|
Rozdz. 8
Mick nie był pewien jak potoczy się jego dzisiejsza sesja. Powodów tego było kilka ,
a pierwszym z nich był jego humor. Po spotkaniu z ojcem czuł się dziwnie wewnętrznie wzburzony, co nie było zresztą nowością w ostatnim czasie.
Zadzwonili do niego niedługo po tym jak zamknął się u siebie w pokoju studząc ogień swego serca po rozmowie z Edwardem- ojcem którego nigdy nie miał. Recepcjonistka powiedziała mu, że choć Charles Kirk trafił do szpitala, to jednak wymógł, pomimo potrzeby wypoczynku, by sesja się odbyła nawet w krótszym wymiarze w jego szpitalnej sali. Potem podała mu adres- Ośrodek leczniczy McKensy'ego, sala 17. To tu leżał ostatnio... Kolejny powód dla którego nie chciał iść na terapię, zwaną przez jego babkę "snem dla duszy". Zwłaszcza TU... Zwłaszcza TERAZ. Jednak jakiś wewnętrzny głosik szeptał w nim, że taka rozmowa może mu pomóc odnaleźć odpowiedzi na drążące jego umysł pytania. A może raczej tak bardzo potrzebował pomocy, iż sam wytworzył takie wrażenie. Jakkolwiek było, dotarł tam późno, bo dopiero o 16:00, a była to zaledwie kilometrowa odległość.
Wchodząc do sali rozejrzał się nerwowo. Te same trzy popielate łóżka- tym razem dwa
z nich puste. Na oknie stały smutnie wyglądające kwiatki, a w koncie pod sufitem, chłopiec zauważył przemykającego pajęczaka. Ściany o kakaowym kolorze były wciąż nagie, poza małym wyżłobieniem, jak wtedy gdy poświęcał im połowę czasu podczas przebłysków jego świadomości. Pamiętał moment gdy został przyłapany, na tym jak płynąc na fali goryczy i bólu wyrył końcem łyżki na ścianie, tam właśnie, gdzie to wyżłobienie, maleńki krzyż - jeden z jego ulubionych symboli, którego często tworzył szkice, pomagające mu pokonać przeciwności i cierpienia. Tym razem stworzył Krzyż Bólu, zrodzony z elementów wampirzego krzyża, przypominającego mu o Nestron
i krzyża celtyckiego. Do tej pory robotnicy nie zamaskowali tego małego rysunku, choć słyszał już podczas pobytu, jak rozmawiano o pokryciu tego gipsem i zamalować.
"Wspomnienia ożywają" pomyślał... A potem dodał "Rany też". Poczym odwrócił swój wzrok, zarówno wewnętrzny jak i zewnętrzny na chorego.
Doktor leżał w pasiastej szpitalnej piżamie, obłożony papierami wśród których chłopiec dostrzegł swoje pismo. Miał zabandażowaną klatkę piersiową, oraz ranę na ramieniu
i widać było że jest wycieńczony i trawi go gorączka. Mimo to jego spojrzenie było pełne energii, żywe, jak u studenta rozpatrującego interesujące zagadnienie. Nie przeszkodziło to jednak aby nie mógł przywitać chłopca
- Witaj twardzielu.- odpowiedziało mu skinienie głową-
- Musisz mi wybaczyć mój stan. Wyglądam pewnie jak wygłodzony staruszek
z jakiegoś "małomiasteczkowego domu starców."- Dorzucił z uśmiechem- I te warunki...Widzisz to przez to że byłem w bibliotece, a nauka potrafi czasem być dość ciężka- Uśmiechnął się słabo, a co ciekawe chłopiec odwzajemnił się
tym samym. Widać też było że taka nieskrempowaność rozluźniła go lekko. Podobno uśmiech rodzi uśmiech...
- Nic nie szkodzi proszę pana.
- Ile razy ci mówiłem: mów mi po imieniu Charles, lub Charlie jeśli wolisz.
- Dziękuje dobrze. Żadnych kości nie połamałem...- padły słowa chłopca, nadal nieufne, lecz wyraźnie mające w sobie o szczyptę humoru więcej niż pragnienia odcięcia się.
- 1-0 dla ciebie, choć to był chwyt poniżej pasa. Śmiać się z kaleki- doktor
przekomarzał się układając jednocześnie słowa, potrzebne do rozpoczęcia sesji. Skrzywił się przy tym dramatycznie bawiąc się wciąż z chłopakiem. Spowodowało to fale śmiechu u obu która wyciszyła ten dialog na parę minut. W końcu już poważnie podjął główne zadanie dnia.
- Fajno było, ale czas abym wysilił się trochę , bo samo leżenie potrafi zmęczyć. A popracujemy dziś na notatkach...I zaczniemy dziś od naszego zadania domowego, którego efekt, przyznam zdumiał mnie. Zleciłem Ci napisać plan scenariuszu RPG na dowolny temat. Stworzyłeś taki w której mistrzem jest Bóg, zaś graczami Ludzie. Popracowałem trochę, przeczytałem kilka podręczników RPG od ostatniego czasu i stwierdziłem, że pojęcie mistrza gry używane jest w CyberPunku. To uruchomiło moją zakurzoną wyobraźnię
i wiesz ale wizja śmigających ludzi w metalgear'ach, strzegących się Apexami przed Bogiem, mogłaby być wesoła... Poza tym praca jest dość odważna, a co ciekawe przy twej całej rozpisce ludzie mogliby wygrać...O ile tylko wygraliby inicjatywę.
Zrobił tu przerwę, sprawdzając reakcję chłopca i zauważył że jego uwaga wywołała przebłysk uśmiechu u chłopca- jednakże jakiegoś złowieszczego.
- Ale ogólnie to bardzo odważna praca. I ciekawa. Napisałeś:
rTo nowy czas. Czas nowych odkryć, przemyśleń i prądów umysłowych,
w znikomym stopniu powiązanych z przeszłością. Religie upadły lecz przedmiot ich kultu pozostał. A Bogowie nie utracili swoich możliwości. Po prostu stali się niespodzianką, o której mimo iż nie wiadomo, to nie znaczy że nie istnieje i w nas nie trafi. Cała ziemia jest więc od tej pory polem bitwy
o przetrwanie i panowanie. Ludzie muszą pokonać barierę niewiedzy. Zbierają się w grupy których światło świadomości ogarnęło wcześniej i szykuję Podniebne powstanie. Póki co jednak Mistrzuje nam Bóg i to on tworzy tą Grę. Dlatego życie jest takie parszywe. Pojęcie Losu umarło- bo wszystko co się dzieje jest Jego tworem. Ludzie nie są równi. Kiedy Bóg stawia pionek na planszy, ktoś się rodzi i z góry wiadomo jaki ma cel, a jedyne co mu pozostaje to decyzja dotycząca sposobu "przeczekania" tego boskiego wyboru, wolność uczuć i myśli. Nie ma też czegoś co zwą przypadkiem, bo wszyscy mają swe przeznaczenie. Nie ma równości i oczekującego na każdego szczęścia. To jest Gra w polowanie i od razu wiadomo kto będzie ofiarą. A gra się rozpoczęła, poleje się dużo ludzkiej krwi... Lecz niech tylko zaśnie...
Doktor odłożył teczkę i spojrzał na chłopca:
- Przecież to zaprzecza wierze katolickiej. Zaprzeczasz tym samemu sobie. Czy uważasz że jesteś marionetką i nie masz nic do powiedzenia. Wiem że cierpiałeś, że straciłeś swą przyjaciółkę, ale to jest złe myślenie.
- No to pewnie pan wie jak mam myśleć.
- Nie- mylisz się!- na cierpką wypowiedź padła cierpka lecz spokojna, cierpliwa odpowiedź...
- Teraz boli, ale poczekaj- poznasz nowych ludzi, odzyskasz siłę choć wydaje ci się to nieprawdopodobne. Potrzeba tylko czasu. Zobaczysz, Bóg nie jest takim nieczułym draniem na jakiego wygląda.
- Tak to prawda. - Ton chłopca się nie zmienił, ale ze zmarszczonym czołem dobierał słowa - Literatura często pisze o takich przypadkach. Jakby się nad tym zastanowić to właściwie i u mnie rozpoczął się czas rehabilitacji. Na przykład dziś odzyskałem ojca. Wrócił dziś i spędziliśmy razem cały ranek. Było cudownie: siedzieliśmy przy kominku i piliśmy herbatę...
