|
Część 1: ...ale to już było...
Starość nie radość, ale... wesołe jest życie staruszka... . Co prawda w moim wypadku można mówić co najwyżej o trzeciej młodości, jednak ostatnio upływ czasu zaczął dawać mi się we znaki. To już nie te czasy, kiedy mogłem przesiedzieć przed telewizorem cały dzień nie bardzo przejmując się tym, co oglądam. Teraz nie wytrzymywałem nawet kwadransa przy żadnej z telenowel. Ale tak to jest... wszystko się kiedyś kończy. Oprócz “Mody na sukces”.... .
Co by nie mówić, działo się ze mną cos dziwnego... Choćby fakt, ze juz tak długo nawijam bez celu. Przejdę wiec do rzeczy.
Podejrzanie ciepłe jak na październik popołudnie niedzieli wyborczej trwało na Zakrzowie w najlepsze. Frekwencja rosła wszędzie, tylko nie w lokalach wyborczych. Ja osobiście, zgodnie z tradycją, olałem wybieranie nowej władzy wyznając zasadę, że następna pewno będzie gorsza od poprzedniej, i to bez względu na mój wybór. Siedziałem teraz w swej spokojnej chałupie i czytałem pierwszą lepszą wygrzebaną w piwnicy książkę. To znaczy tę jej część, której nie zużyłem jeszcze na podpałkę do pieca. Zajęcie to okazało się znacznie ciekawsze niż oglądanie ciągu powtórek telenowel. Dawniej to lubiłem, ale teraz, nie wiem jak to wyjaśnić, na takie filmy reagowałem odruchem wymiotnym.
Kawałek książki okazał się dość ciekawy. Pewnie bym czytał do wieczora, ale po drugiej kartce właśnie zjawił się listonosz. Roman Czarny, zwany też Czarnym Romanem. Tak, nie przyszedł, ale zjawił się, nie wiadomo skąd. Dostawca zaniżonych rent, zawyżonych rachunków i druków bezadresowych. Zwłaszcza ze pora na wizytę donosiciela była niezbyt odpowiednia.
• Zdrastwujte. - rzucił od progu, wygrzebując z przepastnej torby szare zawiniątko. - Przesyłka wysokopłatna do rąk własnych... . - podał mi ją a raczej swym zwyczajem rzucił, jednak złapałem. Już miałem ją rozpakowywać, bo nieczęsto zdarzało mi się cokolwiek pocztą otrzymywać, ale Roman nagle wyjechał ze swym standardowym tematem.
• To jak panie, węgla albo koksu wam nie trza? - zmierzył mnie wzrokiem. Miał taką zdolność oceny człowieka po wyglądzie, ile opału zużywa zimą.
• E.... nie. Przerzuciłem się na drewno.... - odpowiedziałem dla swego dobra. Czarny Roman za pośrednictwo w zakupie opału pobierał wysoką prowizję, poza tym miał dziwne zdolności i znajomości na składach opału, dzięki którym wiedział wszystko o swoich klientach, łącznie z numerem buta.
• Nie to nie... w takim razie wybywam. - rzucił na odchodnym. - Pieprzone ekologi... - dodał nieco ciszej.
I zniknął, równie niespodziewanie jak się pojawił. A ja zostałem sam na sam z przesyłką.... . Obejrzałem ją dokładnie. Wyskrobany na niej gotycką czcionką adres nadawcy wskazywał na Wydział nr. 666 d/s Przypadków Beznadziejnych i Zatwardzenia u Krów Przedsiębiorstw Państwowych PIEKŁO S.A. Dziwne, bo zwykle wiadomości z piekła przynosiły mi czarne koty. Tamci musieli się już zorientować, że żaden dotąd ode mnie nie powrócił... . Ale mniejsza o to.. .
Dorwałem brzeszczot i jednym sprawnym ruchem rozpakowałem paczkę. W środku znalazłem obszerny list od Rokity oraz przepustkę do piekła. W liście zapewne było wszystko wyjaśnione, ale był opatrzony ostrzeżeniem o samodestrukcji po użyciu. Nie chciało mi się go czytać. Poza tym listy z piekła miały niemiłą skłonność do przedwczesnej destrukcji i uszkadzania przy tym czytającego. Wyrzuciłem więc przesyłkę za okno, wprost na parking sąsiada. Tak jak przypuszczałem, list wybuchł po chwili razem ze stojącym w pobliżu samochodem. Ja tymczasem wyciagałem już spod kanapy swój ubiór służbowy. Nie był zbytnio pognieciony mimo, że spałem na nim juz kilka tygodni. Wychodząc zostawiłem Pikusiowi skrzyknę wina żeby mi pod nieobecność nie robił zadymy. Jak ma powyżej trzech promili, leży spokojnie... .
