|
I
Góry to piękne miejsce. Właśnie dlatego grupa przyjaciół wybrała się by zdobyć kilka szczytów w stosunkowo dalekich od ich rodzinnej miejscowości górach, w sąsiednim kraju. Wakacje miały się ku końcowi, ale sierpniowe słońce wciąż dość mocno przygrzewało. Temperatury nocą także były na tyle wysokie, by pozwolić sobie na spanie w namiocie bez obaw o przeziębienie. W górach gdzie wędrowali nie było schronisk ani szlaków, więc musieli poruszać się na przełaj. Okolice, które przemierzali były okolicami dzikimi. Nikt tu nie mieszkał i nikt tu nie chodził. Turystyka nie leżała w guście miejscowych ludzi. Poza tym nie lubili tych gór. Nikt nie mówił im dlaczego, ale tubylcy po prostu nimi nie chodzili. Biedny kraj nie miał też pieniędzy na tworzenie szlaków, więc jedynymi bywalcami dziczy byli rzadko tutaj przybywający entuzjaści gór. Tak więc Adam, jego siostra Ewa, oraz ich przyjaciele jeszcze z czasów dzieciństwa; Adrian i Magda raźno kroczyli po kolejny szczyt. Było już popołudnie a nocleg zaplanowali dopiero po drugiej stronie wyrastającego przed nimi masywu. Według mapy miał trzy tysiące dziewięćdziesiąt dwa metry. Pozostało jeszcze może półtorej kilometra. Planowali je przebyć w ciągu pięciu godzin, tak by na dziewiętnastą znaleźć się w lesie po drugiej stronie i móc rozbić obóz.
Maszerowali w górę, starając się pokonać ostry fragment w miarę szybko. Zatrzymali się jednak na moment by zaczerpnąć tchu i wypić po kilka łyków wody. Adrian pociągnął ostro z butelki, aż się zakrztusił. Parskając zaczął wkładać butelkę na powrót do plecaka. Magda poklepała go mocno po plecach celem wytrząśnięcia wody z miejsc gdzie być jej nie powinno.
-Dzięki - powiedział do niej Adrian po chwili, gdy był już w stanie przemówić.
-Ależ nie ma sprawy. - odrzekła Magda z uśmiechem - Polecam się na przyszłość. To jak? Idziemy dalej?
Adama zawsze zadziwiały niespożyte pokłady energetyczne drzemiące najwyraźniej w Magdzie.
-Czy ty nigdy nie jesteś zmęczona? - spytał z zaciekawieniem.
-Tylko czasami. Teraz nie. Ale myślę, że gdy wyjdziemy na szczyt to trochę będę. - zaśmiała się szelmowsko. - Ewka, idziesz?
-Idę, idę... - odparła dziewczyna wstając.
Ruszyli dalej i zdobyli szczyt zgodnie z planem. Analizując możliwe drogi zejścia stwierdzili jednak, że może im to zabrać nieco więcej czasu niż się spodziewali.
-A może tędy, trawersem, a potem ostro w dół, tam... Nie, nie tam... Tam! - Adam wskazywał siostrze swoje plany.
-Gdzie?
-No tam, kurczę, ślepoto, patrz gdzie pokazuję...
Ewa spojrzała i stwierdziła jednoznacznie, że zejście jest za ostre, a poza tym za duże ryzyko, że po prostu nie będzie możliwości zejścia. Zostaliby wtedy zmuszeni do biwakowania w partii szczytowej a tego chcieli uniknąć.
Adrian tymczasem studiował mapę wspólnie z Magdą. Po chwili zawołali kłócące się rodzeństwo:
-Hej, miłości rodzinne, chodźcież tutaj! Mamy inny pomysł.
Adrian wyłożył ich plan i wspólne głosowanie zakończyło się na wyniku trzy do jednego, na niekorzyść Adama, który obstawał przy swoim pomyśle ostrego zejścia. Postanowili spróbować od łagodniejszej strony, poświęcając na to aż dwie i pół godziny, ale nie ryzykując.
Ruszyli więc w dół.
II
Starucha wstała z siennika, zaalarmowana skrzeczeniem oswojonego kruka, który wleciał przez okno i wydzierał się jej nad uchem. Starucha rozumiała mowę ptaka. Starucha nie była bowiem zwykłym człowiekiem. Kiedyś była, ale potem pojawił się on. Dekamruel. Mieszkała wtedy tutaj sama, szukając spokoju na odludziu. Dekamruel też nie był człowiekiem. W zasadzie starucha sama nie wiedziała kim był. Przybył pewnego razu, gdy była jeszcze czterdziestokilkuletnią kobietą do jej chaty i owładnął nią. Początkowo buntowała się, ale wkrótce wola Dekamruela ogarnęła ją samą, zjednoczyła się z jej wolą. Teraz już Starucha nie posiadała swojej woli. Wola Dekamruela była jej wolą. Nie pamiętała ile ma lat. Wiedziała tylko, że dla niej czas liczy się od chwili gdy poznała Dekamruela. Czyli od bardzo dawna.