- Widzisz jest sprawiedliwość- wpadł mu w słowo doktor, próbując podłożyć ognia pod to optymistyczne spojrzenie.
- Tak...I on UMIERA!- zakończył cicho chłopak- Może więc w końcu powie mi pan coś mądrego...
Kirk wyprostował się zmieszany na swoim łóżku, odłożył okulary i z powagą spojrzał na dziecko.
- Nie ważne co ja o tym myślę. Nie ważne nawet kim jestem i co czuje, tylko co czujesz ty.
- A jak mam się czuć? Może się mylę ale czasem mam ochotę poskakać
z radości: starych już prawie nie ma, więc będzie wolna chata i będzie można rozpocząć imprezy.... Nie... rozmyśliłem się!!!... tak właściwie to jest mi cholernie źle i idę się zalać!
- Chłopcze, przesadzasz!!! Nie traktuj mnie jak wroga!
- To co mam cichutko siedzieć i cieplutko się uśmiechać- powiedział nutą pełną wyrzutu, lecz znając go widać było że ciągły konflikt z życiem wytworzył w nim stoicyzm i cierpliwość. Napełnił go też żarłoczną goryczą..
- To może zaczniemy od nowa?- zapytał już spokojniej.
"Trochę na to za późno" pomyślał Charles, po czym już na głos widząc dającą mu znak pielęgniarkę, że czas kończyć, powiedział:
- Wiesz, mogę ci powiedzieć tylko jedną jeszcze rzecz. Ostatnio przeczytałem ciekawy artykuł o młodości. Pomyśl nad nim, zanim postanowisz zagrać... Może to on kryje w sobie tajemnicę do sedna sprawy.
Ktoś- nie pamiętam kto- napisał:
Szczęście jest pewnym rodzajem energii. Każdy rodzi się szczęśliwy i ma w sobie jej podstawową ilość. Gdy przechodzi przez różne zdarzenia, energia ta wyczerpuje się
i dzieje się to prędzej czy później u każdego z nas. Wtedy popadamy w depresje, cierpimy na napady myśli samobójczych i ociekamy goryczą. Dlatego potrzebujemy bliskich osób , rodziny, ale w młodym wieku głównie przyjaciół, gdyż zacieśniając z nimi więź otrzymujemy wieczne źródło doładowań energii. Tłumaczy to też, że po każdym spotkaniu jesteśmy tak szczęśliwi, że nic nie może nas poruszyć i zasmucić. Mamy
w sobie moc. Dlatego potrzebujemy innych, by żyć. Bez nich tracimy młodość, która może obumrzeć i już się nie odbudować. To tragiczna ostateczność, przepełnienia goryczą, która zdarza się rzadko, lecz która jest już nieodwracalna i gorsza od śmierci. Puste życie bez duszy. Lepiej się samemu uśmiercić niż pozostać w takim stanie. Nie można żyć bez energii ludzi..
- Tak, coś w tym jest- rzucił przez siebie chłopiec, wyprowadzony przez pielęgniarkę- Do widzenia
"I chyba powinienem poszukać jakiejś trumny" dodał w myślach, podsumowując spotkanie.
Rozdz.9
W krainie nocnych mar, groby w swym smutnymi zbiorowisku wpłynęły ponownie
w przestrzeń teraźniejszości chłopca. Były porozsypywane nierówno tak jakby jakaś nieludzka wysypka ziemi. Xiężyc świecił jasno, prawie rażąco, niczym nocna latarnia na drodze zabłąkanych. Dziś takim zabłąkanym, choć tylko w częściowym znaczeniu tego słowa, był Mick. Szedł ponownie swoim snem. Posuwał się błyskawicznie pomimo deszczu który oznajmiał o sobie dotykiem kropel. Nie było to jednak przeszkodą.
W końcu znając zakończenie snu szok nie mógł nadejść. Coś jednak w tym wszystkim mu nie grało- czuł tą niewytłumaczoną niespójność bardzo wyraźnie. Mimo to parł wciąż przed siebie naprzód, mer po metrze podpierając się znalezionym kijem, prowadzony przez wilki i nietoperze. W głowie rozbrzmiewały mu słowa "Idź Mick, idź! Już jesteś prawie w domu" Lecz to był tylko zwrot. Bo on dawno zapomniał już znaczenie słowa dom. Doszedł do wniosku, że to ta atmosfera tak działała na niego. Hipnotyzowała go. To przez ten sen, który był tak czysty, nie wypełniony żadnymi dziecięcymi wymysłami typu latania, przechodzenia przez ścian, czy też ziejącego gazem, trójkątnogłowego kosmity. To właśnie ta czystość; ta żywotność wywoływał w nim przerażenie- uczucie którego doświadczał rzadko. Czuł zapach nocy i mchu na kamieniach, oraz słyszał sapanie wilków. Chłodne powietrze mroziło mu skórę, a deszcz przykleił mu koszulę do ciała.
Z pierwszymi kroplami spojrzał w górę na absurdalnie czyste niebo. "Musi być jak zawsze, bo przecież tak naprawdę to wszystko już się wydarzyło...Tylko dlaczego tak łatwo mi myśleć?" pytał samego siebie. Pytanie to pojawiło się w nim dlatego iż wcześniej nie musiał o niczym decydować, a całość toczyła się samoistnie nie wymagając od niego inicjatywy. "Ale może dzięki temu wszystko się jasno wyjaśni"- myślał.
Tymczasem grób znajdował się już w odległości kilku metrów. PET WHITES krzyczał do niego napis nad tak dobrze znanym dwuwierszem. Niżej zaś był jeszcze jeden jaśniejszy, jakby dopisany w klika lat później: KTO POSTAWI SIĘ ŚMIERCI NIGDY NIE ODEJDZIE. Napis ten oplatała wstęga wyrzeźbionego bluszczu uwieńczonego pojedynczym kwiatem róży.
Chłopiec dotknął tych nierówności końcami palców i niby niewidomy długo po nich wodził. Była to czynność tylko dla jego ciała, bo umysł rozważał wartość tych słów. Szukał w nich sensu, lub też ukrytego przesłania jeśli tylko jakieś w tu było. Mógł to być przecież tylko część chorego żartu w reakcji łańcuchowej Boga. Bo przecież ze śmiercią nie można wygrać... Można ją odwieść od kogoś; można taką osobę uchronić przed wypadkiem, ale każdy ma wyznaczoną przecież chwilę odejścia, mniej lub bardziej tragiczną. Każdy ma swą klepsydrę z piaskiem, którego nie da się oszukać. Z drugiej jednak strony czarna romantyczna część natury Micka potrafiła zaakceptować inny rodzaj śmierci z którą walczy się jak z chorobą. Śmierć stworzona z esencji Życia. Jego odpad- TYM właśnie była. Chwilę potem opuścił rękę i ta filozoficzna cząstka niego zblakła
i z zimną tak przyswojoną mu ironią powiedział na głos, choć poza nim nie było nikogo.
- Chłopie, chyba ci się nie udało.
Znajdował się po prawej stronie wejścia. Ulokowały się na nim gacki, a wilki usiadły na schodach za jego plecami. Wejście też było rzeźbione. Przedstawiało widok lasu na tle którego został uchwycony nietoperz.
Czy to dlatego prowadziły go zwierzęta? -pytał siebie. Czy to wysłannicy jakiejś istoty?
Nie wiedział i nie potrafił w to uwierzyć... bo to było zbyt dziwne... Ale działo się.
I w tym właśnie momencie dotarł do niego sens tej najbardziej z przerażających myśli. Zdał sobie sprawę że przekroczył barierę snu i to była już rzeczywistość. Tylko w ten sposób wytłumaczyć mógł dlaczego jego bodźce tak wyraźnie odbierały otoczenie,
a w umyśle był nieskrępowany.
