|
Dla dwóch wiernych Czytelniczek –
Choć chyba zasługują na coś lepszego…
„Czerwona sukienka”
Najmądrzejszy człowiek jakiego znałem, Fermin Romero de Torres, powiedział mi kiedyś, że żadnego z przeżyć nie da się porównać z tym, gdy mężczyzna po raz pierwszy rozbiera kobietę. Nie okłamał mnie, ale i nie powiedział całej prawdy. Nic nie powiedział o dziwnym drżeniu rąk, zamieniającym rozpięcie każdego guzika, przesuniecie suwaka, w zadanie przerastające siły. Nic nie powiedział o urokach jasnej i drżącej skóry, o pierwszym muśnięciu ust ani o omamach unoszących się z każdego skrawka ciała. Nie opowiedział mi o tym, ponieważ wiedział, że cud zdarza się tylko raz, a gdy się objawia, przemawia językiem tajemnic, które ujawniwszy się, giną na zawsze.
Carlos Ruiz Zafon
Cień wiatru
1
Pomimo tego, że od dnia 15 maja 199. roku minęło już dwadzieścia lat, nadal pamiętam to, co się wtedy wydarzyło. Gdy tylko przymknę powieki widzę zapełniony tramwaj, siedzących i stojących ludzi oblanych potem, a pośród nich – niemal na wyciągnięcie ręki – znajduję się kobieta, której nigdy nie zapomnę; nawet, gdy będę umierał na Alzheimera jej twarz pozostanie żywa w mojej podświadomości.
Była godzina piętnasta, a ja wracałem z uczelni – studiowałem medycynę, którą ukończyłem w trzy lata później z wyróżnieniem. Pod pachą trzymałem książkę z anatomii człowieka oraz plik kartek ksero z charakterystyką ludzkich tętnic. Wychodząc rano nie spodziewałem się tak dużego upału, więc miałem na sobie dżinsową katanę, a pod nią bordowo-biały sweter; na nogach oczywiście wysłużone, sprane sztruksy i podniszczone adidasy – wystarczyło na mnie spojrzeć, aby stwierdzić, że jestem biednym studentem z prowincji, utrzymującym się ze stypendiów.
Stałem w rozgadanym tłumie zlany potem z narastającym bólem głowy. Czułem się zmęczony, a dodatkowo zniechęcała mnie perspektywa wkuwania przez długie nocne godziny. Książka pod pachą ciążyła mi niczym jakiś głaz; gdy spoglądałem na jej obwolutę zdawała robić się cięższa, jakby chciała powiedzieć mi, że jej lektura będzie dla mnie niekończącą się torturą.
Planowałem dojechać do stancji, gdzie najpierw miałem stoczyć tradycyjną walkę ze swoim współlokatorem o ciszę, a później zasiąść do uczenia się. W między czasie wypadło coś zjeść, lecz ze względu na topniejące fundusze mój posiłek ograniczał się do kilku kromek czerstwego pieczywa, zapijanych ohydną, gorzką kawą – sama jej konsystencja wprawiała żołądek pijącego w osłupienie, nasuwając skojarzenia o ropie naftowej przed rafinacją.
Mój zmęczony wzrok snuł się bez celu po wnętrzu pordzewiałego tramwaju. Podczas skręcania jego koła tarły z taką siłą o szyny, że aż człowiekowi wibrowało w zębach. Sam pojazd nie prezentowałby się tak najgorzej, gdyby nie akty wandalizmu dokonywane na nim przez kibiców stołecznej drużyny piłkarskiej.
Na szybach tramwaju wisiały postrzępione reklamy. Jedna zapowiadała premierę długo oczekiwanego filmu z Nicolasem Cagem, druga ukazywała otyłą, śpiewającą kobietę, która krzyczała do mikrofonu: Śpiewać każdy może… – więc przyjdź na przesłuchanie do klubu Soho. Najbardziej jednak rzucała się w oczy reklama wyborów Miss Pomorza Zachodniego, głównie przez dwudziestolatkę odzianą w białe, skromne bikini ukazujące wspaniały, płaski brzuch…
Patrząc na ten plakat wyrwało mi się z ust nieme westchnienie, głównie z tęsknoty za bliskością kobiecego ciała. Przez studia nie miałem za wiele czasu na spotykanie się z innymi ludźmi, o poznawaniu kobiet nawet nie wspominając. Do tego dochodziła moja wrodzona nieśmiałość, która utrudniała mi nawiązywanie kontaktów z płcią przeciwną. Lecz patrzenie – tym bardziej na reklamę – nie zobowiązywało do niczego, więc umilałem sobie podróż podziewaniem krągłości zeszłorocznej miss.
W pewnym momencie, gdy tramwaj ruszał z kolejnego przystanku, coś tknęło moje zamglone, skryte za grubymi okularami oczy i spojrzałem przed siebie, między parę trzymających się za ręce staruszków oraz nastolatka z młodszym bratem po prawej. Młodszy brat – mniej więcej ośmioletni – mówił coś, ale ze względu na gwar nie rozróżniałem słów. Gestykulował od czasu do czasu, co mogło nasunąć myśl, że młody stara się wytłumaczyć jakąś zawiłą kwestię nastolatkowi; ten tylko kiwał ze zrozumieniem głową, wzrok kierując na plakat miss w bikini.
Przestałem się nimi interesować i skierowałem spojrzenie wyżej, gdzie ku mojemu zdziwieniu napotkałem twarz kobiety – twarz taką piękną, że w pierwszej chwili zapomniałem jak się oddycha.
Zaczerpnięcie kolejnego haustu powietrza wymagało ode mnie dużego skupienia. W jednym momencie moje ciało zbuntowało się. Minął ułamek sekundy, który dla mnie był jak trzy minuty, i zacząłem ponownie oddychać, choć wydawałem przy tym cichy świst przypominający atak astmy.
W przypływie zaskoczenia opuściłem oczy w dół. Z rosnącą obawą uniosłem je z powrotem do góry, aby móc przyjrzeć się pięknej pasażerce.
Pierwsze na co zwróciłem uwagę to to, że miała na sobie czerwoną sukienkę zawieszoną na cienkich ramiączkach, a opadającą poniżej połowy opalonych ud. Sukienka posiadała spory dekolt, odsłaniający cudowny przedziałek między pełnymi piersiami i wyobrażając sobie, jak zwilżam go językiem, zadrżałem. Twarz nieznajomej wydawała mi się drapieżna i jednocześnie łagodna. Podbródek dzielił jej na dwie równe połówki płytki dołeczek. Policzki przy krańcach były zaokrąglone, aby w środkowej części zapadać się odrobinę. Usta niemal raziły wyrazistym, czerwonym kolorem – nie zamknęła ich do końca, przez co widziałem fragment zębów tak białych, jak łabędzie skrzydła. Zakończony ostro nos, upstrzony kilkoma piegami, wskazywał na pokrewieństwo kobiety z Kleopatrą. Uwieńczeniem twarzy wydawały się oczy w kolorze indygo, przywodzące na myśl toń Pacyfiku. Jej sięgające do ramion ciemnoblond włosy rozwiewały podmuchy wiatru, wpadające przez otwarte niedaleko okno.
Przyglądałem się jej czołu pozbawionemu zmarszczek, obrzucając także spojrzeniem cienkie paski brwi, kiedy zorientowałem się, że ona też patrzyła na mnie, a co gorsza uśmiechała się.
Zadrżałem, nie wiedząc czy nieznajoma śmieje się z mojego tępego zauroczenia nią, czy może po prostu ze mnie. Świszczenie w oddechu zrobiło się bardziej słyszalne, przez co siedząca w pobliżu babcia – o sporych plackach łysiny we włosach i nosie tak wielkim, że mógłby pełnić funkcję klamki – przyglądała mi się przez moment, obserwując czy nie zasłabnę pośród tłumu.
