Przejdź do spisu treści...

Dzień Sądu

Tekst już kiedyś ukazał się w AM#O, autor jednak, teraz gdy dysponuje lepszym warsztatem pisarskim postanowił go poprawić czego efekt możecie poznać czytając opowiadanie poniżej. Shiro



   To był koniec. Ludzkość nie mogła się podnieść z tego upadku. Nie tym razem. Żadnych granic, sojuszów, układów. Żadnej cywilizacji. Żadnego kamienia, któryby nie pozostał wzruszony. Przydeptani obcasem, zesłanego na nich losu - przegrali. Szczątki ich ciał dogasały, stopniowo okrywając się opadającym pyłem. Gdy ich krew wyschnie lub zmiesza się z błotem, Ziemia zapomni, że przez ten ułamek sekundy jej istnienia, żyli na niej ludzie.

Miasto było ruiną. Próżno było szukać na jej powierzchni ciał poległych. Nie było już ulic, szkół, placów zabaw, miejsc pracy, a pozostałości niegdyś zielonego parku pokryły się szybko grubą warstwą zapomnienia. Powstały szare wzgórza skruszonego betonu i doliny rdzawej cegły. Wszystko to tonęło w czarnej mgle dymu i pyłu o zapachu przeszłości. Zamilkły dyskusje o korupcji, przestępczości, terroryzmie i wojnie. Zgasły reklamy tanich proszków do prania. Nie migały już neony i światła na skrzyżowaniach. Jedynie rozbrzmiewał głucho odgłos zapadających się gruzów, jakby Matka Natura starała się ukryć swe blizny. Z rzadka, w cieniu zgliszczy rysowały się jakieś członki ludzkiego ciała. Spod fragmentu zgniecionej stalowej konstrukcji przywalonej ciężką stertą betonowych bloków, sterczała wyciągnięta dłoń. Wyciągnięta jakby do niebios, zatrzymana przez obaloną ścianę w chwili wołania do Stwórcy o pomoc. Ten jednak robił to, co umiał najlepiej - milczał.

Jednak niewielka, rozproszona grupa ludzi cudem ocalała. Większość dogorywała, krwawiąc z bezlitośnie zadanych ran, lub tonęła w szaleństwie swoich umysłów. Inni zaś powstali, strzasnęli brud z ubrania i spojrzeli w ten niejasny punkt na horyzoncie - przyszłość.

Patrząc z dala zdawało się, że jego postać niknie w okalających go ruinach. Los powalił nawet te solidne, wzmacniane stalowym prętem mury. Siedział przy zwalonym do jego stóp fragmencie ściany. Widniały na nim pionowe kreski, wydrapane kiedyś jedna po drugiej. Obejrzał się swobodnie. Jednostajny wiatr cisną ku ziemi gęstą warstwę dymu. Ponad nią wynurzały się jedynie niejasne formy - marne pamiątki zmierzchłej cywilizacji. Żadnych czujnych spojrzeń strażników i żadnych rozkazów. Był sam. Wolny, ale czy nie skazany na klęskę? Nie płakał. Nie przeszły go dreszcze przerażenia. Nie przeklinał losu. Siedział w bezruchu, wpatrując się w martwą bryłę cementu. Gdy oczyścił paznokcie z brudu nożem, być może skradzionym zmarłemu strażnikowi, pochylił się nad fragmentem owej ściany i nakreślił kolejną kraskę, ostatnią kreskę. Poczym wstał w pośpiechu i ruszył, depcząc szczątki swojego byłego więzienia.