Nie poświęcił jednak tej myśli więcej niż zaakceptowania. Wolał wrócić do sprawy rysunku. Wyjął nawet znalezioną figurkę nietoperza by porównać ją z rzeźbą, lecz wtedy oprzytomniał i uzmysłowił sobie co powinien zrozumieć pod pojęciem zaakceptowania tej rzeczywistości- te wilki są NAPRAWDĘ. Chciał odwrócić się , ale strach i niepewność opóźniły to. Zdołał tylko kątem oka zobaczyć wilka, który skoczył mu na plecy. Jednocześnie odbijając się pchnął chłopca do przodu. Po tym zdarzeniu to co w śnie było zaledwie migawką, stało się jego życiem: wyciągnięta ręka trafiła na wyżłobienie
w marmurze. Uruchomiło to jakiś mechanizm i dość szybko jak na ciężki kamień drzwi otworzyły się ukazując czarną otchłań. W pierwszej chwili Mick myślał, że spada do wyproszonego w południe grobu, ale zderzenie jego kręgosłupa z stromizną skalnych schodów oczyściły jego umysł z niedorzecznych pomysłów. W tym też momencie usłyszał świst(pewnie świstak, bo co innego może świstać).Coś z masywnym pluśnięciem wyrwało mu powietrze z płuc i rzuciło go na ścianę.
Chłopiec splunął krwią. Z jego ust wyrwał się jęk połamanych żeber, a przez mgiełkę półświadomości zobaczył kołyszący się zabójczy młot. Miał jednak na tyle wewnętrznej chęci przetrwania, iż zdołał wstać i skupić się na otoczeniu. W żyłach zahuczała mu andrenalina, bo zdawał sobie sprawę, że gdyby upadł kawałek dalej, to teraz by sobie odpoczywał ze zmiażdżoną czaszką. Drzwi nawet nie próbował otworzyć, bo nic nigdy nie przychodziło w życiu łatwo. Pozostało mu tylko brnąć dalej, na tyle ostrożnie aby dojść do końca.
I szło mu całkiem nieźle. Bystre oko o nietypowym, choć mocno zamroczonym spojrzeniu wykryło otworki w ścianie. Po rzucie garścią piachu wyleciały z nich strzałki, powtórzył czynność opukując ścianę trzymanym kijem, lecz odpowiedziała mu cisza.
- Jeden do jednego- mruknął do siebie- mogę iść dalej...Chyba.
Następną rzucającą się w jego oczy rzeczą były wytarte niektóre kamienie, na pięciometrowym brukowanym kawałku korytarza. Jego ścisły umysł stwierdził, że ma pięćdziesiąt procent na pięćdziesiąt, że albo to jest właściwa bezpieczna droga, albo też jest to ruchoma część pułapki. Po paru szybkich wnikliwych spojrzeniach upewnił się że lepiej je ominąć. I nie pomylił się, czego nie można było powiedzieć o przebiegającej tamtędy myszy. Biedaczka włączyła pochylnię, prowadzącą do dołu z niezłą już ilością szczątek gryzoni.
I tu kończyło się jego szczęście. Nie wziął pod uwagę że machineria pułapek może być ruchoma i że jego przyjacielski młot może zrobić kółko i postanowić się jeszcze raz przywitać.(;))
Tym razem ból był wielce niemiłosiernie. Miał wrażenie że umiera. Wypluł ciemną kulę krwi, dwa zęby i całą masę śliny, gdyż lina z podtrzymującym go młotem trafiła go
w twarz. Ale nie upadł na ziemię. W ostatniej chwili świadomości zobaczył jak stało się coś przekraczającego dotychczasowe dziwactwa: młot eksplodował odłamkami szkła przy uderzeniu ze ścianą, a on sam zapadł w sen, w szklanej kołysce swej własnej krwi. Nie widział jej ale poczuł dziwny paraliż na ciele. Nie mógł też złapać oddechu, a w krtani czuł piekący ból. Pomyślał że tak wygląda droga do piekła...
Rozdz.10
Gdy przestał czuć ból, poruszył się, choć nie bez trudu i gdy tylko stwierdził, że może wstać ruszył dalej korytarzem podpierając się kijem który leżał obok.
Wokół niego powietrze było nieprzejrzyste jak smoła, choć nie tak gęste
i dlatego na początku szedł bardzo niepewnie i co chwila wpadał na jakiś przedmiot, depcząc po czymś co odgłosem przypominało żwir. Wędrując w tej czerni słyszał też jakieś zniekształcone, niezrozumiałe szepty i jęki. Z czasem zaobserwował jakiś ruch przed sobą i prześwit więc tam się skierował. Nie było to jednak jego pierwsze spostrzeżenie. Najpierw zauważył, a raczej wyczuł, co było zupełnie irracjonalne, że ma więcej przestrzeni wokół. Wiedział, że to głupie ale prędzej spodziewał się że jeśli ściany miałyby wybrać się na spacer to zrobiłby to ale gdziekolwiek indziej niż tu. Dla niego cmentarz wiał nierealnym "martwym" spokojem. Poza tym nigdzie nie było jego krwi, choć z bólu ledwie się poruszał. Wiedział że mogła co prawda wsiąknąć w ziemię, ale pozostałby wtedy ciemny wilgotny ślad, zwłaszcza tutaj, na twardej , gliniastej ziemi. A skoro spotkanie z kolegą młotem było prawdziwe, w takim razie krew znikła...Albo go przeniesiono..
Tak rozmyślając przeszedł odcinek około 100 m kiedy dotarło do niego że zza zakrętu pada światło. I choć było ledwo jaskrawo mógł już przyjrzeć się otoczeniu. Ku jego zaskoczeniu korytarz zmienił się w szeroki tunel. Porastały go korzenie a po ziemi walały się czarne gliniaste skorupy. Co ciekawe nie wiedział jak to było możliwe skoro grobowiec był z betonu; jak to kwadratowe lokum pomieściło to wszystko i co stało się z nim samym. Jego odmienność pozwoliła mu przywyknąć do niesamowitości, więc gdy znalazł pomieszczenie mogące być pozostałościami jadalni lub pokoju, przyjął to bez mrugnięcia okiem. W nim , w blasku świecy ujrzał siedzącą do niego tyłem kobietę. Siedziała przy stole, pijąc herbatę, a naprzeciwko niej znajdowało się wolne krzesło jakby na kogoś czekała. Z jej ruchów biło znajome drżenie. Jej sylwetka zaś w jego oczach powodowała ciepłą iskrę, która przenikała całe ciało. Był pewien że kiedyś ją już widział, lecz tak dawno że jego pamięć tego nie obejmowała.
- Jasne że podświadomie wiesz kim jestem. Podświadomość to nasza egzystencjalna skarbnica. Nie dziwię Ci się jednak że brak ci dostępu do niej, zwłaszcza przez ścianę kilkunastu lat...Synku.
- Ale przecież ty... ale ja...
- Tak, masz rację... Ale może podszedłbyś tutaj i porozmawialibyśmy jak ludzie. Chyba że wolisz stać tak w drzwiach głuptasku.
Dopiero teraz chłopiec ocknął się i zauważył tą subtelną zmianę wokoło. Przy stole usiadł pomimo oporów...Nie mógł jednak przecież sprzeciwić się matce. Nawet jeśli miał ją tylko przez kilka lat . Gdy obszedł stół i zajął miejsce naprzeciw stwierdził że krzesło w dotyku jest ciepłe i ... takie realne.
- Bo śmierć jest prawdziwa. Tak jak i Bóg... Co prawda ma On swoje humory jak wszyscy i może dlatego objawił swego syna człowiekiem - pełną wad istotą ludzką.
Po chwili, jakby otrząsnęła się z zamyślenia dodała:
- zaproponowałabym ci abyś posiedział...Zaparzyłabym Ci też nowej herbaty, znalazłyby się jakieś ciastka, niestety to jeszcze nie twój czas...Co ja mówię, to bardzo dobrze że to nie twoja pora. Niestety nie mogę cię zatrzymywać, bo nie tylko ja chciałam cię zobaczyć.
Kobieta wstała. Położyła mu ręce na ramionach i przyjrzała się mu z czułością. Mick wyczuł że chociaż matka znała wszystkie tajemnice jego egzystencji; jego problemy
i sprawy które zajmowały go przez te lata, to jednak jest z niego dumna i cieszy się że może go ujrzeć. On miał jednak tyle spraw do omówienia. Chciał jej o wszystkim opowiedzieć, pochwalić się, powiedzieć jak im z ojcem brakowało jej obecności przez lata. Chciał tego lecz mógł przez te parę chwil, tylko na nią spojrzeć. Tworzył więc oczami w swym sercu od nowa zapomniany portret, zachwycając się każdym szczegółem, rejestrując każda zmarszczkę, drobinkę światła i drgania mięśni twarzy. Bo choć nie mógł jej pamiętać, to wiedział że właśnie TAKA ona byłaby teraz. Czuła...