Zwróciłem głowę w lewo, zawieszając na kilka sekund patrzenie na kobietę w czerwonej sukience, przecinając spojrzenie staruszki. Uśmiechnąłem się do niej. Mój gest miał ją uspokoić, że wszystko ze mną w porządku, ale po jej minie widziałem, że nadal nie wyglądałem kwitnąco. Chrząknąłem, chcąc pozbyć się kuli drutu kolczastego w gardle. Nie udało mi się to, lecz poczułem się odrobinę lepiej.
Dałem sobie spokój z uśmiechaniem się do babci – jeszcze pomyślałaby sobie, że ma obok siebie zboczeńca, gustującego w starszych paniach. Nie zastanawiałem się nad tym, co robię, więc zdziwiłem się, kiedy moje oczy po raz kolejny napotkały spojrzenie stojącej pośród tłumu kobiety.
Serce biło mi z siłą dzwonu kościelnego, a do ust napływał gorzki smak żółci. Przez podenerwowanie pot intensywniej zalał moją skórę, przez co bałem się, że niedługo okoliczni ludzie odsuną się ode mnie, chcąc uniknąć wdychania nieprzyjemnego smrodu. Marzyłem o tym, aby następny przystanek okazał się tym, na którym wysiadam, lecz tak naprawdę czekało mnie około jedenastu minut jazdy tramwajem.
Mimo rumieńca wypływającego na blade policzki i adrenaliny zaciemniającej myśli, uśmiechnąłem się do nieznajomej. Ona odwzajemniła uśmiech, patrząc ciągle w moje oczy. Widząc błyszczący lazur jej tęczówek miałem ochotę w nich utonąć, zanurzyć się jeden jedyny raz, ażeby nigdy już nie wypłynąć na powierzchnię.
Dopiero wówczas zrozumiałem, że jej spojrzenie wcale nie naśmiewa się ze mnie, a uniesione kąciki ust nie naigrywały się z mojego zainteresowania. Pojąłem, iż jakimś sposobem zaciekawiłem swoją postacią tę istotkę. Początkowo próbowałem odrzucić to wytłumaczenie, ale w miarę upływających sekund stawało się to coraz bardziej widoczne.
Uśmiech kobiety w czerwonej sukience poszerzał się, ukazując równe koronki białych zębów. Czerwone usta zwilżała co kilkanaście sekund językiem, a raz nawet przygryzła dolną wargę. Patrząc na to myślałem, że zwariuje, albo eksploduję od nadmiaru uczuć w sobie – moje zauroczenie pogłębiały dodatkowo dwa delikatne dołeczki, jakie robiły się jej podczas uśmiechania.
Jeżeli Bóg istnieje i oprócz ludzi stworzył anioły, to tego dania musiałem patrzeć na jednego z nich. Każdy centymetr ciała tej osoby przyprawiał o zawrót głowy. Do końca życia będę pamiętał jej włosy rozwiewane przez wiosenny wiaterek oraz ich zapach, który docierał do mnie, powodując miękkość w nogach. Niestety, patrząc na tę kobietę wiedziałem, iż ona nigdy nie będzie moja. Nie dlatego, że nie chciałaby być z kimś takim jak ja, ale dlatego, że nie miałem w sobie na tyle odwagi, aby podejść do niej i porozmawiać. Nie należałem do mężczyzn łatwo nawiązujących kontakty z kimkolwiek, a z kobietami w szczególności. Zawsze język odmawiał mi posłuszeństwa – gdy udawało mi się odezwać, po długiej walce ze sobą, to zawsze mówiłem same głupoty, zrażając tym do siebie.
Zrobiłem się smutny i opuściłem wzrok. Wiedziałem, że ona nie przestała spoglądać na mnie. Czułem na twarzy jej palące, wręcz ponaglające spojrzenie. Zachęcała mnie nim, abym przepchał się przez te kilka osób stojących w pobliżu, żebym podszedł porozmawiać. Jednak, pomimo tego że chciałem, to nie umiałem się zmobilizować.
Serce rozszalało się na dobre w piersi; żołądek dołączył się do niego fikając koziołki, przez co intensyfikował napływ żółci do ust.
Boże, jakim ja wtedy byłem tchórzem! Nienawidziłem siebie za to! Ona chyba to odczytała z wyrazu mojej twarzy, ponieważ przestała mi się przyglądać. Nie odważyłem się na to, aby sprawdzić czy odwróciła się plecami, skreślając mnie na zawsze. Podziwiałem czubki swoich podniszczonych butów, zachowując się jak ukarany uczniak, starając się uspokoić organizm. Usiłowałem zapomnieć, że tam przede mną stoi piękna kobieta, z którą mógłby się bliżej poznać, uciekając od samotności.
Powstrzymywanie się od patrzenie nie należało do łatwych, ale po czterech najdłuższych minutach w moim życiu tramwaj zatrzymał się na przystanku. To na nim wysiadałem, więc ruszyłem do wyjścia z poczuciem przegrania, zniesmaczenia samym sobą. Wydawało mi się, że zaprzepaściłem szanse przeżycia czegoś wspaniałego. Nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo myliłem się w tym osądzie.
2
Wysiadłem z tramwaju wprost na palące słońce. Przechodząc przez ulicę obrzucałem zmęczonym spojrzeniem białe chmurki wędrujące po niebie. Nie podziwiałem ich kształtów, tylko czekałem na grom, który zakończyłby moje nieśmiałe życie. Nic takiego nie nastąpiło, a mnie dopadło silniejsze niż dotychczas rozgoryczenie. Dusiłem w sobie ochotę na to, aby pobiec przed siebie, krzycząc ile sił w płucach, rozładowując obezwładniające mnie napięcie. Tłumiąc rodzące się w kącikach oczu łzy skręciłem na najbliższym skrzyżowaniu w prawo, gdzie przywitał mnie jeden z miejskich zaułków – wracając z uczelni zawsze szedłem nim do stancji.
Nie zdążyłem pogrążyć się w głębszych rozmyślaniach, kiedy tuż za sobą usłyszałem kroki, a później jedwabisty, kobiecy głos:
- Poczekaj chwilę, mam coś twojego.
Zatrzymałem się, po czym odwróciłem w stronę uśmiechającej się kobiety w czerwonej sukience. Widząc ją, chciałem jej powiedzieć, że owszem, ma coś mojego, a tym czymś było serce. Napotykając blask jej lazurowych oczu ponownie zadrżałem, a ona widząc to uśmiechnęła się szerzej.
- Zgubiłeś książkę. Ksero również, ale pozbierałam je – odparła wystawiając przed siebie dłonie; trzymała w nich moją książkę do anatomii oraz kartki z charakterystyką ludzkich tętnic. – Stwierdziłam, że chyba będą ci potrzebne – kontynuowała – więc pobiegłam za tobą.
- Dziękuję – odpowiedziałem zbliżając się do niej.
Jeśli wcześniej denerwowałem się patrząc na nią, to teraz strach paraliżował każdy mój krok. W skroniach szumiało mi od nadmiaru adrenaliny, skóra ponownie pokryła się grubszą niż zwykle warstwą potu. Podchodząc do kobiety w czerwonej sukience podziwiałem jej wspaniałą sylwetkę, próbując uspokoić się. Nasze spojrzenia spotkały się i tonąc w tych niezwykłych oczach pomyślałem, że w teraz mogę już umrzeć, ponieważ gdy ona odejdzie, to nie będę w stanie żyć.
- Nie ma za co. Lubię pomagać innym, tym bardziej, gdy ktoś wydaje mi się tak miły, jak ty.
Jej słowa sparaliżowały mnie i zatrzymałem się w odległości dwóch metrów. Wyciągnąłem przed siebie rękę, chcąc odebrać swoje rzeczy. Ona, zaśmiewając się, cofnęła swoje dłonie, chowając je za plecy.