Z kolejnym ciosem rozbita szyba wpadła do środka. Ostrożnie postrącał jej pozostałe fragmenty. Wreszcie pochylił się do wnętrza zmiażdżonego radiowozu. Kierowca przytrzymywany pasem zwisał lekko na kierownicę. Jego nogi już na stałe utkwiły w zmiażdżonej karoserii. W porównaniu jednak do jego towarzysza wyglądał na człowiek. Pasażer widać nie docenił luksusu pasów bezpieczeństwa. Dziurą wybitą własną głową wyleciał z auta i zatrzymał się na ścianie, natomiast nogi zostawił w kabinie. Fasada zrujnowanej kamienicy, w którą uderzyli była zabarwiona krwią i szczątkami jego mózgu. Fragmenty rozłupanej czaszki walały się po zgniecionej masce i spękanej przedniej szybie. Na plastikowych obiciach zastygły smugi rozlanej, lepkiej krwi. On sam wyglądał jak kawał mięsa rzucony rozdrażnionemu psu, z którego na koniec został jedynie bezgłowy ochłap. Okropny widok wydawał się robić słabe wrażenie na ocalałym. Powoli oparł głowę kierowcy o fotel. Na twarzy zmarłego malowała się szkaradna maska śmierci. W oczach tkwiło odwieczne, gorzkie pytanie, zadawane zawsze na koniec - "Dlaczego?"

* Fajkę? - zapytał zniekształconym głosem.
* A z przytupem! - wybuchł ochoczo ocalały. - Jakie dymisz?
* Sam zobacz, są w bocznej kieszeni. - Sięgną po wypatrzoną, prawie opróżnioną paczkę papierosów wraz z umieszczoną w środku zapalniczką. Zręcznie umieścił w ustach papierosa i zapalił. Zaciągną się głęboko z rozkoszą, poczym wpuścił całą zawartość płuc do auta. Obłok dymu zaczął uciekać przednią szybą rozbitą po stronie pasażera.
* Ostatni papieros? - zapytał policjanta.
* Poproszę.

Wyjął kolejnego papierosa i wetkną w rozdziawione usta trupa.

* Czekaj! Podjaram ci - dodał pośpiesznie.

Zamilkł rozkoszując się krótką przyjemnością. Uciekł gdzieś myślami w zaułki swojego chorego umysłu. Z każdą chwilą wydawał się być bliżej jakiegoś pomysłu.

* Lepsze to niż "Więzienne", co?
* Oj niewiele, niewiele... - odpowiedział głosem fachowca.


Brnąc po kostki w drobnym gruzie przemierzał miasto "grobowiec". Penetrując wszystko po drodze w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak życia, co rusz sięgał po kolejny papieros. W końcu wyrzucił puste opakowanie za siebie ze złudną nadzieją, że ostatni będzie palił się dużej. Zapiją pod szyją guzik ściągniętej z trupa koszuli. Dobrze na nim leżała, a czapka w zupełności dopełniała policyjne umundurowanie. Najbardziej zadowolony był z broni. Dawno już nie trzymał w dłoniach czegoś takiego. Pistolet był równie zimny jak żelazne kraty w oknie jego więziennej celi. Zdawało się, że jeszcze wczoraj uciekał przed ciosami twardej pałki i chował się przed kulami policyjnej broni. Dzisiaj natomiast stanął po drugiej stronie. Teraz on miał władzę nad spustem.

Wtem w niebo wyrwała się chmara ptaków, które huk pogonił z miejsca, w którym żerowały. Następny i kolejny! Gdzieś doszło do strzelaniny. W przybliżeniu zlokalizował owe miejsce i ruszył tak jakby przechadzał się po parku w niedzielne popołudnie.

* Obowiązki wzywają - rzekł do siebie z dumą.

Minął wreszcie utworzoną przez kataklizm barykadę z pobitych samochodów i zawalonego na nie betonowego słupa. Zaczaił się tuż przy końcu zasypanego pyłem karambolu. Przykucną przy leżącym na dachu samochodzie. Stąd bezpiecznie mógł obserwować rozwój zaszłej potyczki. Do szyby odwróconego auto przylegały długie blond włosy. Kobieta wciąż przypięta była pasami, jej ciało wisiało bezwładnie zawieszone tuż nad ziemią. On jednak nie skupił na niej swojej uwagi, choć pewnie poznęcałby się nad jej ciałem w wolnej chwili. Patrzył w dół - tam gdzie toczyła się walka o życie. W miejscu gdzie doszło do starcia gruz nie zakrywał krótkiego odcinka drogi. Przypominało to wręcz sztukę teatralną, gdzie powalone konstrukcje pięły się niczym trybuny, a w centrum, u jej stóp znajdowała się scena. Aktorzy dobrze znali swoje role.