- Idź. On już czeka - powiedziała wskazując na drzwi którymi wszedł. Chłopiec tylko kiwnął głową wiedząc że alternatywne światy mają alternatywne prawa. Odchodząc spojrzał jeszcze raz w jej troskliwą twarz. "To moja matka!" - coś dumnie lecz boleśnie szepnęło w jego głowie, wiedząc że musi już iść. "Idealna"
Rozdz.11
Kirk stał przed lustrem goląc się. Ręka nie wygoiła się jeszcze, więc dwa razy musiał przerywać sobie tę czynność, gdyż ból ramienia było nie do wytrzymania a i na bandażu ukazały się pojedyncze czerwone krople.
Doktor, choć sam zdawał sobie sprawę, że jeszcze z nim kiepsko, nie mógł siedzieć bezczynnie. Dwa dni temu, w kilka godzin po wizycie chłopca zasłabł nagle i był nieprzytomny przez pół dnia. Jak zdiagnozowali to lekarze- nastąpił wewnętrzny szok organizmu, który prawie poddał się truciźnie znajdującej się na ostrzu noża napastnika. Od wczoraj był już przytomny, choć sił mu było brak nawet na samodzielny posiłek. To było rankiem, bo wieczorem na wieść o zniknięciu chłopca oprzytomniał całkowicie. Chciał się z miejsca wypisać lecz ordynatora jego wydziału nie było już w budynku
i musiał z tym poczekać do rana. Teraz pośpiesznie kończył poranną toaletę by móc załatwić, te niemiłe urzędnicze formalności, o odpowiedzialności i innych tych szpitalnych bzdurach.
Lecz gdy wycierał twarz ręcznikiem, przyjrzał się sobie w lustrze. Nigdy by nie pomyślał że przez trzy dni może tak zmizernieć. Czerwone podkrążone oczy, popielista skóra warzy i mętne spojrzenie świadczyło o wpływie chemii- zarówno tabletek jak
i trucizny- na jego organizm, oraz o tych nieprzespanych nocach pełnych koszmarów
i bólu którego nabawił się w ostatnim czasie. Rękę miał bladą, opuchniętą o suchej skórze i słabo rysujących się mięśniach. Ubranie, które także pozostawiało wiele do życzenia, miał pomięte, mimo jego zabiegów, gdyż nie miał kto przynieść mu z domu drugich. Dopiero dziś poprosił Monicę aby kupiła mu w kiosku przybory do golenia dzięki czemu choć trochę wyglądał świeżej.
- Dobra trupiaku, koniec wylegiwania- idziemy na urzędniczy spacer.
Nie musiał jednak daleko się ruszać bo ordynatora spotkała zaraz na korytarzu. Zmierzał on dokładnie w przeciwnym kierunku aby odradzić mu wypisywania, Charles nie chciał go jednak słuchać. W sercu i głowie miał myśli dotyczące chłopca, którego tak bardzo polubił przez tą jego odmienność. Bał się tego co mogło mu się stać ze strony Hekato, a także martwiło go że Mick został sam, bez psychicznego wsparcia, bez ochrony przy braku której ten budowany w ostatnich tygodniach domek Wytrzymałości Psychicznej mógł zawalić się w każdej chwili .
- Wiem że powinienem zapewnić sobie wylegiwanie w ciepłym wyrku, a ty byś zapewnił mi tutaj 5 gwiazdek, lecz biorąc tę pracę chciałem pomagać ludziom, a skoro płacą mi do tego kasę to chciałbym się z tego wywiązać.
- Ile się znamy Kirk? Dość długo abym mógł stwierdzić, że właśnie wciskasz mi to samo gówno co swoim pacjentom. W sumie na tym polega nasza praca, dlatego nawet nie będę z Tobą walczył. Ale na pewno przypomnisz sobie jeszcze że mnie nie posłuchałeś.
- Dzięki. Jestem już stary, brzydki i żadna panienka nawet spoliczkować by mnie nie chciała, ale Mick jest dopiero chłopcem - rzucił półżartem na przeprosiny.
Cała ta rozmowa i reszta formalności zajęły im może z 10 minut bez żadnych specjalnych nalegań czy usprawiedliwień. Obaj w końcu i tak dobrze widzieli, że żaden nie zrezygnuje, jak też żadnego nie zadowalało zakończenie sprawy. Charles był zły że przyznał się o przywiązaniu do pacjenta, ordynator, że kolega lekceważy go chociaż jako doktor powinien go najlepiej zrozumieć.
"Przepraszam chłopie za niewdzięczność" pomyślał Kirk jeszcze, wychodząc przed szpital. Wezwał taksówkę i kazał zawieźć się do domu. Chciał wziąć prysznic i przebrać się. Taksówkarzowi wręczył sowity napiwek, wzrokiem próbując jednocześnie wytłumaczyć swój kiepski stan. Ten tylko obojętnie przyjął gotówkę, życząc miłego dnia
i nie zwracając uwagi na wygląd klienta. Widocznie była to część etyki kierowców tego fachu. A i przypadek doktora był pewnie chlebem powszednim, i nawet wylewający się
z jego butów śluz nie zasłużyłby pewnie na zdziwienie taksówkarza, który by co najwyżej poprosił o nie ubrudzenie siedzeń. Ten świat nawet zejść na psy by już nie dał rady, pomyślał wzdychając psycholog przekręcając klucz w zamku.
W mieszkaniu nic się nie zmieniło. Na półkach zalegał kurz, dywan pragnął litościwych
i długich pieszczot odkurzacza, brudne naczynia jak zwykle czekały w zlewie na swój czas, a pusty kieliszek i niedopałek cygara w popielniczce, w sąsiedztwie teczek
z papierami zapraszały do pracy. Wszystko było takie same- smutne i tak samo samotne. Charles mógł nawet przez chwilę pomyśleć, że ostatnie zdarzenia mu się tylko przyśniły. Jedyne co wydawało się odbiegać od tej bierności i tętnić życiem było migoczące, czerwone światełko automatycznej sekretarki. Nagrała ona 9 wiadomości: jedną
od rozliczającej go księgowej, potrzebującej jego podpisu; 4 od pacjentów, którzy chcieli przełożyć lub też umówić się na spotkanie, a kolejne 4 od Monici. Dziewczyna
w pierwszej informowała, że jest wdzięczna za wystraszenie intruza, choć dziwnie brzmiała ta pochwała dla osoby, która większość czasu spędziła półprzytomna na podłodze.
Następna wiadomość oznajmiała, że policja nieoficjalnie już drugiego dnia, przyznała że przerywa aktywne śledztwo, nie mogąc znaleźć najmniejszego śladu po sprawcy,
a pozostałe to były zapytania o stan zdrowia. W sprawie tożsamości i wyglądu sprawcy on i bibliotekarka byli już pytani wcześniej w szpitalu, i mimo, że żadne z nich nie pamiętało, aby napastnik nosił cokolwiek na rękach, to jednak nigdzie nie było żadnych nawet rozmazanych odcisków, ani nawet śladów buta, włosów, czy innych przedmiotów mogących określić tożsamość tajemniczego rczytelnika.
Doktor jednak nie miał czasu się nad tym roztrząsać. Wziął gorącą kąpiel, wyjął
z szuflady świeżą koszulę i garnitur od Tiffaniego, a po dziesięciu minutach, szybkiej przekąsce i szklaneczce kambambulu był gotowy ruszyć w drogę.
Odwiedził najpierw swoje biuro, gdzie na szybkiego przyjął jednego pacjenta, który pragnął tylko porady w sprawie nastoletniej córki. Kolejne pół godziny spędził na przesuwaniu spotkań, oraz zamieszczeniu kilku podpisów o które prosiła jego księgowa. Mógł to wszystko załatwić wydając odpowiednie rozporządzenia swojej sekretarce, oraz pełnomocnictwo księgowej, ale zawsze uważał, że w jego pracy najważniejszy jest bezpośredni kontakt z ludźmi. I tak po unormowaniu spraw w pracy, postanowił odwiedzić seniorkę Winston.