- Niestety, aby wziąć książkę i ksero, będziesz musiał podejść bliżej. Nie bój się, ja nie gryzę – po tych słowach skamieniałem, niczym Niobe po spojrzeniu na swoje martwe dzieci. Bezpośredniość tej kobiety zapierała dech w piersiach – nie mówiąc już o tym, że samo patrzenie na nią je utrudniało. Podczas trwania tamtej sceny zazdrościłem jej otwartości, lekkości bytu oraz opanowania.
- No zbliż się – ponaglała.
Bez słowa, przełykając kolejną kule drutu kolczastego w krtani, zrobiłem krok do przodu. Odczekałem ze dwie sekundy, po czym powtórzyłem ruch. Znalazłem się około trzydziestu centymetrów od jej ciała. Oczy utkwiłem w czubkach butów.
- Nie bój się i podejdź bliżej – powiedziała trzymając moje rzeczy za plecami.
Zanim zacząłem rozważać możliwość odwrotu wykonałem jej polecenie. Była tego samego wzrostu co ja, czyli mierzyła metr osiemdziesiąt. Stałem naprzeciwko tej pięknej istotki, niemal stykając się z nią nosami, nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. Zachowywałem się jak kłębek nerwów, drgający na najmniejszy dźwięk, a ona nie przestawała się uśmiechać.
Minęła nas kobieta z dzieckiem na rękach, obrzucając zainteresowanym, ponaglającym spojrzeniem. Nie zawracając sobie nią dłużej głowy znowu wystawiłem ręce, sięgając za plecy nieznajomej. Z boku wyglądało to pewnie tak, jakbym z jakiegoś powodu bał się dotknąć jej ciała.
- Pośpiesz się i pocałuj ją! – krzyknęła do mnie matka z dzieckiem, aby zaraz zniknąć za następnym zakrętem. W tym samym momencie dotknąłem skóry rąk stojącej naprzeciwko kobiety. Wydawało mi się, że prąd przeszył moje ciało, trafiając wprost do serca, gdzie pobudził je do życia na takiej częstotliwości, iż bałem się, że zaraz ciśnienie rozerwie mnie od środka, kończąc ten pełen wrażeń dzień.
Przesunąłem opuszkami palców dalej, stając tak, że stykaliśmy się delikatnie ciałami przez materiał ubrań. Zapach jej magnoliowych perfum upajał moje zmysły. Woń świeżo umytych włosów była dla mnie najpiękniejszą na świecie. W przypływie odwagi złapałem za książkę i ksero, ale nie puściłem. Nie bez satysfakcji stwierdziłem drżenie nieznajomej, a po spojrzeniu na jej twarz, dostrzegłem, że zamknęła oczy, rozchylając wargi. Wówczas nie miałem najmniejszego pojęcia, co to mogło oznaczać, ale później dowiedziałem się, że czekała na pocałunek, który wtedy nie nadszedł.
Wyciągnąłem jej z rąk moje rzeczy, odsuwając się o krok w tył. W głowie wirowały mi nieznane konstelacje gwiazd, krocze pulsowało dziewiczym bólem niespełnienia. Zobaczyłem, że kobieta otwiera oczy, ukazując zęby w szerokim uśmiechu, mówiącym że nie wszystko jeszcze stracone.
- Dziękuję – powtórzyłem, nie dodając nic więcej. W ustach czułem ślinę o konsystencji betonu, uniemożliwiającą swobodne poruszanie się języka.
- Nie ma za co. Zrobiłam to z czystej przyjemności. A teraz powiedz mi jak masz na imię, chłopcze?
- Paweł – odpowiedziałem, unikając jej oczu.
- Miło mi ciebie poznać, Pawle. Ja jestem Kornelia. Nie pochodzisz stąd, prawdą?
Tak stojąc naprzeciwko Kornelii, wpatrując się to w swoje buty, to w jej dekolt i oczy, nie potrafiłem uwierzyć, że rzeczywiście biorę w tej rozmowie udział. Co sekundę bałem się, że zaraz wyrwę się z objęć snu, budząc się w ciemnym pokoju, gdzie słychać tylko uderzenia zegara oraz chrapanie mojego współlokatora.
Na wspomnienie miękkości jej skóry uspokoiłem serce, pozbywając się drutu kolczastego w krtani oraz zaprawy murarskiej w ustach.
- Nie, nie jestem stąd. Pochodzę z niewielkiej wsi pod Piłą, a tutaj jak już się domyślasz studiuję medycynę. Ale skąd to wiesz?
- Wystarczyło spojrzenie na ciebie, abym rozpoznała bratnią duszę, to znaczy kogoś, kto nie wychował się w tych stronach. Ja na przykład dzisiaj rano przyjechałam do Szczecina. Jesteś pierwszą osobą, nie licząc taksówkarza, z którą rozmawiam – mówiąc to opuściła oczy, jakby coś ukrywała. Zbagatelizowałem to jednak.
- A gdzie wcześniej mieszkałaś?
- W miejscu, gdzie na razie nie chce wrócić, a gdzie pozostawiłam wielu kochających mnie ludzi – przy ostatnim słowie głos jej się załamał. Doskoczyłem bliżej, łapiąc ją za rękę. Nie wiedziałem, co we mnie wtedy wstąpiło. Nigdy wcześniej tak się nie zachowywałem, ani moja nieśmiałość nie mijała tak szybko. Czułem, jakby już sama jej obecność zaczynała dodawać mi odwagi.
- Spokojnie, wszystko będzie dobrze, zobaczysz – uspakajałem ją, pocierając jej dłoń.
Przybliżyła usta do mojej twarzy – znajdowały się pięć centymetrów od moich warg; miałem ochotę pocałować Kornelię, ale nie zdobyłem się na to.
- Wiem. Zawsze jakoś sobie radziłam i teraz też powinnam – szeptała, owiewając mi twarz swoim słodkim oddechem. – Mam dla ciebie propozycje. Pokazałbyś mi dzisiaj miasto? Bardzo zależy mi na tym, aby je poznać, a ty wydajesz mi się na miłego.
- Dobrze – zgodziłem się, rezygnując z zakuwania i użerania się ze współlokatorem. – Nie ma sprawy, tylko jest taki problem, że nie mam za wiele gotówki, aby zaproponować ci wypad do najciekawszych lokali.
- Nie martw się o to – odparła, łapiąc mocno moją rękę, ciągnąc z powrotem w stronę przystanku tramwajowego. – Więc ruszajmy, bo zastawiamy ludziom przejście.
Poddałem się jej woli, przyśpieszając kroku. Szliśmy obok siebie, dotykając nawzajem swych rąk – w drugiej trzymałem zwrócone materiały na uczelnie. Gdy dotarliśmy do skrzyżowania minęła nas grupa pięciu nastolatków w kapturach. Odwrócili się jak na komendę, patrząc na nogi Kornelii. Odważniejszy krzyknął za nami:
- Ale dupa! Kochanie zostaw tego okularnika i chodź do mnie!
Odwróciłem się razem z nią do wyrostków. Kornelia roześmiała się w głos i wyprostowała środkowy palec wolnej ręki w najbardziej znanym geście powitalnym. Zawtórowałem jej w tym. Zanim zdążyli zareagować pobiegliśmy na podjeżdżający właśnie tramwaj. Wsiedliśmy do niego, podążając ku centrum Szczecina, gdzie czekała na mnie najbardziej niezwykła przygoda mojego życia.
3
- Masz dziewczynę? – spytała Kornelia przy czym puściliśmy się, zajmując dwa siedzenia w tramwaju. Jej otwartość znowu sprawiła, że zaniemówiłem. – Chyba zadaję pytania trochę nie na miejscu, co? Tym bardziej, że się nie znamy. Ale zawsze wyznawałam zasadę, że lepiej zwierzać się nieznajomemu, niż przyjacielowi, ponieważ na opinii najbliższych za bardzo nam zależy i nigdy nie powiemy tego, co naprawdę trawi naszą duszę.
- Nie, nie mam – powiedziałem z trudem. Nagle postanowiłem opowiedzieć jej o moich doświadczeniach z kobietami, nie patrząc na otaczających nas ludzi, zapominając o wstydzie. – Nigdy nie należałem do otwartych osób, szybko nawiązujących znajomości. Z dziewczynami szło mi szczególnie topornie. Zawsze w ich pobliżu język odmawiał mi posłuszeństwa, a jeśli już pozwalał wypowiedzieć jakieś słowo, to na ogół było bezsensowne. Za całe życie udało mi się tylko kilka razy którąś pocałować, czy dotknąć. Dzisiejsze trzymanie ciebie za rękę stanowi chyba rekord w tym zakresie. Nigdy nie odnajdowałem w sobie na tyle odwagi, aby stworzyć związek. Teraz, gdy studiuję, mam niewiele czasu na cokolwiek oprócz nauki, więc żyje sam nie licząc współlokatora.
- To przykre.
Nie powiedziałem nic, tylko wzruszyłem ramionami.
- Zawsze mnie dziwiło to, że na świecie jest tyle świetnych chłopaków, a nie potrafią pokonać nieśmiałości, skazując się na samotność. Z dziewczynami wygląda to dosyć podobnie. Również boją się zrobić pierwszy krok, przez co obydwie strony cierpią. Ja zawsze byłam bezpośrednia, co niektórym nasuwało skojarzenia, że jestem łatwa. Ale nic z tego. Jeśli nie zobaczę w mężczyźnie czegoś szczególnego, to może sobie tylko pomarzyć o mnie.
- A co dostrzegłaś we mnie, bo na pewno nie zwrócił na mnie uwagi wygląd?
- Powiem ci później – rzekła uśmiechając się, ukazując te wspaniałe zęby oraz pogłębiając dołeczki w policzkach. – Nie przejmuj się wyglądem. Nie on świadczy o człowieku, a dusza i serce.
- Racja – potwierdziłem.
Zamilkliśmy na kilka chwil. Podziwialiśmy obrazy przesuwające się za szybą. Pokazałem jej palcem stojący na wzniesieniu Zamek Książąt Pomorskich. Spodobała się jej jego architektura. Tramwaj zatrzymał się na przystanku na Wałach Chrobrego i kilkoro pasażerów zbierało się do wyjścia, zapewne kierując się do Porto Grande, albo Chrobrego.
Kornelia ponownie pochwyciła moją wolną rękę. Poczułem ten cudowny prąd przechodzący moje trzewia i uśmiechnąłem się do niej. Jej oczy jaśniały jak dwa szlachetne klejnoty.
- Chodź, wysiądziemy. Pokażesz mi tę część Szczecina.
Wstałem nie protestując, poddając się całkowicie woli nieznajomej kobiety, pochodzącej niewiadomo skąd. Nie wiedziałem czemu, ale ufałem jej bardziej niż swoim przyjaciołom spod Piły.
Pokonaliśmy trzy schodki, aby znaleźć się na chodniku otaczającym przystanek. Po naszym wyjściu tramwaj odjechał trąbiąc krótko dwa razy. Byliśmy tak zaabsorbowani sobą, że nie spojrzeliśmy co spowodowało niepokój motorniczego. Przeszliśmy po pasach na drugą stronę w kierunku Odry, od której dochodził przyjemny chłód.
- Pójdziemy coś zjeść. Tam widziałam restauracje, powinna być dobra. Musimy się pośpieszyć, bo inaczej zmokniemy.
Skierowałem wzrok w górę na niebo. Słońce przesuwało się ku zachodowi nie niepokojone przez żadną deszczową chmurę – widziałem tylko kilka białych obłoczków, układających się w kształt rozwartych warg.
- Raczej nie zanosi się na deszcz – odparłem.
- Tak się tylko wydaje. Zobaczysz, co się będzie działo tak za trzy-cztery godziny. Ale nie martwmy się tym. Chodźmy coś zjeść.
Zamknąłem usta, nie dodając nic więcej.
Przyjrzałem się Kornelii z ukosa chyba po raz tysięczny tamtego dnia. Boże, jak ja musiałem się śmiesznie przy niej prezentować! Ona o idealnym ciele, pięknej twarzy, a do tego dochodziła niespotykana otwartość i bijąca z niej inteligencja, schowana pod uroczą powierzchownością. Ja nieśmiały z okularami o szkłach przypominające denka od butelek Coca-Coli. Skórę pokrywały mi liczne piegi oraz pryszcze, przyjmujące sobie za punk centralny czubek zakrzywionego nosa. Jak już wspominałem wzrostem byliśmy identyczni, lecz posturom nie bardzo. Kornelia miała figurę bez zastrzeżeń, a ja z kolei byłem wątły z wąskimi ramionami i szczupłymi nogami – byle silniejszy wiatr mógł mnie połamać, albo przynajmniej mocno pokiereszować.
Podczas spaceru do Porto Grande włosy się jej rozwiewały, a buty na płaskim obcasie stukały o chodnik. Ludzie nas mijali, odwracając głowy. Mężczyźni wybałuszali oczy, jednocześnie gromiąc mnie zazdrosnymi spojrzeniami. Wtedy to nie się nie liczyło. Oni wszyscy nie istnieli. Byłem tylko ja i Kornelia – nieznajoma mi kobieta, pochodząca z jakiegoś odległego miejsca.
Doszliśmy w milczeniu do drewnianej zabudowy Porto Grande, wchodząc na podest. Podeszliśmy do pierwszego wolnego miejsca dla dwoje, po czym usiedliśmy. Ze względu na trwający tydzień pracy nie towarzyszyło nam wielu klientów – większość z obecnych na ogół nic nie jadła, tylko piła kawę, herbatę lub drinka.
- Trochę mi głupio to mówić, ale nie będę miał za co zapłacić. Stypendium odbieram dopiero… - Kornelia przerwała mi machnięciem ręki, dając do zrozumienia, żebym się tym nie martwił.
- Nie przejmuj się. Doskonale rozumiem twoją sytuacje. Poza tym to ja ciebie wyciągnęłam i teraz moja w tym głowa, abyś dobrze się bawił.
Pomimo jej słów nadal czułem się niezręcznie. Nie przyzwyczaiłem się do tego, że kobieta za mnie płaci.
- Dzień dobry. W czym mogę państwu pomóc? – zapytała się nas kelnerka ubrana w krótką, czarną spódnicę oraz białą bluzkę. Jej ładna, opalona twarz nie wyrażała żadnych emocji, a oczy pozostawały niewzruszone.
- Dla mnie ziemniaki z kotletem z piersi z kurczaka w panierce z migdałów. Do tego surówkę z kapusty pekińskiej oraz wodę mineralną do pica. Na deser pięć gałek lodów bakaliowych w czekoladowej polewie – złożyła zamówienie Kornelia, nie zaglądając do karty dań. Zdziwiło mnie to, bo przecież skąd mogła wiedzieć co podają w tej restauracji, skoro przyjechała spoza Szczecina?
- A co dla pana? – powiedziała kelnerka, odwracając się do mnie.
- To samo, co dla tej pani. Tylko zamiast wody mineralnej Pepsi – odpowiedziałem, odkładając książkę z kartkami na stół pokryty kremowym obrusem.
Kobieta zanotowała sobie zamówienie w notesiku, po czym oddaliła się. Chciałem spytać Kornelię skąd wiedziała, że znajdzie w karcie takie danie, ale postanowiłem się z tym wstrzymać.
- Opowiedz mi o swoich studiach, proszę – zwróciła się w moim kierunku, obdarzając moje oczy blaskiem swoich zębów.
Zaskoczyła mnie ta prośba. Rzadko kto chce słuchać o medycynie, ponieważ dla większości wydaje się ona nudna.