W odległości rzutu kamieniem stał mężczyzna, wtulony plecami do cudem ocalałej ściany jakiegoś budynku. Z uniesionym pistoletem czekał aż napastnicy pozwolą mu wychylić się zza rogu i oddać strzał. Napastników było jednak czterech, a ogień z luf ich broni zdawał się nie gasnąć. Parę kroków od broniącego się policjanta leżała jego partnerka. Jej rola była prosta... Niebieski mundur był już przesiąknięty czerwienią. Pewnie ołów poszarpał jej ciało i rzucił na asfalt. Mogła już tylko patrzeć w szare niebo pustymi oczyma. Dzień dobry na śmieć, jak każdy inny.

Facet z uzi poczuł w sobie falę zwycięskiego amoku i ruszył w stronę stróża prawa. On zaś odczekał odpowiednią chwilę i gdy pozostali napastnicy przerwali ostrzał, by nie zranić przypadkiem swojego towarzysza, gwałtownie wychylił się i wycelował jeden raz. Oprych oberwał śmiertelnie i upadając opróżnił do końca magazynek. Wystrzelone pociski osypały tynk z osłaniającej policjanta ściany. Odpowiedzią na jego śmierć były wulgarne wyzwiska z ust pozostałej trójki, kierowane do matki policjanta. Teraz, po tej stracie, jakby ostrożniej wychylali się zza niskiej barykady okrągłych koszów i kontenera na śmieci. Policjant zdawał się nie reagować na owe obelgi. Był skoncentrowany. Ze skupieniem przysłuchiwał się każdym szmerom za swoimi plecami. Na jego twarzy porośniętej kilkudniowym zarostem lśniły strugi brudnego potu.

Cisza przedłużała się. Widać każdy czekał na następny ruch przeciwnika. W końcu jeden z bandziorów cichaczem zaczął oddalać się od towarzyszy, chcąc pewnie zaskoczyć stróża prawa z innej strony. Niezręczna cisza powoli wyciskała z umysłu osaczonego skrywaną rozpacz. Zaczął wpatrywać się w pocięte kulami ciało partnerki. Drżącą ręką przetarł czoło i westchną głęboko. Wreszcie otrząsną się na nowo, zaczerpną w płuca duży haust powietrza i przylgnął bokiem do krawędzi ściany. W tej samej chwili, wykorzystując moment słabości funkcjonariusza, zabójca wyłonił się za jego plecami. Na chwilę staną w tryumfalnej pozie z szalonym uśmiechem na ustach. Napawał się tą chwilą i z każdym ułamkiem sekundy narastało w nim chore podniecenie. Trafiony prosto w klatkę osuną się po ścianie i padł kreśląc na niej krwawy łuk. Zanim zaskoczenie opadło przyglądający się do przed chwila osobnik ruszył do akcji. Szybkim krokiem, nie zważając na wznowiony atak przestępców ruszył w ich kierunku. Zdezorientowani tą nagłą odsieczą strzelali nieskutecznie. Kule ze świstem przeszywały powietrze wcale nie odstraszając zdecydowanego mężczyzny. Część mijających go pocisków utkwiła z łoskotem w karoserii będącego za nim auta, zza którego tak niespodziewanie zaatakował. Mężczyzna szedł wyprostowany nie próbując schylać się przed niosącymi śmierć kulami. Co parę kroków starał się oddać celny strzał, jak na swoje możliwości był jednak za daleko. Dopiero, gdy miną ciało poległej policjantki zdołał trafić - mężczyzna upadł w konwulsjach bólu. Zanim umierający zachłysną się krwią wykrztusił do ostatniego:

* Zabij! Zabij go!!!