Dotarcie do piekła żywcem, nawet jak dla mnie, nie było łatwą sprawą. Oficjalnie jako żyjący nie miałem tam wstępu, ale dzięki służbowym kontaktom mogłem spróbować nieoficjalnie.... . Sposobów było kilka, zresztą mniejsza o to, bo realny teraz był tylko jeden. Musiałem załapać się na kurs jedynej piekielnej linii autobusowej nr. 666. Dowoziła ona umarłych do Centrum Segregacyjnego, gdzie dokonywano ostatecznego oddzielenia duszy od ciała i wstępnej selekcji. Autobus tej linii nie docierał wprawdzie do samego centrum piekła, ale zatrzymywał się w jego obrębie, a co ważniejsze nie był kontrolowany na granicy. Był tylko jeden problem. Aby zostać pasażerem tej linii trzeba było wcześniej kopnąć w kalendarz. Na szczęscie była to sprawa łatwa do ominięcia. Wszelkie istoty piekielne bardzo przypominały ludzi. Dlatego wystarczyły tylko trzy flaszki: po jednej dla kierowcy autobusu, kanara i Śmierci, i jeden żywy mógł się zmieścić na pokładzie.... .
Gdy zaszedłem człapiąc leniwie na osiedlową pętlę, nie było tam ani żywego ducha. Wystarczyło jednak przełączyć się na postrzeganie pozazmysłowe, by zauważyć pod wiatą grupę tych nieżywych pilnowaną przez Śmierć. Żeby nie wzbudzać podejrzeń, udawałem że ich nie widze, czekając na przyjazd autobusu.
Przyjechał po dobrej pół godzinie... Czarny, na oko dość stary Ikarus wtoczył się ostatkiem sił na pętlę. Silnik wydał ostatnie tchnienie i drzwi otworzyły się ze zgrzytem. Nieżywi z widoczną niechęcią wsiedli do pojazdu zachęcani wyraźnie przez kostuchę. Odczekałem az wszyscy się wepchną i wszedłem dyskretnie za nimi. Niestety Śmierć nie była taka głupa jak myślałem... zanim wmieszałem się w tłum, zastąpiła mi drogę dzierżąc wymownie kosę. Zamachałem jej przed nosem przepustką od Rokity, ale ta najwyraźniej nie załapała. Zawsze była nie na czasie, ale żeby aż tak.. .
Dopiero kiedy wyjąłem zza pazuchy pięciolitrowy argument pomocniczy, uznała ważność dokumentu i wpuściła na pokład.
Autobus, który z zewnątrz wyglądał na totalny rzęch, w środku prezentował się całkiem nieźle. Gdyby nie ten charakterystyczny zapach kierowcy – diabła, byłoby idealnie. Ulokowawszy się na końcu pojazdu, obserwowałem poczynania kostuchy. Ta zgodnie z mymi przewidywaniami poszła podzielić się moimi argumentami pomocniczymi z kierowcą i kanarem. Pili prosto z gwinta, nie zwracając uwagi na tęskne spojrzenia pasażerów. Kanar odpadł juz po drugim łyku, reszta ekipy dotrwała do połowy.
W końcu nadeszła godzina odjazdu, według nieformalnego rozkładu jazdy 7.06 ( czyli 66 minut po szóstej). Kierowca z trudem dopełzł na swoje stanowisko. Odpalił i jechał w miarę prosto, ale bardziej siłą woli niż siłami fizycznymi. Śmierć był już bliski delirium, jeśli można tak mówić o kimś, kto wygląda jak jego ucieleśnienie. Pasażerowie ożywili się znacznie. Była nadzieja, ze kierowca wpadnie do rowu i będzie szansa uciec. Ale szofer trzymał się dzielnie. Wydalił juz część alkoholu przez skórę i jechał niemal prostu... ale ciągle nie odróżniał drogi od chodnika.... .
W dodatku zapomniał włączyć dematerializacje pojazdu, przez co był on widoczny na zwykłych ludzi. A tak się pechowo złożyło, że juz na wylocie z Zakrzowa stał patrol policji... . Widok tak zużytego pojazdu wywarł niemałe wrażenie na stróżach prawa. Najpierw rechotali przeraźliwie, potem zastanawiali się jak takie cos może w ogóle jechać, a następnie zatrzymali pojazd do kontroli. Wyniki przeglądu technicznego pojazdu i kierowcy nie pozostawiały wątpliwości. Długo by opowiadać cos się działo potem. W każdym razie gliniarze mieli problem gdzie wieźć pasażerów autobusu: do kostnicy, izby wytrzeźwień czy do wariatkowa.
Umarli mieli powody do zadowolenia. Ja wręcz przeciwnie.... ..
* * *
Nikt na Zakrzowie nie wierzył zwykle w paranormalne zjawiska, bo i nie było ku temu powodów. Ale kiedy człowiek coś widzi na trzeźwo, dodatkowo tego doświadczając, to zaczyna nabierać podejrzeń, czy czasem naprawdę nie miało to miejsca. A jeśli przy okazji tych zdarzeń jakiś z okolicznych meneli pozostaje od dłuższego czasu nieobecny, jest natychmiast kojarzony jako przyczyna sytuacji.
Istotnie Juzef, najznamienitszy z zakrzowskich meneli, nie był widziany w okolicy od przeszło dwóch tygodni. Zachodziło podejrzenie czy aby nie wzbogacił się nagle i nie wyemigrował, ale sąsiedzi twierdzili, że bytuje w swojej chałupie. Taki obrót spraw zaniepokoił Kapitana Ludwika Odyńca, weterana AK, lokalnego “szamana” zwanego “popaprańcem”. Może nie tyle sama absencja Juzefa, co towarzyszące jej rozmaite zdarzenia na terenie osiedla.
Zaczęło się od poniedziałku, kiedy to wszystkie krowy w okolicy zaczęły dawać mleko z 50 – procentową zawartością etanolu. Jednych to zmartwiło, innych wręcz przeciwnie, ale na pewno nie było to normalne... . W każdym razie dwa dni później stwierdzono, ze wszystkim, którzy pili wspomniane mleko, wyłysiały plecy. Wieść nie bardzo się rozeszła, gdyż trzy dni później spadło dwa metry śniegu, przy dwudziestostopniowym mrozie. I zanim wzbudziło to sensacje, tego samego dnia po południu nie było już śladu po niczym, bo nastał trzydziestostopniowy upał. W międzyczasie zniknęły wszystkie buraki z okolicznych pól wraz z hałdą obornika. Później też bywało różnie: a to wyschła rzeka, a to znów asfalt na głównej drodze przybrał płynną postać, w zamrażalnikach nie wiadomo skąd pojawiał się koty, a dawny hotel robotniczy zniknął na dwie godziny.
Takie natężenie zjawisk niewytłumaczalnych dawało do myślenia wielu ludziom. Większość od razu kojarzyła to z osobą Kapitana, dawniej często zamieszaną w podobne sprawy, jak dawniej posadzenie wszystkich drzew w lesie zakrzowskim do góry korzeniami... . Ale tym razem osiedlowy popapraniec nie miał z tym nic wspólnego. Właśnie po to wybrał się do meliny Juzefa. Okoliczności wskazywały na niego, ponieważ jak dotąd tylko Juzefowi nie wyłysiały plecy, krowy nie miał, na podwórku leżała hałda buraków i obornika a wspomniane zjawiska w ogóle go nie dotykały.
Otworzywszy zawsze otwarte, bo niezamykane drzwi juzefowej meliny, Kapitan przestąpił leżącego w progu Wareza. Zdechlak, nie pies. Ale kiedy nie spał, nawet sam właściciel nie był przy nim bezpieczny... . Wnętrze chałupy napawało optymizmem. A trzeba było go dużo by warstwę bliżej nieokreślonej substancji pod nogami nazwać podłogą. Ściany różniły się od niej tylko pionowym położeniem. Kapitan, który juz nie w takich miejscach bywał, szybko odnalazł gospodarza. Siedział w swoim warsztacie i jak zwykle coś majstrował. Był tym tak zajęty, że nie zauważył nawet przybycia gościa.
• Cześć pracy rodacy... - zagaił Kapitan.
• Cze. - odrzekł Juzef nie przerywając grzebania przy kawałku czarnej rurki podłączonej do akumulatora samochodowego.
• Co tam kombinujesz.... - mruknął zwracając coraz większą uwagę na stojącą w kącie szafę, z której dochodziły dość wymyślne przekleństwa w języku angielskim.
• Nic takiego... odpalam różdżkę. - odparł menel, po czym podłączył wspomnianą rurkę/różdżkę do akumulatora. Zabłysnęło, huknęło, poszedł dym, a w efekcie na stole pojawiła się pełna flaszka. Menel zdegustował obficie.
• Siedemdziesiąt, w porywach do osiemdziesięciu. Są ograniczenia sprzętowe, ale jak zrobić mały overclocking, to tyle wyciągnie.
• Eeee.... co? - Odyniec najwyraźniej nie zakapował.
• No jak co? Podpieprzyłem różdżkę Harry'emu Potterowi, ale się okazało ze ma blokadę przed wyczarowywaniem niektórych rzeczy.... No i musiałem stuningowac, ino przy okazji parę kłopotów wynikło, co je pewnie w okolicy zauwazyliscie... .
• No raczej... ale zaraz... jak to? - Kapitanowi coś mówiło to nazwisko. Potter... chyba chodziło o tego lalusia z książki dla szczyli, co kiedyś wparował na chatę Tadeusza. Czyżby powrócił?
• A gdzie tera jest właściciel tej różdżki?
• Ano tu. - Juzef otworzył szafę, z której dochodziły stłumione przekleństwa. W środku wisiał związany i niekompletnie ubrany ciemnowłosy chłopak. Troche się rzucał, ale widząc beznadziejność swej sytuacji, uspokoił się.
• Trochę go oskubałem... - Juzef pokazał garść przedmiotów jakie oprócz różdżki miał przy sobie czarodziej. Była wśród nich zużyta prezerwatywa, bilet do Mirkowa w jedną stronę i bilet na pociąg do Hogwartu.
Kapitanowi i Juzefowi nagle wpadł do głowy ten sam pomysł.
• Te, czytałeś książkę o tym gnojku? - spytał Juzef.
• Nie, ale... - oczy Odyńca zabłysły tajemniczo. - Zrobimy im dym, ze nas popamiętają. .
Propozycja Kapitana została zaakceptowana. Godzinę później obaj byli gotowi by wyruszyć gdzie trzeba.
• A tego w szafie zostawiamy? - Juzefa ruszyło sumienie.
• Niech powisi... Warez się nim pobawi... - Kapitan uśmiechnął się obleśnie. - No, to jak do tego Hogwarta lecimy? Pociągiem czy lodówką?
• Lodówką, o ile ty zajmiesz zamrażalnik...
* * *
Izba wytrzeźwień.... same niemiłe wspomnienia. Na szczęście tym razem jakoś wykręciłem się sianem.... . Gliniarze zostawili na izbie tylko Śmierć, Kanara i Kierowce. W sztucznym tłumie nikt nie zauważył nawet, kiedy wykorzystałem swoje zdolności kieszonkowca i pożyczyłem to i owo z kilku kieszeni, w tym jednej należącej do Śmierci. Z tych rupieci, poza kilkoma piątakami, najcenniejsza okazała się służbowa legitymacja Kostuchy. Dawała nieograniczony wstęp do wszystkich wydziałów piekła. Szczególnie przydało mi się to teraz, gdy musiałem tam dotrzeć w miarę szybko... .
Oczyściłem się nieco z pyłu węglowego i pajęczyn, którymi pokryłem się w drodze do piekła. Te ich kanały komunikacyjne wcale nie były takie czyste jak twierdzili. Ukrywszy wcześniej zdobycze, wkroczyłem do bura Rokity, jak zawsze otwartego. Diabeł nawet mnie nie zauważył, zajety ożywioną dyskusją przez telefon. Skorzystałem z okazji i osuszyłem połowę flaszki ustawionej w pobliżu specjalnie dla gości. Strasznie mdły sikacz... .
• Ave. - zagaiłem wreszcie, gdy Rokita przerwał gadkę.
• Witaj. Przepraszam że nie przybyłem osobiście, ale mamy tu mała rozpierduchę ostatnio. - rzekł diabeł szczerze. - Był audyt na Wydziale Przykrych Zdarzeń Losowych i wykryto brak tych dwóch co ukradli księżyc, i samego księżyca. Kontrola finansowa wykazała zaś malwersacje przy przetargach na karmę dla czarnych kotów przebiegających szosy. A przed chwilą dzwonili, ze Śmierć gdzieś zaginęła... .
• Cóż.... doprawdy nie wiem gdzie może być.... - udałem niewiedze w tej kwestii. - Ale chyba nie po to mnie tu wezwaliście?
• Ano. Sprawa jest dużo poważniejsza. Można by rzec, ze jeśli nie zostanie rozwiązana, to Śmierć nie będzie potrzebny.... .
• Aż tak źle... hm... to może dużo kosztować... ale najpierw zechciej opisać to dokładniej. - zaproponowałem stawiając na stole flaszkę zakrzowskiej nalewki, bo po kilku głębszych jakoś łatwiej było mi się z nim dogadać.
Diabeł wyjął kieliszki. Wypiliśmy najpierw na lewą nogę i prawe ucho.
• Wiesz.. - zaczął Rokita, gdy wypił już odpowiednią ilość by być na luzie.
Diabły miały bardzo słabe głowy.. . - Do tej pory było tak: Zło i Dobro, Piekło i Niebo. I było względnie dobrze. A tera wszystko się pier... chrzani. Otóż wystąpiła jakaś nieokreślona anomalia, w wyniku której możliwe było powstanie nowej... siły. Takiej... nijakiej. I o to chodzi.... . - przerwał, by łyknąć.
• Ale... no, nie jarzę. - przyznałem otwarcie.
• O to chodzi... - powtórzył Rokita – Ani Dobro, ani Zło. Czyli jak jakiś ludź stanie się nijaki, nie podlega władzy ani Nieba, ani tym bardziej Piekła. Jeśli ten nowy pogląd się rozprzestrzeni, runie stary porządek a wraz z nim nasza, i Nieba władza. Wstyd przyznać, ale w tym przypadku mamy z nimi wspólny interes.
• Zara.. chyba kumam.. ta nijakość to rodzaj moralnej anarchii?
• Coś jakby... wcześniej myśleliśmy ze to niemożliwe... a jednak..Pewnie to w ramach demonopolizacji rynku..
• Ta.. czyli co mam zrobić? Przywrócić stary porządek? Ale jak?
• Bo ja wiem.... mogę tylko stwierdzić, że nikt w Piekle ani w Niebie nie wie. Właśnie dlatego wybraliśmy ciebie... ponoć wy na Zakrzowie umiecie nieźle improwizować... .
• E... to dotyczy tylko przeżycia miesiąca za pięć dych. Ale.... zależy co będę z tego miał. - spojrzałem chytrze na coraz mniej przytomnego diabła. Daj mu kieliszek, a weźmie cała flaszkę. .
• Ech.... satysfakcję. I prawie wszystko co zechcesz.. .
• Ostatecznie... - udawałem ze się waham. - ...uzgodnimy wszystko po sprawie. Ale teraz przydałby się służbowa fura, skóra, forsa i komóra.... .
• Dobra.. odbierzesz w naszej placówce lokalnej.. .
• A gdzie się udaję?
• Zakrzów, XXIII wiek.
• No to zadzieram kiece i lece.... - juz miałem wybyć, ale diabeł zatrzymał mnie niepewnym gestem.
• Zaraz... to nie wszystko. W trakcie misji będzie ci towarzyszył praktykant... .
• Co k***a? - nim zdążyłem zaprotestować, Rokita wykonał telefon, i po chwili do biura zaszedł młody diabeł w okularach i czarnym garniturze.
Rokita przedstawił nas sobie.
• Mieczysław Siara, student II roku na Wydziale Nieokreślonym Uniwersytetu im. Nosferatu. Andrzej Bordon, elektryk, nasz najlepszy agent.
Wymieniliśmy uściski dłoni. Diabeł juz po pierwszym zlustrowaniu mnie wzrokiem (w końcu wglądałem dość dziadowsko) przeklinał w myślach wszystkich świętych za swój los.
Przyszła mi do głowy pewna myśl. Rokita chyba ją wyczuł.
• Endruj, pamietaj, że pan Siara jedzie z tobą w celach szkoleniowych i wskazane by było, aby powrócił w jednym kawałku. - powiedział znacząco.
Potem dopiliśmy, pożegnaliśmy się i wraz z praktykantem poszliśmy ku Wyjściu Głównemu. Myśl powróciła. W jednym kawałku? Hehe... czyli poobijany może być... .
Cegła .Długo .Nasiąkała
JUZEF
[ juzefwt@tlen.pl ]
|