"Mam nadzieję, że ta wizyta podpowie mi co się dzieje z chłopcem, lub jak mogę mu pomóc" - myślał naciskając dzwonek do drzwi na ulicy Eltona.
- Przypuszczam, że pan Kirk- odezwała się siwa kobieta otwierając drzwi.
- Dzień dobry pani, pani Winston, jeśli się nie mylę...Ale skąd pani wiedziała że to ja?- zapytał.
- Nie myli się pan. Ale zapraszam. Zaraz wstawię wodę i porozmawiamy. Jednak muszę panu powiedzieć że Mick wczoraj zniknął z domu.
Gdy tylko drzwi za nim zamknęły się Starsza kobieta poprowadziła go poprzez korytarz do kuchni gdzie unosił się zapach grzybów.
- Robię właśnie suszonki na zimę- powiedziała po nastawiając czajnik.
- A o panu wiem właśnie od niego. Często gdy wracał, to chociaż starał się tego nie okazywać, wizyty u pana mocno na niego wpłynęły, a po pańskich spotkaniach jego oczy nabierały jakiegoś blasku.
- Miło mi to słyszeć. - powiedział skromnie, choć w tych okolicznościach nie był aż taki pewien swoich osiągnięć. Wiedział że Mick to chłopiec który nie odkrywa się łatwo, i którego bardzo ciężko było nakłonić aby podzielił się swym bólem.
Potem gdy krzątała się po kuchni parząc kawę, doktor stwierdził, że przy takiej opiece jaką chłopiec od niej otrzymywał, szansa jego wyleczenia była spora.
Zaraz potem na stole stanęły dwie parujące filiżanki
- Policja szuka mojego wnuka, jednak wszyscy są już nerwowi ponieważ nikt nie ma pojęcia od czego zacząć poszukiwania. Mick siedział na ogół tylko w domu, chyba że miał wizytę u pana. Poza tym dużo czytał i pisał, oraz przesiadywał przed komputerem. No a teraz go nie ma. Przykro mi że fatygował się pan tutaj nadaremnie zwłaszcza iż ostatnio był pan w szpitalu.- kobieta spuściła
wzrok, jednocześnie splatając ręce jakby całą postawą chciała przeprosić.
Po czym na usprawiedliwienie szybko dodała:
- Mickey, mi wspomniał o pana wypadku, któregoś dnia.
- To nic takiego. Właśnie jestem tutaj z jego powodu. Przyjechałem do pani
i ojca chłopca, bo może będzie mi państwo mogło wskazać jakieś poszlaki, dotyczące miejsc, w które on mógłby się udać . Też bardzo pragnę aby znalazł się cały i bezpieczny.
- Jeśli pozwoliłaby mi pani, chciałbym rzucić też okiem na pokój Micka. Oczywiście nic nie ruszę, aby chłopak nie zarzucił pani , ze pozwoliła pani naruszyć jego prywatność.
- Oj tam jest taki bałagan, że nie dałoby się znaleźć czegokolwiek do naruszenia. Poza tym wnuk chyba pana polubił wydaje mi się że nie miałby nic przeciwko.
- Chyba nawet bardziej niż mnie- rozległ się głos zza pleców, po którym
nastąpiło chwila pełna ciężkiego kaszlu. To Mr Dills usłyszawszy rozmowę wyjechał ze swojego gabinetu. Był stary i zmizerowany i wyglądał bardzo krucho mimo, iż nie miał nawet 55lat
- Miło mi pana poznać doktorze. Choć myślę, że jeśli o pomoc chodzi to bardziej do tego się nadaje moja matka niż ja. Ja mogę co najwyżej zaprowadzić pana do pokoju syna. Choć będę potrzebował pana ręki na schodach gdyż sam pod nie już nie dam rady podjechać.
Po chwili stali już w młodzieżowym pokoju.
- Niech pan się nie krępuje i wchodzi. Ja tu tymczasem sobie zapale, wiadomo może to już moje ostatnie cygaro. I chociaż mojego bytu niewiele już pozostało, to jednak bardzo dziękuje panu za opiekę nad moim potomkiem.
Gdy mężczyzna mówił, doktor przechodził się po pokoju. Wcale nie wyglądał na pokój chłopca umęczonego.. Może było tylko więcej wokoło fantastyki. Na brązowozłotym dywanie stało kilka lśniących dębowych mebli, biurko z lampką pod oknem i szerokie masywne łóżko. Ściany w kolorze pistacji przyozdobione były licznymi plakatami zespołów muzycznych, zdjęciami z filmów fantastycznych
i horrorów, głównie dotyczących wampirów, oraz wycinkami z magazynów RPG. Koło komputera, stojącego dla wygody obok biurka stało na półce kilka wyspecjalizowanych książek i kart graczy, oraz książki Stephena Kinga i Roberta Cooka. Książki znajdowały się także na regale, a pomiędzy bestsellerami znalazło się kilka tomików poezji współczesnej. Obok na ścianie Mick przypiął kilka aniołów. Jeden z nich był podpisany: Dla kochanego Micka, z kłującymi pozdrowieniami - Nocna Opiekunka Chaosu, Nestron von Akhkharu. Przedstawiał on Anioła o postrzępionych skrzydłach trzymającego w ramionach bezwładne ciało swego kochanka. Oglądając te obrazki doktor pomyślał iż ta dziewczyna musiała bardzo mocno odcisnąć się na duszy chłopca nawet jeśli o tym nigdy nie wspomniał.
Poniżej był mały stolik na którym stały oprawione zdjęcia. Jedne uwieczniały typowo szkolne i młodzieżowe zdarzenia, jednak większość to były fotografie dwójki przyjaciół: nad jeziorem, na spacerze, u niej lub u niego w domu, a nawet
z pobytu na cmentarzu. Charles zauważył że na żadnym ze zdjęć Mick nie był smutny i wtedy dopiero zrozumiał jak wielką udręką była dla chłopca śmierć przyjaciółki.
Edward widocznie pomyślał o tym samym:
- Byli bardzo szczęśliwi. Przynajmniej z tego co opowiadała mi córka w ostatnie dni. Teraz po tylu latach żałuje że mnie ominęły te wszystkie chwile z moim synem
- Powinien pan, lecz ja również zrobiłbym wszystko by przywrócić mu szczęście. Chłopak jest wyjątkowy - bardziej do siebie niż do kogoś innego stwierdził psycholog patrząc na zdjęcie przedstawiającego Micka w teatralnej pozie na jednym z grobów.
- A czy ktoś szukał na cmentarzu?...Przecież to tam chłopak spędzał większość czasu
- Tak, biuro policji wysyłało tam wczoraj patrole, ale nikogo nie znaleźli. Nie zaszkodzi sprawdzić jeszcze raz bo jest to jedno z miejsc gdzie Mick lubił się udawać bezwzględnie od tego co dawał mu los.
- Jedźmy więc...
Rozdz. 12
"Ciągle ciemność"- myślał gdy po przekroczeniu progu wszystko się zmieniło. Nastały tak głębokie mroki, których nie rozjaśniało najmniejsze źródło światła... I gdyby wokół Micka nie błyszczała delikatna błękitna poświata chłopiec nie widziałby nawet swoich stóp. Mimo to zrobił kilka kroków wiedząc że to co ma go spotkać i tak go spotka. Lecz choć odważne miał serce to po paru minutach rozsądek wziął górę i chłopiec usiadł w obawie aby nie wpaść na coś. Zebrał na oślep garść kamieni i rzucał je przed siebie czekając na jakąś zmianę. Zajęło to około 100 takich rzutów jak podpowiadał mu umysł...Potem wyczuł jakąś zmianę, która choć nieokreślona wciskała się pod jego czaszkę...Echo.