Szybko przeładował i oddał pośpiesznie parę strzałów w kierunku będącego już naprawdę blisko tajemniczego mężczyzny. Pociski minęły cel o włos, nie zachwiały nawet jego kroku. Śmierć zaledwie musnęła jego duszę. Zbliżał się z uniesioną w ręku bronią. Przestępca bezwładnie upuścił pistolet, chciał się cofnąć, ale nogi odmówiły posłuszeństwa i upadł. Patrzył na zbliżającego się w nieustającym marszu nieznajomego. W jego umyśle pod naporem strachu i wznoszącej się fali obłędu narastała myśl, że to śmierć we własnej, posępnej osobie. Jeszcze parę kroków... Zanim spojrzał z bliska w lufę pistoletu powidłu oczami na jego oblicze. Twarz mężczyzny była chłodna, wyprana z uczuć i wszelkich emocji. Padły strzały...


***

Walka zmęczyła policjanta, mimo to nie mógł sobie pozwolić na pozostawienia ciała partnerki. Zmarła kobieta była szczupłą brunetką, zapewne o niewielkiej wadze. Bez problemu więc zarzucił świrze ciało na ramię. Od jakiegoś czasu milczał. Był to dobrze zbudowany mężczyzna o sylwetce sportowca. W jego postaci rysowała się siła i twardy charakter. Zdaje się, że szok wywołany katastrofą miał już za sobą. Jednak ostre rysy jego twarzy skrupulatnie maskowały wyraz rozpaczy. Widać z osobą, którą niósł na ramieniu wiązał jakieś uczucie. Pewnie rzadko dzielił się swoimi troskami z innymi, a już tym bardziej nie miał zamiaru dzielić się swoim żalem z obcym, towarzyszącym mu mężczyzną. Wcale nie podziękował mu wylewnie za ratunek, podali sobie tylno ręce. Może nie zależało mu już tak bardzo na życiu. Może stracił już zbyt wiele...

Ocalały szedł przodem. Teraz już wiedział, dokąd iść. Miał cel... Zdawał się być zadowolony rozwojem wydarzeń. Dowiedział się, że gdzieś zgromadziła się garstka przetrwałych, którzy zdołali się wygrzebać spod warstw popiołu i zawalonego budulca. Starają się opanować chaos, stworzyli coś w rodzaju podwalin społeczeństwa. W miejscu, o którym powiedział mu policjant ludzie próbowali wspólnie podejmowali decyzje. Razem starali się podnieć z owego ciężkiego upadku. Powstał szpital, a raczej jego skromna namiastka, ograniczająca się jedynie do dezynfekcji ran i ich bandażowania. Zaczęto spisywać ocalałych i organizować poszukiwania. Nie szukano jednak ludzi, ale niezbędnych do przeżycia środków, począwszy od pożywienia.

Do jednej z takich ekspedycji właśnie należał ów policjant i jego partnerka, którzy jak się okazało padli ofiarą szaleńczego ataku wyzwolonych z kajdanków prawa oprychów.

Dni były coraz krótsze i szybciej zapadał zmierzch. Zanim dotarli ściemniło się i ochłodziło. Wreszcie usłyszeli ludzkie głosy, a w przewadze: płacze i głośne sprzeczki. Zebrali się przy ogniskach w niewielkich grupkach na zimnych kamieniach miejskiego placu. Ich czarne sylwetki na tle rozpalonych ognisk wydawały się nieme i puste. Niektórzy milczeli, zaś inni próbowali ukoić swój ból rozmową bądź znalezioną butelką alkoholu. Panowała raczej sroga atmosfera pogrzebu, pogrzebu wczorajszego świata. Niegdyś, w niedziele ten plac był miejscem uroczystych, rodzinnych spacerów. Odbywały się tu rozmaite jarmarki i inne gromadzące tłumy imprezy. Na kamiennych płytach nieopodal stąd, w pobliżu zawalonej dziś katedry, raz do roku stawiano kolorowe stragany. Radosne wrzaski i dziecięcy śmiech w akompaniamencie wybuchających petard, były już jedynie bolesnym wspomnieniem. Za plecami ludzi leżał zdruzgotany pomnik, nie było w nim już czci i chwały. Postać niegdyś wielka, była dzisiaj wdeptana w twardy dziedziniec. Z jego rozpadlin zionęło ciemnością, powoli zlewającą się z szarością owej bezsennej nocy. Ona wiedziała, że nie powalił go kataklizm.