Nie myśląc za bardzo opowiadałem jej o początkach swojej nauki w Szczecinie, o tym jak w liceum zakuwałem dzień i noc, aby dostać się na Pomorską Akademie Medyczną. Przybliżałem Kornelii kulisy histologii, opowiadałem o ludzkich nerwach, tętnicach, mięśniach. Początkowo bałem się, że ją tym uśpię, ale nawet gdy jedliśmy ona słuchała mnie, od czasu do czasu o coś pytając. Poświęcała mi całą swoją uwagę, a ja plotłem jak najęty. Byłem w swoim żywiole i pierwszy raz znalazłem wdzięcznego słuchacza.
Podczas tego monologu robiłem przerwy na włożenie do ust porcji surówki, kotleta bądź ziemniaków. Mój żołądek przyjmował pokarm z pomrukiem aprobaty – pewnie cieszył się z tego powodu, że w końcu podaje mu coś innego od suchego pieczywa oraz ropy naftowej przed rafinacją, na którą wyglądała moja studencka kawa.
Aż do dziś dnia pamiętam zapach Odry płynącej w pobliżu, mieszający się z perfumami Kornelii i pozostałych ludzi w lokalu. Gwar panujący w koło był znośny, a woń gotujących się potraw wzmagała apetyt. Jednak najżywsze wspomnienie dotyczy jej, pierwszej kobiety – i jak na razie jedynej – w której zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ten uśmiech zniewalał. Lazurowe oczy hipnotyzowały. A kształt ciała oraz inteligentne pytania wprawiały w zakłopotanie. Każdemu w takiej sytuacji serce szybciej by zabiło. Ze mną nie stało się inaczej. Poczułem rodzącą się pokusę, ażeby złapać ją za rękę, przybliżyć usta do jej ust, po czym pocałować. Później wstalibyśmy, zostawiając kelnerkę i innych ludzi w cholerę, uciekając w cisze – we własne ramiona spragnione bliskości…
4
Skończyliśmy jeść w około dwadzieścia minut po podaniu zamówienia. Opieraliśmy się syci na drewnianych krzesłach. W ustach pozostał mi smak lodów zjedzonych na deser – pożegnałem go szybko, wypijając swoją Pepsi do dna.
- Przyszyły lekarz, a żołądek sobie niszczy – skarciła mnie, uśmiechając się.
- No cóż, tak bywa. To jedno z moich spaczeń, na które niestety na ogół nie mam pieniędzy, co pewnie na dobre wychodzi. Winowajcą za ten nałóg jest mój wujek. Prawie zawsze, jak przyjeżdżałem do niego będąc małym, zabierał mnie ze sobą na różne wycieczki. Dzięki niemu poznałem Kraków, Zakopane, Nowy Sącz czy Limanową. Podczas tych eskapad wypijaliśmy morze Pepsi, choć on czasami przerzucał się na piwo. Po powrocie do domu obiecywałem, że nie ruszę więcej tego świństwa, ale jak widzisz nic z tych przyrzeczeń nie wyszło.
Roześmiała się, a ja zawtórowałem jej.
- To świetnie mieć kogoś takiego.
- Jasne – mówiąc pokiwałem głową. – A ty dużo zwiedziałaś razem z rodzinom?
- Nie, w ogóle ich nie widywałam – zasępiła się. – Opiekowała się mną starsza kobieta, którą kochałam mocniej niż matkę i ojca razem wziętych. Reszty rodziny nie poznałam, ponieważ żyje gdzieś w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie. Smutne to, ale przyzwyczaiłam się.
W tej wypowiedzi po raz któryś z kolei miałem wrażenie, że nie słyszę całej prawdy. Ale kim ja byłem dla niej, aby zwierzała mi się ze swoich problemów? Otóż formalnie byłem nikim, nieznajomym okularnikiem o imieniu Paweł, studiującym medycynę na PAM-ie.
Kornelia poruszyła dłonią, wołając w ten sposób do siebie krążącą niedaleko kelnerkę.
- Proszę o rachunek.
- Dobrze, za chwilę go przyniosę.
- Gdzie masz ochotę teraz iść? Na pobliski zamek, basztę, albo na Bramę Portową lub Królewską? – spytałem.
- Nie chce zwiedzać zabytków. Zaprowadź mnie do najbliższego kina. Obejrzymy sobie jakiś film, a później coś wymyślimy. Akurat wyrobimy się przed deszczem.
Uniosłem brwi, nie ukrywając zaskoczenia. Jednak słowo Kornelii wtedy stanowiło dla mnie rozkaz, więc nie zaprotestowałem – a poza tym, to ona płaciła.
- Oto państwa rachunek – zakomunikowała kelnerka, kładąc tackę z kartką papieru na stole.
Kornelia nie przyjrzała mu się, tylko wstała, przybliżając swoje usta do ucha kelnerki. Szepnęła jej kilka słów, po czym odsunęła się.
- Chodźmy. Na nas już pora – powiedziała do mnie, ale ja sparaliżowany siedziałem. – No chodź! – ponaglała.
Złapała moją dłoń i książkę z kartkami ksero, ciągnąc do góry. Wstałem jak we śnie, nie rozumiejąc co się dzieje.
- Do widzenia. Dziękuje za napiwek i zapraszamy ponownie – usłyszałem schodząc z podestu.
Zanim podążyliśmy w drogę powrotną odwróciłem głowę, żeby dostrzec machającą nam na pożegnanie kelnerkę. Na jej twarzy malowało się otępienie, wymieszane z radością.
- Co jej powiedziałaś? Dlaczego wyszliśmy nie płacąc za jedzenie? – wydyszałem.
Ona nie odpowiedziała, tylko szła dalej pośpiesznie przebierając zgrabnymi nogami.
- Kornelia?!
Przystanęła słysząc dźwięk swojego imienia. Wyglądała tak, jakby jeszcze kilka sekund temu znajdowała się gdzieś indziej. Poczułem wbijającą się w serce igłę niepokoju.
- Co jej powiedziałaś? Dlaczego wyszliśmy nie płacąc za jedzenie? – powtórzyłem.
- Nieważne, dowiesz się później.
- Ale... – nie udało mi się dokończyć tego zdania, gdyż przybliżyła się, dociskając swoje ciało do mojego. Wystawiła wargi muskając moje. Zadrżałem. Później zarzuciła mi ręce na szyje, wypuszczając książkę z kartkami na chodnik. Złączyliśmy swoje usta, napawając się ich ciepłem, wilgocią oraz słodyczą. Na samo wspomnienie pierwszego pocałunku z tą kobietą przechodzą mnie dreszcze.
Musnęliśmy się językami, aby zaraz odsunąć się od siebie. W głowie myśli wirowały mi z siłą tornada, a świat chwiał się w posadach.
- Chodźmy – powiedziała schylając się po upuszczone materiały. Pomogłem jej w zbieraniu rozwianych przez wiaterek kartek. Następnie ruszyliśmy. Prowadziłem nas do kina Delfin.
Spacer był długi i niemal przez całą drogę milczeliśmy. Nie przeszkadzało mi to jednak. Mimo swych obaw, co do zajścia w Porto Grande, czułem się u boku Kornelii jak przy starym przyjacielu, przy którym nawet cisza jest przyjemna.
Mijały nas grupy ludzi, spacerujące po ciężkim dniu pracy. Dzieci biegały za sobą, a nastolatki śmiały się z opowiadanych historyjek lub kawałów. Smog miasta nie dawał się mocno we znaki, a trąbienie klaksonów również nie zakłócało spokoju tego dnia. Na niebie wciąż nie pojawiła się najmniejsza chmurka zapowiadająca opady.
Przed wejściem do kina Kornelia uśmiechnęła się mówiąc przy tym:
- Trzymaj mnie mocno za rękę, a wejdziemy na seans niezauważeni.
Już miałem się odezwać, lecz dała mi znak, abym milczał.
Zeszliśmy w podziemie, gdzie mieściła się kasa biletowa. Ominęliśmy kasjerkę z ochroniarzem stojących przy otwartej, metalowej furtce. Wyścielona czerwonym materiałem poczekalnia – z wiszącymi wszędzie plakatami – była pusta. Skręciliśmy na schodki prowadzące na sale kinową. Idąc po nich słyszałem głos aktora krzyczącego na kogoś. W przejściu minął nas szpakowaty mężczyzna po czterdziestce z plakietka głoszącą: Grzesiek – kierownik.
Zląkłem się, że poprosi od nas bilety, ale tak samo jak ochroniarz i kasjerka nie powiedział nic.
Wspięliśmy się do ostatniego rzędu, pochylając głowy. Film oglądało może z dziesięć osób, rozproszonych w różnych miejscach sali. Usiedliśmy mniej więcej po środku, przybliżając się do siebie. Zdążyłem tylko zobaczyć twarz Nicolasa Cage’a oraz Elizabeth Sue, ponieważ Kornelia zasłoniła mi ich, pochylając głowę bliżej moich ust.
Pocałowałem ją, a ona oddała pieszczotę.
Z dalszej części seansu pamiętam tylko dotyk jej skóry i warg. Nasze oddechy przyśpieszały się, domagając rozładowania napięcia, które miało nie nadejść w tym ciemnym pomieszczeniu, rozświetlanym przez promienie padające z projektora. Było niewygodnie, gdyż wówczas nie budowano kin ze złączonymi siedzeniami dla par, lecz nie przejmowaliśmy się tym.
Moje i jej lęki odeszły zatopione w bliskości innego człowieka – w bliskości, która wprawiała w drżenie nasze ciała, a z nim serca wypełniały się miłością.
5
Wychodziliśmy na zewnątrz przez wąski korytarz o nisko zawieszonym suficie. Panowała w nim taka sama ciemność jak na sali kinowej, rozjaśniana tylko podświetlanym na zielono napisem głoszącym: Wyjście. Idący obok ludzie zdawali się nie widzieć mnie oraz Kornelii, jakbyśmy stali się niewidzialni dla reszty świata.
Jedna z osób otworzyła drzwi, przez które wyszliśmy z powrotem na dwór. Spodziewałem się szoku wywołanego nagłym przypływem jasności, ale nic takiego się nie wydarzyło, ponieważ chmury zakryły niebo, przez co Szczecin skrywał się w przedwczesnym mroku. Kornelia miała racje mówiąc, że będzie padać – tylko skąd ona to wiedziała?
Jak na komendę z nieba spadły pierwsze krople rosząc nam włosy i ramiona. Wziąłem od Kornelii swoje rzeczy, wkładając je do wewnętrznej kieszeni dżinsowej kurtki; następnie ściągnąłem ją, zarzucając jej na ramiona.
Zrewanżowała się pocałunkiem.
- Miałaś racje z tym deszczem.
- Wiem. Od samego rana czułam w kościach, że będzie padać. Za chwilę zacznie grzmieć. Musimy się schować.
- Tylko gdzie? Do mojej stancji jest stąd daleko i zanim tam dotrzemy, to nie zostanie na nas sucha nitka – moje słowa wymieszały się z hukiem gromu.
- Mam pewien pomysł.
Spacer nie trwał długo. Przeszliśmy przez pobliski park, gdzie widzieliśmy jak ludzie zbierają się do odejścia, aby schronić się w swoich domach przed pogarszającą się pogodą. Za ostatnim drzewem biegł chodnik, a nim można było dojść do pobliskiej ulicy i szeregu kamienic przy niej.
Prawie biegnąc wpadliśmy do klatki schodowej. Kornelia prowadziła mnie na trzecie piętro, a nasze kroki niosły się echem po opustoszałych pomieszczeniach. Gdzieniegdzie na podłodze leżało sporo tynku; depcząc po nim zostawialiśmy ślady butów. Skryliśmy się w pokoju na końcu korytarza.
Ściany nosiły ślady użytkowania, podłogę pokrywały gazety oraz szczątki książek. Ktoś wybił okno, ale załatano je fragmentem folii i taśmą klejącą. Zdziwiłem się widząc pod jedną ze ścian materac w dobrym stanie – widocznie w nowym mieszkaniu już nie był nikomu potrzebny.
- Ogrzej mnie – wyszeptała mi do ucha Kornelia, zrzucając z siebie moją katanę; upadła na posadzkę wzbijając w powietrze drobiny kurzu.
Przełknąłem ślinę, hamując drżenie ciała. Ona stała na wyciągnięcie ręki czekając tak samo, jak wtedy w zaułku. Uśmiechała się, ale pomimo tego dostrzegłem, że również się denerwuję. Nie po raz pierwszy pomyślałem, co ja w ogóle robie z tą kobietą, przecież nic o niej nie wiem, a poza tym dziwnie się zachowuję?
Nie zdążyłem sobie odpowiedzieć na te pytanie, ponieważ ona wykonała pierwszy ruch.
Potrząsnęła głową rozrzucając mokre włosy. Później podeszła bliżej dociskając swoją postać do mojej. Nasze serca zabiły obok siebie i poddaliśmy się pożądaniu, kwitnącym w nas od dłuższego czasu.
Opadliśmy na materac zjednoczeni w pocałunku, wymieniając oddechy. Skórę pokrył nam lepki pot. Dotykałem rękoma piersi Kornelii, a przy każdym takim ruchu drgaliśmy razem. Muskaliśmy się językami, obcałowywaliśmy nawzajem swe nosy, powieki oraz podbródki. Trzęsącymi się palcami odciągnąłem na bok ramiączka czerwonej sukienki – ona złapała ją, po czym unosząc się na moment ściągnęła całkiem.
Miała na sobie białą, koronkową bieliznę.
Poddałem się jej woli, zdany na łaskę i nie łaskę.
Po kilkudziesięciu sekundach leżałem obok niej bez swetra. Ze spodniami poszło gorzej, ponieważ liczyły sobie pięć guzików przy rozporku. Ręka Korneli powoli rozpinała je, muskając mnie przy tym w najczulszym miejscu. Po chwili również zostałem tylko w bieliźnie.
Nie przestawałem całować, kiedy postanowiłem rozpiąć jej stanik. Sięgnąłem Kornelii za plecy, wymacując zapięcie. Nie wiedziałem jeszcze, że to takie trudnie zajęcie dla osoby bez wprawy. Mocowałem się z nim. Odsunąłem usta od twarzy Kornelii, po czym roześmiałem się.
- Cholera, nie wiedziałem, że to takie kłopotliwe.
- Widzisz, co ja musze codziennie znosić? – odpowiedziała i razem leżeliśmy zaśmiewając się, rozładowując w ten sposób napięcie między nami.
- Nie spiesz się, a na pewno ci się uda.
Dostosowałem się do polecenia i ku mojej satysfakcji rozpiąłem stanik. Zsunąłem ramiączka, aby następnie pociągnąć za nie, odrzucając go na bok.
Przykładałem wagi do stwardniałych brodawek muskając je. Przesunąłem językiem po cudownym wgłębieniu między piersiami spełniając swoją fantazję z tramwaju. Słyszałem jej przyśpieszony oddech. Widziałem jak drży, oblewając się rumieńcem na wspaniałym ciele. Powtarzałem pieszczoty, które sprawiały jej najwięcej przyjemności, a ona także dotykała mnie w najwrażliwszych punktach.
Robiła to tak, jakby znała mnie od dziecka, jakby od dawna była mi przeznaczona.
Po niezliczonych minutach nasza cała odzież wylądowała poza materacem. Kornelia widziała mnie nago, przyjmując to z pomrukiem aprobaty. Ja skupiłem wzrok na ścieżce krótkich, ciemnoblond włosów porastających jej łono.
Odsunęła się ode mnie i wstała.
- Nie zrób mi krzywdy, proszę – wyszeptała.
- Nie zrobię. Nie mógłbym.
- Połóż się na plecach.
Tak samo jak wcześniej spełniłem jej rozkaz. Usiadła na mnie okrakiem, a odstająca część mego ciała zanurzyła się w jej środku. Było wystarczająco jasno, abym zobaczył chwilowy grymas bólu i stróżkę krwi wypływającą z niej. Zaczęliśmy poruszać się we wspólnym rytmie, który przez nasze niedoświadczenie bywał nierówny – czasami zbyt pośpieszny i gwałtowny.
Z dalszych minut pamiętam tylko zapach potu Kornelii mieszający się z perfumami, krople deszczu uderzające o parapet za oknem oraz nasze przyśpieszone oddechy niknące w hukach gromów. Pod koniec dyszeliśmy ze zmęczenia, tak naprawdę go nie odczuwając, pragnąc zatrzymać ten moment na zawsze. Po dziś dzień tamto wydarzenie stanowi dla mnie cud, który nigdy się nie powtórzył, gdyż kolejne kontakty z kobietami – mimo poprawiającej się techniki – nie miały w sobie tyle spontaniczności i piękna – wszystko to było miernym naśladownictwem pierwszego razu.
Podziwiając kształty Kornelii zdawało mi się, że wzlatuje coraz wyżej i wyżej, niemal dosięgając nieba. Gdy nadszedł szczyt poczułem jak gwałtowanie spadam na dół, a moje zmysły zatopiły się w błogiej nieświadomości. Opadła na mnie – objęliśmy się. Odpoczywaliśmy napawając się ciepłem rozgrzanych organizmów.
Drgaliśmy z rozkoszy, wycieńczenia oraz strachu, że coś nam to piękno zabierze.
Zanim wyszliśmy z budynku kochaliśmy się jeszcze dwa razy. Z taka różnicą, iż ja położyłem się na niej, zadzierając biodra w górę. Tonęliśmy w adrenalinie, kojąc nerwy dotykiem spoconych dłoni bądź muśnięciami wilgotnych warg.
6
Na dworze już nie padało, lecz w powietrzu unosił się przyjemny zapach ozonu. Szliśmy w kierunku stacji trzymając się za ręce. Rozmawialiśmy o moim dzieciństwie, planach na przyszłość lub po prostu żartowaliśmy z polityków. Śmialiśmy się dużo, szczególnie gdy opowiadałem jakieś kompromitujące sceny z czasów podstawówki.
Nadal czułem smak ust Korneli na sobie, nie wiedząc, że po dwudziestu latach ciągle będę go pamiętał. Nie potrafiłem przekonać siebie, iż ona – ta piękna istota w czerwonej sukience – w tak krótkim czasie wykrzesała ze mnie tyle śmiałości, której nie umiałem wcześniej odnaleźć. Odnosiłem wrażenie, że tamten majowy dzień był tylko urojeniem, marzeniem sennym o zabarwieniu erotycznym.
Dotarliśmy do zaułku, w którym zamieniłem z Kornelią pierwsze słowa. Stąd do mojej stancji pozostała niedaleka droga i cieszyłem się na myśl, że nie spędzę nocy samotnie w towarzystwie gburowatego współlokatora. Byłem głupi ufając w swoje i jej bezpieczeństwo. Przez utrzymujące się w moim organizmie podniecenie nie zauważyłem zmiany nastroju Kornelii.
Dodatkowo nie obchodziła mnie nadchodząca, majowa noc. Liczyłem się tylko ja i ona – nasz wspólnie spędzony czas. Nie rozglądałem się na boki ulic, gdzie stało wiele mrocznych postaci w kapturach pozasuwanych na głowy; unikali świateł latarni tak, jakby mogło wyrządzić im krzywdę.
Wędrując zaułkiem w stronę mieszkania opowiadałem o tym jak będąc małym przygryzłem wiertło u dentysty. Kornelia słuchała mnie, lecz uśmiech zniknął z jej twarzy. Wtedy nie zastanawiałem się nad tym, przyjmując za oczywiste fakt, że i ona myśli o nas – o tym, co wydarzyło się przed kilkudziesięcioma minutami.
W trzydzieści sekund później brutalnie uświadomiono mnie, iż jej powaga dotyczyła czegoś odmiennego.
Zanim zdałem sobie sprawę z tego co się dzieje, otoczyły nas cztery wysokie – wręcz patykowate – osoby w kapturach zaciągniętych na głowę. Znajdowaliśmy się akurat pośrodku między dwoma latarniami, więc widoczność stała się ograniczona. Poczułem jak Kornelia zadrżała.
Uniosłem wzrok, aby trafić na gorejące czerwonym balaskiem oczy.
- Bierzcie ją! – wrzasnął ten naprzeciwko mnie do pozostałej trójki.
Tamci zacieśnili krąg, wyciągnęli długie, zakończone ostrymi paznokciami dłonie łapiąc Kornelie za ramiona.
- Nie! – odkrzyknąłem.
W przypływie odwagi rzuciłem się na pierwszego z brzegu. Zrobiłem zamach, po czym skierowałem rozpędzoną pięść prosto w niewidoczną twarz istoty. Przy uderzeniu poczułem się tak, jakbym walił dłonią w ścianę złożoną z desek. Jęknąłem z bólu, z przerażeniem widząc jak postać przede mną nawet się nie zachwiała.
Czerwone oczy zaświeciły z oślepiającą mocą. Później zakończone szponami ręce wbiły mi się w podbrzusze. Krzyknąłem, lecz nie upadłem na ziemię. Ponowiłem atak ignorując krew plamiącą mój sweter. Za drugim razem moja dłoń nie zbliżyła się do twarzy istoty, ponieważ ona okazała się szybsza i zdzieliła mnie w nadgarstek. Kości strzeliły, a ja opadłem na kolana tłumiąc łzy.
Wtedy myślałem, że to już koniec.
Postać obok chciała uderzyć mnie skroń. Uniosłem sprawną rękę zasłaniając się. Cios nigdy nie nadszedł, gdyż wówczas Kornelia odezwała się:
- Zostawcie go! Natychmiast!
Zamglonymi oczami przyjrzałem się jej.
Głowę Korneli otoczył welon białego światła. Widziałem jak cztery istoty pochylają się, zasłaniając twarze tak, aby jasność ich nie raziła. Słyszałem ich ciche pojękiwania.
- Zostawcie go – powtórzyła. – On niczemu nie jest winny. Odejdźcie i powiedzcie, że wrócę. Tylko, proszę, nie róbcie mu krzywdy.
Istoty nie odpowiedziały nic, tylko pokiwały głowami. W mgnieniu oka cztery patykowate postacie zmieniły się w pełzające cienie, które wspinały się po ścianie budynku. Gdy dotarły do krawędzi dachu zniknęły tak, jakby nie istniały.
Padając twarzą na chodnik zadrżałem. Kornelia doskoczyła do mnie, odwracając moje poranione ciało na plecy. Krwawiłem z brzucha, a ręka promieniowała przenikliwym bólem. Jako przyszły lekarz wiedziałem, że umieram – cios dziwnej istoty rozszarpał mi jelita z wątrobą.
- Oddychaj głęboko – szeptała – nic ci nie będzie. Zobaczysz.
Powiedziawszy te słowa pochylił się nade mną. Przyłożyła usta do mych ust.
Tego pocałunku nie da się opisać. Mogę powiedzieć tylko tyle, że początkowo wstrząsnął mną spazm bólu, a później zamknąłem oczy pogrążając się w cudownym uczuciu wznoszenia się. Kornelia pieściła moje wargi, język i kąciki ust. Jednak to było najmniej ważne. Piękno tkwiło w tym, co wtedy widziałem. Zdawało mi się, iż pokonuje białe obłoki w słoneczny dzień. Wznosiłem się wyżej i wyżej, aż w końcu przebrnąłem przez ostatnią chmurę, a za nią dojrzałem pozłacane wrota rozświetlane oślepiającym blaskiem. Otwierały się, jakby zachęcały mnie do przestąpienia ich progu.
Nie było mi jednak dane tego uczynić, ponieważ pocałunek się skończył; pod powieki wróciła dobrze znana ciemność. Otworzyłem oczy, aby popatrzeć na uroczą twarz pochylającą się nade mną.
- Wszystko będzie dobrze – wyszeptała Kornelia, a ja wierzyłem w jej słowa. Pogładziła mnie po włosach; uśmiechnąłem się do niej.
- Kto to był?
- Strażnicy – odparła. – Nie mówiłam o swojej rodzinie, ponieważ nigdy jej nie miałam. Pochodzę z miejsca, które widziałeś za zamkniętymi powiekami. Uciekłam z niego, mając dosyć ciągłego wyzysku. Chciałam poznać i poczuć to, co piękne w życiu człowieka. Oni zstąpili za mną, aby sprowadzić z powrotem. Są strażnikami porządku i ładu, odpowiadając jednocześnie za to, aby żaden z aniołów nie pojawił się na ziemi.
Teraz będę musiała odejść. Wrócę tam, bo jeśli tego nie zrobię, to zginiesz ty i wszyscy, którzy mnie spotkają. Dziękuję za dzisiejszy dzień. Proszę, pamiętaj o mnie i bądź dla każdej kobiety taki, jaki byłbyś dla mnie.
- Powiedz mi dlaczego właśnie ja? Przecież nie ma we mnie nic specjalnego?
- Mylisz się – odpowiedziała podnosząc się na nogi. – Wybrałam ciebie, ponieważ masz w sobie dobro. Chcesz pomagać innym, lecz także potrzebowałeś pomocy. Przykro patrzyło się na to, jak żyjesz w samotności. Pamiętaj, że nie wygląd świadczy o człowieku. Przykładem może być kelnerka z restauracji. Oszukiwała klientów naliczając zbyt duże rachunki. Za to należała się kara. Teraz zapłaci z własnej kieszeni za nasz obiad. Może się czegoś nauczy.
Próbowałem się podnieść, ale nie udawało mi się.
- Poczekaj! Nie odchodź, kocham cię! – wydyszałem.
- Wiem. Ale jestem zobowiązana wrócić. Inaczej źle się to skończy. Dziękuję za całe piękno, jaki mi dałeś. Za smak twoich ust, dotyk dłoni oraz ułamki sekund bez tchu. Pamiętaj o mnie, a jeszcze kiedyś się spotkamy. Żegnaj, kochany – wyłkała.
Zanim odeszła pochyliła się i złożyła na mych wargach ostatni pocałunek. Smakowała niczym dojrzała brzoskwinia, a jej włosy wraz z ciałem pachniały magnoliami.
Następnie odsunęła się ode mnie. Światło rozświetlające jej włosy rozjaśniło się. Widziałem jak moja dżinsowa katana oraz czerwona sukienka pękają w szwach. Bielizna opadła z ciała, odsłaniając piersi Korneli oraz krótko ścięte włosy pod brzuchem. Zza pleców rozłożyły się białe skrzydła o rozpiętości ponad dwóch metrów. Machnęła nimi gubiąc pióra. Uśmiechnęła się do mnie, po czym oderwała stopy od ziemi wznosząc się do nieba. Zniknęła tak szybko z mojego życia, jak się w nim pojawiła. Ostatni widok, jaki mam w pamięci, to ten jak szybuje ponad budynkami Szczecina.
Pod koniec błysnęło i odeszła razem z gasnącym światłem.
Zamknąłem oczy. Już nie tłumiłem łez. Płakałem leżąc na zwilgotniałym chodniku, nie przejmując się swoim stanem zdrowia. Pogrążyłem się w ciemnościach, mając nadzieję, że rozjaśnią się i ponownie ujrzę Kornelie w czerwonej sukience z tym jej uśmiechem zdobiącym twarz.
7
16 maja 199. roku obudziłem się w szpitalu. Ku mojemu zdziwieniu ręka nie uległa złamaniu, a na brzuchu pozostało tylko kilka głębszych zadrapań. Znalazła mnie grupka nastolatków w kapturach, jak leżałem nieprzytomny. Zadzwonili na pogotowie, a ono dla pewności zawiozło mnie na izbę przyjęć.
Od tamtej pory minęło dwadzieścia lat. Teraz jestem znanym na całą Polskę chirurgiem, angażującym się w działalność charytatywną. Mam żonę, syna oraz dwie córki. Żyje szczęśliwy u ich boku, ofiarowując im to, co we mnie najlepsze. Staram się spełniać prośbę Kornelii i szanuję napotykane kobiety, nawet gdy one są niemiłe. Całym sobą wierze w to, że tak naprawdę w każdej z nich można odnaleźć dobro – część anioła.
Często podczas pracy wspominam 15 maja 199., przywołując uśmiech kobiety w czerwonej sukience. Dodatkowo mam jedno z piór, jakie zgubiła podrywając się do lotu. Wącham je czasami, aby przypomnieć sobie zapach magnolii unoszący się z rozgrzanego ciała Kornelii.
Po jej odejściu byłem pewny, że nie pokocham nikogo więcej. Myliłem się jednak w tej kwestii. Jeszcze w tym samym roku poznałem Aleksandrę – swoją przyszłą żonę. Zakochałem się w niej po kilku wspólnie spędzonych tygodniach. Wspaniale jest nam razem. Rozumiemy się bez słów, a w dzieciach widzimy odbicie naszej miłości.
Gdy spytała mnie o mój pierwszy raz z kobietą opowiedziałem powyższą historię, zmieniając zakończenie. Nie mam pojęcia, czy uwierzyłaby w istnienie Kornelii nie z tego świata, lecz wiem jedno: anioły są wśród nas i tak samo jak inni pragną czułości, dotyku zniecierpliwionych palców oraz bezdechu. Chcą być kochane. Chcą mieć blisko siebie drugie serce, skaczące w piersi od nadmiaru uczuć. A tylko od nas – mężczyzn – zależy, czy im to wszystko ofiarujemy, nie życząc za wiele w zamian.
KONIEC
Szczecin –Wielgowo
7 – 14 maja 2006 roku
Czytając powyższą opowieść tylko utrzymałem się w przekonaniu, że nadal – mimo mijającego czasu – jestem niepoprawnym marzycielem. Upływ lat i przeżycia, jakich doświadczyłem, nie zmieniły we mnie postrzegania świata. Może stałem się tylko bardziej zamknięty w sobie, wyrażając dręczące mnie myśli przez pisane prace. Czerwona sukienka jest odmiennym przykładem mojej twórczość. Od samego początku miała być to historia o miłości, lecz także o szczęściu z nią związanym. Nie chciałem nikogo uśmiercać, a końcówka – przybycie dziwnych istot – od samego początku stanowiła tylko tło do relacji Anioł (kobieta) – Mężczyzna. Na obecną chwilę nie umiem ocenić tego opowiadania. Zdaje sobie sprawę z jego błędów, lecz chyba nie skopałem zbyt dużo rzeczy. Zapewne jutro zabiorę się za kolejną pracę. Dziękuje osobą, które dotarły aż tutaj stwierdzając, że moja opowieść ma coś w sobie. Czerwoną sukienkę dedykuje moim dwóm wiernym Czytelnikom – Siostrze i Malwinie – których opinie mają największy na mnie wpływ. Mam nadzieję, że uśmiechnęły się choć raz podczas lektury.
Aha, co do Szczecina w powyższym opowiadaniu, to nie jest on zbyt realny, ale taki był mój zamiar. Wspomniana restauracja Chrobry nie istniała wtedy – nie wiem, czy Porto Grande również funkcjonowało w latach ’90. W opowieści pojawiają się nazwy niektórych miejsc, ale z nazewnictwa ulic zrezygnowałem z sobie tylko znanych powodów – lubię niedopowiedzenia:) To tyle. Jeszcze raz dzięki za poświęcenie mi swojej uwagi, bowiem jeśli ktoś mówi, a nikt go nie słucha, to wtedy jest niemy…
Ogór
[ gaau@wp.pl ]
|