Wstał i stwierdził że światło wokoło albo świeciło mocniej albo też mrok się rozrzedził. Przyczyna była zupełnie inna- znajdował się teraz w tunelu który jednak po około dwudziestu metrach się kończył pustą przestrzenią. Po bliższych oględzinach stwierdził przepaść. Po jej drugiej stronie w oddali widniało samotne drzewo a pod nim ledwie widoczną ławkę które w żaden sposób nie pasowała do otoczenia, a więc musiała być celem jego wędrówki. Jednak to nie było proste. Nie widział sposobu aby przekroczyć to urwisko: nie było mostu, nie było lin, ani żadnej innej drogi czy szczelin którymi mógłby się dostać na przeciwległą stronę. Myślał nawet o zejściu na dół i powrocie po pionowej skale ale szybko odrzucił ten pomysł. Nie był pewien swoich sił ani wysokości z jaką przyszłoby mu się zmierzyć a i droga wyglądała na niełatwą. Skok też odpadał bo choć chłopiec był wysportowany to jednak dziesięć metrów to było trochę przy dużo.. Tak dumając chłopiec przypomniał sobie o trzymanych w rękach kamieniach. "Przecież mogę sprawdzić". Pierwszy kamień zawadził o jakąś nierówność której nie zauważył
w ciemnościach i rozpadł się na kawałeczki. Zniecierpliwiony i wściekły chłopak ze zmrużonymi oczami rozejrzał się za czymś solidniejszym. Wszędzie jednak leżały tylko jakieś wapienne łupki, lub żwiropodobna substancja. Zrezygnowany cisnął całą garść tych kamulcy o przeciwległą ścianę i spojrzał w górę.
- Wcale mi nie pomagasz, wiesz?... Jakaś lina byłaby mile widziana.
KLAP!!!
Kolejny kamień poleciał przed siebie.
- Albo jakiś samolot, balon lub po prostu powrót do domu
KLAP!!!KLAP!!!
Echo spadających łupków podkreśliło potrzebę spełnienia tych pragnień.
- Ale ty mnie i tak nie puścisz... Nie dasz mi kroczyć moją drogą. A może chcesz abym skoczył? No to dobrze sam sobie zrobię most- Krzyknął
ironicznie pozbywając się resztek kamieni. Tym razem nie usłyszał pogłosu odbić. Tym razem do jego uszu dotarł brzdęk. Kamień który rzucił przywarł do przeciwległej ściany
i tam zatrzymał się wrośnięty jakimś dziwnym tworem. Nie to jednak wywołało jego zdziwienie ale fakt iż była to ten sam kryształ który czasem znajdował w domu. Czyżby się zranił?
Na dłoni spostrzegł błękitną pręgę, lecz ani jednej najmniejszej rysy. Rzucił jeszcze kilka kamieni sądząc że to wszystko ich zasługa, ale albo spadły tak jak wcześniej albo rozpadły się jak na samym początku.
"Czy ja to spowodowałem myśląc o moście" spytał siebie. Obserwując wyciągniętą przed siebie dłoń.
- Jeśli tak to chcę tego mostu!!! Krzyknął zaciskając pięść. Wtedy jak na
zaklęcie jego palce rozbłysły błękitnym światłem, a kamień po drugiej stronie urwiska rozrósł się dalej kryształem. Działo się to bardzo wolno milimetr po milimetrze unosząc się delikatnie wraz z każdym oddechem chłopca. Ale działo się, choć to nie były jedyne zmiany. Palec wskazujący pokrył się niby lodem, lecz nie czuł żadnego skrępowania, ani sztywności. Tak jakby to była żywa substancja, niczym ciekła rtęć. "A więc do tego przygotowywały mnie te wszystkie noce". Mick przyłożył wolną dłoń do serca. Czuł
w sobie chłodną moc, a jego ręka gdy tylko ją rozprostował do nadgarstka pokryła się tym lazurowym kamieniem, jakby rękawica ze szlachetnego kruszcu. Gdy zatoczył
w powietrzu spiralny powolny ruch, niby wadząc palcem po niewidzialnej kartce, a skalny twór jak na rozkaz zakręcił w tym samym kierunku.
Teraz chłopiec wiedział co w sobie skrywał przez lata. Jak tajemny niewidomy mędrzec jednym ruchem ręki do siebie, zakończył rozpoczęty most. Po zaciśnięciu palców blask lekko zbladł, a Mick zrobił niepewny krok w przód. Most jednak wytrzymał jakby był częścią otoczenia od zawsze.
Młodzieniec ruszył tym razem przed siebie poświęcając swą uwagę tylko nowej umiejętności. Niósł rękę wyciągniętą przed siebie nie próbując zrozumieć tej mocy, ale jak najlepiej ją poznać. Starał się przeanalizować to nowe doświadczenie, tworząc kształt który był pięknem kamiennej róży, niewątpliwie oddającej obraz zawiłości jego umysłu. Dotarł w końcu do widzianego wcześniej drzewa. Tylko ławka nie była już pusta. Siedział na niej ten srebrnooki mężczyzna- jego cichy mentor.
- Witaj w końcu. Mick skinął głową w odpowiedzi i podszedł do ławki. Choć na
siebie nie patrzyli wcale nie czuli skrępowania. W tym czasie róża delikatnie upadła na ziemię koło ich stóp.
- Wiem, że masz wiele pytań, choć podejrzewam, że na większość już sobie odpowiedziałeś. Ale najlepiej będzie jeśli te które pozostały rozważymy
w drodze.. Mamy niewiele czasu, a zmarli potrzebują naszej pomocy.
- Nie jestem martwy - rzucił w przestrzeń Mick, kiedy wstali.- Pewnie nieprzytomny, ale żywy.
- To "coś" co niektórzy nazywają Umbrą; światem zmarłych. Trafiłeś tu dzięki mojej sali treningowej. Przepraszam cię za to. Wszystko co tu widzisz tworzone jest przez siły zmarłych. Większość z nich jest neutralnych, ale są tacy, jak my którzy poprzez cierpienie otrzymali wielką moc by przywrócić spokój. Są też jednak tacy którzy ten spokój niszczą wykorzystując chaos
i zło. A chodzi tu o Twoją przyjaciółkę. Człowiek o imieniu Drunko chce wykorzystać Nestron, by posiąść twoje ciało. Jest on potomkiem wielkiego czarnoksiężnika, który chciałby powrócić do życia. Przez czas uśpienia posiadł wielką moc. Zmarli cierpią nie mogąc zaznać spokoju. Liczą na ciebie, bo umiesz połączyć oba światy. A że dopiero się uczysz więc będziesz potrzebował całego swojego sprytu i umiejętności. A ja nadstawie swoją duszę aby wzajemnie pomóc nam wszystkim i dzięki temu może razem uda nam się pokonać go i uwolnić twoją przyjaciółkę.
- Ale po co ona jest mu potrzebna?
- Jest jedną z ofiar... Poza tym popełniła samobójstwo, więc miała mniejszą siłę woli aby mu się przeciwstawić...A co najważniejsze łączyła was bliska więź, więc miała być łącznikiem, który Cię tu sprowadzi .
- To stąd te sny! Ale ostatnio powtarzał mi się sen w którym prawie o niej nie śniłem, a który sprowadził mnie tutaj.
Przystanęli.
- Widzisz zawsze znajdzie się ktoś kto stanie w nierównej walce ze złem- Rzekł John z satysfakcją w głosie -A my też mamy swoje sposoby by uprzykrzyć się niemiłym typkom.
Chłopiec spojrzał na Aloara:
- Niewiele już brakowało, aby było za późno, prawda?
- Tak- powiedział Lifeded poczym spojrzał przed siebie. Mick gdy podążył za
jego spojrzeniem ujrzał wejście do jakiejś groty.
- To tutaj?
John tylko przytaknął ruchem głowy. Po raz pierwszy spojrzał na chłopca
z uczuciem przywiązania.
- Mam nadzieje że nam się uda.
- Chodźmy więc to sprawdzić.
Rozdz.13
Wewnątrz jaskini biegł, krótki korytarz prowadząc do kamiennej wielkiej sali, a setki płonących świec rozświetlało zakurzone wnętrze. Po środku, kilkanaście centymetrów nad ziemią znajdowała się nisza cała pokryty jakimiś ciemnymi plamami, a ściany wokół niej pokryte były okropnymi płaskorzeźbami.
- Zrób za nami mur aby nikt się tutaj nie dostał ani stąd wydostał. Potem idź poszukaj Nestron. Ja zajmę się Drako, gdyż to zbyt niebezpieczne abyś znalazł się zbyt blisko... To ciebie w końcu chce dorwać.
Chłopak skoncentrował swoje oczy na wylocie z pieczary. Gdy już był pewny wszelkich załomów, ruchem dłoni pokrył go kilkunastocentymetrową warstwą szklanej substancji, wokół której unosiła się delikatna poświata. Światło to również owinęło się wokół jego ręki i lekko rozjarzyło jego pierś.