Nikt ich nie witał, przybyli przecież z pustymi rękami. Ciało wiszące na barku policjanta nie zrobiło na nikim żadnego wrażenia. Martwych było już zbyt dużo, dla wielu na pewno zabrakło przelanych łez. Mijali w milczeniu rozpalone ogniska. Zmierzali w stronę prowizorycznych namiotów nieopodal pozbawionej dachu i najwyższego piętra szkoły. Ten zdemolowany budynek zamieniono na punkt opatrunkowy, w jej pobliżu zanoszono też zmarłych.

* Zostań z nimi - oznajmił zachrypniętym głosem policjant. - Oni powiedzą ci, co i jak.

Ocalały przytakną głową. Patrzył jak jego walczący z ludzkimi słabościami towarzysz oddala się. Sadząc po wyrazie jego twarzy polubił teko mężczyznę. On sam nie miał w sobie bólu czy trosk, był jak wiatr, który nie ogląda się za siebie.

* Mógł przynieść cokolwiek! Kretyn! - do Ocalałego zbliżył się na kolanach stary mężczyzna. Miał na sobie brudną podartą kapotę i brązową czapkę z pomponem, której nawet dobrze nie zaciągną na głowę. - Brakuje nam wszystkiego! Ale nie, on przynosi nam trupa...!
* Tak, zjemy go. Najpierw jednak posilimy się bezużytecznymi, tarzającymi się na kolanach starcami - przerwał staremu, wyraźnie dając mu do zrozumienia, że z nim nie trzyma.
* Głupi jesteś jak cap! Wszyscy jesteście głupcami! Klęczę... ciągle klęczę, bo błagam Boga żeby dokończył swoje dzieło! Jego aniołowie nie dopełnili apokalipsy, więc błagam go, abyśmy pomarli jak inni!

Ludzie popatrzyli na starca z pogardą, po wysłuchaniu jego przemowy machnęli na niego ręką i nakazali aby wreszcie zamilkł. Ocalały szybko zdał sobie sprawę, że stary będzie chciał jeszcze podzielić się swoimi twórczymi przemyśleniami z kimś nowym w ich gronie, więc mocnym kopniaki zakończył rozmowę nim się jeszcze na dobre rozpoczęła. Po ciosie stary upadł na twarz i zwiną się w kłębek.

* Ty pierwszy, starcze.





***


Może liczył na cud, może był naiwny i głupi albo... zakochany. Ale lekarz nie przyjął jej do szpitala. Ręką o zabarwionym krwią rękawie wskazał stos martwych ciał, ułożonych jedno na drugim ze względu na brak miejsca. Policjant jednak nie potrafił zostawić ją na tej hałdzie trupów. W tej chwili nie był już tym samym silnym mężczyzną. Płakał i zasłonięty nocą od oczu innych nie oszczędzał łez. Upadł na kolana z ukochaną w ramionach przed ową stertą trupiego mięsa. Patrzyły na niego, tymi dużymi oczyma zalanymi krwią. Nie rozumiały go... nie czuły... Nagle ryk rozdarł nocną ciszę i niebo zabłysło od spadających w dali gromów. Ludzie pośpiesznie rozeszli się do swoich nor chcąc uciec przed deszczem. Zawodzenia mężczyzny wydały się im pierwszym zwiastunem burzy tej nocy. Deszcz zagasił ogniska i strumieniami zalewał plac. Woda sączyła się przez piramidę odartych z odzieży ciał. Spływała po ich członkach jak strumienie po skalnych pułkach. Mężczyźni, kobiety, dzieci i starcy - wszyscy splecieni w jeden wspólny uścisk brzydoty i odrazy. Ułożone na szczycie ciało nastolatki osunęło się niżej po mokrych zwłokach. Nieboszczka następnie sturlała się tuż przed niego, twarzą brodząc w powstałym błocie. Miała długie ciemne włosy, a jej obnażone ciało niewątpliwie kiedyś uchodziło za piękne. Była zwiotczała i sztywna, jej zbielałe biodra były już tylko odpychające. Ziemia w koło nasiąkała coraz mocniej, aż na końcu stała się ruchomą masą. Ciało zaczęło płynąć wraz z nią.