Ptak wyskrzeczał swoją wiadomość. Starucha zdziwiła się.
-Ludzie? Tutaj? Kim oni są?
Ptak odpowiedział.
-Ilu?
Ptak znów się odezwał.
-Dobrze. Leć i obserwuj ich. Nie będzie trzeba sobie nimi zawracać głowy, chyba, że przyjdą zbyt blisko.
Kruk niczym czarny piorun wyleciał przez okno. Starucha wróciła na siennik i już chciała się położyć, gdy drzwi otworzyły się i stanął w nich monstrualnych rozmiarów szop pracz z pyskiem ociekającym posoką - śladem niedawnego posiłku. Starucha spojrzała nań bez zdziwienia.
-Witaj Dekamruelu. Czy masz dla mnie jakieś polecenia? - Starucha odezwała się z szacunkiem.
Szop nie odpowiedział, ale zaczął się zmieniać. Krótkie owłosione łapska wydłużały się, pysk jął się skracać, a cała sylwetka nabierać ludzkiego wyglądu. Po chwili nie było już szopa, ale przystojny młody mężczyzna. Na Starusze, nieważne kiedy, zawsze robił porażające wrażenie. Wiedziała, że na innych kobietach także. Dekamruel zawsze w ludzkiej postaci wyglądał tak samo. Ile lat by nie minęło, on nie zmieniał się, nie stawał się starszy. Spojrzał na Staruchę i odezwał się:
-Wiesz już, że na nasze lasy przybyli ludzie. Dawno nikogo tu nie było. Wśród nich jest pewna dziewczyna...
-Tak, wiem. Są dwie dziewczyny i dwóch mężczyzn. - Starucha odważyła się przerwać.
-Twój kruk dobrze wypełnia swoje zadanie. - uśmiechnął się Dekamruel. - Jedna z dziewcząt będzie mi potrzebna. Nadaje się...
-Do czego jest ci potrzebna, Dekamruelu? - zdziwiła się Starucha. Do tej pory zawsze unikał ludzi.
-Zobaczysz. Na razie nie wtrącaj się i pilnuj tylko, by nie mieli żadnych przeszkód w dotarciu do jakiegoś bezpiecznego miejsca na nocleg. Takie jest twoje zadanie.
-Oczywiście, zajmę się tym. - Starucha kiwnęła głową.
-Dziękuję. - Dekamruel odwrócił się, otworzył drzwi i wyszedł.
Starucha została sama. Podeszła do regału, i przebiegła wzrokiem po grzbietach książek jakie miała w swojej biblioteczce. Część pochodziła z jej dawnego, normalnego życia. Jakieś romanse, książki przygodowe... Druga część zaczęła powstawać, gdy do jej drzwi zawitał Dekamruel. I do niego też należała. Zawierała ona wiedzę jakiej Starucha wcześniej nie znała. Ba, nie wiedziała nawet, że taka wiedza w ogóle istnieje. Teraz jednak. Przez wiele lat służby dla Dekamruela poznała ją i wiedziała gdzie szukać tego, czego potrzebowała.
III
Wbrew oczekiwaniom droga zabrała o wiele mniej czasu niż się spodziewali. Magda i Adrian triumfowali, wychwalając swoją trasy. O dziwo znaleźli się w lesie już przed osiemnastą. W ogóle wyglądało na to, że szczęście im sprzyja dzisiejszego dnia. Znaleźli dość szybko odpowiednie miejsce w lesie. Polana o jajowatym kształcie wydawała się idealna. Szybko zaczęli ustawiać dwa dwuosobowe namioty. Adrian ożywił się nagle.
-Hej! Magda! Pamiętasz, że dzisiaj śpimy razem, nie? - zawołał Adrian rozkładając namiotowe tyczki.
-Chciałbyś! - Roześmiała się do niego Magda pocąc się przy drugim namiocie.
-No wiesz? Obiecałaś! - Adrian udał oburzenie. Magda ograniczyła odpowiedź do śmiechu. Adam i Ewa wymienili spojrzenia chichocąc. Wszyscy nawzajem uwielbiali się ze sobą przekomarzać a Adrian zawsze w tym przodował.
-Ewa, pomóż mi tutaj. - zawołał Adam do siostry. W zasadzie to dałby sobie radę bez jej pomocy, ale chciał ją odciągnąć od Magdy. Widział wyraźnie, że za przyjaźnią Magdy i Adriana może kryć się coś więcej. Może ale nie musi. Ale warto może trochę pomóc przypadkowi, w końcu nic by się nie stało, gdyby dzisiaj spali w jednym namiocie. Pogadaliby sobie, może by coś tego było...
Magda odeszła tymczasem pomóc Adrianowi, który męczył się sam z drugim namiotem.
Adam zbliżył się do ucha siostry i objaśnił Ewie swój plan. Co prawda nie podzielała jego opinii na temat stosunków ich dwojga przyjaciół, ale zgodziła się spać z bratem.
-Hej, nasze drogie rodzeństwo, w towarzystwie się nie szepta! - Adrian przywołał ich do porządku.
-Słuchajcie, a co byście powiedzieli na to, żeby dla urozmaicenia faktycznie zmienić dzisiaj konfigurację. Ja bym spał z Ewą a wy razem. - Adam wyłożył kawę na ławę, ku radości Adriana.
-Ha! Słyszałaś, Magda? Jednak śpimy razem, hehe.
Magda, cokolwiek zdziwiona, rzuciła zwykłe "OK", po czym wróciła do rozkładania namiotu. Po dziesięciu minutach wszystko było już gotowe.
-No, moi drodzy, zdaje się, ze gdzieś tutaj jest strumień. Kto skoczy po wodę? - spytał Adam podnosząc głowę znad mapy i rozglądając się po twarzach pozostałej trójki. Ponieważ odpowiedzi nie uzyskał, złapał turystyczny rondelek i wkroczył w las. Znalazł strumień już po minucie i zanurzył naczynie nabierając wody. Odwrócił się w lewo usłyszawszy nagle trzask gałęzi i ujrzał dwa wlepione w siebie ślepia.
-Łoł! - krzyknął przewracając się i wypuszczając rondelek z ręki. Skojarzyły mu się w tym momencie wszystkie thrillery obejrzane ostatnio w telewizji. Natychmiast zrozumiał jednak, że to nie żaden potwór z horrorów jakie również uwielbiał czytać, ale zwykły szop pracz, mimo, że ogromnych rozmiarów. Czmychnął zresztą natychmiast, najwyraźniej przestraszony rumorem wywołanym przez spadający na rzeczne kamienie metal. -Aleś mnie wystraszył, bratku! - powiedział Adam teraz już bardziej do siebie niż do zwierzęcia. - Zawału można dostać...
Wyłowił rondelek, nabrał wody i wrócił szybko do obozowiska, gdzie pozostali zajęli się już rozpaleniem ognia. Ustawił naczynie nad płomieniem. Mieli co prawda gazową maszynkę, ale oszczędzali ją na wypadek, gdyby byli zmuszeni do nocowania gdzieś, gdzie nie będzie drewna.
-Wiecie co mnie właśnie spotkało? - spytał Adam.
-Hmm. Niech się zastanowię... - Ewa udała zamyślenie - Obcy? Predator? - zakpiła.
-Śmiej się, śmiej... Nie przeżyłaś tego co ja. To był ogromny szop!
To wyznanie przekroczyło już wytrzymałość pozostałych. Jak jeden mąż wybuchnęli śmiechem. Adam jak niepyszny stracił ochotę do mówienia na ten temat.
Kolacja złożona z zupek chińskich z torebki zajęła zaledwie kilkanaście minut, mino, że cały czas śmiali się i wygłupiali. Ponieważ zapadł już zmrok, trzeba było wejść do namiotów. Zgodnie z ustaleniami Magda weszła do jednego namiotu z Adrianem, a rodzeństwo złożone z Adama i Ewy do drugiego. Powłazili szybko do śpiworów, ponieważ wieczorny chłodek dawał o sobie znać. Z oszczędności baterii nie włączali światła, więc odpadały wszelkie formy rozrywki typu czytanie książki czy gra w karty. Adrian odezwał się więc do Magdy:
-Ach, zapomniałem zapytać... Teraz jesteś zmęczona?
-No... Wiesz, że dopiero teraz czuję jak bardzo? Zabawne, nie?
-W zasadzie to normalne nawet... Też tak mam. - Oczy zaczynały mu się kleić. Magdzie też.
-Dobranoc, Adrian.
-Dobranoc, Madzia.
IV
Adrian obudził się w środku nocy. Przewrócił się na drugi bok i ujrzał coś, co go zadziwiło. Najwyraźniej tuż obok niego Adam obściskiwał się z Magdą! Nie było sensu udawać, że śpi. Zresztą usłyszeli go, bo znieruchomieli nagle.
-Ups... Kurczę, Adam, no wiecie... Trzeba było powiedzieć, że wy tego... Ja sobie tam przejdę do Ewy... - wysunął się z namiotu, zdumiony do głębi. Zasunął za sobą zamek wejścia i ruszył rozespany w stronę, gdzie majaczył kształt sąsiedztwa. Po drodze stwierdził jednak, że dobrze byłoby skorzystać z okazji i pójść za potrzebą. Stanął pod drzewem, gdy z namiotu rodzeństwa wyszedł Adam i skierował się pod las z tym samym najwyraźniej zamiarem, co on.
-Adek! W tym samym momencie nas naszło co? - spytał Adam.
-No... - odwrócił się do drzewa a następnie z powrotem do Adama. - Adam?!
-Co?