- Zrobione, ale jak potem stąd wyjdziemy?
Na twarzy nauczyciela pojawił się znów uśmiech:
- Coś się wymyśli. Mam mocna głowę na takie problemy...Ale już czas przerwać ten okrutny proceder zaświatów. Powodzenia Mick
- Powodzenia John- Po czym podając mu rękę, młodzieniec drugą wyciągnął
z kieszeni spodni swe znalezione metalowe "cygaro". Jeden ruch i kij był w pełni gotowy błyszcząc swymi ostrzami.
- Myślę że Ci się przyda.
- Dzięki. Tak myślałem że znajdzie się w odpowiednich rękach.
Chwila i już biegli w przeciwne strony. Mick przemierzał las zwisających pnączy,
a o podłoże głucho stukały podeszwy jego butów, dźwiękiem łamanych kości. W biegu formował w dłoni kryształową kulę, aby w każdej chwili móc obronić się przed ewentualnymi napotkanymi osobami. Nie musiał na to długo czekać, bo kilka minut później za zakrętem , wpadł na jednego z mężczyzn.
Miał on na sobie czerwone szaty niczym ksiądz, a w rękach niósł księgę oprawioną
w skórę, oraz kielich pełen żłobień o dziwnie wyglądającej zawartości. Wyglądał na około 50 lat, miał siwe włosy i brodę okalającą usta. Wyglądał tak realistycznie jak Mick. Ta odmienność sprawiła iż chłopiec pomyślał, że to też musiała być żywa osoba, która pojawiła się też w tym świecie. Ale jego reakcja była błyskawiczna mimo zaskoczenia. Przyłożył błękitna kule do piersi mężczyzny, a gdy tylko wchłonęła w ciało mężczyzny pozwolił jej skrzepnąć. Był zaskoczony słysząc pękające pod naporem ciśnienia serce
i widząc wyciekającą z ust krew, że tak łatwo przyszło mu zabić. Kilka minut później dwóch innych osobników stojących przed jakimiś drzwiami połączyło swe istnienia
z kolorem szat. Różnica polegała na tym iż tym razem przeciwnicy uzbrojeni byli w noże, a jeden z nich otrzymał marynarski chrzest szklanym odłamem w głowę. Po wszystkim chłopiec wszedł do środka będąc przygotowanym na ewentualny atak, szukając Nestron.
Pierwszego nie znalazł, ją tak.
- Mick- krzyknęła widząc go.
Miała na sobie wyblakłe, zakurzone ubranie, a włosy a głowie były w nieładzie. Jej podpuchnięte oczy i zmęczona twarz- wynik złych warunków więzienia- teraz rozpromieniała. Jej rysy złagodniały a w całym ciele, zwłaszcza w oczach, widać było powracające na nowo życie.
- Witaj mój nocny aniołku- Mick usłyszał z swych ust dawno niewypowiadane słowa. W oczach zabłysły mu łzy.
- Hej Wampirze! Brakowało mi ciebie, nawet nie wiesz jak bardzo. Ale nie mogłam. Wiesz, znikłam, odeszłam tak nagle. Przepraszam musiałam
- Już się nie gniewam. Wybaczyłem Ci...Od razu... Al. Powiedz co się stało
- Miałam dość....Ale musze cię najpierw ostrzec. Jakiś mężczyzna mnie porwał. Był gorszy od jakichkolwiek wymyślonych przez ludzi potworów. Gdy umarłam porwał mnie z tej czarnej ciszy w jakiś sposób i nie mogłam uciec zniewolona jakąś siłą. Potem zmusiła bym Cię tutaj zwabiła i przybyłeś. Nie chciałam. Próbowałam walczyć, ale pozostawała mi tylko modlitwa i ostrzeżenia słane nocami. Dzięki Bogu jesteś cały.
- Tak, te kilka siniaków to nic. Sama możliwość zobaczenia ciebie po tych samotnych godzinach wszystko mi rekompensuje. Bo wiesz Nestron, bałem się Ci powiedzieć jak jesteś mi bliska. Odkładałem wszystko, a potem oczekiwania zsumowały się w wieczność. A najgorsze były, że gdy odeszłaś zabijając moje marzenia wciąż wracało pytanie dlaczego...Powiedz mi...
- Zabrakło mi sił. Tu nie chodzi o Ciebie... Szkoła też raczej nie wchodziła w ten ogólny rozrachunek. Raczej wszystko jest kwestią duszy. Mój kryształ pękł. Zbyt czuła nie wytrzymałam naporu zewsząd napierającej nienawiści. Kłótnie w domu z rodzicami, którzy słuchali mnie , a nie chcieli usłyszeć, także nie przynosiły mi spokoju. Dom przestał być azylem. A ja tak bardzo chciałam zachować siebie, otrzymać spokój. Starałam się być dobra, pomagać ludziom, być gotowa do walki o słuszną sprawę. Podsycałam to wszystko swą wrażliwością, a tu któregoś dnia zaraz po naszym wypadzie usłyszałam,
że jestem pieprzoną egoistką bez serca i nigdy nie myślę o innych.
To mnie zupełnie rozbiło i w połączeniu z końcowo szkolnym stresem podjąłem decyzję i odbyłam ostatni egzamin w życiu, skoro świat mnie nie potrzebował. Pragnęłam spokoju, lecz byłam zbyt głupia, by zrozumieć, że świat jest takim jakim pozwolimy mu być i aby otrzymać spokój, nie trzeba szukać miejsca ale odnaleźć się w sobie. Inaczej wszystko przerodzi się w ból i samotność.
- Nestron! Jak mogłaś pomyśleć, że jesteś nikomu niepotrzebna? Właśnie to Ty byłaś mi potrzebna jak nikt inny na ziemi, bo potrafiłaś zrozumieć mój świat. Tylko ty na mnie ludzko patrzyłaś, bez strachu; bez litości. I jeśli słyszałaś chociaż część moich wołań i nocnych modlitw to powinnaś zrozumieć jak cię kochałem. Od samego początku, choć nie potrafiłem tego przyznać sobie samemu. Bo nawet wampir potrzebuje swojego anioła, a nawet bardziej...
Nagle rozmowę przerwał huk.
Rozdz.14
Do pomieszczenia z bolesnym jękiem wpadł John. Miał pokiereszowaną twarz, ciało oblepiał pot zmieszany z krwią. Jego prawa ręka wygięła się pod dziwnym kątem najprawdopodobniej złamana, wypuszczając metalowy kij, który złożył się i odtoczył w kierunku wtulonej pary. Za rannym wszedł odziany w czarny skórzany płaszcz, o chłodnym spojrzeniu, mężczyzna w średnim wieku.
- A jednak się spotykamy... a już zaczynałem się smucić- powiedział przekornie.
- Będziesz mój tak jak twoja przyjaciółka. Wręcz twoje ciało już jest moje, a ja będę mógł powrócić
- Nigdy!!!
- Myślisz że będziesz mógł mnie powstrzymać, tak? Ty, marne chucherko które żyje tylko przez niezdecydowanie. Za chwilę będziesz mój, ale najpierw musze dopieścić mojego kolegę.
Przy ostatnich słowach niedbale skinął w stronę próbującego się podnieść Aloara. Wyciągnął rękę nad którą zapłonęła kula czerwonego ognia.
Mick nie mógł patrzeć bezczynnie. Próbował unieruchomić przeciwnika ale nie mógł. Czuł jakby jego moc odpychała jakaś siła. Gdy już myślała że będzie winien śmierci przyjaciela postanowił zmienić taktykę. Uformowany pocisk cisnął w plecy napastnika,
a gdy ten odwrócił swa uwagę od Lifeded'a zamroził płonącą kulę. Ta eksplodowała odłamkami szkła.
Mężczyzna, którym jak sądził chłopiec był Drako, krzyknął być może ze złości, a być może z bólu po odłamkach.
- Jak śmiesz?- ryknął. Mick poczuł jak coś unosi go w powietrze i miażdżąc
prawie kości rzuca na środek pomieszczenia koło Aloara. Gdy łapał oddech jego sąsiad przyjmował soczyste kopnięcia na korpus. Rozległ się dźwięk łamanych żeber.