Za przerobionym szkolnym budynkiem, tuż przy ścianie ulewa nie była tak mocna. Błyski raz po raz oświetlały parę kochanków. W powstałym szumie nikt nie słyszał jego łkania. Szarpał ją za ramiona i krzyczał jej w twarz. Uspokoił się. Urwał kawałek własnej koszuli i wytarł krew z jej zimnych ust. Potem rozpiją jej mundur i koszulę. W klatce i brzuchu tkwiło w sumie pięć kul. Kawałkiem materiału chciał wytrzeć jej rany, ale gdy przycisną palce do pierwszej zwymiotował na ziemię. Wydarł z siebie ostatni nieludzki krzyk i przytulił się do jej piersi. Płakał tak -coraz ciszej i spokojniej, jak dziecko wtulone w łono matki.

-Dlaczego??? - jękną.

Wykopał jej grób. Umieścił ją w tym do połowy zalanym deszczem dole i zanim zanurzył jej głowę, pocałował po raz ostatni. Przykrył jej twarz własną marynarką i tak stał nad nią przez chwilę w bezruchu. Był już spokojny i opanowany. Nie miał w sobie więcej rozpaczy, deszcz opłukał jego twarz z ostatnich słonych łez. W końcu zakopał ciało.

Ocalały obserwował go przez cały ten czas. Błyskawice co chwilę oświetlały na moment dwie postacie, na tak krótko, że mogło się zdawać, że tkwią w bezruchu. Kręcił głową - nie mógł uwierzyć, że tak ciężko jest mu pożuci zwykłego trupa. Był pod warzeniem jego emocji. W ulewie nie słyszał słów, jedynie nieludzkie ryki tłumione deszczem. Wtedy, gdy policjant zastygł stoją nad jej postacią, gdy jej ciało tonęło w swoim grobie, Ocalały wymierzył do niego z policyjnej broni. Na jego twarzy nie było szalonego uśmiech, a w jego oczach nie płonęła żądza krwi - mierzył do przyjaciela. Musiał zastanawiać się czy jego towarzysz nie pragnie teraz śmierci, czy nie wolałby, aby go pochowano razem z nią. W oświetlającym blasku błyskawicy oddałby strzał. Z wyciągniętą ręką czekał na znak. Oczami wyobraźni widział jak kula przebija jego pierś, chwieje się na nogach i wpada z pluskiem w wykopany dół. Prosto w martwe ramiona kobiety. Jednak opuścił broń i oddalił się ukradkiem w inne miejsce zanim tamten na dobre pożegnał się z partnerką.

* Dobry wieczór. - Przywitał się Ocalały podnosząc na skraj ławki pękniętą figurkę świętego.
* Dobrze wiedzieć, że ktoś jeszcze ma odrobinę szacunku dla tego miejsca. Pewnie przybyłeś się skryć przed ulewą, proszę. - Pomimo nienajlepszego nastroju kapłan dał uprzejmie znak ręką, aby wszedł głębiej.