Adrian rzucił się do namiotu swojego i Magdy, wywołując skrajne zdumienie na twarzy przyjaciela. Trzęsącymi się rękami otworzył zamek. Coś nadal leżało na Magdzie. Adrian wyciągnął ręce i zerwał z niej ciemną postać. Czymkolwiek ona była, powaliła go na ziemię z ogromną siłą. Adam zawrzasnął ze zgrozą i wpatrywał się w postać rozszerzonymi oczyma. Kształt zwrócił się ku niemu i ruszył piekielnie szybko, niemal nie dotykając ziemi. Adrian odzyskał świadomość akurat w tym momencie by zobaczyć jak Ewa wysuwa głowę z namiotu by sprawdzić powód hałasów, a Kształt z demoniczną wręcz prędkością wpada w las zahaczając częścią siebie o Adama i zabierając go z sobą.
-Aaaaaaa! - krzyk Ewy prześwidrował powietrze i otrzeźwił Adriana. Zerwał się gwałtownie i wskoczył do namiotu by sprawdzić co z Magdą. Nie rozumiał co się właściwie stało, ale wiedział, że to coś, zrobiło coś Magdzie. I chciał się dowiedzieć co z nią. Leżała nadal na plecach, półnaga, łapiąc gwałtownymi haustami powietrze, najwyraźniej ledwo żywa. Adrian okrył ją szybko śpiworem. W tym momencie do namiotu wpadła Ewa, będąca w stanie niewiele lepszym od Magdy. Szlochając rozpaczliwie, rzuciła się Adrianowi na szyję.
-Adrian! Co tu się... Co to... Adam... Gdzie...
-Ewa! Uspokój się! - zabrzmiało to nawet w uszach Adriana śmiesznie i groteskowo w złożeniu z sytuacją, ale odsunął niemal przemocą Ewę. - Zajmij się Magdą. Zaraz wracam, zobaczę co z Adamem. - Nie miał najmniejszej ochoty wychodzić i szukać Adama, bo wiązało się to z opuszczeniem ochrony jaką dawał namiot. Mizernej i wątłej, ale jednak ochrony. Ale musiał.
-Nie! Idę z tobą! - Ewa zerwała się na nogi, ale Adrian zaprotestował.
-Zostań z Magdą. Zaraz wracam. Wezwij pomoc o ile tu w ogóle jest zasięg. - Starał się aby jego głos brzmiał stanowczo i spokojnie, ale absolutnie mu to nie wychodziło. Podziałało jednak na tyle, żeby Ewa z szlochu przeszła w miarowe łkanie i pochyliła się nad przyjaciółką.
Adrian wyszedł na zewnątrz i skierował się w kierunku gdzie stał wcześniej Adam i gdzie zniknął wraz z Kształtem. Rozejrzał się szybko po lesie, nie wchodząc do niego. Nie zauważył żadnych śladów, ale nawet gdyby były, to w nocy i tak raczej niewiele by dostrzegł. Wrócił więc do namiotu.
-Co z nią? - spytał Ewę.
-Nie wiem, wygląda jakby była w jakimś szoku. Komórka nie ma zasięgu... Gdzie Adam? Co tu się stało w ogóle? - zasypała go pytaniami.
-Żebym ja to wiedział... - Zacmokał ze zdumieniem. - Coś na niej leżało. To coś zaatakowało Adama i zabrało go z sobą. Mówiąc szczerze, gdy się obudziłem, myślałem, że to Adam tutaj z Magdą... No to wstałem i chciałem iść tam do Ciebie. Ale jak zobaczyłem Adama, kiedy wychodził z waszego namiotu, to zrozumiałem, że tutaj coś jest nie tak...
-A co z Adamem?! - przerwała mu Ewa.
-Nie wiem! Nie ma go! Zniknął.
-O Jezu... Co to w ogóle było? - zadała Ewa pytanie, na które i tak nikt nie mógł odpowiedzieć. Magda nadal leżała z szeroko otwartymi oczami, ale oddychała już spokojniej. Najwyraźniej jednak nie zdawała sobie sprawy z tego, co się w ogóle dzieje. Ale ona wiedziała najwięcej.
-Madzia... - Adrian odezwał się do niej.
-Mmmmm... - zamruczała z zaciśniętymi zębami, zwinęła się, wstrząsnęła... i zwymiotowała obficie na podłogę namiotu.
V
Starucha obudziła się nagle, gdy drzwi chaty otwarły się gwałtownie. Była noc. Dekamruel bezceremonialnie wparował do jej chaty i podszedł do łóżka.
-Wstawaj kobieto, szybko! - rzucił rozkaz.
Starucha spełniła polecenie bez ociągania. Dekamruel wykonał rękoma skomplikowany gest w powietrzu. Mgła rozsnuła się nagle w małej izbie i Starusze ukazała się scena w namiocie odtwarzana z umysłu Dekamruela. Ten stał i patrzył na jej reakcję. Starała się nie okazać smutku. Zrozumiała bowiem co chciał uczynić jej pan. Jednak jego wola była jej wolą. I z równą siłą jak nie chciała by jego plan doszedł do skutku, pragnęła by się powiódł. To pragnienie zmuszało ją wciąż do spełniania żądań Dekamruela.
Spojrzał na Staruchę i powiedział z mocą:
-Widzisz ją? Muszę zdobyć tą dziewczynę. Wiesz po co. I spełnisz swoje zadanie gdy już będę ją miał.
-Tak, Dekamruelu.
-Była czwórka. Zostało trzech. Trzeba się pozbyć pozostałej dwójki. Prosty rachunek... - Dekamruel spojrzał na Staruchę - Zajmij się którymś z nich. Wybierz sobie... Przypuszczam, że będą chcieli wydostać się z lasu. Najlepsza droga prowadzi w pobliżu twojej chaty. Na pewno z niej skorzystają, wiedzą co robią, są doświadczeni.
Starucha kiwnęła głową na znak, że zrozumiała.
-Chwilowo odchodzę. Masz jeden dzień, by się uporać z zadaniem. Co do sposobu... Masz wolną rękę. - Dekamruel machnął ręką i projekcja jego pamięci znikła. - Tymczasem bywaj.
Wyszedł, hałaśliwie zamykając za sobą drzwi. Starucha wiedziała, że ma przed sobą niełatwe zadanie. Wstała więc szybko i udała się, tak jak zwykła to czynić, gdy potrzebowała pomocy, do regału z księgami przybyłymi wraz z Dekamaruelem.
VI
-Musimy zejść jak najszybciej do cywilizacji, albo znaleźć miejsce gdzie jest zasięg. - Adrian mówił to, o czym wszyscy wiedzieli. - Wyruszmy natychmiast.
Ewa i Magda wstały bez słowa z podłogi namiotu i zabrały wraz z Adrianem za w miarę sprawne zwijanie sprzętu. Magda od nocy nie odezwała się jeszcze ani słowem, mimo, że zbliżała się już jedenasta. Była jednak świadoma tego co się wydarzyło. Wiedziała, ze Adam zniknął za sprawą tego samego Czegoś, co tak dobrze widziała w nocy. Nie znała zamiarów Czegoś, ale wiedziała jak na nią zadziałał. Nie mogła wtedy wydać z siebie głosu ani się ruszyć, chociaż bardzo, bardzo tego chciała. Teraz mogła już mówić.
-Chodźmy - odezwała się gdy zwinęli namioty. Cisi do tej pory przyjaciele rzucili się do niej pędem.
-Magda! - Ewa objęła ją w niedźwiedzim uścisku. Adrian powstrzymał się na tyle by też tego nie zrobić. Zamiast wylewności przeszedł od razu do rzeczy:
-Czy wiesz coś więcej niż my? - spytał.
Magda pokręciła przecząco głową.
-Nie, nie wiem nic więcej, poza tym, że nie mogłam nic zrobić... Mogłam starać się krzyczeć, machać rękami, ale nic z tego. Nie mogłam nic zrobić...
Magda znowu utonęła w uścisku przyjaciółki. Adrian zwrócił się do nich rzeczowo:
-Więc chodźmy. Czas goni. Jest prawie południe, ale z każdą minutą jesteśmy bliżej nocy...
To podziałało lepiej niż poskutkowałoby użycie bata z byczej skóry. Dziewczyny założyły plecaki i ruszyły za nim śmiało w las, w kierunku, który Ewa i Adrian ustalili jeszcze w nocy. W kierunku który, ich zdaniem, prowadził wprost do wioski, z której wyruszyli. Uznali, że głupotą byłoby przechodzenie z powrotem przez szczyt wczoraj pokonanej góry. Postanowili iść kilkanaście kilometrów sporym płaskowyżem, a następnie zejść ostro w dół, do doliny, którą zamierzali wrócić do osady. Nie rozmawiali po drodze. Jakoś niezręcznie im było.
Po czterech godzinach, około szesnastej przystanęli i zrzucili plecaki. Słońce przygrzewało mocno, więc pragnienie dawało się we znaki a i głód zaczynał doskwierać.
-Gotujemy coś? - spytała Magda. Adrian skrzywił się.
-Błeech... Może lepiej ograniczmy się do suchej karmy? - spróbował zażartować, ale nikt się nie uśmiechnął.
-Tak... Lepiej zjedzmy surowy obiad, nie ma czasu. Musimy zejść jak najszybciej - Ewa poparła Adriana. Magda kiwnęła głową i wzięła się za wyciąganie prowiantu z plecaka.
Posiłek zajął zaledwie kilkanaście minut. Odpoczęli jeszcze kolejny kwadrans, po czym podnieśli się ociężale, założyli plecaki na ramiona i ruszyli dalej.
Maszerowali kilka godzin, sprawdzając co trzydzieści minut przydatność komórek, ale najwyraźniej do najbliższego przekaźnika było tak daleko, jak to tylko możliwe. Gdy zaczęło zmierzchać postanowili znaleźć miejsce na nocleg. Znaleźli wreszcie kawałek wolnego miejsca miedzy drzewami. Las stawał się coraz gęstszy, ale z mapy wynikało, że na jutrzejszy nocleg powinni dojść do rozległej hali. Tak więc postanowili przecierpieć ten jeden nocleg.
Czarny kruk krążył nad miejscem, które wybrali.
Gdy położyli plecaki, a Adrian zaczął wyciągać namiot, Magda zwróciła się do niego:
-A może... Może nie rozkładajmy dzisiaj dwóch namiotów... Śpijmy wszyscy w jednym...
-Magda, jesteśmy w trójkę. Namioty są dwuosobowe. Jak ty to sobie wyobrażasz? - zdziwił się. W tej chwili Ewa wtrąciła się do rozmowy patrząc natarczywie na przyjaciela:
-Myślę, że to dobry pomysł. - powiedziała stanowczo, niemal mordując go wzrokiem.
-Ale... - Adrian próbował protestować mając już wizję niewygody jaka czeka ich w ciasnej dwójce.
-Żadne "ale"! - wściekle rzuciła Ewa. - Śpimy w jednym namiocie.
Magda widząc, że Adrian został w tej rozmowie pokonany odetchnęła z ulgą. Adrian zręcznie rozwijając namiot rzekł:
-Uważam, że powinniśmy wystawić warty.
Tym razem wśród całej trójki zapanowała zgoda. Pierwszą wartę miał objąć Adrian. Drugą Ewa a po niej czuwać miała Magda. Gdy dziewczyny weszły do namiotu i poszły spać, Adrian pozostał na zewnątrz i usiadł pod drzewem opierając się plecami o pień. Chciał ogromnie, by ta noc minęła spokojnie. Otworzył paczkę chipsów, i zaczął jeść mając nadzieję, że to powstrzyma ciężkie powieki przed ostatecznym opadnięciem. Ba, wiedział, że nie może pozwolić by opadły nawet na chwilę. Nie miał zamiaru dopuścić monstrum z wczorajszej nocy do namiotu. Nie wiedział wprawdzie co zrobiłby gdyby się jednak pojawiło, ale spać nie zamierzał.
Kilkanaście kruków krążyło nad miejscem ich noclegu.
O dziwo czas Adriana minął szybko. Posiedział nawet trochę dłużej nie chcąc budzić Ewy, ale ta wyszła z namiotu sama i oddelegowała go do środka.
Stado kruków krążyło wysoko nad ich głowami.
Adrian wszedł do namiotu i położył się obok Magdy. Nie spała. Spojrzała na niego.
-Nie mogę spać... - szepnęła.
-W ogóle nie spałaś?! - Adrian spytał krzyczącym szeptem.
Magda pokręciła przecząco głową. Adrian zagryzł wargi z troską.
-Mimo wszystko, postaraj się choć trochę przespać. Na pewno nie zaszkodzi. Ewa czuwa, nie ma się czego bać.
-Wiem, ale mimo wszystko... Dobra, masz rację, śpijmy.
Adrian położył się na boku, odwracając się do ściany namiotu. Magda przysunęła się do niego bliżej i objęła ramieniem. Po kilku minutach Adrian zasnął.
*
Ewa na zewnątrz namiotu walczyła z porażającą sennością. Wstała i zaczęła chodzić wokół namiotu, byle tylko nie zasnąć. Nagle stanęła jak wryta doznając uczucia skrajnego przerażenia. Oto dwa ślepia gapiły się na nią z lasu. Zaczęła się powoli cofać w stronę wejścia, nie chcąc sprowokować czegoś, co na nią patrzyło. Nagle istota zaczęła się szybko zbliżać. Ewa wstrzymała oddech, wiedziała, ze nie zdąży uciec. Stworzenie wyłoniło się z lasu, a Ewa wypuściła ze świstem powietrze. Był to po prostu wielki szop. Szepnęła do siebie:
-A my nie się śmialiśmy z Adama jak mówił o ogromnych szopach...
Co prawda było to tylko zwierzę, ale po ostatnich doświadczeniach, Ewa nie ufała niczemu, co choć trochę odbiegało od normy, a zwierzę większe przynajmniej czterokrotnie od swoich "podręcznikowych" rozmiarów było zbyt dużym od niej odstępstwem. Schyliła się po kamień. Podniosła rękę do rzutu. Zwierzę jakby wyczuwając co chce zrobić spojrzało jej prosto w oczy obnażając zęby. Ewa cofnęła się do głębi zadziwiona. W tej samej chwili usłyszała za sobą szum, jakby skrzydeł wielu ptaków. Odwróciła się gwałtownie i ujrzała czarną chmarę. Nie zdążyła krzyknąć. Ostre dzioby wbiły jej się w czaszkę, oczy, szyję, tułów, pazury rozdrapały twarz.
Kilkanaście sekund później olbrzymi szop chwycił w zęby drgające ciało Ewy i wciągnął w las.
*
Adrian obudził się. Ręka Magdy nadal go obejmowała. Jej oddech był spokojny i równomierny. Wreszcie zasnęła. Spojrzał na zegarek. Stwierdził, że warta Ewy skończyła się około godziny temu. Pewnie nie chciała budzić Magdy, pomyślał. Ostrożnie odsunął rękę przyjaciółki i położył na macie. Cicho wstał i wyszedł na zewnątrz. Rześkie powietrze spełniło swoje zadanie i rozbudziło Adriana. Rozejrzał się szukając wzrokiem Ewy.
-Ewa! - krzyknął cicho. - Hej, wartowniczko!
Odpowiedziała mu cisza. Z lekka zaniepokojony obszedł wokół namiot. Obchodząc go drugi raz, potknął się o linkę namiotu i przewrócił.
-Cholera. - zaklął, podnosząc się na nogi. Otrzepał się szybko, ale coś przykuło jego uwagę. - A co to... - czerwień na kolanach i rękach mówiła sama za siebie.
-Ewa! - zadarł się na cały głos. - Ewa!
Obiegł raz jeszcze namiot wypatrując uważnie szczegółów, które mogły mu umknąć. Mrok był jednak jeszcze na tyle gęsty, że niewiele mógł dostrzec bez latarki. Ruszył więc do wejścia i zderzył się głową z Magdą, która chciała właśnie wychynąć z namiotu. Cofnęła się gwałtownie, rzuciła na podłogę i zaczęła wymachiwać nogami w stronę Adriana, wrzeszcząc i wcale na niego nie patrząc.
-Magda! - krzyknął do niej. Nie zareagowała. - Magda! - krzyknął głośniej. Otworzyła oczy i spojrzała przestając kopać namiotowe płótno.
-Adek! Jezu, aleś mnie wystraszył...
-Nie ma Ewy. - wtrącił Adrian sucho.
-Już myślałam... Co?! - Magda spojrzała nań szeroko otwartymi oczyma.
-Nie ma jej. - powiedział Adrian sucho. - Zostało to. - wyciągnął rękę powalaną czerwonym błotem.
-O Boże... - jęknęła Magda. - My tu wszyscy zginiemy! Zabiją nas, rozumiesz?! Zabiją!
-Uspokój się! Jak będziemy panikować, to na pewno tak skończymy! W tym lesie jest coś złego... Musimy się z niego jak najszybciej wydostać. Zwijajmy się.
-Nie! - zaprotestowała Magda - Jest noc!
-Już się rozjaśnia, wyjdź z namiotu a zobaczysz. Musimy iść, jeśli chcemy dzisiaj zejść do doliny.
-Dobrze... Masz rację... Chodźmy stąd, byle szybko.. Ja już nie chcę... - Magda powstrzymywała się ostatkiem sił, by nie zacząć płakać. Dość dobrze jej to wychodziło.
Wyszli z namiotu, i w pośpiechu zwinęli cały sprzęt uważając by nie uwalać go w czerwonym błocie pokrywającym ziemię w pobliżu granicy z lasem. Starali się tam nawet zbytnio nie spoglądać, choć ciągle padały na to miejsce niechciane przez nich samych, ukradkowe spojrzenia. Po zadziwiającym czasie czternastu minut byli gotowi do drogi. Zarzucili plecaki i na podstawie krótkich oględzin mapy wybrali kierunek. Nie zamierzali zbaczać z obranego wcześniej kursu, choć chcieli go pokonać o wiele szybciej niż wcześniej planowali.
Po dwóch godzinach drogi, gdy słońce wzeszło już na tyle, by całkowicie oświetlać drogę przestali się już potykać o korzenie i kamienie wystające z ziemi, mogli nieco zwiększyć tempo. Po kolejnych dwóch godzinach zatrzymali się na krótki odpoczynek.
Adrian zauważył, że pogoda zaczyna się pogarszać. Ciemne chmury nadciągały ze wschodu. Były jeszcze daleko ale wystarczyły by jeszcze bardziej pogorszyć nastrój dwójce wędrowców. Zaniechali sprawdzania zasięgu w komórkach, słusznie uznając, że nie ma to sensu.
VII
Dekamruel gwałtownie wszedł do chaty wpuszczając do środka zimno i zawieruchę. Starucha podniosła się znad księgi, którą studiowała od dłuższego czasu.
-Witaj, Dekamruelu.
-Muszę powiedzieć, że wzorowo poradziłaś sobie z tą dziewczyną. - Dekamruel nie uznał za stosowne odwzajemnić powitania.
-Starałam się.
-Zbliżają się. Będą tutaj za kilka godzin. Masz być gotowa.
-Jak sobie życzysz Dekamruelu. - Starucha ukłoniła się przed nim, na tyle na ile pozwalał jej wiek. Dekamruel kiwnął głową z zadowoleniem i opuścił chatę. Kobieta westchnęła i zabrała się za czytanie. Kruk zaskrzeczał z prymitywną radością. W nocy najadł się porządnie. Starucha spojrzała na niego.
-Pamiętaj, masz być jej sługą tak samo jak byłeś moim. Ja odchodzę, ale jest następczyni.
Kruk odpowiedział potakująco. Starucha wróciła do księgi i zagłębiła się w lekturze.
VIII
Burza nadciągnęła gdy weszli na podłużną polanę usytuowaną na zboczu. W jej najbardziej odległym miejscu, nieco w górę, na lewo od nich stała drewniana chata. Ruszyli wzdłuż polany chcąc znaleźć się po drugiej stronie łąki przed deszczem, a także pragnąc zejść z otwartej przestrzeni w obawie przed piorunami. Gdy wchodzili już w las po drugiej stronie, nagle ujrzeli w gąszczu jakiś ruch. Po chwili z gęstwiny wychynął wielki szop pracz. Otworzył paszczę i zasyczał obnażając zęby. Magda i Adrian cofnęli się ze strachem z powrotem wracając na granicę lasu. Czy tak normalnie zachowują się zwierzęta? Usłyszeli hałas od strony chaty. Jej drzwi otworzyły się z raniącym słuch skrzypieniem. Na zewnątrz wyszła stara kobieta z laską i spojrzała na Magdę z mieszaniną radości i nienawiści w oczach wydając z siebie niezrozumiały, głośny skrzek przechodzący w wrzask. Adrian i Magda zbaranieli. Kobieta była niewątpliwie szalona. Jej twarz nagle niemal zsiniała, stała się fioletowa a mimo to kobieta nie przestawała krzyczeć wznosząc swój głos coraz wyżej i wyżej, aż stał się potężnym piskiem. Dwójka przyjaciół stała jak dwa słupy soli gapiąc się na kobietę. Burza przesunęła się nad polanę i pobliskie lasy. Szalony wiatr smagał drzewa wyginając je niemal do ziemi. Nagle z krzaków, gdzie przed chwilą znajdował się borsuk wyszedł mężczyzna w wieku około trzydziestu lat. Wskazał ręką na Adriana i smagnął nią w kierunku lasu. Chłopak uniósł się nieznacznie w powietrze i wyrżnął całym ciałem o najbliższe drzewo tracąc przytomność.
Magda patrzyła na mężczyznę z fascynacją, nie mogąc oderwać wzroku. Coś się z nią działo, coś było nie tak i miała tego świadomość. Coś jej kazało spojrzeć w stronę chaty, gdzie do pisku kobiety wznoszącej laskę do góry, przyłączył się krążący nad nią kruk tworząc demoniczny chór. Mężczyzna podszedł do Magdy, chwycił ją za rękę i poprowadził bliżej kobiety. Wśród szalejącej wichury i piorunów godzących w pobliskie drzewa dziewczyna stanęła przed wiedźmą patrząc na nią szeroko otwartymi oczami. Pisk kobiety osiągnął apogeum. Kruk skierował się do Magdy i zatoczył nad nią krąg a piorun uderzył jednocześnie w wyciągniętą laskę staruszki i w Magdę powalając obie kobiety na ziemię.
XIX
Magda otworzyła oczy. Leżała w tym samym miejscu, gdzie ostatnio znajdowała się w stanie świadomości. Nieopodal dostrzegła ciało starej kobiety, a obok swojej głowy ujrzała czyjeś nogi.
-Wstań - rozkazał stojący nad nią Dekamruel.
Magda wstała. Do drzewa przywiązany był miotający się i rzucający przekleństwa na Dekamruela Adrian. Gdy ujrzał, że Magda odzyskała świadomość zawołał do niej:
-Magda! To jakiś zabójca, uciekaj! Uciekaj! Magda!
Magda spojrzała na niego a następnie na Dekamruela, który wskazał na Adriana podając jej cienki nożyk.
-Zabij.
Dziewczyna nie chciała tego robić a jednak wzięła nóż i podeszła do osłupiałego przyjaciela. Odciągnęła rękę do tyłu aby siła ciosu była większa. Adrian nie wierzył w to, co widzi.
-Magda, no co...
Magdzie uderzyła do głowy pewna myśl.
Nie chcę, go zabić.
W tej samej chwili do jej mózgu doszedł rozkaz - Zabij go!
Upuściła nóż. Wyciągnęła rękę w stronę chłopaka, którego znała od dzieciństwa.
Znów rozkaz - Zabij!
W jakiś sposób wiedziała co robić. Wypowiedziała słowo w języku, którego nie znała. Jej ręka, wyciągnięta, by rozwiązać pęta przyjaciela skierowała się na jego tułów jaśniejąc niebieskim światłem. Błyskawica, taka sama jak, ta, która zabiła staruszkę trafiła weń powodując gwałtowny spazm u Adriana.
Magda opuściła rękę i odwróciła się od martwego ciała chłopaka. Dekamruel patrzył na nią ze słabym uśmiechem. Wziął ją za rękę i wprowadził do chaty przestępując zwłoki wiedźmy.
Kruk siedząc na gałęzi zaskrzeczał radośnie na cześć nowej pani.
Kosimus
[ kosimus@gmail.com ]
|