- Przykro mi, że Cię nie obroniłem... Że nam się nie udało- John szepnął cicho
a jego głos był ledwie słyszalny.
Mick spojrzał w jego ledwie żywe oczy i widząc to poświęcenie poczuł w sobie gniew. Podniósł się ciężko na rękach i otarł strużkę krystalizującej się na jego policzku krwi.
Nestron kuliła się w koncie przerażona , a Drako patrzył na to wszystko
z wyższością.
- Nie mieliście szans, a porwanie się na mnie było zwykłą głupotą. Żyjesz jeszcze tylko dlatego że nie mogę cię zabić... Ale z chęcią pobawię się twoją duszą, gdy tylko się połączymy. Zaraz.
- Chyba masz rację- chłopiec spuścił głowę. Zrobił to jednak tylko po to by
sięgnąć po leżący obok kij. Gdy tylko go wziął, rozłożył go całkowicie i błyskawicznie tworząc błękitną energię pomiędzy ostrzami, wbił go w pierś zaskoczonego czarnoksiężnika.
- ty głupcze! Myślisz, że mnie zabijesz?- zapytał, pomimo sączącej się z jego
ciała krwi. Choć chwiejnie uderzył chłopca mocno w twarz przewracając go na ziemię.
- Myślę, że tak- powiedział Mick zaciskając pięść. Ciało mężczyzny, przyszyły
konwulsje w kanonadzie cichych pęknięć naczyń krwionośnych, od środka pokrywających się kryształem.
- Miałeś rację, że się połączymy. Na początek poznaj mój ból.
Na moment zamknął oczy wycieńczony. Po chwili dotarł do niego jęk- to Lifeded próbował jakoś wstać.
- Mówiłem że nam się uda.
- Może i tak, ale ja sobie teraz trochę poleżę i odpocznę.
- Dobra ale pamiętaj, że to ty będziesz dłutkiem otwierał naszą kryształową ścianę przy wyjściu.
- Ok, ale biorę 3,50 za godzinę.- odpowiedział John na żart. Po chwili obaj się
śmiali odreagowując ból, rozładowując napięcie i rozluźniając zmęczone ciała. Gdy zamilkli Mick wstał i spojrzał w stronę Nestron.
- Idź, mi i tak się nie śpieszy.
Dziewczyna wtuliła się mocno w ramiona młodzieńca. Jej ciało przeszedł spazm,
a twarz wykrzywił ból. Płakała.
- Już dobrze maleńka. Wracamy. - powiedział ocierając jej twarz i tuląc do siebie
- Chyba tak. Czuję że krepujące więzi słabną. Ale zrozumiałam ile straciłam, gdy przed chwilą groziło Ci niebezpieczeństwo... Ile straciłam w momencie kiedy się tak brutalnie rozstaliśmy. W końcu choć mamy jedną duszę dzielą nas dwa światy. Wiesz Mick, po tych dniach spędzonych tutaj dotarło do mnie, co mam w sobie. Nie zdawałam sobie sprawy ile i ty dla mnie znaczysz. Nie potrafiłam tego dostrzec i docenić przez cierpienie i może dlatego zabrano mi mój byt. Ale teraz już na wszystko za późno, moja Gwiazdeczko...
- Kto powiedział, że nie możemy być razem. Jesteśmy inni i może choć raz nasza prośba zostanie wysłuchana w odpowiednim czasie. Modliłem się
o miłość i spokój. Potem o ciszę. Potem o śmierć. Wszystko dostałem Wszystkie me prośby Bóg zawsze spełniał i spełnia. Jednak nigdy nie otrzymałem nic z tych rzeczy, gdy ich pragnąłem. Wierzę jednak, że każdy ma szansę spełnić się właśnie wtedy, kiedy tego potrzebuje. Szansa na jeden wybór i jedną prawdziwą decyzję o swoim życiu. Sprawdźmy więc czy moje nadzieje się sprawdzą...Co w końcu może się stać? Wszyscy od samego początku jesteśmy martwi, najbardziej w momencie narodzin.... Ważne jest jednak by na śmierć się przygotować kiedy połączy nas w swej pętli
z pierwotnym powstaniem.
Mick mówiąc to, sięgnął ręką za koszulę na piersi i zamykając oczy zerwał wrośnięty w jej skórę medalion. Chciał po prostu umrzeć mając w pamięci swą przyjaciółkę. Wierzył, że dzięki temu być może ją odnajdzie.
Poczuł w piersi ból, a ciszę wypełnił dźwięk tłukącego się szkła i krzyk Nestron. Aloar próbował wstać w momencie, gdy wokół chłopca zaczęła znikać błękitna aura i wyrazistość. Zapadła cisza. Był martwy.
*****
Policja o świcie kończyła formalności i zwijała żółta taśmę. Szybko ustaliła co znajdzie się w raporcie: ciało należało do poszukiwanego młodzieńca, który zginął
w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Doszło do niego w opuszczonym grobowcu, który najprawdopodobniej zapadł się z zachodniej strony, a chłopiec w ciemności nie zauważył niebezpieczeństwa. Szczegóły miejsca wypadku zostały ujawnione, a jedyne osoby które wiedziały o tym cokolwiek były grupa prowadząca śledztwo oraz najbliższa rodzina. Prasie podano tylko zimne ochłapy szczątkowych informacji, pomijając szczegóły szklanego grobowca nastoletniej ofiary. Zajął się tym osobiście Charles wykorzystując swoje znajomości w policji, podając że chłopiec zginał w wypadku osunięcia się jednego
z grobowca kiedy to wyszedł na nocną przechadzkę po jednej z ulewnych nocy. Potem wrócił do starego pana Dillsa. Czuł się zobowiązany przenieść teraz opiekę z syna na ojca, który powinien w względnym spokoju przeżyć swoje ostatnie chwile. Poza tym wszyscy zachowywali milczenie pogrążając się we własnych myślach. Każdy myślał tylko o sobie znanych pytaniach związanych z minionym wypadkiem, lecz tylko na dwa pytania odpowiedzi były pewne. Nikt nie dowie się co się tam tak naprawdę stało i że gorycz odmienności została już pogrzebana...
EPILOG
Był słoneczny dzień marca. Wszystko już pokryły kolory i kwiaty. Świat budził się do życia, tak szybko jak ostygły kamienie na rodzinnych grobowcach Dillsów i XXX. Ludzie odchodzili i rodzili swych potomków. Świat jakby zatrzymał się i tylko szumiące cmentarne drzewa śpiewały o poległych. Czasem też pojawiały się świecące lampki
i prędko więdnące kwiaty. Ludzie błyskawicznie w swej ułomności wyzbywali się miłości.
Inni bardzo szybko się jej uczyli, zwłaszcza gdy żyło się ciężko
i pragnęło się jakiegoś azylu.
Taką osobą była Petra Karison. Miała 26 lat i po burzliwym związku, który miesiąc temu udało się jej zakończyć, właśnie urodziła dziecko. Mieszkała w małym miasteczku mającym zaledwie na krzyż kilkudziesięciu mieszkańców, dlatego w jej domu kłębiły się teraz dziesiątki osób dzielących z nią to szczęście i ofiarowujących jej swą pomoc. Mała Karol, bo tak Petra postanowiła dać dziewczynce na imię, od samego poczęcia dzielnie, choć z odrobiną niepewności i zaciekawienia uśmiechała się i rozglądała wokół słabymi jeszcze oczkami. Nie płakała, ani nie była zagubiona. Wręcz przeciwnie- maleńka machała rączką w kierunku matki. Ale nie do niej się tak uśmiechała, lecz do stojącej
z tyłu ubranej w czerń trójki o wyjątkowych jak ona oczach. Wydawała się, że ona tylko ich widzi, tak jakby byli jej magicznymi opiekunami. Być może po prostu byli kimś
z rodziny, lub też w tej tłumie nikt na nikogo nie zwracał uwagi. Jednak John, Nestron
i Mick kim i po co tu są. Bramy zostały znów otworzone na świat, aby ochronić to białe dziecko trzeciego tysiąclecia, dopóki samo nie będzie mogło zgłębiać swych nauk.
Burze zawsze powracają aby zakryć słonce i gwiazdy...
Ale one zawsze wygrają.
Koniec części 2 z 2
Nefalin86
[ nefalin86@vp.pl ]
|