Ocalały spojrzał na zawalone sklepienie. Deszcz lał przez rozbitą kopułę niemal tak jak na zewnątrz. Miejscami rozbryzgiwał się o cudem ocalałe konstrukcje z drewnianych belek i kamienia. Jedna z takich ogromnych beli leżała teraz pod ich stopami, spadając zmiażdżyła parę solidnych ławek. W niektórych miejscach waląca się konstrukcja sklepienia wsparła się na ciężkich, solidnych ścianach. Miejsce to nie zachęciłoby normalnego człowieka do spoczynku, nawet w takim deszczu. Ale nie było już normalnych ludzi. Ocalały kiwną głową niechętnie w podziękowaniu i mijając sterty pozbieranego naprędce kamienia i gruzu zbliżył się do w dużym stopniu ocalałego ołtarza. Usiadł w ławce, w jednym z pierwszych rzędów. W zasadzie tylko w tym miejscu sklepienie wytrzymało, ale na jak długo... Po witrażu będącym centralną częścią tego miejsca, ciekły strugi deszczu. Oświetlone kilkunastoma świecami kolorowe szkiełka przedstawiały dwie postacie pochylone nad dzieckiem, które przyozdabiała świetlista aura. Przebijające się z zewnątrz co jakiś czas błyski nadawały tym zaklętym w szkło osobom niesamowitości i grozy. Jednak jego uwagę skupiał inny obiekt. Duża - wielkości człowieka powalona figura anioła. Leżał zwalony w raz z kolumną, na której obwieszczał światu narodziny Zbawiciela. Jego rozbita głowa leżała parę kroków od niego.

* Niezbadane są wyroki boskie! Prawda? - rzekł głośno, układając się wygodnie na ławce.
* Nie we wszystkie ludzkie sprawy ingeruje boska ręka - rzekł kapłan, który nie ruszył się jeszcze z tamtego oblewanego deszczem miejsca. - My, ludzie jesteśmy głupcami. Świetnie sami potrafimy sprowadzić sobie koniec świata.
* Właśnie wracam od pozostałych. Oni tak nie myślą.
* A jakie jest twoje zdanie? - zapytał i wcale nie wzruszonym deszczem stał w nim nadal.

Ocalały spojrzał na niego. Po twarzy kapłana gęsto ociekała woda. Na jego łagodnej, bladej twarzy rysował się spokój. Ale wielebny drążył temat, jakby miał w sobie skrywaną rozterkę.

* Nie mam zdania. Pewnie zwykły los.

Kapłan oddalił się na ubocze, aby oddać się modlitwie. Ocalały przypatrywał mu się przez chwilę. Ksiądz klękną samotnie w ławce, strugi deszczu rozbijały się o jego ramiona i złożone w modlitwie ręce. Słowa owej modlitwy nie dobiegły jego uszu, choć z pewnością były wymawiane głośno i gorliwie.



***

Głośny, kobiecy piski rozpoczną kolejny ciężki dzień. Kobieta lamentował dopóki nie odsunięto martwego ciała młodej brunetki od jej namiotu. Niebo było czyste i niewinne. Jedynym śladem po burzy były szerokie kałuże i grząskie błoto pod ruinami szkoły. Ciepło pierwszych słonecznych promieni zwiastowało bezchmurny, gorący dzień.

Ocalały obudził się szturchnięty w nogę. Gdy otworzył oczy zobaczył znajomą twarz.

* Wstawaj, idziemy.

Miał na sobie potarganą, jeszcze wilgotną koszulę i brązowe od błota spodnie. Jego twarz była zmęczona i niewyspana. Ale sądząc po głosie jednak nie zamierzał się poddać. Nie czekając dalej na odpowiedz skierował się w stronę placu.

* Słuchaj, no!
* Eryk, mam na imię Eryk - wyjaśnił policjant zatrzymując się tyłem do niego.
* Co sądzisz o książkach przyjacielu? - zapytał Ocalały.
* Nie pieprz! Nie ma czasu!
* Uważam, że są mądre. Sadzę, że ludzie czytają ich zbyt mało. Na szczęście ja na ich czytanie miałem wiele czasu... - policjant ruszył dalej nie mając ochoty na słuchanie niejasnych wywodów. - Gdyby przyjrzeć się tym, które opisują ludzkie życie, można by je podzielić na dwie części lub rozdziały: ciekawsze lub mniej - życie, i znacznie krótszy, często ograniczający się do jednego zadania w rodzaju: zmarł tego i tego... - śmierć. - Policjant przystaną na chwilę. - Cieszę się, że pierwszy rozdział twojego życia jeszcze się nie skończył.

