzymanym w dłoni urządzeniu. Wokół nich pojawiły się niewidzialne dotąd elastyczne macki, ich uchwyty odłączyły się od kończyn niedoszłych ofiar. Żelowe ramiona rozdęły się lekko, bezładnie dryfując w powietrzu, martwe i pozbawione kamuflażu. Wokół jego stóp, na wpół unosząc się nad podłogą, kłębiła się półprzezroczysta galaretowata masa. To z niej wychodziły macki. Tylko siły przywierania powstrzymywały ją przed odpłynięciem gdzieś w głąb korytarza.
Ojciec kucnął i zebrał z podłogi garść tkwiących w galarecie małych przedmiotów.
- Policyjne żelboty... - ludzie z obrzydzeniem odrzucali od siebie macki. Kilka osób nerwowo obcierało przegub ręki, lecz dzieci, za wyjątkiem kilkuletnich, pozostały spokojne.
- Nie ma się czego bać - mruknął ojciec, wsuwając przedmioty do kieszeni - Nie wystarczy im robot o mózgu wielkości ziarnka piasku by nas tu zatrzymać.
- Sami widzicie, nie mamy po co wracać - stwierdził jeden z dorosłych.
- A ktoś chce wracać? Prowadź, dzieciaku!
Iwen nie odpowiedział. Wciąż nie był w stanie. Spojrzał na rodziców.
- Może inni zostali złapani, jak my? - ktoś zauważył - Może cała ucieczka...
- Wtedy zawrócimy - ucięła krótko matka - Kto chce iść, niech idzie. Inni mogą wracać.
Nikt nie zdecydował się zostać. Ktoś podał lampę i pomógł Iwenowi nałożyć ją na głowę. Wciąż wystraszony, podszedł pod otwór szybu. Podskoczył, lecz zrobił to tak niezgrabnie że gdyby nie pomoc ojca, spadłby na podłogę.
- Dalej, do góry! - ojciec niemal siłą wepchnął go do środka i skoczył za nim - To był twój pomysł. Idź przodem, tylko ostrożnie.
Iwen czołgał się najszybciej jak potrafił. Nie był tak szybki jak inne dzieci, lecz pocieszał się że jest lepszy od dorosłych. Zatrzymał się kilka metrów dalej, nie słysząc za sobą odgłosów poruszania się. Odwrócił się. Ojciec spoglądał na ściankę szybu. Wpadające z zewnątrz światło, wycinające w mroku ostry kontur otworu szybu, pomogło mu dostrzec doczepiony tam niewielki, półkolisty przedmiot.
- Byli tu - przyznał ojciec, zdejmując urządzenie - Lepiej się pośpieszmy.
Na miejsce zdjętego przyrządu doczepił własne, upewnił się że wszystko działa, podciągnął Rossie w górę, cofnął się i ruszył w ślad za synem. Iwen z niepokojem zauważył jak bardzo, choć nie były aż tak zgrabne, jego ruchy przypominały sposób pełzania innych chłopców.
Gorączkowo starał się przypomnieć sobie drogę. Miał dobrą pamięć, lecz brak mu było orientacji Arto. Odetchnął z ulgą dopiero gdy wyszedł na główny szyb i poczuł na twarzy chłodny, silny ciąg powietrza. Nie zabłądzili. Teraz czekała go najtrudniejsza droga.
Spróbował złapać się najbliższej klamry, lecz źle ocenił siłę. Powietrze pociągnęło go za sobą, lecz ojciec w porę złapał go za kostkę.
- Weź się w garść - ostrzegł - Musimy tam dotrzeć w jednym kawałku. Bez ciebie nawet nie mamy o tym co marzyć.
Napomnienie odniosło skutek. Iwen wyrzucił ramię w górę, mocno uczepił się uchwytu i podciągnął. Pewnym ruchem sięgnął do następnego, stopą przytrzymując się na miejscu.
Ojciec musiał mu pomóc także z klapą. Gdy odpadła, uwiesił się na jej rączce, otwierając drogę. Zeskoczył dopiero gdy wszyscy znaleźli się w środku.
- No to by było na tyle - podsumowała Ros, rozglądając się po pustym pomieszczeniu - Byli, poszli, nie czekali.
- Nie wierzę! - Iwen rzucił się w stronę garbów. Wspiął się na pierwszy z nich. W blasku lampy dostrzegł ciemny otwór - Tunel jest otwarty!
- Marne szanse - zauważył ktoś - Mogą być już po drugiej stronie. To staje się coraz bardziej niebezpieczne.
- Nie bardziej niż zostanie tutaj - odparła matka - Co mamy do stracenia?
Iwen nie wierzył by inni spisali ich na straty. Zwłaszcza Arto. Pośpiesznie podpełzł do celu. Dostrzegł płytę i leżący tuż obok klucz. Podniósł go, triumfalnie unosząc w górę.
- Widzisz, niedowiarku? Zostawili klucz, byśmy zamknęli za sobą przejście! Czekają na nas!
Ojciec podczołgał się do garbu. Zajrzał do środka, wysunął głowę.
- Ktoś wie jak zamknąć zatrzaski?
- Ja to zrobię - odpowiedział ktoś z tyłu - Idźcie przodem, zostawcie światło przy wyjściu.
Iwen pochylił się nad otworem, lecz ojciec silnym, stanowczym ruchem odsunął go na bok.
- Ja pierwszy - zgasił lampę - Oby wyjście było otwarte.
Doczepił coś przy ziejącym mrokiem otworze i zanurzył się w srebrzystym mroku.
* * *
Pewnie i bez wahania prowadził grupę dobrze znaną drogą. Niby wszystko było takie jak zawsze, lecz on czuł się inaczej. To była wycieczka bez powrotu - i brak Iwena uświadamiał mu to bardziej niż cokolwiek innego. Starał się tłumić narastającą rozpacz, lecz ta karmiła się każdym przebytym metrem. Otwarte przejście było bardziej dla niego, by mógł wierzyć.
Dorośli wszędzie świecili lampami. Trochę go to drażniło. Wolał przejść po ciemku, ale dorośli to dorośli, myślał, trudno im iść gdy niczego nie widzą. Nie potrafili zaufać słuchowi i dotykowi, czasem nawet pamięci. Musieli widzieć.
Główny szyb doków miał mniejszą średnicę od tego który doprowadził ich do pierwszej rozdzielni. Dla niego była w sam raz by iść wyprostowanym, lecz dorośli musieli się pochylać. Czasem dobrze być dzieckiem, pomyślał, widząc jak się zginają. Zatrzymał się. Światła lamp natychmiast skupiły się na jego plecach. Przezornie się nie odwrócił.
- To tutaj - wskazał na boczny szyb.
- Żadnych zakrętów, rozgałęzień? - spytał ktoś, chyba mężczyzna nazywany Hemulem.
- Tylko prosta droga do doku - Arto przysłonił oczy dłonią i spojrzał w jego stronę.
Światła, jedno po drugim, przesunęły się na ścianę. Dorośli zaczęli wierzyć w powodzenie.
- Dobrze że nie jest węższy niż ten na początku - zauważył ktoś. Słowa zabrzmiały dziwacznie w pełnej napięcia ciszy. Cisza to dobry znak, pomyślał.
Ojciec zdjął lampę z czoła i położył rękę na jego głowie.
- Słuchajcie mnie, wszyscy! - zawołał - Pójdę zablokować płytę. Czekajcie na powrót Arto! Gdy będę gotowy, mój syn da wam znak - pochylił się nad nim - Już niedługo będzie po wszystkim - dodał ciszej - Jesteśmy prawie na miejscu.
Po wszystkim, lecz nie dla wszystkich, pomyślał ponuro, zdejmując swoją lampę i wsuwając się w otwór. Odprowadzało go mocne światło paru tuzinów lamp.
Światło z wnętrza doku sączyło się przez szpary kratki. Statek już czekał. Arto dostrzegł go jeszcze nim doczołgał się do końca szybu. Przez plaszklaną szybę na przeciwległej ścianie wyraźnie dostrzegł dużą, plastalową, wygiętą w łuk wokół śluzy tablicę z wyraźnie napisaną nazwą i oznaczeniem kodowym. SCSS SD 562 "Spisa". Śluza od strony stacji była otwarta, odsłaniając powierzchnię zamkniętych wrót statku. Załoga już czekała na pokładzie. Kto wie, może kolonista też już tam jest? Miał swoje sposoby...
Drzwi prowadzące ze stacji do doku były otwarte. Wewnątrz nie było nikogo. Ciszę przerywały jedynie brzęczące odgłosy pracy podzespołów energetycznych.
- Tutaj - Arto zatrzymał się i powiódł palcem po krawędzi płyty.
- W porządku, Arto. Teraz moja kolej. Zrób mi przejście.
Arto cofnął się kawałek i przyparł całym ciałem do ścianki szybu. Ojciec sprawnie przecisnął się obok niego. Bacznie obserwował każdy jego ruch - jak zręcznie sięga do pasa nad krzyżem, jak palcem przestawia zatrzask i uwalnia dyfuzytor, z jaką wprawą ustawia jego moc i zaczyna przesuwać nad płytą, trzymając palce z dala od rozciągającego się pod talerzowatą końcówką pola emisyjnego. Za każdym kolejnym razem krawędź płyty stawała się coraz mniej wyraźna, by na koniec rozmyć się całkowicie, zespalając pancerną przesłonę z wysuwającym ją mechanizmem i samym szybem.
- Gotowe - oświadczył ojciec. Spojrzał na niewielki wyświetlacz w okolicy rękojeści i skinął głową - Ta płyta już nigdy się nie zatrzaśnie. Na pewno nie ma tu więcej przesłon?
- Nie - szepnął w odpowiedzi. Uśmiechnął się skrycie. Ostatnia przeszkoda, przyczyna jego klęski, padła pod ciosami jego ojca; jej molekuły uległy dyfuzji, stapiając ją z otaczającymi ją obiektami. Nawet nie drgnie gdy będą tędy przechodzić.
Wyciągnął rękę i dotknął miejsca gdzie nie tak dawno była krawędź płyty, najpierw ostrożnie, potem z całej siły. Słyszał że takim narzędziem można było równie łatwo stopić lód, co plaszkło, lecz powierzchnia stopienia nawet się nie rozgrzała. Do dziś nie bardzo w to wierzył. Wzdrygnął się. Taka potęga w tak małym narzędziu...
- Wracaj i powiedz innym by zaczęli iść - cicho powiedział ojciec - Pierwsi mają wejść ci którzy mają pozostałe dyfuzytory. Reszta ma iść podług ustalonej kolejności.
- Powiem im - Arto jak najciszej zaczął się wycofywać do głównego szybu.
* * *
W nerwowym pośpiechu przepływał przez tunel. Odbijał się na wszystkie strony od otaczających go ścian, śpiesząc się jak tylko mógł. Oddychał szybko i płytko. Jeśli wyjście nie było otwarte... Bez Arto, skąd mogliby wiedzieć gdzie go szukać?
Czas dłużył się niemiłosiernie. Iwen był gotów przysiąc że minęli punkt wyjścia, lecz płynął dalej. Cóż innego im pozostało? Odległą srebrzystą plamkę odbitego światła z początku uznał za złudzenie. Nadzieję odzyskał dopiero gdy stała się wyraźniejsza. Obrócił się, orientując zmysły tak by ustawić jej położenie naprzeciwko wyjścia.
Plamka znikła na chwilę - to ojciec wyczołgał się na zewnątrz. Podpłynął do otworu, ojciec złapał go i wyciągnął na zewnątrz. Zatoczył się. Orientacja zmysłu równowagi nie wracała łatwo. Pośpiech i nerwy zupełnie pomieszały mu w głowie. Ojciec zaczął pomagać innym wyjść z kanału. Iwenowi zaczęło się udzielać nerwowe napięcie dorosłych. Wraz z nimi nasłuchiwał sygnału alarmu, choć wiedział że tu i tak by go nie usłyszeli.
- Dobra robota, mały - siostra nie uściskała go tylko dlatego że nie było na to dość miejsca.
- Jeszcze nie jesteśmy na miejscu - odpowiedział - Podziękujesz mi na statku.
- Nie ma sprawy, mały pierdzielu.
Podbiegł pod drabinkę.
- Iwen, poczekaj aż wszyscy wyjdą - głos ojca zatrzymał go w połowie drogi.
- Ale muszę ich zatrzymać...
- Poczekaj na nas! - ojciec wyciągnął jedno z małych urządzeń i przyczepił je do ściany.
Z ociąganiem zszedł na dół. Czekał. Nic się nie działo. Nie było alarmu, nie było automatów, nie było impulsu ni ciepła rozgrzewających się obwodów cewki.
Wreszcie w otworze pojawiła się ręka dzierżąca klucz.
- To wszyscy - ostatnia osoba stanęła na twardej plastalowej podłodze - Zamykamy?
Ojciec kiwnął głową. W jak naturalny sposób przejął rolę przywódcy, z jaką swobodą skłaniał ludzi do posłuszeństwa, nie mówiąc nawet słowa... To nie był ojciec którego znał - przygnieciony trudnościami, zaszczuty problemami w pracy i kłopotami w domu, których jakże często sam mu nie szczędził swoim zachowaniem. Czy w tajemniczych czasach przed ich narodzinami ojciec był właśnie taki? Iwen wiedział jak to jest. Przez szkołę stał się spokojniejszy, ostrożniejszy; przestał robić rzeczy za które policjanci nie raz pakowali go do aresztu. Na dole nie był tym, kim stał się tutaj - bezbronną ofiarą.
Otwór został zamknięty. Iwen wdrapał się po drabince i otworzył klapę.
- Już niedaleko! - zawołał, przekrzykując wentylator - To drugie boczne przejście w lewo.
Jeśli i tam nikogo tam nie zastaną... Jest ich więcej niż nas, powtarzał w myśli, jesteśmy szybsi. Musimy ich dogonić!
* * *
Szybko przepełzł odległość dzielącą go od głównego szybu. Wychylił głowę i rozejrzał się po oświetlonym wnętrzu, czując jak podmuch powietrza rozwiewa mu włosy.
- Gotowe! - zawołał.
Światła przesunęły się w jego kierunku. Świetliście tu jasno, pomyślał, odruchowo zasłaniając twarz ręką. Nie przejmował się oślepieniem; znał teren, nie potrzebował wzroku.
Część świateł zgasła. Kilku dorosłych wstało, ktoś wyciągnął go z szybu i postawił na nogi. Powtórzył słowa ojca. Kilka zamazanych sylwetek dorosłych jedna po drugiej znikły w bocznym szybie. Przetarł oczy i spojrzał na pozostałych. Taka masa niezręcznych ludzi... Nie zmieszczą się naraz do szybu, będą musieli wchodzić w miarę jak inni będą wychodzić z drugiej strony. Już po kilkunastu sekundach ochrona spróbuje odciąć dopływ powietrza. Odwrócił twarz w stronę nie tak odległego wentylatora, wsłuchując się w jego szum. Zablokowali przegrodę, więc skończy się na zatrzymaniu wiatraka.
- Lien! - wzrok wrócił mu na tyle by rozpoznać kolegę - Co z Iwenem?
- Nic z tego, kapitanie - Lien pokręcił głową.
Zacisnął oczy. To nie może się tak skończyć! Pośpiesz się, Iwen, powtarzał w myślach, musisz spróbować! Trwał tak chwilę, czekając sam nie wiedział na co. Część dorosłych zaczęła sprzeczać się o kolejność. Przez chwilę wydało mu się że wśród szumu słyszy niesiony przez powiew głos. Czujnie nadstawił uszu, lecz głos się nie powtórzył, jakby był urojeniem jego własnej podświadomości, próbującej spełnić jego życzenie.
- Arto, twoja kolej - głos matki przywrócił go do rzeczywistości - Musimy iść.
Racja, pomyślał gorzko, musimy. Też mi zaszczyt! Mieli uprzywilejowaną pozycję w kolejce, jak Norrensonowie... Być może będzie pierwszym który wejdzie na pokład.
- Pośpiesz się! - usłyszał czyjeś ponaglenia - Do przodu, zrób miejsce innym! Czyja teraz kolej, wasza? Więc za nim, do środka!
Mężczyzna z tyłu był dobrze zorientowany w tym kto za kim idzie. Prędko zaprowadził porządek. Arto pozwolił matce by zaprowadziła go z powrotem do szybu. Zaraz za nimi weszły dwie kolejne osoby. Na chwilę emocje przeważyły, na moment wstrzymał swój marsz, lecz niemal jednocześnie poczuł na kostce popędzający uścisk matki.
- Tylko cicho, na przestrzeń! - syknął ktoś z przodu - Jeszcze nie jesteśmy na pokładzie.
Ruszył do przodu. Pustkę i żal wypełnił skupieniem się na utrzymaniu równego tempa. Za sobą słyszał ciche postukiwania przesuwających się ich śladem ludzi.
*
Wilan dopiero teraz zaczął się denerwować. Bezczynnie czekał centymetry przed granicą po przekroczeniu której miało się rozpętać tornado szaleństwa ochrony, a jedynym na czym potrafił się skupić było wyliczanie tuzinów spraw które mogły pójść nie tak jak powinny.
Statek był niemal na wyciągnięcie ręki. Klasa biznesowa... Klasy turystycznej nikt nie będzie gonił, za nimi ruszy wszystko co jest zdolne rozpędzić się do podświetlnej. Obiecał sobie że pierwszą rzeczą którą zrobi, gdy już znajdzie się na pokładzie a sprawy jako tako się uspokoją, będzie przyjrzenie się łącznej mocy emiterów i krzywej wydajności każdego reaktora na pokładzie.
Reakcja automatyki, jak rozumiał plan kolonisty, miała im pójść na rękę. Czynnik ludzki, niepewność jak zareagować, czy i jak odwołać alarm, dawały im swobodę działania. A potem? Czy zdążą wszyscy, czy ktoś zostanie? Czy Alfa zdąży ich przejąć nim agenci dostaną się do środka? Czy ściany śluzy wytrzymają nieprzewidziany w projektach ciężar? Czy...
Ktoś z tyłu klepnął go lekko, dając znak. Wycelował aparacik w stronę śluzy i nacisnął przycisk. Kilka sekund później lampka na obudowie zmieniła barwę na czerwony. Załoga odebrała sygnał. Wetknął aparacik w kieszonkę pasa.
- Ruszamy? - szepnął ktoś niecierpliwie.
- Czekamy na sygnał - odparł.
- Jaki na zarazę sygnał?
- Nie wiem. Dowiemy się gdy go dadzą.
Głos zaklął cicho, komentując tajemnice kolonistów. Wilan myślał podobnie, lecz doceniał skuteczność ich metod. Wszyscy spięli się w gotowości, powietrze iskrzyło się od napięcia. Koloniści chyba nie zapomnieli że gdy tylko wyskoczą z szybu, automaty rozhermetyzują śluzę, zwolnią zaczepy dokujące i wyrzucą cały pierścień w kosmos...
Minęło dziesięć sekund - i nic. Koleje dziesięć. Trzydzieści. Wilan niemal podskoczył w górę, gdy ujrzał przechodzącego przez drzwi strażnika. Ze skupieniem obserwował jak wchodzi leniwie do pomieszczenia doku. Strażnik rozejrzał się nieśpiesznie, ze znudzeniem spojrzał na śluzę, potem przeniósł wzrok na kratkę wentylacyjną. Wilan znieruchomiał. Mijała sekunda za sekundą. Strażnik odwrócił się. Wilan nie odrywał od niego oczu. Oby załoga go zauważyła, myślał w kółko, niech coś zrobią, niech zaczekają. Strażnik powoli skierował się do drzwi po drugiej stronie doku, znikając mu z oczu. Znów zapadła cisza.
Wilan odetchnął - i wtedy coś szczęknęło. Poczuł lekkie drżenie szybu. Nagłe uderzenie wstrząsnęło całym dokiem. Ogromne zaczepy, skryte dotąd gdzieś pod powierzchnią statku-matki, wyskoczyły ze swojego ukrycia, niczym gigantyczne kocie pazury wpijając się z ogłuszającym trzaskiem w pancerz wokół doku. Wraz z nimi wysunął się do przodu ukryty dotąd, specjalny pierścień dokujący. Szczelnie przylgnął do poszycia i plaszklanej szyby, tworząc zapasowy korytarz wokół pierścienia cumowniczego. Odłamki skał i plastali, wyrzuconych podczas obnażenia sekretnej broni kolonistów, uderzyły gradem o plaszkło.
Nadszedł czas by działać. Wilan wyskoczył na zewnątrz, starając się nie przewrócić. Niemal jednocześnie głuchy odgłos serii niewielkich eksplozji oznajmił mu że automaty odstrzeliły śluzę. Oderwany od pancerza otwarty pierścień dokujący stacji bezradnie pochylił się na bok, opierając się o krawędź nowej śluzy.
Wilan odwrócił się by zablokować drzwi - i natychmiast skamieniał. Strażnik wciąż tam był, ukryty tuż przy ścianie! Wilan wycelował w niego dyfuzytor.
- Drzwi! - zawołał tamten. Jego karabin pozostał nieruchomy - Blokuj drzwi! Prędko!
Zbyt zdezorientowany by się zastanawiać, doskoczył do drzwi. Przywarł do plaszklanej powierzchni i zaczął energicznie wodzić dyfuzytorem wzdłuż ich lewej krawędzi. Dwóch kolejnych uciekinierów zabrało się za przeciwległe drzwi, trzeci zaczął pomagać Wilanowi w zabezpieczeniu prawej krawędzi. Ich reakcje na widok strażnika były identyczne, lecz nie mieli czasu na strach czy wątpliwości. Po wszczęciu alarmu niewielki dok został całkowicie odizolowany od reszty stacji, lecz powstała wokół nich klatka z plastali i plaszkła nie więziła ich, lecz chroniła przed interwencją. Operatorzy Centrali szybko się zorientują że ich blokada zawiodła, wtedy otworzą drzwi.
Reakcja strażników była szybka, lecz chaotyczna. Kilku zaczęło strzelać w drzwi i zamek. Wyglądało to groźnie, lecz nawet Wilan wiedział że nie zdołają ich przetopić. Rozpalające się i gasnące placki żarzącej się plazmy, rozbijały się o plaszkło tuż przy jego twarzy.
Ostrzał ustał. Kilka sekund później plaszklana powierzchnia zaczęła wibrować. Centrala próbowała otworzyć drzwi. Przyspieszył pracę. Drzwi napędzały potężne mechanizmy, zdolne pracować przy znacznym obciążeniu. Jeśli zespolenie okaże się za słabe, oderwą drzwi wraz futryną, strażnicy podważą ich szczątki i wejdą do środka. Pracując, nerwowo spoglądał za siebie, na strażnika.
- Szybko, szybko! - Arto wyskoczył zaraz po pierwszej czwórce. Strażnik popędził go do śluzy, złapał idącą w jego ślad Ene i pchnął ją za synem. Gotowy do użycia karabin zarzucił na plecy. Niespodzianki Zefreda, pomyślał chłodno. Lekko paraliżujący dreszcz paniki powoli zaczął ustępować adrenalinie. Przeniósł wzrok na szybę. Strażnicy, tamci strażnicy, wkrótce przyniosą ciężki sprzęt i własne dyfuzytory, przeznaczone do rozbijania takich przeszkód. Mimo zdenerwowania, po jego głowie krążyła uparta myśl, silniejsza nawet od obaw wobec strażnika. To wszystko szło zbyt łatwo. Uciekali ze stacji, więc dlaczego czuł się jakby był z niej wyganiany?
Obecność popychającego go w stronę śluzy umundurowanego i uzbrojonego strażnika zdezorientowała Arto, lecz nie miał czasu by się bać. Przebiegł przez dok, trafiając do niewielkiej komory ze skafandrami. Poczuł jego ciało stało się zauważalnie lżejsze. Był na pokładzie! Nawet we śnie nie zaszedł tak daleko. W głowie zawirowało od wrażeń i emocji. Przestraszył się że to efekt przejścia z jednego pola magnetycznego do drugiego - jego zmysły wciąż orientowały się według ciążenia stacji - lecz to nie było to.
- Tędy! - czekający w środku astronauta wskazał przejście - Szybko!
Nie zatrzymał się nawet na chwilę. Sztafeta wskazujących mu drogę przewodników poprowadziła go w głąb statku. Wreszcie mógł przestać biec. Jeden z astronautów wskazał mu pomieszczenie widokowe. Nie myśląc wiele poszedł w tamtą stronę.
Trafił do jednej z licznych nadbudówek, dużego pomieszczenia gdzieś na powierzchni statku. Osłony właśnie zsuwały się w dół. Trzy ściany i sufit zastąpiono tu wielkim, plaszklanym oknem. Zatrzymał się metr od niego. Tylna część, ta z drzwiami, okazała się przetopionym i wyprofilowanym skalnym nawisem.
Naprzeciwko rozciągał się widok wprost na doskonale czarną krawędź kryzy stacji. Była bliska, niemal na wyciągnięcie ręki. Tu i ówdzie oświetlały ją oślepiająco jasne plamy reflektorów. Wokół pomieszczenia, jak okiem sięgnął, rozciągała się usiana kraterami powierzchnia statku. Znajdował się na dziobie statku, rufę z emiterem miał za plecami, kilometry za skalną ścianą pomieszczenia. Przód czy tył, nie miało to znaczenia. Dysze plazmowe znajdowały się na obu końcach każdego statku.
To miłe że pozwolili nam patrzeć jak odpływamy, pomyślał. To uspokoi ludzi. Niech widzą że to już koniec. Mógł odetchnąć. Wygrali. Był na pokładzie, lecz nie czuł się przez to szczęśliwszy, jedynie pusty w środku. Skryta pod koszulą zbroja stała się oddzielającą pustkę od rzeczywistości skorupą. Stał nieruchomo, bezmyślnie gapiąc się na powierzchnię stacji, gdy usłyszał za sobą czyjeś szybkie kroki. Jedno z dzieci, ocenił odruchowo po rytmie.
- Arto! Zdążyliśmy! - zawołał głośno znajomy, uradowany głos - Jestem tu!
Odwrócił się, nie mogąc uwierzyć zmysłom. Iwen podskakiwał z radości. Arto, choć nigdy tego nie robił, był gotów pójść w jego ślady. Zamiast tego spojrzał na niego surowo.
- Wiesz jakiego stracha mi napędziłeś!?
- Myślisz że specjalnie? Ale to nieważne. Zrobiliśmy to!
Żadna z min Arto nie była w stanie zburzyć szczęścia Iwena. Nawet nie zamierzał próbować. Wolał się przyłączyć. Padli sobie w ramiona niczym para zwyczajnych dziesięciolatków. Arto uścisnął go z całej siły. Iwen jęknął cicho.
- Chcesz mnie udusić za spóźnienie? - spytał ze śmiechem.
- Byłem pewien że cię straciłem! - odparł - Co się stało?
Iwen zaczął coś pośpiesznie i nieskładnie opowiadać o najściu i żelbotach. Ludzie, jeden po drugim, zaczęli wypełniać pomieszczenie. Jedni wciąż dyszeli, inni stawali w pierwszym lepszym miejscu, gapiąc się na zewnątrz, wciąż nie mogąc uwierzyć w to co się stało. Niektórzy opierali się o plaszkło, wzbudzając u Arto dawny niepokój, lecz radość była silniejsza. Bez tego spotkania nic już nigdy nie byłoby takie jak być powinno.
- Na niezmierzoną otchłań, ty też? - na moment Arto przeniósł wzrok na kobietę którą ojciec nazywał Susumi. Stała podparta pod boki, obserwując wchodzącego Lerszena i Rous. Zaraz za nimi pojawiła się Ene.
- Jak sądzę, nieco się spóźniliśmy - Lerszen uśmiechnął się lekko - Ale tak, my też.
- Och, dzięki niech będą Galaktyce że Zefred nic ni o tym nie powiedział!
- Dobrze że zostawiliście dla nas otwarty kanał - powiedziała Rous.
- Na wielki kosmos, chyba nie czekaliście na nas specjalnie? - spytał Lerszen.
- Nie tyle by stało się to ryzykowne, jak myślę - dołączył do nich ojciec. Coraz trudniej było się przeciskać przez wciąż napływających ludzi.
- Cóż, więc... Dziękuję za uchylone drzwi i światełko w oknie.
- Dziękuj Arto - ojciec położył rękę na karku syna - To jego zasługa.
- Nie uciekamy ani minuty za wcześnie - oświadczyła Rous - Te najścia nie były przypadkowe. Nie wiem jaka przestrzeń kazała ci sprowadzić tu mojego syna, ale dziękuję.
- Tak... - Lerszen z zamyśleniem spojrzał na żonę - Mało brakowało byśmy się spóźnili...
- Proszę o chwilę uwagi! - w wejściu stanął człowiek słusznej postawy, ubrany w kombinezon astronauty. Pewny siebie ton głosu podkreślał uspokajającymi gestami rąk - Nie mamy powodów do niepokoju. Mimo tej drobnej, niewygodnej zmiany, wszystko idzie zgodnie z rozkładem. Nasza skała wkrótce..
- Niech mnie kometa powali! - zawołał Wilan - Ty, tutaj?
Nieznajomy spojrzał w ich stronę i rozłożył ramiona w udawanym, bezradnym geście. Wbrew temu, co przed chwilą ogłosił, był poważny i bardzo spięty. Spróbował się uśmiechnąć. Ojciec zdawał się go znać, Arto pierwszy raz widział go na oczy.
- Przepraszam, chłopie, ale... ktoś musiał cię sprawdzić. Ktoś inny, poza wiesz kim.
- Sprawdzić? Popraw mnie jeśli się mylę, ale to ty mówiłeś, a ja pytałem.
- Wil, cudze myśli najłatwiej odgadnąć nie po tym jak mówisz, lecz po tym jak słuchasz. Człowiek który mówi stara się kontrolować. Gdy zadajesz pytania wzbudzasz podejrzliwość, lecz gdy wiesz jak mówić, gdy wiesz o czym mówić... - astronauta wzruszył ramionami.
- Zmieniłeś się. Nie poznaję cię.
- Ty, ja jesteśmy tacy jak dawniej. To sytuacja się zmieniła. Widziałem jaki z ciebie podejrzliwy typ, ale widziałem też błysk w oku, gdy mówiłem o Obcych i Absolomie.
- Sprytnie - przyznał ojciec - Podszedłeś mnie lepiej niż zawodowy agent.
- Ale dzięki mnie jesteś teraz tutaj, na skale, a nie na stacji, nie?
- Znasz tego człowieka? - szepnęła matka, opierając się o ramię ojca.
- Później ci opowiem - odszepnął.
- Dawt, u licha, spóźniasz się! - zza wejścia dobiegł ich czyjś głos. Jeszcze gdy to mówił, statkiem wstrząsnęło silne szarpnięcie - Sprawdź czy pierścień nie uszkodził śluzy! Nasady kłów nie naderwały naszego doku? Na przestrzeń, nałóż wreszcie komunikator!
- Zaraz się tym zajmę! - nieznajomy zaczął pośpiesznie przeszukiwać kieszenie - Martwcie się lepiej o to by wszystkie literki trafiły do tylnej ładowni, dobra?
- Do otchłani, zaraz odrzucamy zaczep! - odpowiedział głos - Musisz wyrzucić pierścień!
Statkiem szarpnęło ponownie, jeszcze mocniej. Nawet tłumiki inercyjne nie zdołały wyciszyć tych drgań. Kilka osób przewróciło się na sąsiadów. Arto rzucił szybkie spojrzenie w bok, w stronę szyby. Plamy na kryzie stacji drgnęły, przesuwając się odrobinę do przodu.
Nieznajomy wydobył coś z kieszeni. Przepraszająco wskazał kciukiem za siebie, drugą ręką wsuwając coś do ucha.
- Potem pogadamy - powiedział - Dłużej i... szczerzej. Będziemy mieć na to całe lata - zachichotał - a jak nie, cóż...
Nieznajomy wyszedł.
- A ja myślałem że to zwykły kolonista! - powiedział ojciec. Arto odwrócił się do szyby, ukrywając przed nim uśmiech. Obaj nie lubili niespodzianek, nawet tych dobrych.
Statkiem znów szarpnęło. Poczuł ruch; plamy światła zaczęły się przesuwać, coraz szybciej. Znikły gdy minęli kryzę, ustępując miejsca rozgwieżdżonej przestrzeni kosmosu. Dopiero teraz mógł ujrzeć zbliżające się ze wszystkich stron do statku małe gwiazdki promów, lądowników i kapsuł. U tych najbliższych było już widać zarys kadłuba, oświetlony przez wciąż skryte za Ziemią słońce. Minuty dzieliły ich od wschodu. Przechodząc w pobliżu stacji, niewielkie pojazdy znikały w cieniu Ziemi, by pojawić się w świetle któregoś z reflektorów naprowadzających. Oślepiający błysk na krawędzi pobliskiego sztucznego krateru podpowiedział Arto że jeden z tych reflektorów był ledwie kilkanaście metrów od szyby.
Pierwsza gwiazdka, gnając niczym meteor, znikła gdzieś pod dziobem. Statek obrócił się lekko, skręcając. Arto z satysfakcją patrzył jak stacja oddala się coraz bardziej. Obracający się powoli, błyszczący w świetle reflektorów srebrny torus oderwanego pierścienia dokującego majestatycznie przeleciał w polu ich widzenia, oddalając się od stacji. Statek odsunął się już na tyle że mógł dostrzec dok. Oświetlały go umieszczone wokół reflektory. Z otworu, niczym z krwawiącej rany, wystrzeliwał w przestrzeń pióropusz powietrza, niemal natychmiast zamieniającego się w deszcz kryształków lodu, iskrzących się w strudze światła płynącego z wnętrza rozdartego doku. Obsługa kosmiczna nieprędko załata bliznę jaką pozostawili po sobie na nieskazitelnie jednolitej, gładkiej powierzchni stacji. Za karę, pomyślał mściwie, wpatrując się w strumień kryształków, za szkołę, za Kerella, za wszystko. Zaraz potem roześmiał się z siebie w myśli. Dziura i trochę straconego powietrza - jakby taka kara była adekwatna do zbrodni! Myśli jajcogłowego, to wszystko.
Wciąż przyspieszali. Błyszczące w promieniach niewidocznego słońca kontury stacji stawały się coraz mniejsze i mniejsze. Ogromna, niewidzialna powierzchnia dysku, dom dla milionów ludzi, przesłaniała czernią większą część pola widzenia. Tylko gdzieniegdzie oświetlały ją światła reflektorów. Odnalazł wzrokiem gigantyczną szybę stoczni i przybity do niej gwiazdolot, a potem kolejny, większy, przy innej stoczni. Jasny, szeroki pierścień zawsze oświetlonej promenady zdał mu się cienki niczym obręcz z kilku sklejonych ze sobą srebrnych włosów. Dolna część pola widzenia szyby rozmywała się w mgiełce plazmy z dyszy napędowej. Wkrótce mgiełka zmieniła się w zwartą strugę, przypominającą ogon tysiąca komet. Stacja oddalała się coraz szybciej i szybciej; pierścień doku był już tylko pojawiającym się i zanikającym, w miarę obracania się, sierpem odbitego światła.
Gdzieś z boku, daleko od stacji, wytrysnęła nagle struga rozżarzonego gazu. Źródło strugi obróciło się, zamieniając ją w aureolę wokół dużego, podłużnego kształtu. Świetlista łuna uczyniła go wyraźnie widocznym dla jego oczu. To jeden z okrętów Floty oderwał się od najbliższej orbitalnej bazy militarnej i powoli obracał swój dziób w ich stronę. Ulotna poświata plazmy rozpłynęła się na boki niczym zorza, pozostawiając lekki, zwiewny obłok; jeszcze tylko na chwilę pole magnetyczne statku na nowo rozpaliło światło zjonizowanego, gasnącego gazu. Widok był przepiękny, lecz czaiła się za nim groza. Nim okręt się odwróci, myślał, nim się ustawi na kurs, zyskamy cenne minuty. Napęd międzyplanetarny okrętów Floty miał dobre przyspieszenie, lecz ich plastalowy pancerz był znacznie cięższy niż wrażliwy na atak skalny pancerz konwencjonalnego gwiazdolotu. Mogą się do nas zbliżyć, jak długo będziemy lecieć tylko na strudze plazmy, lecz gdy już włączymy główny napęd...
Zza stacji wyszedł róg jasnego sierpu Księżyca. Malejąca stacja szybko stała się ciemną plamką na tle zacienionej przez Ziemię powierzchni - łata ciemności na płacie mroku. Do smugi pozostawionej przez ich statek dołączyła druga, innej barwy, szersza, jaśniejsza. Wciąż nie widział Ziemi - ta część powierzchni statku była od niej odwrócona. Lot w takim kierunku oznaczał otarcie się o atmosferę planety; druga struga powstała wskutek przejścia przez jej najwyższą, rozrzedzoną warstwę. Załoga wybrała drogę na skróty.
- Zrozumiałem - Arto odwrócił głowę i spojrzał w górę. Zganił się za to że zapatrzył się aż tak bardzo iż nie zauważył kiedy tuż obok stanął kolejny astronauta. Przy jego uchu tkwił niewielki odbiornik; długi pręcik sięgał w pobliże jego warg. Arto jeszcze bardziej przekręcił głowę do tyłu. Przy wejściu do pomieszczenia dostrzegł guzki niewielkich przekaźników wewnętrznej sieci statku.
Przyjrzał się astronaucie. Nie patrzył na ścigający ich okręt. Jego czujny wzrok obserwował gwiazdki podążających tuż za nimi kapsuł i lądowników. Napięte, lekko drgające mięśnie twarzy, nerwowo złożone za plecami ręce, dłoń zaciśnięta na nadgarstku drugiej i zaciśnięta szczęka zdradzały wielkie wewnętrzne napięcie. Nie o nas, uzmysłowił sobie, podążając wzrokiem za jego spojrzeniem. Jak przeraźliwie wolno zbliżały się lśniące kadłuby tych niewielkich pojazdów. Było ich coraz mniej. Co chwila kolejny znikał pod dziobem, lecz kilka innych wciąż starało się ich dogonić. Napięcie astronauty przeszło na niego. Zacisnął zęby. Im szybciej dolecą, tym szybciej pilot uruchomi główny ciąg dyszy i tym szybciej zaczną się oddalać od Ziemi.
Krawędź planety majestatycznie wzeszła w pole widzenia. Nad jego głową przesunęła się ciemna, bezgwiezdna plama - właśnie mijali Betę. Kolejny pojazd zniknął pod dziobem. To co stanie się potem, stanie się potem. Ważne że uciekli. Wolność była smutna, miała smak goryczy, lecz nie miała ceny, poza ceną życia. Nie spocznie aż nie spłaci tego długu.
- To naturalne gdy uszkodzony statek wykorzystuje kapsuły lub lądowniki jako promy dla załogi - ojciec równie uważnie obserwował ścigające ich pojazdy - Lecz ile taki statek jak wasz może ich mieć? Dwie, trzy dziesięcioosobowe, czy nawet czternaście małych dwójek... Choćbyście napakowali je ludźmi aż po same brzegi, nie widzę sposobu na zabranie tych tysięcy, o których słyszałem. Jeśli z każdej sekcji wyruszyła grupa równie liczna co nasza... - spojrzał na astronautę.
Astronauta odetchnął głęboko. Zdenerwowanie było widoczne nawet w tym jak wypuszczał powietrze z płuc. Bardzo powoli skinął głową.
- Zna się pan na statkach, panie...
- Wilan Waspers.
- Ejkos Zorakis, zastępca kapitana - astronauta podał dłoń. Wymienili uściski. Oficer, pomyślał Arto. Wysoka ranga uspokoi ludzi, da im pewność że wszystko idzie zgodnie z planem, zapewni autorytet - i posłuszeństwo.
- Słyszeliśmy o panu. To pański syn? - położył dłoń na głowie Arto, lecz zaraz ją cofnął. Uśmiech, jakim go obdarzył, wydał mu się dziwnie wymuszony - Nasz mały bohater?
- Dużo o nas wiecie - odparł ojciec. Obaj spojrzeli przez szybę. Arto skrycie obdarzył astronautę podejrzliwym spojrzeniem.
- Nasze lądowniki są większe niż potrzebujemy, ale ma pan rację. Nie sprostałyby naszym potrzebom. Kursy wahadłowe zostałyby natychmiast wykryte. Większość tych pojazdów za szybą nie pochodzi z naszego statku. Są... pożyczone.
Mówienie uspokajało astronautę. Miał dziwny akcent, inaczej wymawiał samogłoski. Starał się mówić swobodnie; robił wszystko by własna nerwowość nie przeszła na innych ludzi. Arto milczał, lecz czuł że coś jest bardzo nie tak, i nie chodziło tylko o spóźnialskie pojazdy. Uważnie chłonął każde słowo.
- Pożyczone... ach tak...
- Powiedzmy że zostały porwane, za cichym przyzwoleniem właścicieli. Część zorganizowało dla nas Podziemie, część użyczyli inni astronauci. Koordynowaliśmy akcję od tygodni. Plan ogólny był gotów jeszcze zanim wyruszyliśmy w tę podróż.
- Czy ładownia jest dość obszerna by pomieścić wszystkich? - spytał Lerszen.
- Nie zostawiamy nikogo za sobą, jeśli o to pan pyta. Nigdy nie obiecujemy więcej niż możemy zrobić. Większą część przestrzeni wewnętrznej wypełniają pomieszczenia pod komory inercyjne i dodatkowe zbiorniki. Pod dziobem jest zamaskowana klapa - wskazał przed siebie, w przestrzeń - przez którą promy, lądowniki i kapsuły trafiają wprost do głównej ładowni.
- Wszystko po to by zabrać kilka tysięcy ludzi, z miliardów chętnych - westchnęła matka.
- To łatwiejsze niż zabieranie ich pojedynczo, rodzina po rodzinie. Uderzać raz a mocno, miast często lecz słabo. Wtedy przeciwnik nie dostosowuje się tak łatwo.
Uderzają jak zaraza, uznał Arto. Ona przetrwała w ten sposób stulecia.
- Gdzie lecimy? - spytał Iwen. Jak wielu zgromadzonych wokół ludzi, nie zdawał sobie sprawy z toczącego się na zewnątrz wyścigu.
- Do Nowej Itaki - odpowiedział Arto - Tak nazywa się planeta.
- Daleko to?
Wzruszył ramionami. Jak na Ziemię, bardzo daleko. Jak na Galaktykę, czy Wszechświat, to ledwie spacer. Zgodnie z tym co opowiedział mu Zefred, układ zbadany został przez jednego z pierwszych Tułaczy. Druga planeta ze śladami po Obcych na której człowiek postawił stopę. Nazwę nadał jej Markt Zhen, ze statku "Odyseja", wedle starożytnego prawa odkrywcy. Mały, bliższy księżyc nazwał Telemachem; większy, dalszy, Odyseuszem. Nie założył tam kolonii, jedynie bazę lokalizacyjną. Zostawił boję i zbudował niewielki schron dla rozbitków i podróżników. Umieścił w nim dane zgromadzone w trakcie krótkich badań, wraz z własnym kodem i podpisem, przesyłając ich kopię na Ziemię. Tak nakazywała wtedy tradycja - a to znaczyło wtedy więcej niż prawo. Dekady później pojawili się tam pierwsi koloniści, by przekształcić planetę na swoje potrzeby.
Podobno było tam wtedy mnóstwo ruin po Obcych, całe miasta. Wkrótce wywieziono stamtąd co się dało, nawet niewielkie, kompletne budynki. Przebadano co było warte przebadania, resztę pozostawiono własnemu losowi. Większość miast zburzono podczas bioprzekształcania, robiąc miejsce pod morza, tworząc przestrzeń dla zwierząt, roślin i ludzi. Coś jednak ocalało. Były miejsca gdzie obce miasta, skryte pod warstwą nieaktywnych, tworzących glebę potransformacyjnych nanobotów i rosnącą na nich roślinnością, wciąż wyłaziły na powierzchnię. Zniszczone przez przedwieczną wojnę bez zwycięzców, wzgardzone przez ludzi, milczące pomniki o kształtach kłócących się z ludzkim umysłem wciąż przypominały że nowi panowie planety są tam ledwie drugą, a może nawet trzecią zmianą. Zobaczę je, pomyślał, na własne oczy, za parę lat.
- Niecałe dziewięć lat świetlnych stąd - odpowiedział astronauta - Ale Nowa Itaka to tylko stacja tranzytowa. Mamy tam wielu sprzymierzeńców. Posiedzimy tam trochę, może parę tygodni, by zmienić kamuflaż i zgubić ogon przed drogą do ostatecznego celu podróży. Oczywiście, kto zechce, będzie mógł tam zostać - dodał, pod adresem dorosłych - lecz to zbyt blisko Układu by czuć się bezpiecznie.
Arto naszła myśl że nie tylko dla nich jest to podróż w jedną stronę. Nikt, kto choć raz pomógł w ucieczce ludziom z Układu, nie mógł tam wrócić. Nie mógł zejść na żadną monitorowaną przez Flotę stację. Zefred mógł, bo kiedyś był pasażerem, jak on, dzisiaj.
Ojciec objął ramieniem matkę. Choć się uśmiechał, z trudem powstrzymywał łzy. Matka zakryła usta dłońmi, płacząc bezgłośnie ze szczęścia. Wielu dorosłych płakało, obejmując swoich bliskich. Sam odczuwał jedynie spokój, ten sam który czuł leżąc na podłodze szkolnej łazienki, gdy po raz pierwszy w życiu był pogodzony z losem. Czuł jakby teraz, po tylu latach, los pogodził się z nim.
Dookoła pojaśniało. Arto spojrzał przez okno. Statek wyszedł z cienia Ziemi. Automaty natychmiast uaktywniły warstwę filtrów ochronnych. Szyba pociemniała; zbiegające się ku nim, coraz mniej liczne punkciki kapsuł stały się słabiej widoczne. Dla wielu za wcześnie było na radość. Niektórzy, tam, za oknem, wciąż bezgłośnie ścigali się z czasem.
Zauważył że kąt, pod jakim szli względem linii Ziemia-Słońce, nie był najkrótszą drogą na zewnątrz Układu. Przejście obok Ziemi zwiększyło ich prędkość, lecz by jak najszybciej dotrzeć do orbity przyspieszeń powinni się trzymać cienia Ziemi. Chociaż, pomyślał, lecąc zwykłym kursem moglibyśmy się natknąć na myśliwce. W poświacie obłoku strugi plazmy, jaki zostawiał za sobą ścigający ich okręt, dostrzegał jego wolno, lecz systematycznie powiększające się kontury. Wciąż byli w bezpiecznej odległości, lecz struga ich gwiazdolotu nie była nawet w ćwierci tak jasna jak tamta była podczas startu.
Z uwagą rozejrzał się po pomieszczeniu. Zefreda nie było w ich grupie, nie czekał na nich wewnątrz statku. Mijały minuty odkąd odpadli od stacji, a on wciąż się nie pojawił.
- Gdzie jest Zefred? - spytał.
Spojrzenie astronauty starczyło za odpowiedź. Musiał zostać, przez jego błąd.
- Tak jest zawsze - pocieszył go astronauta - Każda kolejna próba jest trudniejsza, lecz nie poddajemy się tak łatwo. Znajdziemy nowe luki, oni znowu je wypełnią, a my znowu znajdziemy nowe. Są ofiary, ale one będą zawsze, nieważne czy spróbujemy czy nie.
Luki... Zabierając ludzi pojedynczo, musieliby dla każdej rodziny wymyślać nowe sposoby ucieczki z więzienia. Co było lepsze, jedna luka dla kilku osób, czy kilka luk poświęconych dla tysięcy? A ryzyko? Wpadka jednej rodziny, a wpadka tysiąca?
Ustawił się tak by kątem oka obserwować astronautę. Jego zachowanie było wskazówką tego co się naprawdę działo, tego czegoś o czym astronauci nie chcieli im powiedzieć.
Stację i Księżyc przysłoniła szybciej odsuwająca się od nich Ziemia. Zostawił tam swoich towarzyszy. Lien był tutaj, i Iwen, ale inni zostali. Im nie mógł pomóc. Widział jak patrzyli na niego niektórzy dorośli. Co z tego że uznali go za bohatera; nie zrobił nic poza narażeniem ich na niebezpieczeństwo. Dopomógł w zakończeniu czegoś co zostało zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, bardzo dawno temu - i być może jego udział również był w to wliczony - czegoś większego niż mógł zrozumieć.
Wyciągnął przed siebie rękę. Rozpostarł palce, przesłaniając dłonią skrawek kosmosu na wprost siebie. Ile gwiazd może przesłonić jedna ludzka dłoń? Ile gwiazd może objąć w posiadanie jeden gatunek, nim rozpocznie się proces doprowadzający go nieuchronnie do samozagłady? Sto, tysiąc, milion, a może dziesięć? Ile czasu minie nim poderżnie sobie gardło, ciosem własnej wobec siebie arogancji? Jak daleko mogli posunąć się ludzie by utrzymać władzę nad pobratymcami? Jaki układ gwiazd będzie rozświetlać zaciemnienie - nie, nie zaciemnienie, lecz prawdziwą noc - nad planetą którą kiedyś, za parę lat, nazwie swoim domem?
Kolejna gwiazdka rozbłysła po wyjściu z cienia Ziemi. Rozświetlana słonecznym blaskiem, pośpiesznie zeszła poniżej strumienia plazmy, by za minutę zniknąć za krawędzią skały.
- To ostatni? - ktoś spytał.
- Tak.
Strumień gazu zgęstniał i pojaśniał; nawet tłumiki inercyjne nie zamaskowały siły nagłego wzrostu przyspieszenia. Osiągnęli pełną moc ciągu napędu międzyplanetarnego. Kontury okrętu przestały się powiększać, lecz astronauta wciąż był niespokojny.
- Będą nas ścigać, prawda? - spytał, sondując powód niepokoju.
Wiele oczu obróciło się w jego stronę. To pytanie chciał zadać każdy, choć odpowiedź znali od początku. Astronauta w milczeniu skinął głową.
- Czy mogą... zaatakować? - ktoś nieśmiało dodał kolejną część pytania, tę na którą nie znali odpowiedzi, a której bali się najbardziej - Czy... mogą zniszczyć statek?
Zapadła cisza. Prysła wszelka radość, jakby jej nigdy nie było. Mięśnie szczęki astronauty napięły się jeszcze mocniej.
- Nie mogą! - ton i nienaturalnie głośno wypowiedziane czyjeś słowa nie pokrywały się z ich treścią, jakby właściciel sam siebie oszukiwał, wierząc iż przecząc swoim wewnętrznym obawom sprawi że przestaną być realne. Zaprzeczenie tylko powiększyło panujące wewnątrz pokoju napięcie. Ktoś musiał je rozładować, ktoś musiał coś powiedzieć by ich uspokoić, lecz to nie mogło być kłamstwo.
- Nie mogą - tym kimś okazał się Lerszen - Zniszczenie gwiazdolotu pełnego ludzi skończy się powszechnym strajkiem astronautów i rewoltą wśród kolonii. Nawet my nie jesteśmy tyle warci.
Napięcie nieznacznie opadło. Spojrzenia skupiły się na astronaucie, wyczekując potwierdzenia. Arto rozejrzał się, obserwując twarze. Chyba nikt prócz niego nie zwrócił uwagi na dobór słów. Zniszczenie, nie przechwycenie, nie zaatakowanie. Nie - zawrócenie. Zacisnął pięści. Nie po to przeszedł aż tyle, by być oszukiwanym, jak byle dorosły!
Choć nie ścigały ich już żadne gwiazdki, astronauta wciąż wypatrywał czegoś za szybą. Podświetlony obłokiem kontur goniącego ich okrętu przesunął się na tarczę Ziemi, wciąż pozostając w jej cieniu. Wyraźnie zaczął zostawać w tyle, a jednak napięcie nie opuszczało astronauty. Nie od razu zauważył wyczekujące spojrzenia. Rzucił szybkie spojrzenie w bok, by natychmiast, z nienaturalną sztywnością, nerwowo wyprostowany, udając swobodę, wrócić do obserwacji kosmosu.
- To prawda - przyznał, nie patrząc na nikogo - Z tej odległości mogą nas dosięgnąć tylko torpedy, ale nie opuszczą one wyrzutni. Z chwilą odczepienia statku od stacji chroni nas rozejm Drugiego Prawa Kolonialnego. Gdyby chcieli nas zniszczyć, już by to zrobili.
A jednak chroniło ich tylko Prawo Kolonialne. Prawo, które Rząd sam ustanowił, i widmo konsekwencji jego złamania. Flota była gotowa na wszystko, żadne działanie nie było dla niej zbyt drastyczne czy nieludzkie. Nie musiała działać bezpośrednio by osiągnąć cel.
- Nie wierzę by nas puścili, tak po prostu! - jakże Arto chciał by dorosły się zamknął! Niczego nie rozumiał, siał tylko niepotrzebny niepokój. Dorośli...
- Więc po co się tu pchałeś? - odparł ktoś gniewnie.
- Flota nie będzie ryzykować rewolucji dla zaledwie kilku tysięcy ludzi - powtórzył astronauta. Jego głos stwardniał. Spojrzał w stronę dorosłego - Robiliśmy to już kilka razy. Nigdy nie odważyli się nas zaatakować.
- Może nie znam dobrze Prawa Kolonialnego - stwierdził ojciec - ale czy jest w nim jakikolwiek punkt zabraniający ostrzelania emitera uciekającego statku? Flota nie ograniczy się do wąchania plazmy z dyszy napędowej.
- Mogą spróbować - przyznał astronauta - Będą nas ścigać, będą próbować pochwycić gdy dotrzemy do celu. Obława się rozpoczęła, ale my wiemy jak im umknąć.
Z jakim wysiłkiem rozluźniał mięśnie, by wydobyć z siebie jak najbardziej naturalny głos. Był zwykłym człowiekiem, nigdy nie był w szkole, nie potrafił panować nad emocjami, a jednak tu był, jak reszta załogi, gotów na to co nastąpi.
- Kiedyś zaczną strzelać - powiedział cicho Iwen. Słyszeli go tylko ci, którzy stali najbliżej.
- Może kiedyś zaczną - Lerszen uspokajająco położył rękę na ramieniu syna i lekko je ścisnął - Lecz nie teraz. Nie tym razem, mój synu.
Astronauta pochylił się lekko. Dłonią nakrył ucho, w napięciu wsłuchując się w komunikator. Ze zmiany na twarzy Arto wyczytał iż wieści nie są dobre. Za oknem dostrzegł trzy szybko poruszające się gwiazdy. Wyglądały jakby oddalały się od siebie nawzajem. Na chwilę znikły w cieniu Ziemi, by pojawić się znowu. Nie, uświadomił sobie, one zbliżają się, do nas! Zbyt małe i zbyt szybkie jak na statki. Spóźnione kapsuły? Lecz żadna kapsuła nie osiągnęłaby takiego przyspieszenia! Nie zdążyłaby wyhamować...
Sekundę potem gwiazdy minęły ich statek. W chwili krótkiej niczym mrugnięcie oka mignął mu nad głową nadto dobrze znany z projekcji, złowróżbny kształt srebrzystej igły. Pozostałe dwie przeleciały bokiem, utrzymując formację skrzydła.
- Myśliwce! - zawołał. Bezsilnie zacisnął pięści.
Wokół zawrzało. Dorośli spojrzeli w stronę gdzie znikły trzy pojazdy. Arto przypomniał sobie zasłyszane historie o atakach pilotów. Podczas akcji byli nieustannie pompowani substancjami wzmacniającymi ich refleks i znoszącymi wszelki strach. Ciężko było ocenić czy pilotowana maszyna była przedłużeniem ich woli, czy oni sami byli na wpół mechanicznie myślącym przedłużeniem myśliwca. Napęd magnetyczny pojazdu, jego zasilanie oraz konstrukcja ograniczały ich zasięg do roku świetlnego. Nie były przeznaczone do lotów dłuższych niż miesiąc, lecz posiadały zawrotne przyspieszenie i niewiarygodną zwrotność, ograniczoną jedynie wytrzymałością ludzkiego ciała, gdyż myśliwce były zbyt małe by pomieścić komorę inercyjną. Przy lotach międzygwiezdnych, gdy słabło pole magnetyczne gwiazdy, przewagę uzyskiwały gwiazdoloty, których emiter mógł cały czas pracować na pełnej mocy. Ogromny ciąg emitera, modulacja częstotliwości wiązki i przesunięcia falowo-korpuskularnego dawał im przewagę, lecz póki lecieli na plazmie, ich statek był łatwym celem.
- Widzę trzy! - astronauta zawołał do komunikatora - Czy to oni? Co macie na skanerze? Czy to na pewno oni? Powtórz!
- Jednak jesteśmy warci ryzyka - sucho zauważył ojciec. Arto złapał Lerszena i astronautę na wymianie szybkich spojrzeń.
- Dlaczego się wcześniej nie obróciliśmy? - czyjś głos wzniósł się niebezpiecznie wysoko, jego właściciel balansował na skraju paniki - Dlaczego nie zaczęliśmy przyspieszać?
- Bo to by oznaczało katastrofę! - głos Lerszena brzmiał zaskakująco twardo i władczo -Nawet ścigający nas okręt nie zdobędzie się na taką próbę. Wiązka emitera to śmiertelna broń. Nie jesteśmy warci tłumaczenia się przed społeczeństwem ze śmierci milionów! Wyścig zacznie się gdy dotrzemy do orbity Saturna, nie wcześniej.
- Jaki wyścig? - ktoś zawołał - Już nas mają!
- Proszę się uspokoić! - głos astronauty wzniósł się ponad narastający hałas głosów - Te myśliwce mają nas osłaniać!
- Osłaniać? Flota miałaby nam pomóc?
- To tylko myśliwce. Nie jest ważne skąd są, lecz kto w nich siedzi.
- Naprawdę?! Więc dlaczego tamten okręt nie posłał za nimi torped? - ktoś wskazał za szybę - Ich też chronią Prawa Kolonialne? Okłamujecie nas!
- A może nawet we Flocie wciąż są normalni ludzie - uciął krótko ojciec.
Astronauta przestał zwracać uwagę na otaczających go ludzi. Wsłuchał się w komunikator. Lerszen obserwował go z niepokojem.
- Na nieskończoną przestrzeń, co on tu robi? - astronauta odpowiedział do komunikatora - Janus nie powinien się ujawniać! Miał siedzieć cicho!
Arto poczuł ucisk w piersi. Wszystko wokół zamarło, ludzie znikli, jakby dźwięk znajomego imienia zatrzymał czas i wykrzywił przestrzeń. Czy to możliwe, myślał, czy to naprawdę możliwe, że przez te lata... Czy to może być on?
- Janus? - doskoczył do astronauty - Powiedział pan Janus?
- Poradzilibyśmy sobie, po co się pchał? - astronauta, zaabsorbowany rozmową, odsunął go delikatnie na bok. Arto skoczył na niego i złapał za kombinezon, niemal się na nim wieszając.
- Kim jest Janus? - wrzasnął, ściągając go w dół. Oczy wszystkich skupiły się na nim, zapadła cisza, lecz nie zważał na ich zainteresowanie. Chciał, musiał wiedzieć.
Astronauta nie mógł dłużej go ignorować - a jednak nie odepchnął go od siebie, nie odczepił. Mimo nagłego wybuchu wściekłości na ignorowanie go przez astronautę, na to że traktował go jak dziecko, jak powietrze, Arto dostrzegł jak przez twarz dorosłego przemknął pośpiesznie skryty strach, silniejszy niż nieudolnie skrywane napięcie.
Astronauta spojrzał na Lerszena, potem całą uwagę przeniósł na Arto.
- Czy Janus jest z akademii? - Arto spytał błagalnie - Czy to stąd te myśliwce?
- Udało nam się skontaktować z grupą starszych kadetów. Oni... zaoferowali nam pomoc. Nie od razu uwierzyliśmy że w takim miejscu... Ale tak było. Janus pomógł rozpracować część zabezpieczeń. To młody, ale diabelnie zdolny człowiek.
- Ile... lat? - spytał przez zaciśnięte gardło, wciąż kurczowo trzymając się kombinezonu astronauty. Patrzył na niego, lecz miał wrażenie że tylko jego głowa jest nieruchoma. Reszta pomieszczenia, nawet jego ręce, wirowały, zdawały się pulsować, oddalać i przybliżać.
- Osiemnaście, może dziewiętnaście... Miał zostać, pomagać w następnych misjach, stać się naszym robakiem w systemie Floty, ale...
Astronauta mówił coś jeszcze, ale Arto przestał słuchać. Puścił go. Zatoczył się do tyłu. Ktoś w porę go zatrzymał, nie pozwalając upaść.
- Arto, co ci jest? - jak przez mgłę doszedł go głos matki - Kim jest...?
- Muszę z nim mówić - wydusił, odpychając się do przodu.
- To niemożliwe. Nie możemy...
- Muszę z nim mówić! - zawołał, wbijając wściekłe spojrzenie w astronautę. Był przeszkodą, stał mu na drodze - Muszę się przekonać! Przyprowadziłem wam tylu ludzi a wy...
Odebrało mu głos. Zacisnął pięści. Czuł na plecach spojrzenie Lerszena. Możecie mieć tajemnice, pomyślał pod jego adresem, możecie mieć swoje sekrety, lecz ten jeden wydrę z was choćby gołymi rękoma! Tyle lat byłem pewien, niemal pozwoliłem sobie zapomnieć...
- Chcę się tylko przekonać!
- Dajcie dzieciakowi szansę - ktoś powiedział - Gdyby nie on, nie byłoby nas tutaj.
- Pan nic nie rozumie...
- Co tu rozumieć? To tylko rozmowa!
- Janus może mieć rodzinę!
- Jeśli to on, to nie ma nikogo - jęknął Arto - Obiecuję, jeśli się mylę...
Lerszen skinął lekko głową. Arto pozwolił astronaucie wyprowadzić się z pomieszczenia.
* * *
Szybka kolejka magnetyczna zawiozła ich w głąb statku. Nie zwracał uwagi na kierunek, nie zwracał uwagi na drogę. Do czego były potrzebne myśliwce, skoro ścigający ich okręt pozostawał w tyle? Dlaczego cała załoga była tak nerwowa? Astronauta na chwilę pożyczył Lerszenowi swój komunikator. To wystarczyło by i on spochmurniał. Gdy opuścili magnetyczny pocisk jego kroki stały się szybsze, nerwowe, lecz nawet ta przemiana nie dotarła do jego świadomości. Janus... czy to ten Janus? I po co Dael, jeśli to był Dael - lecz jeśli nie on, to kto? - tak ryzykował?
Nie zauważył kiedy znaleźli się w niewielkim, zatłoczonym pomieszczeniu. Około dwudziestu ludzi - kobiet i mężczyzn - gorączkowo krzątało się przy aparaturze. Każdy coś mówił, jeśli nie do kogoś, to do komunikatorów. Napięcie wypełniało cały pokój; wyczuwał je w zapachu, w ruchach, w wypowiadanych słowach, w każdej wykonywanej przez dorosłych czynności. Uwaga wszystkich koncentrowała się na projekcji Układu, poprzekreślanej dziesiątkami różnobarwnych linii.
- Nie mogą storpedować, więc rzucają asteroidy pod dziób! - ktoś bezsilnie zaklął - Bydlaki!
- Co oni chcą zrobić? - spytał ktoś sztucznie cicho, zaciskając dłoń wokół sterczącego w okolicy ust mikrofonu. Większość osób miała w uszach podobne aparaty, tylko operatorzy łączności mieli uszy skryte za nausznikami słuchawek.
- To tylko ćwiczeniowe atrapy, nie są nawet uzbrojone...
Głos zamilkł. Kilka par oczu odwróciło się w stronę Arto. Bezwiednie zrobił krok do tyłu. Ogarnęło go uczucie zbędności; czuł się jak dziecko rzucone w wir dorosłych spraw.
- To ten...? - pytanie nienaturalnie zawisło w powietrzu. Nikt nie odpowiedział. Ktoś wzruszył ramionami, ktoś zrobił dłonią dziwny znak na piersi. Astronauta położył rękę na jego ramieniu i spojrzał na jednego z ludzi. Ten pokazał ręką na jedną z konsol pod ścianą i palcem zakreślił w powietrzu koło. Astronauta posadził Arto przy konsoli.
- Nie możecie wyminąć? - usłyszał Lerszena - Zaraza! Zróbcie coś! Chcę go z powrotem, chcę go tu, na tym pokładzie!
Arto wlepił w niego swoje spojrzenie. Kim był Lerszen, że tak rozmawiał z tymi ludźmi?
- Jeśli to on, nie wiem czy powinniśmy...
Odwrócił się w stronę głosu. Para astronautów obserwowała go z obawą, milknąc gdy na nich spojrzał. Wielu unikało spoglądania w jego stronę.
Ktoś rzucił komunikator w stronę Lerszena. Lerszen pochwycił go i pośpiesznie wetknął w ucho, wsłuchując się w strumień informacji. Umysł Arto odruchowo rejestrował rzucane pośpiesznie zdania, wyłowione gwarze krzyżujących się w pomieszczeniu rozmów. Astronauta który go tu sprowadził rozmawiał z jedną z astronautek. Spierali się o coś. Nie słyszał co mówili lecz ożywiona gestykulacja i jakże częste, rzucane w jego stronę ukradkowe spojrzenia mówiły równie wyraźnie jak słowa kto jest obiektem ich dyskusji. Za chwilę dołączył do nich Lerszen. Mijały minuty, a on wciąż coś im tłumaczył. W Arto zaczęła narastać niecierpliwość. Kłócili się jakby mieli na to całą wieczność!
Para astronautów zamilkła. Lerszen rozłożył ramiona, przyłożył dłoń do ucha, przełączył częstotliwość komunikatora i szepnął coś do mikrofonu. Ktoś nałożył Arto na uszy aparat komunikacyjny, podobny do tych jakich używali operatorzy. Wszystkie głosy umilkły; ich miejsce zajęły przeciągłe dźwięki o ciągle zmieniającym się tonie, przypominające próbę dostrojenia wzmacniacza. Przy jego ustach sterczał wystający z nausznika mikrofon.
Trzaski i piski ustąpiły miejsca szybkiej wymianie zdań. Głosy były wyraźne, czyste. Arto zaczął nasłuchiwać. Oczy miał otwarte, lecz nie dostrzegał już otoczenia. Cały jego wszechświat skurczył się do rozmiarów słuchawek.
- ...to wzięło? Czekali na nas? - kobiecy głos, choć niespokojny, brzmiał władczo.
- Transport do stoczni - neutralny głos brzmiał niczym wzruszenie ramion. Na jego dźwięk Arto przeszył dreszcz, sięgający do głębi każdej komórki jego ciała - Parę rozjaśnień temu wyczuli że coś się dzieje, więc wstrzymali go na parę rozjaśnień i czekali na to co się stanie.
Czas zatrzymał się w miejscu. Ten głos... choć obcy, brzmiał w jego uszach znajomym echem wspomnień. Umysł zaćmiła mu euforia, lecz szybko ustąpiła miejsca obawie i niepewności. Czy po tylu latach mógł powiedzieć iż wciąż się znali? Choć ledwie jedno uderzenie serca temu pragnął tej rozmowy, teraz zaczęła go napawać strachem.
- Jeśli Zefred przekazał wam aktualne kody Floty, mógłbym spróbować przejąć kontrolę - kontynuował głos - Autopilot leci na programie naprowadzania, reszta komputera jest nieaktywna. Interfejs łączności włączy się zdalnie tylko w odpowiedzi na właściwy sygnał na właściwej częstotliwości. Bez niego wszelkie próby włamania są bezcelowe.
Jakże zmieniony był głos wobec tego który pamiętał. Spokojny, sucho informujący, bez śladu emocji. Był obcy, za sprawą trzech lat kosmos wie jakiego życia, a jednak wciąż pobrzmiewał w nim stary Dael.
- Nie mamy żadnych kodów. Janus, powinieneś zostać, spróbować się włamać...
- Mój udział był zbyt duży - znajomy głos nie był ani zniecierpliwiony, ani pouczający. Był niczym komputer który nie zwracając uwagi na dalsze słowa człowieka odpowiada na wydane wcześniej polecenie - Zaczęli coś podejrzewać. Spodziewali się nas, tutaj, więc niech tak będzie. Wasza misja jest ważniejsza. Znajdziecie sobie lepszą wtyczkę. Powtarzam, Wolność Alfa, kontynuujcie przyspieszanie, ale na wszelki wypadek pozostawcie pasażerów w lądownikach i wyślijcie resztę ludzi do kapsuł.
- I tak nikt do nich nie wejdzie.
- Rozumiem - chwila ciszy i znów ten spokojny, beznamiętny głos. Arto próbował się odezwać, lecz za każdym razem głos wiązł mu w gardle. Zaczął rozumieć że istnieje związek między tym co się teraz działo, a jego wizytą na komisariacie. Parę rozjaśnień temu...
- Janus, jak stoicie z czasem?
- Mamy go dość, ale tamci niedługo przetną wam drogę - głos Janusa był ani uspokajający, ani zdesperowany. Po prostu, nienaturalnie neutralny - Nieszczęśliwe wypadki to ich specjalność. Obiekt jest na wprost przed wami, wciąż na kursie kolizyjnym i manewruje jak rakieta. Bez obaw, przejdziecie przez Układ, pozwólcie nam tylko zabrać to z drogi.
Wreszcie pojął co się dzieje. W tamtym pomieszczeniu astronauta nie martwił się tym że któraś z grup nie zdąży. Martwił się że wszyscy zdążą - i zginą.
- Nie mogę zaakceptować takiego rozwiązania! - zaprotestował żeński głos.
- Co z emiterem? - odezwał się trzeci głos, głos astronauty z nadbudówki widokowej - Kapitanie, możemy go użyć.
- Próbujemy go rozgrzać, ale to potrwa - kolejny głos - Nie możemy dać pełnego ciągu, nie damy rady tak szybko zapakować ludzi do komór. Przeciążenie ich zabije!
- Ale zdążymy? - pierwszy, żeński głos.
- Mamy trochę czasu, kapitanie. Odległość kątowa jest w sam raz. Próbują zajść nas z boku, mają większą prędkość i przyspieszenie, ale się nie wywiną.
- Pod żadnym pozorem nie możecie użyć emitera w strefie planetarnego bezpieczeństwa - zaprotestował beznamiętnie Janus - Wolność Alfa, jeśli to zrobicie, dacie im wymówkę do użycia wszelkiej broni jaką zdołają was dosięgnąć.
- To tylko automaty! - zaprotestował żeński głos - Żadnych ludzi na...
- Kapitanie, nikt nie udowodni że ta skała jest sterowana. Siła ciągu emitera, potrzebna do zniszczenia lub trwałego zepchnięcia jej z kursu cofnęłaby was pod samą stację. W waszą stronę leci ponad dwadzieścia myśliwców. Dwa kolejne krążowniki ustawiają się na waszym kursie. Nie możecie się cofnąć, nie możecie zwolnić.
- Mamy kurs w opozycji do położenia większości stacji. Ten statek jest przygotowany by wygrać ten wyścig, do samej mety.
- Według moich obliczeń macie ledwie kilka minut przewagi - choć wciąż beznamiętny, głos zabrzmiał pouczająco - Musicie je wykorzystać by minąć bezpieczną granicę i dotrzeć do linii przyspieszeń. Kontynuujcie przyspieszanie, powtarzam, zajmiemy się wszystkim.
W słuchawkach zapadła dziwna cisza.
- Janus, mamy na pokładzie prawie dziesięć tysięcy ludzi - żeński głos kapitana lekko drżał - Jeśli nie dasz rady... Możemy się zatrzymać i poddać...
- To nie jest opcja - odparł inny, młody kobiecy głos, brakiem emocji dorównujący Janusowi - Macie rodziny z dziećmi. Jeśli się zatrzymacie, one skończą jak my. Wolność Alfa, zrozumcie, nasz los jest już bez znaczenia. Ujawniliśmy się, nie mamy po co wracać.
- To nie powód by ginąć! - zaprotestował kapitan - Walentynka, musi być inny sposób...
- Wolność Alfa, cała zamieniam się w słuch.
Umysłem Arto wstrząsnęło zrozumienie. Atrapy, nieuzbrojone myśliwce ćwiczebne... To było wszystko co kadet mógł zdobyć. Nie mają rakiet, nie mają torped, nie mają żadnych dział. Był tylko jeden sposób, tylko jedna broń by usunąć przeszkodę - sam myśliwiec.
- Janus... - łamiący się głos z trudem przeszedł przez jego zaciśnięte gardło. Wyuczone w szkole opanowanie i samokontrola przepadły bez śladu - Janus, słyszysz mnie? Czy...
Głos mu się urwał. W słuchawce zapadła cisza. Poczuł wilgoć na policzkach. Nie zauważył kiedy zaczął płakać, nawet nie wiedział że wciąż potrafi. Po raz pierwszy od lat pozwolił by jedna po drugiej spływały po jego twarzy. Po raz pierwszy nie wstydził się swojego płaczu.
- Kto to był? - pytanie Janusa było spokojne i beznamiętne, lecz Arto mógłby przysiąc że jego głos się zmienił i było to coś więcej niż życzenie jego wyobraźni - Odezwij się! Wolność Alfa...
- Janus, tu wciąż Wolność Alfa - odpowiedział ktoś za niego - Mamy kogoś kto chce z tobą mówić. Bardzo nalegał.
- No to zdążył w porę. O co chodzi?
Wewnątrz sterówki umilkły wszystkie odgłosy rozmów. Arto nie słyszał tego, po prostu widział jak spojrzenia astronautów kierują się w jego stronę, jak ich usta nieruchomieją, zamykają się lub zastygają w bezruchu. Słuchali go, ale nie dbał o to. Niech słyszą, niech wreszcie zrozumieją.
- Janus... Dael, Daelu, to ty? - spytał cicho - Powiedz ze to ty!
- A niech mnie otchłań jeśli to nie mały Arto - ledwie uchwytna chwila wahania, jakby Dael nie był pewien czy chce tej rozmowy - Do celu pozostało nam jakieś pół godziny. Wolność alfa, czy nasza rozmowa może być dla was problemem?
- Nie, Janus. Odebraliśmy wasze dane. Muszę polegać na twojej opinii. Nie mamy nic do zrobienia, możemy tylko czekać.
- Niech tak będzie. Arto, słyszałem że dobrze się spisałeś, choć trochę narozrabiałeś. Będziesz bohaterem. Może dadzą ci medal.
Dael zaśmiał się bez śladu emocji. Jego głos był wciąż spokojny, jakby rozmawiali nad zadaniem z matematyki, a nie spotkali przypadkiem po kilku latach.
- Do próżni ze mną! - zawołał do mikrofonu - Co chcesz zrobić? To głupota...
- To co konieczne, mały. Czego nikt inny nie zrobi za nas, bo nie ma do stracenia tak mało jak my. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
- Gówno prawda! Chcesz się rozbić o jakiegoś kopalnianego asteroidę! Powiedz że masz inny sposób, musisz mieć!
Racjonalna część jego rozumu umilkła; zwinęła się w głębi czaszki niczym zaszczuty kot, wijąc się pod uderzeniami emocji. Już raz go stracił. Jak mógł go stracić ponownie? Po to uciekał by przeżyć to od nowa?
- Nie tym razem. Nieważne jak bardzo będziecie rzucać statkiem, pocisk zawsze będzie leciał w waszym kierunku. Albo się zatrzymacie, albo sami będziecie winni wypadku. Wypadku - powtórzył beznamiętnie - a to znaczy że kolonie nie zareagują. Jeśli wy nie przejdziecie, ta ucieczka będzie ostatnią. Tu chodzi o coś więcej niż ja, ty, czy wasz statek.
- Nie wierzę! Myliłeś się wcześniej, możesz i teraz. Mówiłeś że zapomnę, ale nigdy w to nie wierzyłem! Mówiłeś że nie można się zaprzyjaźnić, ale ja tak zrobiłem! Mówiłeś że nie potrafimy płakać, ale ja...
- Gdyby nie ta rozmowa, zapomniałbyś mnie na dobre. Twoje wspomnienia z czasem stały się piękniejsze. Moje też, ale to tylko wspomnienia. Zmieniłem się. Ty też. To jest rzeczywistość.
W głosie Daela nie było nic, nawet chłodu, nagany, pouczenia. Żadnych emocji.
- Skąd możesz to wiedzieć? Dlaczego nie napisałeś? Potrafiłbyś, ale nie chciałeś!
- Co miałbym napisać? Powiedzieć jak tam naprawdę jest? Uwierzyłbyś gdybym napisał że to jak szkoła, tylko tysiąc razy gorsza?
- Wtedy uwierzyłbym ci we wszystko! Wystarczyło spróbować...
- Zrozum. Akademia... - ledwie dostrzegalny moment wahania - pokazała nam że życie może być gorsze niż śmierć. Musisz się ugiąć, musisz sam szukać starszaków, inaczej głodujesz. Walczysz lub giniesz. Nie, nikt tam nikogo nie zabija, po prostu niektórzy sami się poddają. To chore miejsce, ale ja też wygrałem. Od dziś nawet najlepszy kadet może się okazać zdrajcą. Nigdy nie będą wiedzieć kiedy wyskoczy z hangaru jakiś Obcy, jak ja. Nie zrealizowałem całego planu, ale wolę ratować twój żałosny tyłek. Jedno chore życie w zamian za możliwość leczenia innego, plus tysiące innych. To uczciwa wymiana.
- Kłamiesz! - wykrzyczał. Bezbarwny ton głosu zaczął doprowadzać go do szału - Jesteś tak samo normalny jak ja, tylko boisz się do tego przyznać! Mówiłeś że gdybyś musiał wybierać między mną a sobą, wybrałbyś siebie, ale teraz robisz na odwrót! Możemy odzyskać siebie, możemy pokonać szkołę, w sobie!
- Nie wiesz jak to jest, być mną. Nie byłeś trzy lata w piekle, zostałeś w czyśćcu, ale to wystarczyło byś się zmienił, tak samo jak Anhelo.
- Nigdy nie byłem taki jak Anhelo!
- A Karros i twoja wojna? Ja wiem wszystko, dzieciaku. Wiem więcej niż Zefred kiedykolwiek o tobie wiedział. Jest w tobie więcej z Anhela i Karrosa niż jesteś skłonny przyznać. Gdy się spotkaliśmy, próbowałeś po prostu przetrwać. Dziś manipulujesz ludźmi dla swoich potrzeb. Żyjesz by ich kontrolować. Przegrałeś tylko dlatego że Anhelo jest bardziej doświadczony. Nie robisz tego tak bezwzględnie jak on. Wciąż w coś tam sobie wierzysz, ale to minie, jak minęło u niego.
Słowa Daela przełamały jego wytrzymałość. Były ciosem prosto w serce. Czy naprawdę był taki jak mówił, czy wystarczyło by coś się stało, by zamienić go w to... coś? Przecież znał odpowiedź. Nawet teraz coś go zmieniało, do samych korzeni. Dael był tam przez niego, gotów zginąć, bo on tak się zawziął na szkołę, tak oślepł na jej punkcie, że był gotów zrobić wszystko byle się zemścić, niczym pierwszy lepszy młodszak.
- Masz rację - jęknął. Jego wiara w siebie wpadła w wir rozpaczy, napędzanej odkrywaniem kolejnych motywów swojego postępowania - Zawsze miałeś rację... Zachowuję się jak on, ale nie jestem nim w środku! Inaczej... po co mnie wybrałeś?
Uczepił się tej ostatniej nadziei jak rozbitek kapsuły. Zasady i motywy nie były już oparciem dla jego psychiki. Moment uczucia, ślad emocji w głosie Daela był wszystkim czego potrzebował, tratwą ratującą go przed wirem, lecz Dael nie okazywał niczego.
- Przykro mi mały, ale musisz to wiedzieć, dla twojego dobra. Zawiodłeś, ale to ja postawiłem cię na złej drodze. Postąpiłeś wbrew mnie, ale postąpiłeś słusznie. Czasem, robiąc źle, robimy więcej dobrego niż gdybyśmy postępowali właściwie. Manipulowałem tobą bo chciałem dobrze. Obaj chcieliśmy, lecz obaj przegraliśmy.
- Nie przegrałeś! Są inni, którzy widzą!
- Widzą coś, lecz niekoniecznie to co powinni. Może jakieś fragmenty. Ty widziałeś dość, a i tak nie wszystko zrozumiałeś. Wyszło jak wyszło. Nie winię cię za to co zrobiłeś w szkole. Nie jesteś głupszy niż ja, to ja które poszło do akademii. Machina jest zbyt duża by jedno ziarnko piasku mogło ją zatrzymać. Zrobiliśmy to samo, mały, zrobiliśmy z siebie durniów. Liczyłem że sam wszystko zrozumiesz, ale każdy spogląda na świat swoimi własnymi oczami. Moi towarzysze mają rodziny, tu, na tym statku. Im też jestem coś winien. Ludzie się zmieniają, Arto. Czasem płacą za swoje winy, czasem nie są w stanie, a czasem znajdują kogoś kto płaci za nich. Zobaczysz, za kilka lat zrozumiesz że nie mogłem zostać z tobą.
Co miał zobaczyć? Wszystko co widział zostało mu pokazane. Dael doszedł do wszystkiego sam, lecz wszelkie plany ograniczali tacy jak on, jak Zem i Anhelo, którzy nie potrafili patrzeć, nawet jak ktoś siłą skierował ich głowę we właściwą stronę. Woleli skupić wzrok na czymś bliższym, bardziej pociągającym, jak niemowlę na poruszającej się zabawce. Sam nie był lepszy. Nie potrafił zrozumieć, nawet z jego pomocą. Za czyje winy będzie płacił, swoje czy...
- Znowu mam cię stracić?
- Takie jest życie - tym razem spokój w jego słowach brzmiał sztucznie - Sami nie wyminiecie asteroidy. Ktoś musi zniszczyć jej napęd, a ja muszę mieć pewność że przejdziecie. To ważne, ważniejsze niż możesz przypuszczać. Nasi wspólni znajomi ze statku mieli wobec mnie zbyt poważne plany. Mam nadzieję że wytłumaczysz im dlaczego się mylą. Znajdą innych. Przykro mi że wróciłem na tak krótko, ale to i tak więcej niż ci obiecałem. Jeśli czegoś żałuję, to tego że nigdy nie zostałem twoim przyjacielem.
- Jesteś nim, teraz i zawsze - zapewnił ze łzami w oczach - Jeśli dadzą mi kiedykolwiek jakiś medal, każę im go sobie wsadzić i dać go tobie.
- Niepotrzebnie robisz ze mnie bohatera. Nawet się cieszę że nie będę w pobliżu gdy wszystko zrozumiesz, ale... Mimo wszystko nie zostałeś zwierzęciem. Nawet Karros jest od nich lepszy. Pamiętaj o tym - na chwilę głos mu złagodniał - Zapłaczesz nad starym, naiwnym Janusem i jego towarzyszami?
- Cały czas... - gardło znów mu się ścisnęło.
- To mi wystarczy. Dzisiejszy świat nie potrzebuje Janusów, ani Zemów, lecz Karrosów. To oni zmienią świat na lepsze, nawet jeśli zrobią to dla własnych korzyści. My... Sam wiesz jak kończymy. To nie jest świat dla nas. Janus, bez odbioru. Przechodzę na łączność skrzydła.
W słuchawkach zapanowała cisza.
- Dael... - odezwał się - Janus... słyszysz mnie?
- To bez sensu, chłopcze - odpowiedział czyjś współczujący głos - Janus przestał odbierać nasze sygnały. Możemy tylko nasłuchiwać.
Nie chcę waszego współczucia, pomyślał gorzko. Co wy możecie rozumieć? Spuścił głowę by nie widzieć spojrzeń innych ludzi, ich twarzy i rysujących się na twarzy myśli. Siedział w ciszy słuchawek, pozwalając by łzy rozlatywały się na boki.
- Dobrze, oto jest - wieki później znów usłyszał jego głos - Sto tysięcy przed nami. Idziemy dwieście osiemdziesiąt na sto dwadzieścia. Walentynko, moja droga, jesteś z nami?
Tyle uczucia w beznamiętności, pomyślał, jakby Dael się zakochał. Lecz jeśli tak, po co to wszystko? Czy potrafił tak dobrze zapanować nad emocjami że kontrolował także nadzieję?
- Zawsze jestem, kapitanie - odpowiedział młody kobiecy głos - Dante, ty też?
- Zawsze i do końca - kolejny młodzieńczy, beznamiętny głos - Tamci i tak o nas wiedzą. Może choć na koniec skończymy z tymi głupimi pseudonimami?
- Och, przestań. To dla niego wiele znaczy, zwłaszcza teraz. Słyszałeś dzieciaka...
- Dzieci, przestańcie, proszę - odezwał się Dael - Mamy tu coś do zrobienia. Macie namiary?
Ton ich głosu był niczym wzięty prosto ze sceny z projekcji rutynowego, nudnego patrolu. Choć wreszcie dopuścił do siebie konieczność takiego końca, nie potrafił tego zrozumieć.
- Napęd alfa w polu, kąt dwa dwa jeden, jeden siedem pięć, po krzywej - powiedziała Walentynka.
- Napęd beta poza polem, kąt dwa trzy dziewięć, jeden osiem osiem, po krzywej - powiedział Dante - Omijamy strugę i walimy prosto w cel, żaden problem. Szczurze syny, chciały mieć pewność, ale to my zwyciężymy.
- Spodziewasz się jakieś broni, Janus? Mogli umieścić baterie...
- Czego się boisz, moja droga? Czyż nie do tego nas wytrenowali?
- Bać się? - w jej słowach zawarł się cały nierozbrzmiały śmiech - Już nawet nie pamiętam jak. Niech zasmakują swojej broni, na sobie.
- Osiemdziesiąt tysięcy, na kursie - oznajmił Dael - Na pewno jesteście gotowi?
Chwila milczenia, równie spokojnego jak ton ich głosów.
- Kapitanie... Janus, ty masz szansę - powiedział Dante - Na pokładzie jest jedna wolna komora. My musimy zakręcać, ale ty masz prosty strzał. Myśliwiec może dolecieć na auto.
- Potwierdzam - dodała Walentynka - Siła naszych uderzeń powinna odrzucić ją daleko z kursu. Wciąż jesteśmy ci coś winni. Chcę to spłacić, póki mam czas.
- Ale nie macie pewności. Przy tej prędkości nie zdołam wyhamować i zawrócić gdy ją minę. Miałbym szansę jak jedną do czterech. Jeden więcej za kolejny tysiąc nie robi mi różnicy. Na tym statku są wasze rodziny i najbliższa mi osoba -Arto poczuł że Dael powiedział to specjalnie dla niego - Trzymamy się planu. I dziękuję za pomoc.
- Pomóc komuś takiemu to prawdziwy zaszczyt - odparła Walentynka.
- I tak miałem tego dosyć, pamiętasz? - dodał Dante - Ty kupiłeś mi tylko dwa lata więcej. Podziękować ci, czy cię przekląć?
- Może oba?
Zapanowała nagła cisza.
- Zatem do dzieła - powiedział po chwili milczenia Dael - Czterdzieści tysięcy przed nami. Wolność alfa, jeśli nas słyszycie, złapcie się czegoś. Bezpiecznej podróży... I wróćcie tu jeszcze po kogoś. Przerywam łączność.
To był koniec rozmowy. Arto zaczął wołać do mikrofonu, wywoływał go, powtarzał że może się katapultować, że Walentynka miała rację, ostatnie kilometry myśliwiec może lecieć na autopilocie, lecz nie usłyszał nic więcej.
Zerwał słuchawki, odrzucił gdzieś w kąt i wbił spojrzenie zaczerwienionych oczu w projektor. Nikt już nie patrzył na niego, wszyscy obserwowali kolorowe linie. W części obrazu, powiększającej lokalny fragment trajektorii, punkciki na trzech zbieżnych, świetlistych liniach powoli zbiegały się w jeden punkt. Jeden, duży, pozostawał w tyle, trzy małe szybko zbliżały się do drugiego dużego, nadlatującego z przeciwka punktu. Dwa małe punkty zeszły ze swoich linii, okrążając ten duży, trzeci nie zmienił kursu. Dopiąłem swego, pomyślał, ocaliłem nas przed szkołą, tylko jakim kosztem? To się nie opłacało, to była jego pierwsza myśl; druga, już całkiem inna, podpowiedziała że to nie powinno się zdarzyć. Był zwykłym tchórzem. Gdyby nie to, wszystko wyglądałoby inaczej. Dla niego Dael pozostałby martwy, lecz żyłby dalej, w akademii. Zabiłem cię, Daelu. Przepraszam.
Punkty na trajektorii myśliwców zetknęły się z punktem na trajektorii asteroidy, pozostawiając jeden duży punkt. Milczenie zawisło nad projektorem. Trajektoria została przekalkulowana. Linie po których poruszały się dwa pozostałe duże obiekty wciąż się krzyżowały, lecz w chwili przypadającej na ich przecięcie przewidywana pozycja statku znalazła się poza miejscem spotkania. Byli uratowani, lecz nikt nawet nie odetchnął.
Znajomy astronauta położył rękę na barku Arto. Razem wyszli na korytarz.
- Może się katapultował - powiedział cicho, jakby się usprawiedliwiał.
- Jeśli tak zrobił, zdążymy go przechwycić. Ale to było przeciążenie reaktora. Wybuch fuzji. Najpierw promieniowanie, a potem miliardy drobnych odłamków, przeszywających wszystko niczym pociski z miotaczy masy... W tej chwili nasz statek unosi tarcze przeciwpyłowe. Ludzie są wyprowadzani z nadbudówek. Przednia dysza wkrótce wystrzeli krótki, silny impuls plazmy. Wzmacniamy natężenie pole magnetycznego, by stworzyć tarczę jonomagnetyczną. Chronią nas setki metrów skały, lecz to może nie wystarczyć by uchronić kadłub przed przebiciami. Przykro mi, mały, nie chcę byś miał złudną nadzieję.
Był wdzięczny astronaucie za szczerość. Tylko na projekcji katapultowanie się tuż przed wybuchem kończyło się dobrze. Dael pilotował lekki myśliwiec szkoleniowy. Z minimalnym pancerzem, może nawet bez kapsuł...
- Ale szansa istnieje - szepnął.
Astronauta poklepał go po ramieniu. W milczeniu ruszyli ku stacji kolejki.
* * * * *
Tylko godzina dzieliła ich od orbity linii przyspieszeń. Gwiazdolot przygotowywał się do rozpoczęcia procedury uruchomienia głównego ciągu. Za pół godziny miał zacząć się obracać rufą do Słońca, lecz na razie wykorzystywał maksymalny ciąg konwencjonalnego napędu, by utrzymać przewagę wobec zbliżających się myśliwców. Gdy włączą emitery, pomyślał, tamci będą musieli na siebie uważać. Nikt, ani on, ani nawet ich dowódcy nie będą żałować jeśli któryś okaże się nieostrożny.
Pasażerowie powoli zaczęli wchodzić do komór zero-inercji, by ich ciała mogły przetrwać przeciążenie przyspieszania, lecz on czekał. Wierzył że po tym co się stało Lerszen nie oprze się chęci złożenia mu wizyty. Kłamstwa w kłamstwach, w środku innych kłamstw wewnątrz kłamstw - i zawsze pozostawało miejsce na jedno, małe, dodatkowe kłamstewko więcej, na samej górze, zawsze dla wyższego dobra. Tylko oni wiedzieli co się wkrótce będzie działo.
Wszyscy ci ludzie na pokładzie, pasażerowie, nawet zwykli astronauci... Dla nich Zjednoczony Rząd był jedynie tyranem. Nie rozumieli niczego, bo jak mogli? To oznaczałoby że musieliby uwierzyć iż są politycy, na wysokich szczeblach władzy, którzy równie wyraźnie widzą co się dzieje - i chcą to zmienić. Znali sytuację, próbowali reagować, czasem nawet właściwie, lecz za dużo było tam tchórzów, konserwatystów i głupców, bardziej zainteresowanych swoimi fortunami niż rządzeniem, wierzących że wszystko samo się jakoś ułoży, lub nie wierzących w nic poza własną osobę.
Korporacje, Rząd i Flota - trzy filary władzy, dążące do czego innego. Rząd od kilku wieków ograniczał przyrost naturalny. Mniejszą populację łatwiej kontrolować, łatwiej zaspokoić jej potrzeby. Liczba etatów pozostałaby bez zmian, zmniejszyłby się jedynie procent obywateli żyjących wyłącznie ze sponsorowanych przez korporacje zapomóg i ulg. Podziemie straciłoby swoje zaplecze - nędzarzy, gotowych kraść dla wiązki impulsów. Takie działanie nie było na rękę korporacji - wysokie bezrobocie niosło ze sobą obniżenie kosztów zatrudnienia pracowników, a potrzeba wykarmienia skłonnej do rewolucji biedoty sama wkładała polityków prosto do korporacyjnej kieszeni. Flota korzystała z rządowego programu; restrykcje prokreacyjne gwarantowały dopływ kadetów do akademii, lecz w dalszej perspektywie zmniejszenie przeludnienia osuszyłoby ten strumień, stawiając Leonidasa pod znakiem zapytania i osłabiając kontrolę nad koloniami. Dlatego Flota i korporacje bacznie obserwowały Rząd w niewypowiedzianym sojuszu, zawiązane wolą utrzymania obecnego stanu rzeczy. Rząd, symbol ucisku, był jedynym graczem który chciał zmian, jedyną siłą rozważającą możliwość rozładowania napięcia.
Koloniści nie mieli wyboru, musieli go wspierać. Unikali osłabienia jego pozycji, starając się rozwiązywać konflikty na drodze rozmów, nie dopuszczając by okręty znów stały się argumentem w polityce, zaś opcja walki - jedynym akceptowanym sposobem sprawowania władzy. Gdyby plan Rządu się ziścił, zelżałaby nie tylko plastalowa obręcz kolonialnego ucisku. Upadłoby Podziemie, lecz wzrósłby poziom życia mieszkańców Układu, a w konsekwencji poziom społecznej świadomości. Sytuacja mogłaby zostać wyleczona - cóż z tego, skoro proces obliczony był na setki lat, zaś rozwiązanie było potrzebne już teraz. Po dwustu latach mogło nie zostać nic wartego walki.
Dlatego toczyli tę grę. Grę. Właściwie wojnę, choć specyficzną. To tu to tam Flota sporadycznie pacyfikowała przygodną kolonię, to wszystko. Wojna Wtyczek zakończyła epokę walki na pięści, stal i broń. Nawet Absolom był ledwie militarnym epizodem. Niemniej wraz z jego powstaniem skończyła się wojna na pieniądze i ekonomię. Dziś, tutaj i teraz, dziwna wojna bez bitew toczyła się na umysły. Zwyciężali najbardziej przebiegli, najlepsi we wnikaniu w umysły wroga, ci którzy potrafili nim skrycie manipulować, samemu unikając manipulacji. Przeraźliwie niewielu zwykłych ludzi zdawało sobie sprawę z tego że stają się ofiarami, jeńcami i zakładnikami. Ba, rzadko który wiedział co się dzieje! Tym mocniej, mimo upływu lat, tych rzeczywistych i tych pokładowych, przerażało go jak często ta wojna w swojej bezwzględności zahacza o fanatyzm.
Pierwszą zasada nowej walki - dowódcy muszą się trzymać z dala od swojej własnej broni - emocji. Tę potrzebę najlepiej rozumieli ludzie którzy stworzyli i kontrolowali Leonidasa. A sztuka władania emocjami wciąż się rozwijała. Przed wyruszeniem w swój ostatni lot, Dael wspominał coś o nowej technice. Przewidywanie, testowanie, ingerencja, sprawdzanie i dopiero potem kontrola...
Rozparty w leciwym, lecz pozostającym w dobrej kondycji fotelu, sięgnął do starej, na wpół mechanicznej konsoli. Zamiast projektora - zwykły, elastyczny ekran. Szczyty kolonialnej technologii - a jednak wszystkie te sprzęty wytrzymały już niejedno przyspieszanie i hamowanie, więcej niż on sam kiedykolwiek zdoła przeżyć. I pomyśleć że zajmował jedną z lepszych kabin, z najnowocześniejszym tu sprzętem. Niezadowolenie pasażerów z nowych warunków było kolejnym czynnikiem który musiał brać pod uwagę.
"Wszystko się pomieszało" - napisał - "chłopiec nie powinien z nim rozmawiać".
"Tak chciał lerszen" - nadeszła odpowiedź - "są i dobre strony nigdy nie uzyskamy lepszej okazji by to obserwować jeśli dzięki niemu nauczymy się ich odróżniać gdy już są kim są będzie to warte wszystkich ofiar".
"Łącznie z nim" - spytał, ciekaw nie tyle odpowiedzi, którą znał z góry, co formy w jaką ubierze ją jego partner.
"Wciąż może się stać jednym z nich tylko on jeden wie jak daleko to już w nim zaszło".
Pokiwał głową. Rozsądna uwaga.
"Co mamy".
"Wiele starszych już jest na poziomie drugim chłopiec też zefred go wprowadził mimo naszych ostrzeżeń".
"Widocznie nie miał wyjścia" - odpisał, bardziej z przeczuciem niż z wiarą, jaka wypływa z wiedzy. Zbyt fragmentaryczne były ich ostatnie kontakty by mógł napisać coś więcej.
Zefred coś planował. Widział to w jego oczach, ten ostatni raz gdy się widzieli. To on porozumiał się w tej sprawie z Lerszenem, to on wynalazł chłopca i wymyślił jak rozwiązać problem wyprowadzenia Norrensonów ze stacji, spełniając postawione przez Lerszena warunki. To on nalegał by zabrać także tego drugiego chłopaka. Coś chciał osiągnąć, lecz nigdy o tym nie mówił, a teraz go nie było. Wiał własne zamiary wobec chłopca, lecz w zakładzie o zgodność obu planów nie postawiłby na siebie nawet garści próżni.
Bezrozumne zwierzęta, tak mówił Zefred, myślące tylko o tym by przetrwać kolejne rozjaśnienie, miesiąc, rok, maksymalnie przyjemnie, jak tylko im się to uda. Pomyśleć że to wszystko w imię ludzi którzy nawet nie docenią ich wysiłków, traktując je jako obowiązek. Żałosne... Czy powinien to robić? Przecież wcale się od nich nie różnił. Każdy stara się jakoś przetrwać. Walczą tylko ci którzy potrafią, którzy czują że się do tego nadają. Inni pracują, by stworzyć narzędzia walki. Szkoda że zapominają iż ich umysły także są bronią.
Zefred miał właściwe narzędzia, lecz nie potrafił zrobić z nich właściwego użytku. Czy sprawiło mu różnicę gdy je utracił? Materialistyczna ludzka natura podpowiada by zatrzymać potencjalnie przydatne przedmioty, lecz jak to jest w przypadku uczuć?
Byli podobni. Większość przechodziła przez szkołę nie zauważając toczącej się w niej gry, na koniec zostając żołnierzami - lecz nie Zefred. Przechodził przez kolejne poziomy i dalej, aż do samego lustra. Spojrzał w nie, potem przez nie, a potem przeszedł na jego drugą stronę. Drugi poziom oznaczał wkroczenie na ścieżkę półprawd i ukrytych intryg, z której nie było odwrotu. Tak, Rząd miał mocne argumenty, nie tylko na pozór. Z obecnej sytuacji nie sposób wycofać się w kilkadziesiąt, czy nawet dwieście lat. Lecz rewolucja działa szybko. Jest naturalnym mechanizmem na złe czasy. Krwawa, niszcząca, leczy oczyszczającą siłą ognia, pozwalając nowym pokoleniom żyć bez obaw i złych nawyków, za to ze wspomnieniem popełnionych błędów - o ile byłoby jakieś nowe pokolenie. Zbyt wiele potrafili, zbyt wiele istniało nienawiści i zbyt silne były zależności by mieć tę komfortową pewność, nim naciśnie się czerwony przycisk.
Tylko dlatego to robię, pomyślał. To plan zapasowy, gdyby Rząd zawiódł. Gdyby admiralicja przeważyła.
"Mamy też kilka trójek" - pojawiła się nowa wiadomość - "na szczęście niewiele ale nawet te trójki mogą nie być tak niebezpieczne jak ten chłopiec na dwójce"
"O niego nie musisz się martwić nie mamy nic wyższego".
"Wiesz jak to jest do poziomu szóstego można dostrzec zmiany w zachowaniu powyżej czwartego potrzeba na to kilku dni obserwacji lecz to jest możliwe jeśli mamy tu coś powyżej szóstki to poznamy to jeszcze łatwiej bo nigdy nie dolecimy do celu".
Miał rację. Staranna selekcja kandydatów minimalizowała taką szansę. Nie każdy zostawał czwórką, co dopiero szóstką. Czego bać się bardziej - szóstki, czy Protektora? Ten drugi był gotowym produktem, wiedział czego się po nim spodziewać. Z szóstkami było gorzej. Rodzice takich młodzieńców nie dopuszczali do siebie pewnych rzeczy. Gdy dochodziło do walki, ich instynkt opiekuńczy blokował ich w niepewności - zaś niepewność oznaczała zwłokę, wstrzymanie się od koniecznego działania - i zgubę.
Czy Dael był szóstką? Wyszedł spoza systemu, brakowało układu odniesienia by go zmierzyć, lecz to było całkiem prawdopodobne. Dobrze dogadywał się z Zefredem. Nienawidził akademii, lecz to ona uczyniła go tak skutecznym. Próbował zniszczyć szkołę, lecz zamiast tego on ją udoskonalił. Pokazał obserwatorom gdzie popełniają błąd, dlaczego tak niewielu uczniów przechodziło na drugi poziom. Oni mieli swoje analizy, lecz on był w środku. Zupełnie jak my i nasze analizy, uznał. Kiedyż u nas pojawi się nastolatek, który dla rozwalenia programu rozwiąże problemy, z którymi my sobie nie radzimy?
"Dael dał nam dość wskazówek jego analiza chłopca jest trafniejsza od naszej" - napisał.
"Nic dziwnego to on zamienił go w wojownika nawet jeśli jego metoda jest zbyt nastawiona na jednostkę i nie nadaje się do masowego zastosowania to wciąż pozostaje skuteczniejsza od późniejszych modyfikacji stąd mamy tego arto".
"I zema" - odpisał.
"I anhela".
Jego partner go ostrzegał. Z pudełka może wyskoczyć wszystko, diabełek i aniołek. Granie na emocjach nie dawało pewności co do wyników. To tylko kwestia równowagi, tłumaczył sobie, doboru czynników. Lecz jak ustawić w równowadze śliski worek na ostrzu noża, bez obawy że zostanie rozcięty? Trzeba go wygiąć, na równe połówki. Zbalansować, ot co. Wejść z butami do umysłu chłopca tak by się w tym nie połapał i rozbroić tykającą w jego psychice bombę. Optymizm był zupełnym przeciwieństwem tego o czym myślał.
Usłyszał sygnał wejściowy. Drzwi rozsunęły się, wpuszczając gościa do środka. W kabinie nie było luksusów; lecz jej wyposażenie było jeszcze gorsze od tego czym Lerszen dysponował na stacji. Najnowszy sprzęt liczył sobie dekady, a już wtedy nie należał do zaawansowanych.
- To były naprawdę długie lata - przywitał gościa, obracając fotel przodem w jego kierunku. Z żalem pomyślał że kiedyś ten stary mebel potrafił dopasować się do kształtu ciała, lecz jego układy już dawno odmówiły posłuszeństwa. W końcu musiał usztywnić go ręcznie. Taka strata. Ostatnie wspomnienie utraconego luksusu. Może zdoła nakłonić Lerszena by coś z tym zrobił - lecz nie sprowadzili go po to by naprawiał stare meble.
- Dla ciebie lata, dla mnie dekady - odpowiedział Lerszen - Relatywistyka, jak widzę, dobrze ci służy. Tak samo kolonialna kuchnia i pokładowa dieta.
Lerszen usiadł na skromniejszym fotelu naprzeciwko. Chwilę mierzyli się wzrokiem. Wciąż partnerzy, czy już rywale?
- Nie liczy się czas, tylko przebieg. Komu jak komu, tobie nie muszę tego tłumaczyć.
Lerszen nerwowo poprawił się w fotelu. Poczuł się zawiedziony. Lata na Ziemi musiały go zmiękczyć. Być może już nie jest takim graczem jakim był kiedyś. Miał rodzinę. To wiązało emocjonalnie, odciągało uwagę, tworzyło wrażliwy punkt.
- To prawda, o nich obu? - spytał gość - To o twoim bracie jest pewne? Czy on...?
- Obaj - smutno kiwnął głową. Udawał z przyzwyczajenia i Lerszen o tym wiedział - O Janusie już wiesz. Zefred został w centrali reaktorów. Nie dał rady przed wybuchem.
- Gdybym wiedział że to coś dla ciebie znaczy, powiedziałbym że zginął jak bohater i że jest mi przykro.
- Będzie mi brakować Zefreda, jeśli to masz na myśli - przyznał trochę szczerzej - Ale takie jest ryzyko. Nie mamy nikogo kto by go zastąpił. Liczyliśmy na Janusa, ale... Od początku zbyt mocno poczuwał się do winny za przywrócenie Leonidasa do życia.
- Psycheologiczne gadanie! Nic nie stworzył, był tylko ofiarą, jak inne dzieci.
Ofiarą która zmieniła oblicze swojej klatki, tak by to nazwał. Małe dzieci myślą emocjami. Gdy się je z nich wykorzeni, stają się automatami nastawionymi na unikanie bólu. Gdy w wieku dwunastu, trzynastu lat zaczynają myśleć abstrakcyjnie, słowami, ich umysły są już ledwie wypalonymi skorupami, resztkami człowieka jakim mogły się stać. Jak bardzo ucieszyli się obserwatorzy gdy spostrzegli iż jeden z uczniów znalazł rozwiązanie! Dla Absolomu byłoby lepiej gdyby Dael nigdy się nie urodził, lecz skoro tak się już stało, wolałby mieć na pokładzie nauczyciela, a nie jego ucznia.
Znał raport na pamięć. Dael był wiarygodnym źródłem. Inteligentniejsze dzieci, rozwijające się szybciej, wolały rozumowo rozwiązywać problemy. To oddawało inicjatywę w ręce sprawniejszych rówieśników. Siła imponowała dzieciom bardziej niż inteligencja, która pobudzała te agresywniejsze do działania. Na koniec ci mądrzejsi zaczynali wierzyć że są nikim, pozwalali się zamienić w narzędzia, porzucając wszelką myśl o zmianie tego stanu.
Nic dziwnego że Leonidas z początku okazał się katastrofą. Emocje były niestałe i trudne do kontroli. Aż do afery z Daelem analitycy starali się eliminować emocje u dzieci. Odrzucali każdą myśl o ich wykorzystaniu, nie rozumiejąc że to ich utrata wstrzymywała rozwój ich najbardziej obiecujących kandydatów. Ich psychika stawała się ograniczona świadomością porażki, przestając być źródłem wewnętrznej siły, tak potrzebnej do zapanowania nad otoczeniem i przejęciem kontroli nad swoim losem. Gdyby Dael nie rozpoczął swojej krucjaty przeciwko szkole, gdyby powściągnął wyrytą w jego sercu wolę zemsty za ojca i przybranego brata, nowy Protektor wciąż istniałby wyłącznie w pamięci komputerów, jako kolejna teoria nijak nie dająca się zastosować w praktyce. Emocje dały chłopcu siłę, lecz były także jego największą słabością. Jemu podobni szybko zyskiwali świadomość że są inni - a inność była zagrożeniem, źródłem konfliktu między nimi a środowiskiem, powoli lecz konsekwentnie prowadzącym ich do załamania. Wiele by dał za wiedzę w którym punkcie tej drogi znalazł się ich wybraniec. Wiedział tylko że został zainicjowany. Którą część drogi powinien przejść sam, a którą pod jego nadzorem? Jak mają nim manipulować by się nie rozpadł, nie tracąc przy tym siły napędowej, która go do tego rozpadu prowadziła?
- Podpowiedział im gdzie popełniali błąd. Bez nich projekt nie zostałby wznowiony...
- A wy dalej moglibyście czuć się bezpieczni, w swojej kolonii. Ciekawe czy często się chwalisz skąd pochodzisz i gdzie się tego wszystkiego nauczyłeś.
- Myślałem że chciałeś rozmawiać nie o mnie, lecz o tym chłopcu, Arto.
Lerszen znów poruszył się niespokojnie. Miał dziwny profil osobowości. Jak na Podziemiowca był zbyt emocjonalny, lecz przejawiał niezwykłą mieszankę zrozumienia społecznych i politycznych konieczności z emocjami. Czy gdyby historia z jego teściem nigdy się nie wydarzyła, gdyby wybrali kogoś innego, czy mimo to porzuciłby w końcu Podziemie? Musiał przyznać że jego ciekawość w tej kwestii nie była czysto zawodowa.
- Odnaleźliście go już?
- Jeszcze nie szukaliśmy - wyjaśnił. Wkrótce po opuszczeniu sterówki chłopiec oddzielił się od reszty i zaszył gdzieś na pokładzie - Nie chcę rozpoczynać naszej znajomości przez ich lokalizatory. Jeszcze będzie czas na ich namierzanie. Nie martw się, odnajdziemy go.
- Wiem. Tylko... Jest zbyt mądry. Większość szybko zapomni, lecz on będzie liczył dni do aktywacji. Okłamując go w ten sposób stracimy resztki jego szacunku. Dajcie mu czas. Niech ma chwilę spokoju, niech pomyśli. Wróci z własnej woli. Może tylko jeszcze o tym nie wie.
Milczeli chwilę. Lerszen pierwszy przerwał ciszę.
- Podjęliście już decyzję?
- Jeszcze nie, lecz już wkrótce - skłamał.
- Nie jestem psycheologiem. Martwię się o niego. Wykorzystaliśmy go, a on...
- O niczym nie wie.
- To kwestia czasu. Przeczuwa co się stało z twoim bratem i czuje się temu winny.
- Jest winny.
- Nie musisz być cyniczny. Nawet twój zawód do tego nie upoważnia.
- Więc jednak do czegoś mnie upoważnia? Pomyśl tylko. Ten chłopiec, jakie ryzyko, lecz jakie możliwości! Prawdziwa Zguba Isildura, rzekłbym. Nam rzekomo podlega, lecz ma własną wolę. Na koniec, kto kim władać będzie?
- Ledwo się wyrwaliśmy a tobie już się zbiera na mistyczne alegorie? - skrzywił się Lerszen - To niesmaczne. Nie po to Dael oddał życie by...
- Wiedział co robi! - podniósł głos, nie za wysoko, nie za nisko, dokładnie tyle ile było trzeba - Młody Protektor. Prototyp, Lerszenie, prototyp nowej generacji, tu, na pokładzie tego statku! I ta jego skaza, na niezmierzoną otchłań, ta skaza... Dla tamtych była wadą, a dla nas jest szansą...
- Wiem jak działają Protektorzy - Lerszen ostro uciął jego ekspresyjną tyradę. Niemal się skrzywił. Tyle czasu ją przygotowywał... - Poznałem to na własnej skórze. Na twoich oczach kopią ci dół, lecz czynią cię tak ślepym że stają się w twoich oczach ostatnią osobą godną podejrzenia. Obyś nigdy nie widział dołu, obyś nigdy nie musiał wspominać tych słów.
Jego gość nie ukrywał co myśli. Tacy młodzi, a już starsi od nas. Podsłuchana rozmowa mocno go przynitowała. Jeśli podziałała tak na niego, ledwie zaangażowanego obserwatora, co zrobiła z chłopcem? Chyba że Lerszen zaangażował się w to odrobinę zbyt mocno...
Lerszen wiedział wiele, lecz nawet on nie miał pojęcia czym był dla nich ten chłopiec. Gdy starał się wydostać, oni zbierali dalsze informacje. Grali o klucz do psychiki Protektorów nowej generacji, którzy za kilka, kilkanaście lat wyruszą w gwiazdy, także na Absolom, by sabotować i niszczyć ich okręty. Dael zdołał przekonać Zefreda że umysł chłopca może się okazać jedyną bronią w tej wojnie. Teraz on musiał ocenić czy Dael Świadomie przecenił znaczenie chłopca, bo chciał by go wyciągnęli z Układu, czy też wierzył w jego kluczową rolę w ich projekcie. Czy ratując go przed samym sobą nie sklecą broni przeciwko temu o co walczyli? Na wielki kosmos, Zefred zaklinał się że choć chłopiec myśli i rozumuje jak dziecko, jego umiejętności już teraz dorównują jego własnym. Jak zareaguje gdy się dowie? Czy Dael odradzał się w tym chłopcu, tak jak wierzył w to jego nieżyjący nauczyciel? Lerszen jeszcze nie wiedział że jego własny syn, Iwen rozbił jego szkolenie w drobny pył. Teraz umysł chłopca tańczył na włóknie, skąd byle powiew mógł go zrzucić w przepaść. Wszystko przez tę skazę, wszczepioną przez Daela - skazę która zniweczyła starania obserwatorów, lecz jednocześnie skazywała chłopca na wewnętrzne cierpienie i niekończący się konflikt. Zaiste, jego nauczyciel miał prawdziwie Janusowe oblicze.
I za co ten dzieciak tak go kochał, zastanowił się, jakby był jego starszym bratem? Czy ta odrobinka współczucia, którą mu kiedyś zaoferował w świecie brutalności, wystarczyła by tak bardzo go zmienić? W swym zamiarze Dael był nawet bardziej cyniczny niż on, lecz był też geniuszem. Nawet będąc we władzy Floty, nie pozwolił manipulować swoją psychiką.
- W tym chłopcu wciąż tkwią żywe emocje - Lerszen patrzył tak że nawet on poczuł się prześwietlony na wylot, choć jeszcze dziś rano wierzył że jest na to odporny - Widziałem to.
- Tak też słyszałem.
- Płakał jak zwykły dziesięciolatek.
- Artefakt - podsumował sucho - On już nigdy nie zapłacze, nad niczym i nikim.
- W to wierzę. Nie chcę by ten lot był dla niego wyłącznie... przejściem z jednej drużyny do drugiej - cóż za mistrzowsko dobrane wahanie w głosie! - Możecie nad nim nie zapanować. Chcę by nie musiał więcej grać.
- Ty też zawsze grałeś, dla nas...
- Nie możesz tego porównywać!
- Prawda - zauważył cierpko - Wygrałeś dla siebie żonę i normalne życie.
- A dla was wolność. To był remis, chwilowa zbieżność interesów. Zresztą, niczego nie wygrałem. Wepchnięto mi to na siłę.
- Chłopiec zawsze będzie grał, z nami czy bez nas. Nie potrafi bez tego istnieć, nawet jeśli nie zna reguł. Gotów jestem przysiąc że właśnie taka gra wciąga go najbardziej. Daj mu miesiąc spokoju a sam do niej wróci, albo zwariuje.
- Więc wszystko jasne! - Lerszen uderzył dłonią w oparcie. Konstrukcja fotela zaskrzypiała w ostrzegawczym proteście - Nie chcecie by Arto...
- Teraz już Arto? - wszedł mu gwałtownie w słowo - Już nie jest to tylko "chłopiec"? Tracisz perspektywę.
- Bardzo mi przykro że mimo waszych podchodów wciąż pozostaję człowiekiem! - ciekawe że twoja twarz nie potwierdza tego żalu, pomyślał odruchowo - Nie o to toczymy tę grę? Mam uwierzyć iż przypadkiem zapomnieliście powiedzieć mi o okolicznościach pierwszego morderstwa tego małego potwora, Anhela? Twój brat był w tym mistrzem, prawdziwym aktorem. Nie bardzo widzę byś go żałował. Nie chce ci się zagrać, nawet dla niego?
- Emocje nie mają tu nic do rzeczy.
- Dla mnie mają. Chłopiec jest silny, zdumiewająco wytrzymały i ma ogromne samozaparcie. Dael miał rację, on się nie poddał. Coś mu jestem winien. Chcę byś się nim zajął, na poważnie. Już jeśli nie ze względu na mnie, to na to jak bardzo wam to pomoże.
Poczucie winy, odpowiedzialność. Czyż nie na to tamci złapali go po raz pierwszy? Oj, Lerszen, nie załatałeś w sobie tej dziury, choć miałeś lata czasu.
- Wiedziałem że obaj są bardzo podobni jak tylko przejrzałem ich symulacje - odpowiedział gościowi - Wasze ciągłe przeprowadzki wyrwały twojego syna ze środowiska. Nie mógł zapuścić korzeni, więc nauczył się adaptować. Zaś Arto... jego szkolenie przygotowało go na partnera, choć nie takim chcieliby go widzieć Protektorzy. Obaj byli samotni. Nazwij to chłodną kalkulacją, lecz byli na to zaprogramowani.
A teraz obaj potrzebowali stabilizacji, dodał w myśli. Dostaną ją, na jakiś czas.
- Ty byłeś tym który twierdził że przylgną do siebie jak para magnesów - Lerszen odchrząknął i mruknął - Wy to wymyśliliście, gdy tylko skontaktowałem was z Daelem.
- Obwiniaj mnie za to że miałem rację. Powiedziałem że gdy wrzucimy ich do jednej skrzyni, ich charaktery same się przyciągną. Myliłem się? Powiedziałem że jego silne poczucie odpowiedzialności ochroni twojego syna. Czy tak się nie stało?
- Ach, stało się, stało...
- ...ale na końcu, to ty byłeś tym który powiedział "W porządku, wykonujemy wasz plan". Nie ja, nie Zefred, nie Janus, tylko ty. Wiedziałeś od początku jakie tam są szkoły! Powiedziałeś "Ucieknę, ale tylko gdy zapewnicie im bezpieczeństwo". Wiedziałeś jak trudno to wypełnić. Wiedziałeś że córka sobie poradzi, lecz twój syn się załamie...
- Gdzie były gdy analizy pojawił się Anhelo? Jak zwykle, zostawiliście coś dla siebie, nie uznając że warto mnie straszyć?
- Czyżby niesłusznie?
- Słusznie, świetliście słusznie, jeśli chodzi o wasze cele, lecz nie o moje! Kierowaliśmy nimi jak marionetkami, patrząc przez ramię na analizy Janusa, nawet na profil mojego syna, na wszystkie gwiazdy! Skąd miałem wiedzieć że gdy ciągnęliśmy za włókna ich umysłów oni starali się to pogodzić z walką o życie? Zefredowi też o tym nie powiedzieliście, łajdaki! Już on by wam pokazał, gdyby się dowiedział. Baliście się że mu o tym powie?
I dlatego o niczym nie mogłeś wiedzieć, pomyślał. Boisz się przyznać przed sobą że wciąż pozostała w tobie cząstka tego dawnego człowieka. Lerszen był wzburzony, lecz mógł mu to wybaczyć. Zmienił się. Życie na Ziemi, jego historia w Podziemiu i ta ostatnia, najważniejsza akcja, wyraźnie mu nie posłużyły. Stał się polem walki emocji z rozumem.
- Na kosmos, gdy usunęli robala z systemu... - Lerszen pokręcił głową - Powinienem założyć im własny, zamiast wykorzystywać janusowy! Wtedy może bym wiedział...
- Bałeś się że ich wystraszysz. To zrozumiałe. Znów czujesz się winny, a to nie ty...
- Nie potrzebuję twoich gierek w winę! Bądźże poważny. Nie doceniłem ich i tyle! Przez tajemnice... A teraz ma na sumieniu Daela. O tym chcę mówić. Był dla niego kimś bardzo bliskim. Nie chcę byście go psychicznie zakonserwowali, jak resztę. Dałem wam wolność, teraz czas na rewanż. Chcę byście doszli do ładu z jego umysłem, zanim się w nim pogubi.
- Więc mamy wspólne cele, lecz zastanów się czy twoje zamiary naprawdę są tak czyste za jakie je uważasz. Wmawiaj sobie co chcesz, prawda jest jedna: wykorzystałeś tych chłopców do własnych celów, jak my. Może jako wymówkę by pozwolić sobie wreszcie uciec, a może z innych powodów, to już nieważne. Jesteś na pokładzie. Teraz... - złożył palce dłoni, przytykając je do siebie - Mamy zadanie do wykonania. Jeśli będziemy to ciągnąć...
- Zrobię co mam do zrobienia, zapłacę wam za ten wyssany bilet, ale nie chcę by ten chłopak zastąpił twojego brata, ty bezduszny sukinsynu! Nie chcę żeby szkolenie trwało dalej, nie chcę by do końca życia oglądał się za siebie z obawą że coś pójdzie nie tak, że z czymś się zdradzi. Zróbcie swoje testy, ale potem koniec! Zróbcie z niego normalne dziecko!
- Wierzysz że kiedykolwiek będzie miał normalne życie?
- Chciałem powiedzieć - tak normalne, na ile to jeszcze możliwe. Myślisz że udałoby się wam zapanować nad nim, jak nad twoim bratem? Wiem, i tak go wykorzystacie. Na otchłań, zbyt dobrze wiem o co gramy. Ograniczcie się do tego co niezbędne i dajcie mu spokój, zanim przemiana pochłonie go na dobre.
Dyskretnie spojrzał na zegar. Spodziewał się że Lerszen wybuchnie znacznie wcześniej. Może rzeczywiście się zmienił. W którą stronę?
- Zrobimy co możemy, to ci obiecuję - powiedział - Teraz próbuję cię przygotować na ewentualność porażki. Widziałeś ostatni raport Orfeusza? Ten przechwycony wczoraj rano?
Orfeusz był dla niego zagadką. Nie znali tego Protektora, nawet Zefred o nim nie wspominał. Lerszen mógł coś wiedzieć, lecz tylko cynicznie się uśmiechnął.
- Rzeźnicy... - powiedział do podłogi, nie spoglądając na gospodarza - Mówiłem wam, nic się u nich nie marnuje, ani jedno dziecko. Kompromisy... - machnął ręką - Mniejsza o styksowego przewoźnika. On nigdy nie interweniuje. Ma inne zadania.
- Ale może mieć rację. O ile go dobrze zrozumiałem, nie daje dzieciakowi wielkich szans. Twierdzi że się rozpada. Ja twierdzę tak samo.
- Ostrzegałem was. Po co Zefred mu o wszystkim powiedział? To tylko pogorszyło sprawę!
- Nie bardziej niż rozmowa na którą sam zezwoliłeś! Nie, na którą wręcz nalegałeś!
- Ta rozmowa pozwoli mu zebrać się w sobie! Musiał poznać jaki jest. On musi poskładać się do kupy, sam. Musi wytrzymać kilka najbliższych miesięcy, inaczej...
- Kto tu się zna na psychice, ty czy ja? - powiedział z dobrze udawanym oburzeniem - Mamy zamienić się rolami? Mam zająć się elektroniką, dowodzić i organizować?
Lerszen popatrzył na gospodarza.
- Nie graj ze mną - powiedział spokojnie. Choć nieuchwytna w głosie, groźba była wyraźnie wypisana w subtelnym wyrazie jego twarzy i w samych słowach. Może go nie doceniam, pomyślał, może nie wyszedł z wprawy aż tak bardzo jak sądziłem...
- Więc ty przestań grać ze mną.
Wciąż ten sam wyraz twarzy. Och, teraz miał pewność. Lerszen mógł zmięknąć, lecz wciąż był tak samo ostry. Elastyczne ostrze nie nadaje się do subtelnych pchnięć, lecz tnie tak samo głęboko jak sztywne, zwłaszcza gdy jest rozpalone emocjami.
- Może nie od razu dostrzegam kiedy jestem manipulowany - odpowiedział Lerszen - Może się zestarzałem z bezczynności, lecz prędzej czy później zdołam to odkryć. Wiesz co? Nie jestem wtedy zadowolony. Nienawidzę manipulacji, ale to wiesz od dawna. To czego ty nie wiesz o sobie, do czego sam przywykłeś tak bardzo że nie dopuszczasz do siebie myśli, to świadomość że możesz być manipulowany równie zręcznie. To wiadomość dla ciebie. Wszyscy jesteśmy lalkami na włóknach. Ty, ja, Wilan, Dael, nasze dzieci, nawet mój stary, szczwany teść. Różnią nas tylko dwie rzeczy. Ja nie lubię pociągać za włókna inne niż własne, a cała zabawa przestała mnie bawić wiele lat temu. W porę się opamiętałem.
Tak, giętkie ostrze cięło równie głęboko, zwłaszcza gdy trafiało w najczulsze miejsce. Wyczuł swąd przypiekanej rany w swoim umyśle. Nikt nie lubił być manipulowanym. Nie każdy lubił manipulować innymi. Niektórzy robili to dla własnej ochrony. Im więcej kontrolujesz ludzi, tym trudniej kontrolować ciebie - lecz to czyni cię atrakcyjnym celem.
Lerszen się mylił. Ani go to bawiło, ani miał dość wiedzy by przejrzeć manipulacje jakim sam ulegał. Ulegał bo musiał. Marionetka winna grać swoją rolę, do czasu nim będzie pewna że gdy się szarpnie, gdy splącze i zerwie swoje włókna, nie pozostawi ani jednego włókna za pomocą którego jej władca nie zdoła jej ponownie uwiązać w nową pajęczynę zależności, zwierzchnictwa i... Nawet gdy musiał tańczyć w rytm cudzej muzyki, pamiętał iż jest to ten sam rytm który grają na Absolomie. Póki rytm się zgadzał, nie było ważne kto i gdzie go wybija. Rytm przemian, rytm upadku, jak podpowiadały mu kości.
- I dobrze ci było z tym nowym życiem? - odparł z udawanym spokojem - Przestałeś się bawić, lecz gra toczyła się dalej. Nie każdemu dany jest wybór. Ty nigdy go nie miałeś, ja nigdy go nie miałem, podobnie jak Zefred i twój martwy towarzysz.
- To daje nam prawo do tworzenia następców? Może sami powinni o tym decydować?
- Nie my zaczęliśmy, nie my skończymy. Zapomniałeś kim był prawdziwy ojciec Daela?
- Wspomnienia powinny blednąć - po chwili ciszy powiedział Lerszen - lecz pewnych rzeczy się nie zapomina. Najbardziej żałuję że nigdy nie powiedziałem Janusowi że znałem jego prawdziwego ojca, ani tego kim był.
- To doprowadziłoby do wielu niebezpiecznych pytań - odpowiedział - Jak zginął i za co.
- Miałem nadzieję że kiedyś mu opowiem jak my razem, wtedy... Ale wy liczyliście że pomoże wam śledzić okręty Floty, poznać ich strategię, ruchy, formacje... Wszystko to co pomogłoby koordynować bunty w innych koloniach!
- On też miał swoje tajemnice! Jak zdołał pozytywnie przechodzić przez neuroskany? Tamci mieli dostęp do jego mózgu, do jego myśli, a jednak... gdyby mieli choć cień podejrzenia co do jego lojalności, jego prawdziwych intencji...
- Bał się że ktoś przechwyci przekaz - twarz Lerszena stężała - Może to i lepiej. Wolę by nikt nie znał tej tajemnicy, niż gdyby znali ją wszyscy. Dzięki temu budowa naszego neuroskanera wciąż ma sens. Przyznaj się choć raz, ciężko ci strawić że choć był młodszy i bez studiów, był lepszy w rozgrzebywaniu ludzkich myśli niż ty i twój brat. Zawsze chciałem zobaczyć jak wy próbowalibyście się nawzajem przewiercić. Byłem pewny że on by wygrał.
Poczuł że teraz to jego twarz tężeje. Tak, Lerszen wciąż był dobry. Wiedział gdzie i jak go uderzyć. Za dobrze się znali.
- Z tego samego powodu ty zachowałeś swoją tajemnicę. Może tak było lepiej, a może nie. Nad tym się chcesz zastanawiać do końca życia? W dzisiejszych czasach jednostka się nie liczy. Musi się poświęcić. Nieważne ile potrafi i jak bardzo jest eksponowana, liczy się tylko jej umiejętność pociągania za sobą innych wartościowych jednostek, za życia, a zwłaszcza po śmierci. Ty wiesz to najlepiej. Twoja żona...
- Cena za pomyłkę, cena za milczenie. Cena za głupotę i cena za naiwność.
- Cena za naszą wolność.
- I teraz on ma za nią zapłacić? Nie odnosisz czasem wrażenia że to staje się zbyt kosztowne?
- Nic nie jest zbyt kosztowne gdy chodzi o przetrwanie naszego gatunku.
- Wciąż wierzysz że chodzi tylko o to? Czy w to wierzył twój brat?
- On sam nie wiedział już w co wierzył. Gdy szedł po was, postanowił już tylko działać. Nie myślał nad konsekwencjami.
- Ach, więc zaczął się gubić, zaczął mieć wątpliwości? Dlatego go wysłaliście?
- Dobrze ci radzę, stary przyjacielu. Wybierz sobie w co chcesz wierzyć i trzymaj się tego mocno. Nieważne co to będzie, ważne byś nigdy w to nie zwątpił, gdyż dziś nie jest już ważne w co wierzysz, lecz jedynie czy wciąż wierzysz. Gdy przestaniesz... Bez wiary w cokolwiek nie ma kontroli nad własnym życiem.
- Moje własne słowa... - czyżby Lerszen się zamyślił?
- Sam kazałeś mi je powtórzyć, gdy nadejdzie czas. Ten czas nadszedł. Jesteś znowu z nami, choć tym razem na naszych warunkach. Zmieniłem się wtedy, dzięki tobie, a ty dzięki mnie. Przybyliśmy po ciebie by się na powrót odmienić.
- Wzajemnie, czy tylko jednostronnie? - na wpół cynicznie zauważył Lerszen - Dael wierzył, być może bardziej niż my trzej razem wzięci, a jednak nie miał wpływu na to co się z nim działo.
- A chłopiec?
- Prawda.
- Widzisz jak jego wiara doprowadziła nas do tego miejsca?
- Widzę tylko jak cynicznie ją wykorzystujemy.
- Dla wyższych racji, musisz w to wierzyć. Dla większych racji.
- Muszę wierzyć?
- My dwaj przynajmniej rozumiemy co się dzieje.
- Lub okłamujemy się jak inni, tyle że w wyjątkowo perwersyjnie skomplikowany sposób. Ale nie minie rok a wszyscy poznamy kto mówi prawdę. Dzieci... nawet one są niewolnikami idei. Moja wiara, moje obserwacje, nawet moja intuicja, każą mi chronić chłopca. Sam powiedziałeś, muszę w coś wierzyć. Wierzę w niego.
- Każdy z nas w niego wierzy! Nawet ci co się go boją. Tamci popełnili błąd. Nie docenili jak bardzo zależy mu na rodzicach. Teraz my ich mamy i dajemy im marzenia. Mając ich, zamienimy go w to czego potrzebujemy. My damy mu prawdę, dzięki której sam zdecyduje. Może i ma niecałe jedenaście lat, lecz już rozumie co to wolność. Ile lat zajęło to tobie?
- Zbyt wiele... Lecz gdzie tu wolna decyzja? Ustawiliście wszystko, z góry znacie odpowiedź...
- Ma motywację. Będzie bronił rodziców. Ma umiejętności, trzeba go tylko poduczyć. Zefred zaklinał się że gdy z nim skończy, będzie dziesięć razy lepszy od niego - mówił z wiarą, choć wiedział że kłamie. Musiał tak robić, więc robił. W tym był najlepszy - To idealny układ. Nasze statki chronią kolonię, nas i jego rodzinę. Jego rodzice będą te statki konserwować i budować nowe, a on będzie je chronił przed sabotażem i szpiegami. Nauczy nas jak to robić. Trzyma się zasad, choć ich nie rozumie. My pomożemy mu zrozumieć. Dla tych z Ziemi to była skaza, woleli go zniszczyć jak wybrakowany towar niż ryzykować że dostanie się w nasze ręce. Dobrze wiedzieli jak cenny jest dla nas, tam. Dla nas taka skaza to zaleta. Nigdy nie będziemy mieć lepszego Protektora. Nigdy. Czy nie tego chciałby mój brat?
Lerszen popatrzył na niego jakby rozumiał więcej niż mówił. Zaraza, przeklął się w duchu, zdradziłem się. Nigdy nie mówiłem o Zefredzie jako o bracie. Zbyt doskonałe kłamstwo zawsze budzi wątpliwości.
- Wątpię by takie były jego zamiary - odparł krótko, ostro.
Nawet nie mrugnął okiem, nie pokazał niczym że Lerszen trafił w sedno problemu. Nikt nie wiedział co planował i nikt już się tego nie dowie. Nie znając jego woli, pozostało mu tylko jedno - robić swoje, tak jak zrobili ziemscy analitycy, pozwalając wprowadzić dzieciaka Norrensonów do klasy chłopca. Nawet to było dla nich kolejnym doświadczeniem - jak ich niezwykle cenny podopieczny poradzi sobie z Nowym? Ich zacięcie do eksperymentów było okazją dla Lerszena, a to - szansą na uzyskanie jego zgody na ucieczkę. Kiedyś, dawno temu, może i poczułby coś na myśl jak wszyscy sterowali życiem tego dziecka, lecz dziś sam zbyt wiele razy był sterowany i sam zbyt wiele razy sterował innymi by jeszcze się tym przejmować. Nie miał współczucia dla siebie, nie miał dla brata - nie potrafił mieć dla niego.
- Cokolwiek postanowicie, nie zapominajcie - ostrzegł Lerszen - Nie możecie popełnić błędu. Tam nie ma takiej techniki jak w Układzie, nie będzie jej przez dekady po naszym przybyciu. Jeśli dostarczycie tam choć jednego Protektora... Próżnia pochłonie całą kolonię, a wy się nigdy nie dowiecie kim on był. Ludzie którzy ich tworzą i kierują są tak dobrzy że nawet sam Protektor może nie wiedzieć kim jest.
- Myślisz że o tym nie wiemy? Bierzesz nas za amatorów...
- Myślę że nie do końca rozumiecie o czym mówię. Nie było was tam, nie żyliście z nimi ponad dwadzieścia lat na karku. Nie pozwolę wam przerobić chłopca na wasze podobieństwo.
- Gdyby nie tacy jak ja i mój brat, nigdy nie wyrwałbyś się z Ziemi.
- Dawałem sobie radę.
- Nie tak bym to nazwał. Tak się martwisz o dzieci, a swoim...
- Ustalmy jedno - Lerszen pochylił się w jego stronę - To wy nas potrzebujecie, a nie my was. Zatajenie istnienia Anhela przyniosło pewien uboczny, bardzo zabawny skutek - jego twarz przybrała drapieżny wygląd - Arto i mój syn są przyjaciółmi na śmierć i życie. Wiesz co? To daje mi kontrolę nad Arto, a wam nie zostawia nic. Potrzebujecie mnie i moich umiejętności, potrzebujecie mojej żony by mieć haka na mojego teścia, potrzebujecie Arto by nas strzegł, mojego syna by nad nim zapanować i rodziców chłopca by dla was pracowali i byli gwarantem nowego, waszego układu. Lecz ten wasz piękny plan ma jedną wadę. Mnie. Ja i tylko ja mam wpływ na ich wszystkich. Ja i tylko ja będę decydował o chłopcu. To ja trzymam w garści wszystkie włókna. Od teraz jestem tu najważniejszy, gdyż póki nie dotrzemy do celu, żaden władca marionetek nie ma dostępu do moich włókien.
Nie odpowiedział. Nie odpowiedział dlatego, że Lerszen miał pełną, stuprocentową rację.
- Znasz mnie - ciągnął Lerszen - Niełatwo się poddaję. To że znasz się na ludzkiej psychice nie daje ci jeszcze prawa do manipulowania ludźmi, nieważne w jak słusznej sprawie. Gdy stracimy wolną wolę i zapomnimy o emocjach, tam, w kolonii, stworzymy takie samo bagno jakie pochłania Ziemię i cały Układ. Nie możemy powtórzyć tego błędu. Zapamiętaj to sobie. Za błędy się płaci.
Właściwa wiedza prawa do manipulacji nie daje, pomyślał, patrząc na jego twarz, lecz pozostawia możliwości. To właśnie wykorzystuję, możliwości. Na razie robię to wbrew tobie, lecz sam zobaczysz że to dla waszego przyszłego dobra. Wtedy odkryjesz że nie jesteś wadą naszego planu, lecz jego wielką zaletą.
- Nie wątpię że postawisz na swoim - odpowiedział ostrożnie - Zastanów się tylko czy na pewno masz rację. Ponoszą cię emocje.
- Emocje dają siłę by stać się Protektorem, pamiętasz? - zaironizował Lerszen - Potem znikają, lecz pozostawiają ślad na całe życie. Zgaduję że ta blizna we mnie właśnie się otworzyła. Zrobisz jak mówię, czy tym razem mamy ze sobą walczyć?
- Spróbuję - odpowiedział, tym razem szczerze.
- Spróbujesz? W otchłań z wami wszystkimi!
- Co mam ci odpowiedzieć?
- Chłopak wisi nad wami niczym miecz Damoklesa, a jedyne co potrafisz z siebie wydusić to ledwie "spróbuję"?
- Co poradzę że w tej sprawie jest tak wiele niewiadomych? - poczuł że znalazł się w defensywie. Jedynym usprawiedliwieniem było zaskoczenie jakiemu uległ wskutek niedoceniania przeciwnika - Gdyby nie one, chłopca nie byłoby na pokładzie, a ja nie czułbym niepewności na myśl o losie całej wyprawy!
- Gdy wsiadaliście na ten statek, mieliście tylko siebie by mnie przekonać. Przybyliście. Ja dałem wam Janusa. Powiedziałem co powiedziałem, a wy daliście mi Arto i Zema. Macie co chcieliście, macie nas, lecz na tym dość! - wycelował palec w gospodarza - Nie zmieniajcie tego planu, jak zmienił go twój brat! Drugi raz tego nie zniosę.
- Ten Orfeusz, on ma rację - odpowiedział neutralnie. Byli jak para diabłów, spierających się nad duszą dziecka - On się zniszczy. Wiesz jacy oni są. Żądasz cudu.
- Zapewne. Lecz gdyby nie on, nie mielibyście mnie, nie mielibyście Wilana i jego zespołu. On jest najlepszy, lepszy od któregokolwiek z inżynierów jakiego kiedykolwiek mieliście. On da wam to po co tu naprawdę przylecieliście. Też jesteście mu to winni.
- Myślisz że ten chłopiec jest inny tylko dlatego że go ty go wybrałeś? Bo Janus go wybrał?
- Komunikowałem się z Daelem, przez pośredników. Słyszałem ich ostatnią rozmowę. On jest inny. Dlatego zgodziłem się z Zefredem, przynajmniej w tej części którą zrozumiałem. On może być pierwszy. Może być czymś o wiele więcej niż kluczem, może być zamkiem...
- Jeśli tego nie spartolimy, to chcesz powiedzieć?
Lerszen cofnął się. Rozparł się na oparciu, rozluźnił.
- Wiesz dlaczego ludzie rzadko z wami rozmawiają? Mówią że to my, Układowcy, jesteśmy bezwzględnymi realistami, lecz z waszym cynizmem nie możemy się równać. Trzeba do was mówić długo i ostrożnie, by wreszcie do was dotarło. Ja też nienawidzę tej waszej bezpośredniości, ale właśnie tak teraz myślę. Masz świetlistą rację, macie szansę. Nie zmarnujcie jej. Nie pchajcie go dalej niż potrzeba.
- O ile to jest szansa.
- Jest tylko dzieckiem które przetrwało zbyt wiele eksperymentów na psychice, choć pewnie tylko ja tak uważam.
- Ja wolę na niego patrzeć jak na prototyp.
- Tak, wiem. Po co bioroboty, po co cyborgi, kiedy można manipulować ludźmi? Tyle że on nie jest maszyną. Jak coś się zepsuje, nie będziemy o tym wiedzieli. Zbliża się do wieku gdy mentalność ustala się na trwałe. Później elastyczny żel na zawsze zamieni się w twardą masę. Nie będzie impulsu który zdoła go zmiękczyć. Możesz mi obiecać że gdy z nim skończycie, zamienicie go w zwykłe dziecko?
- Mogę obiecać że spróbujemy, lecz to on musi tego zechcieć. A nie zechce, bo nie wie czym jest nasza normalność. Ma własną.
- Więc mu pokaż, wytłumacz. Od tego tu jesteście, obaj.
- Jeszcze nie wiemy czy nas nie dogonią, a ty już się przejmujesz. Po drodze może nas czekać niejedna niespodzianka.
- Prawda. Gwiaździście mnie pocieszyłeś.
Sarkazm to czasem zbyt lekkie określenie, pomyślał, gdy Lerszen wstał.
- Pomóc ci dojechać do sekcji komór?
- Nie trzeba. Dam sobie radę, jak zawsze.
Jak subtelnie Lerszen przypomniał mu o jego własnej fizycznej skazie. Kierował ludźmi, kształtował ich umysły, lecz odkąd się rozstali nie potrafił rozkazywać swoim własnym nogom... Równie dobrze mógł to powiedzieć na głos! Nic dziwnego że lekko przytył. Nawet gdyby inni wiedzieli ile wie i potrafi, niewielu chciałoby się znaleźć w jego skafandrze. Przeklęci Kosiarze! Niech ich otchłań pochłonie i wypluje, by pochłonąć ponownie! I niech pochłonie Rząd, za to jak im skąpi wszelkich technologii. Otchłań na nich wszystkich! Ale jeszcze będzie chodzić!
Jego myśli powędrowały ku komorom inercyjnym, ku wirświatom. Już niedługo. Tam, w nieistniejącej rzeczywistości, odzyska sprawność. Już niedługo.
- Niedługo tu wrócę - Lerszen stanął przed drzwiami - Jeszcze nie skończyliśmy.
W to nie wątpił.
Więc rywale, pomyślał. Trudno. Różnili się w wyborze dróg, lecz cel był ten sam i obaj musieli mu się podporządkować. Jakże blisko prawdy był Lerszen w swoich podejrzeniach, a zarazem jak daleko.
- Nie pal za sobą mostów, nawet gdy wygrywasz - wymamrotał prastarą mądrość ku zamykającym się drzwiom. Jakże często powtarzał ją Zefredowi i jak często słyszał to od niego - nigdy nie wiadomo kiedy będziesz musiał po coś wrócić.
"Miałeś rację oni myślą to samo co my" - napisał, sięgnąwszy na powrót do konsoli.
"A zatem jest nadzieja".
Nadzieja. Tylko jego młody, niedoświadczony partner mógł w nią wierzyć. To była jego pierwsza wyprawa. Jeszcze nie rozumiał że cyferki i analizy nie były miejscem w którym mogła się czaić nadzieja. Pomagając chłopcu, mogli otworzyć nową puszkę Pandory. Ten eksperyment, nawet przy ich dobrej woli, nie musiał doprowadzić do celu. Mogli sobie na niego pozwolić, bo ze wszystkich ludzi na statku, oni ryzykowali najmniej. Jeśli uda się im to co nie udało się innym, jeśli odpowiednie dane dostaną się na Ziemię, ryzykowali jedynie niepodległość Absolomu, za jakieś dwadzieścia lat.
To nieprawda że nie czuł emocji. Czuł je zawsze gdy przed oczami pojawiała się wizja prawdziwego celu Leonidasa. Kilkuosobowe grupy Protektorów nowej generacji, potajemnie kontrolujące każdą kolonię, usuwające niebezpiecznych polityków, gotowe w ciągu kilku rozjaśnień zniszczyć wszystkie kluczowe instalacje. Bezwzględny szantaż, groźba o wiele bardziej realna niż okręty Floty. Jednego z nich miał tutaj. Będzie go widzieć każdego pokładowego rozjaśnienia... Jak, na Wszechświat, zdołają nad nim zapanować? Czy ich konflikt naprawdę wciągnie chłopca? I komu uwierzy? Lerszenowi, czy nieznanemu mu analitykowi ludzkich umysłów? Czy to ważne? Ich zamiary różniły się tylko w szczegółach, choć tylko jeden z nich mógł o tym wiedzieć. Inaczej gra nie wyglądałaby dość realistycznie.
Pokiwał do siebie głową. Uczciwość to piękna rzecz, lecz nijak się ma do rzeczywistości.
Mimo to wreszcie pozwolił sobie na odrobinę optymizmu. Mieli szansę wygrać. Musieli tylko go ocalić i znaleźć mu godnego nauczyciela. Gdyby był mistykiem, jak wielu jego towarzyszy, uznałby że ta wyprawa od początku była przeklęta. Raport Orfeusza nie dawał chłopcu szans, lecz było w nim coś jeszcze, ostrzeżenie o czymś innym, którego nikt, zwłaszcza kapitan, nie powinien lekceważyć.
Żałował brata, lecz najbardziej żałował tego że nie przejrzał tej gry do końca. Zawsze był tylko wojownikiem. Nigdy nie zrozumiał dlaczego na koniec, gdy już wszystko zrozumiał, gdy dotarł do najniższego ze wszystkich ukrytych den, mimo posiadanego zrozumienia protektor chciał szczerze pracować dla Rządu i nigdy się od niego nie odwracał. Nikt, tak jak on, nie orientował się jak naiwni byli koloniści i ich plany. A jednak wybrał ich stronę, bo mimo wszystko miał emocje. To one pozwoliły mu przejrzeć grę do końca. Być może dlatego ostatnio częściej niż zwykle zadawał sobie pytanie czy wybrany przez niego gracz da radę poprowadzić swoją figurkę przez szachownicę intryg.
Przypadek splótł ze sobą życie Daela i rebelię Absolomu, nie dając im czasu na okrzepnięcie w niepodległości - lecz ten sam przypadek stworzył Daela, dając im narzędzie do uzyskania niepodległości. Bez jednego nie byłoby drugiego; wąż pożarł swój ogon. W rezultacie powstałej dekady temu plątaniny zdarzeń, ten statek unosił w gwiazdy na wpół ukształtowanego, młodego Protektora nowej generacji, ze skłonnościami destrukcyjnymi. Na razie, nieświadomie, kierował je przeciwko sobie, lecz gdy wyobrażał sobie jaki będzie za dziesięć, dwadzieścia lat - o ile przeżyje - jego niepokój przechodził we wstrząsy całej władnej części ciała. Czy fakt że chłopiec nie był próbą kontrolną, lecz tylko nie w pełni ukształtowanym szczurem doświadczalnym, naprawdę działa na ich korzyść? To go uczyniło silniejszym, wytrzymalszym, lecz mniej spójnym wewnętrznie, a nowe doświadczenia są tak nieprzewidywalne... Czy zdoła skłonić umysł chłopca by przylgnął do rozwiązania, które zamierzał mu podać? Czas jeden wiedział. On sam wiedział jedno - choć Absolom potrzebował tego chłopca tak bardzo jak potrzebował Zefreda, było to ostatnie miejsce do którego powinien trafić.
Rozpoczynał się przeraźliwie powolny, międzygwiezdny wyścig. Cokolwiek czekało ich na tej długiej drodze, ten kawałek skały był tego początkiem. Nim dotrą do celu, niektórzy będą zmuszeni stoczyć prawdziwą walkę, najgorszą ze wszystkich - walkę z samym sobą.
Gra, prawdziwa gra, dopiero się zaczynała.
* * * * *
Stał samotnie przy niewielkim, plaszklanym okienku jednego z podpowierzchniowych korytarzy na rufie. Zagrażającego im asteroidę dawno pochłonęła czerń kosmosu. To samo stało się z Ziemią. Jednak stał tam, beznamiętnie gapiąc się w pozostawioną za sobą drogę.
Statek powoli zaczął wychodzić z płaszczyzny Układu; promieniem grawitonowym odrzucał z kursu większe obiekty, chmury drobniejszych cząstek pozostawiając osłonom. Kierowali się w stronę jakiejś odległej gwiazdy. Czuł jak gdzieś w głębi skały emiter zaczyna powoli zwiększać swoją moc. Wkrótce przekroczy bezpieczną dla człowieka granicę ciągu. Do tego czasu wszyscy mieli zamknąć się w bezpiecznych komorach zero-inercji, a on nawet nie wiedział czy tego chce.
Czy nie lepiej zaszyć się gdzieś i poczekać aż mordercze przyspieszenie zrobi swoje, skończyć wszystko nim zacznie się na dobre? Ale nie potrafił. Co sobie pomyślą rodzice, co pomyśli Iwen, gdy kiedyś ktoś odtworzy przy nim jego ostatnią rozmowę z Daelem? Zresztą, dorośli i tak zaraz by go znaleźli, przez pluskwę. Wbrew obietnicom Zefreda ta pamiątka po niewoli wciąż tkwiła w jego ciele.
Coś w nim umarło, czuł to. Coś się zmieniło. Był pusty, jak wtedy gdy Dael odszedł za pierwszym razem, lecz w jego podświadomości, zakopana głęboko pod wspomnieniami, zawsze tkwiła nadzieja. Brak dowodów czynił ją nieśmiertelną. Dziś umarła naprawdę, wraz z nim. Nie znaleziono niczego, jedynie w tarczę jonomagnetyczną, wraz z okruchami myśliwców i powierzchni asteroidy złapała się odrobina DNA. Jego DNA.
Został wykorzystany. Zrozumiał wszystko. Flota chciała by ta ucieczka się udała, chcieli by Dael się ujawnił. To tylko kolejna część gry, pomyślał, gry w której znów ktoś zginął, tak jak on miał zginąć w szkole. Stał się zbędny, więc pozwolili mu uciec, wykorzystując jako przynętę w wychwytywaczu na znacznie większego zwierza. To się nigdy nie skończy. Co jest grą, a co rzeczywistością? Czy istnieje coś takiego jak rzeczywistość? Wszyscy nim grali, rzucali niczym zawodowi szulerzy wyszlifowaną kostką, z góry wiedząc co wypadnie. Jedyne o co się bili to o to kto ma wykonać rzut.
Już wiedział że nigdy nie będzie szczęśliwy. Jedyne szczęście jakiego dozna będzie tylko krótką, migotliwą iskrą w otchłani mroku kosmosu, a jej blask, choć ulotny i niepozorny, jedynie sprawi że, jak dziś, zabolą go oczy. Bo zawsze gdy się do niej zbliży, gdy osiągnie swój wymarzony cel, wtedy będzie ktoś inny, ktoś na kim mu zależy i kto za to zapłaci, zamieniając wszystko w gorycz klęski. Dobrze znał smutek; rozpacz i ból były mu tak bliskie że traktował ich jak wiernych przyjaciół, na których zawsze mógł liczyć że będą w pobliżu. Od niedawna dołączyła do nich śmierć. Była z nim zaledwie od paru rozjaśnień, a wciąż czuł swobodę z jaką zagościła w jego umyśle. Poczynała sobie z tak ogromną pewnością siebie że zaczęło go to przerażać.
Co z tego że płakał. Przy tym co czuł, te łzy były niczym. W jego świadomości, były nieszczere. Dael miał rację. Zbyt wiele czuł w sobie gniewu, zbyt często pozwalał by stał się on napędem jego działań. Zrozumiał dlaczego Zem tak uważnie mu się przyglądał. Sprawdzał jak bardzo upodobnił się do swojego wroga. Sam, gdy już wiedział czego szukać, znalazł to bez trudu. Zarodek Anhela, skryty pod kruchą skorupą emocji, tylko czekał na właściwą chwilę. Przeraził się swojej nietrwałości, niestabilności, lecz rozumiał iż taki właśnie miał być, na początku, zanim przekroczy linię. Czy mógł przekroczyć ją wtedy, w łazience? Czy potrzebny był czyn, a może wystarczyła sama wola i gotowość?
Rząd kiedyś zadecydował - ma być żołnierzem. Nikt nie zostawił mu wyboru, nikt nie pytał. Po prostu to zrobili. O tym że można żyć inaczej wiedział jedynie z opowiadań tych którzy czegoś takiego zaznali. Gdyby nie Dael i Iwen nawet by go to nie obchodziło. Teraz wiedział - może wybrać i chce wybrać coś innego, lecz to mogło już nie wystarczyć. Być może było na to za późno. Być może był już kimś innym niż kiedyś, niż jeszcze dziś rano.
Z milionów gwiazd w Galaktyce, padło akurat na tę, i na niego...
Cóż mógł zrobić, mając niecałe jedenaście lat i cień rodzącej się świadomości iż jego umysł był zaprogramowany do walki w obronie tego czego najbardziej nienawidził? Jak mógł zmienić to kim, czym był? Nieważne co myślał, w co wierzył, szkoła była silniejsza. Zwyciężając ją, bezwiednie z nią przegrywał - bo nawet wtedy robił to co miał robić. Na koniec, albo się podda, albo będzie walczył - i przegra.
Czy mógł znienawidzić siebie za to jaki się stał? Słońce było już ledwie jasną plamką, może wielkości czubka paznokcia jego małego palca, niepozorną tarczką, różniącą się od miliardów innych gwiazd jedynie wielkością.. Przyłożył palec do szyby, zasłaniając je. Jeśli nie, pomyślał, to tylko dlatego że programowanie zostało zakończone. Jestem żołnierzem. Nawet jeśli chcę walczyć przeciwko tym, którzy takim mnie uczynili, to jestem nim. Wasza maszyna jest ustawiona, tylko czeka by ktoś nacisnął przycisk.
Lublin, 31.08.2004
Alan Akab
[ akabala@autograf.pl ]
|