Wstał i szybkim krokiem zmierzał w stronę wyjścia, by dogonić partnera, który właśnie znikną mu z oczu. Jego szybki krok przerwał głośny kaszel. Kapłan modlił się całą noc. Jego twarz była jeszcze bledsza niż wczorajszej nocy. Wyraźnie zapłacił zdrowiem za swoją wytrwałość. Niemal bezwładnie wisiał teraz na ławce z trudem utrzymując głowę. W końcu atak ciągłego kaszlu wciągną go pod blat.

* Modlitwa pomogła? - zapytał ironicznie.



Dogonił Eryka na placu. Właśnie układali w jego centrum ciało dziewczyny. Cała oblepiona była błotem. Jej otwarte usta były wypełnione tym, co naniosła do nich woda.

* Co się dzieje, Eryk?- zapytał zaciekawiony.
* Przenoszą zwłoki. Wieczorem, gdy przeschną zostaną spalone.
* Co zrobiliście z ich ubraniami?
* Za jakiś czas nadejdą chłodne dni, a nam oprócz środków do życia brakuje również odzieży. Nic nie może się zmarnować. Idziesz ze mną czy pomagasz nosić?





***




Powrotna droga zmęczyła ich. Więc mając już w odległości kilku kroków znajomy budynek prawie obalonej katedry usiedli na moment. Tym razem nie wracali z pustymi rękami. Spoglądali na parę kartonów wypełnionych konserwami, suchym prowiantem i kilkoma innymi przydatnymi drobiazgami; jak baterie czy choćby zapałki. Mieli też kilka butelek wody mineralnej, które dziś były niewątpliwie na wagę złota. Grzebanie w gruzach supermarketu opłaciło się. Jutro wybiorą się większą grupą i nabiorą konkretnych zapasów. Ale dwóch wysłanników przynosiło też coś jeszcze, nieśli wieść o tym, że nie są jedyną ocalałą garstką ludzi. Być może ta nowina sprawi, że zjednoczą się wszyscy i po jakimś czasie odbudują choćby namiastkę cywilizacji.

Ocalały był jednak nieswój. Coś go gnębiło... Miał niesmak, zdał sobie sprawę, że bycie policjantem na ruinach miasta nie jest tym, czym było kiedyś. Zdał sobie sprawę, że nie usłyszy wezwania przez radio na ulicę gdzie nieznani sprawcy napadli sklep jubilerski. Mógł zapomnieć, że będąc po stronie prawa przyjdzie mu zadecydować o czyimś życiu lub śmierci. Teraz policjant jest potrzebny do noszenia zapasów, budowania prowizorycznych przytułków i palenia zwłok. To nie miało sensu, nie chciał być harcerzykiem. Musiał to zakończyć...

* Wracajmy. Kończmy ten odpoczynek - powiedział Eryk szykując się na entuzjazm, z jakim będzie zaraz witany.
* Kończmy...

Jeden celny strzał z bliska wystarczył, aby powalić tego rosłego mężczyznę.

* Zmarł piętnastego października dwa tysiące ósmego roku. - Ocalały zdążył właśnie dokończyć swoje słowa, gdy powalił go cios w głowę. Ciężki przedmiot, którym dostał rozbił się doszczętnie, a zanim jego zmysły odeszły usłyszał nad sobą ciężki kaszel.




***


Dostał drugą szansę i nie zamierzał jej zmarnować. Pozostawił za sobą dwa ciała - oni już jej nie dostaną. Upuścił z dłoni pistolet, teraz nie będzie mu już potrzebny. W wyobrażani obrał nową drogę i ruszył. Miał teraz całkiem inną, nową misję - nieść prawdę i Słowo. Nieść ukojenie i wskrzeszać nadzieję w sercach, które teraz tak mocno tego potrzebują. Poczuł woń palonych zwłok i uczynił staranny znak krzyża.

* Obowiązki wzywają!


Epilog

Zrobili to co robią za każdym razem. Wykopali w ziemi groby i pochowali w nich szczątki zmarłych. Potem, w żałobie przyklęknęli przy wbitych w ziemię krzyżach przeklinając ich, że dali się zabić.


Rat [ neon_rat@o2.pl ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści