|
Rozdział I
Gorące czerwcowe słońce nieśmiało wpadało przez przeźroczyste zasłony do pokoju Otylii. Był wczesny ranek. Pojedyncze promyki łaskotały młodą twarz dorosłej już dziewczyny. Długie złociste włosy opadnięte na puchową poduszkę, mogłyby posłużyć dla niejednego malarza za idealny obiekt natchnienia.
-Drrrr- budzik nieśmiało terkotał, by obudzić swoją panią.
-Zamknij się- krzyknęła. Umilkł. Nie minęły dwie minuty, gdy ponownie przypomniał o swojej obecności. -Dobra już dobra- zniechęcona zwlekła się z łóżka, nałożyła pantofle i zgasiła firmowy budzik "Braun" czuły na dźwięk. Wyjrzała przez okno. Pojedyncze smugi światła przebijały się przez mgłę, która dość niespodziewanie przykrywała sporą część gruntu. Z kęp drzew dochodził wesoły świergot ptaków niczym najlepszy Chopinowski koncert zwiastujący optymistyczny dzień. Zasłoniła żaluzję. Wzięła szybki prysznic, który ostatecznie przebudził ją z sennego letargu. Nałożyła obcisłe biodrówki i przykrótki t-shirt, po czym zapakowała stertę "niepotrzebnych" książek i zeszytów. Pośpiesznym krokiem skierowała się do wyjścia. -Była bym zapomniała - pomyślała. Jej oczy spoglądały na malutki wisiorek, który znalazła idąc pewnego dnia do szkoły. Nigdy nie wiedziała, co oznacza tajemniczy symbol -Powyginana Litera "N" wpisana w dziwny okrąg-, ale czuła, że przynosi jej szczęście. Zbiegła pośpiesznie po schodach, zabierając jednocześnie kanapki przygotowane przez mamę. Szybkim krokiem udała się na przystanek autobusowy. Po chwili oczekiwania nadjechał miejski PKS. Otylia wsiadła do autobusu, witając się jednocześnie z kierowcą. Za szybą przemijały okazałe wiosenne widoki. Liczne pola ustawione w tradycyjną polską szachownicę, rozległe polany pokryte kwieciem. Powoli Zieleń, zaczęła niknąć w oddali. Coraz więcej widać było miejskich obskurnych budynków. Po niespełna kilku minutach jazdy przez miasto dziewczyna znalazła się naprzeciw ogromnego budynku, jakim było Miejskie Gimnazjum Nr.1 w Gromiszowie. Spędzała tu ostatnie dni swojej nauki, a mimo to miała praktycznie jedną przyjaciółkę, z którą dzieliła szkolną ławę. Nie była lubiana i dobrze o tym wiedziała. Jej uroda przysparzała jej więcej wrogów niż przyjaciół. Często spotykała się z nieprzyjemnymi wyzwiskami od tych z pod latarni, obraźliwymi napisami na ławkach i tak dalej. Zwykle nie mogła nawiązać kontaktu z chłopakami. Byli przy niej nieśmiali, lub popisywali się, co było nie do zniesienia. Jedyną podporą w trudnych chwilach okazała się jej najlepsza koleżanka - Marta. Życzliwa i uczynna. Zawsze uśmiechnięta i skora do pomocy. Nie uczyła się najlepiej, ale w tym pomocą służyła Otylia. Przez trzy lata szkolnej tułaczki nawiązała się miedzy nimi nieprzerywalna nić wzajemnej życzliwości i przyjaźni.
Z holu dobiegał nieprzyjemny głośny dźwięk szkolnych dzwonków. -Wtedy przypomniała sobie, gdy uczniowie z jednej klasy pozatykali wszystkie papierami. Wiele osób spóźniało się na lekcje, tłumacząc się, że dzwonka nie słyszeli. Zabawa była przednia, lecz wszystko popsuła dyrektorka, która kazała odpracowywać jeden dzień nauki w sobotę.- Po kilku minutach "schodowej wspinaczki" dotarła na drugie piętro gdzie za chwilę miały zacząć się lekcje. Spojrzała na zegarek. -O cholera- pomyślała. Było już pięć minut po dzwonku. Ostrożnie nacisnęła klamkę od drzwi. Weszła do klasy. Dwadzieścia pięć par oczu było skierowane w jej stronę, w tym oczywiście nauczycielka od polskiego.
-Dzień dobry, Przepraszam za spóźnienie- wyjąkała, siadając obok swojej towarzyszki. Bezszelestnie wypakowała zeszyt wraz z podręcznikiem. Mrugnęła porozumiewawczo okiem do Marty, sygnalizując powitanie. Lekcja była nudna. Oceny były wystawione i nikt specjalnie nie słuchał polonistki, tłumaczącej zjawiska fonetyczne. Gdy nauczycielka zaczęła pisać na tablicy po klasie rozchodził się szmer cichutkich dyskusji -Rodzice pozwolą ci zanocować w moim domu? Zostaje sama, nie lubię tego...- skrzywiła się Otylia. -Zobaczę, co da się zrobić. Dam ci znać po szkole.- odparła Marta. Z korytarza dobiegał donośny dźwięk jednego z licznych szkolnych dzwonków. Wszyscy spakowali rzeczy i opuścili w pośpiechu salę. Przez większość lekcji Otylia była zamyślona i roztargniona. Od pewnego czasu śniły się jej dziwne rzeczy. Sen był zawsze taki sam. Mgła. Z mgły wyłaniały się dwie liczby. 14 i 18. Znowu mgła... Nie wiedziała, co oznacza ten sen. Sprawdzała w sennikach, była nawet u Wróżki, ale nigdzie nie znalazła zadawalającego rozwiązania zagadki. Nie wiedziała, dlaczego budzi się zlana potem a jej ciało drży. Co może być strasznego w dwóch głupich parzystych liczbach? Gdy dziewczyna zdążyła o nim zapomnieć, powracał. Śnił jej się zawsze, cztery razy pod rząd. Nie mówiła o tym nikomu.
Rozdział II
-Będę przed 19 OK?- Z słuchawki telefonu komórkowego dźwięczał miły głos Marty. -Myślałam, że się nie zgodzą...ale udało mi się ich przekonać. Ma się ten dar przekonywania w sobie-, hihi- wyraźnie uszczęśliwiona i dumna piszczała do słuchawki. -Nawet nie wiesz jak się cieszę, że będziesz! Musze ci coś powiedzieć...ale to jak przyjdziesz! Czekam!-entuzjastycznie krzyknęła Otylia, po czym nacisnęła przycisk rozłączający rozmowę. Rzuciła okiem na swój pokój. -Hmm- pomyślała. -Trzeba by tu trochę posprzątać- Kąciki malinowych ust wygięły się w przyjazny uśmiech. Najpierw rzeczy... Upchnęła tygodniową garderobę do szafy, poskładała jeansy w kostkę. -Teraz biurko- Posortowała książki oraz zeszyty, wrzuciła długopisy do piórnika. Po cichu zbiegła po schodach. Wytarła pozmywane naczynia. Wyraźnie zmęczona, ale usatysfakcjonowana usiadła na krześle. Zaparzyła sobie herbatę. Lekko przeźroczysty dymek unosił się nad filiżanką. Otylia ogrzewała sobie dyskretnie ręce. Mimo ciepła, jaki panował na dworze, w domu odczuwało się lekki chłód. Spojrzała na zegarek. Fosforyzujące cyfry na czarnej tarczy pokazywały godzinę 20:01. Usłyszała dzwonek u drzwi. -czyżby to była Marta?- zapytała w myślach. Podbiegła na ganek i otworzyła entuzjastycznie drzwi. Nikogo nie było. -Dziwne...- wzruszyła ramionami i udała się do pokoju. Rzuciła na sprężyste łóżko, które lekko wybiło ją w górę. Nastawiła budzik na 21.00. -Prześpię się trochę, później przyjdzie Marta- Ziewnęła i ułożyła się do snu. Nie przeczuwając nic złego...
***
Obudziła się zlana potem. Znowu miała ten sen. Mgła.. potem te liczby...przeklęte liczby! - z niedowierzaniem kręciła głową. Było już ciemno...całkiem ciemno. Bała się. Jej ciało drżało. Trzęsła się jak galareta. Nie umiała racjonalnie myśleć. Jej spokojne i wywarzone oczy były pełne lęku i przerażenia. Usłyszała skrzypienie otwieranych drzwi. -Eee- krtań ścisnęła się w wąski lejek. Nie mogła wymówić ani jednej sylaby. W końcu cichym niepewnym głosem zawołała; -Marta?- odpowiedziała jej głucha cisza. Usłyszała dziwny dźwięk. Odtwarzacz CD, samowolnie się włączył. W środku była ostatnio nabyta przez Otylię płyta Coma- Zaprzepaszczone Siły Armii Świętych Znaków. Numerki na wyświetlaczu zmieniały się... 1...2...3...12. Otyli kręciło się w głowie. Dobrze znała ten utwór. Bała się go. Piosenka zaczęła powoli rozbrzmiewać po pokoju. Niespodziewanie, zaczęła się przewijać. Zatrzymała się przy samym końcu. Zaświeciła się kontrolka odpowiadająca za powtarzanie danego fragmentu piosenki. Z głośników coraz głośniej i głośniej rozbrzmiewał diaboliczny głos; SCHIZOFRENIA, SCHIZO, SCHZIOFRE, SCHIZOFRENIA... Zatkała uszy. Nic nie pomagało. Ogromna moc potężnych kolumn skutecznie docierała do uszu dziewczyny. -Koniec tego!- Zaczęła krzyczeć i walić w wieżę. Próbowała ją wyłączyć. Bezskutecznie. W pomieszczeniu wciąż rozbrzmiewał przeraźliwy krzyk wokalisty; SCHIZOFRENIA, SCHIZO, SCHZIOFRE, SCHIZOFRENIA...
Szyby pokryły się szronem. Lodowate powietrze wpadało przez uchylone okno. Zaczęła dygotać. Kropelki gorącego potu zamieniały się w kryształki lodu. Drżała. Jej wargi posiniały. Doczołgała się do drzwi. Chwyciła klamkę. Była nieruchoma i zimna...jak wszystko. Czuła słabość. Rzęsy poczęły być ciężkie jak ołów. Nie mogła się ruszać. Była sparaliżowana swoją bezradnością i bezsilnością. Wtem do pokoju weszła nieznana postać. Krzyczała niezrozumiałe słowa jednocześnie gestykulując. Chłód ustąpił. Wszystko znikło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nieznajomy wziął dziewczynę pod ramię i ostrożnie sprowadził po schodach.
Rozdział III
-Kim jesteś?- wybełkotała plącząc przy tym słowa. -Jak to, nie poznajesz sąsiada?- dziewczyna baczniej przyglądała się tajemniczej postaci. Dopiero teraz ją rozpoznała. Był to jej "nawiedzony sąsiad". Prawie w ogóle nie wychodził z własnego olbrzymiego domu. Niektórzy twierdzą, iż jest właścicielem olbrzymiej biblioteki zajmującej całą powierzchnię staroświeckiej rezydencji. -Teraz już...-niepewnie cedziła słowa. -...Mnie poznajesz- dokończył wyraźnie rozbawiony. -No nic mała, trzymaj się. Jeśli to się powtórzy wpadnij do mnie, to coś poradzimy- Skinął zamaszyście kapeluszem, poczym majestatycznie wyszedł. Nie wiedziała, dlaczego ale poczuła ulgę. Powoli wszystko wracało do normy. Usłyszała cichy dźwięk. -To pewnie Marta!- myśl o spotkaniu z najlepszą przyjaciółką napawała ją optymizmem. Pośpiesznie otworzyła drzwi. Miała racje. Jej twarz była pogodna i uśmiechnięta jak zawsze. -Wejdź- zapraszająco powiedziała Otylia. Gdy jej koleżanka zdjęła obuwie i weszła do domu, niespodziewanie uśmiech zniknął z jej twarzy. -Na Boga, coś ty tu narobiła?- z niedowierzaniem kręciła głową. Otylia nie rozumiała, o co chodziło, lecz po chwili spostrzegła opłakany obraz kuchni. Wszystkie talerze były pobite. Krzesła powywracane w czterech kierunkach świata. Z lodówki wypadło wszystkie jedzenie. Dziewczynie wyraźnie zbierało się na płacz. Łzy gotowały się w oczach, kipiąc gniewem, który nie zapowiadał nic dobrego. Nie rozumiała tego wszystkiego. Nie była w stanie tego pojąć. Minęło zbyt mało czasu. Nie umiała przemyśleć całego zamieszania powstałego w zaledwie kilkanaście minut. Wszystko znikło tak szybko jak się pojawiło. -Ja naprawdę nie wiem...- zaczęła z trudem wstrzymując płacz. -Chodźmy do twojego pokoju.- czując niezręczną ciszę przerwała Marta. Obydwie dziewczyny usiadły na sprężystym łóżku, na którym niedawno jeszcze Otylia radośnie skakała. -Co się z tobą dzieje?- nadzwyczaj pewnie zagrzmiała Marta. -Zachowujesz się dziwnie. W szkole prawie w nic ze mną nie rozmawiasz, jesteś zamyślona, ale to da się jeszcze wytłumaczyć - myślałam, ze jesteś zakochana. Teraz zamieniłaś kuchnię w jeden wielki burdel - co, jak co ale tego nie jestem już w stanie racjonalnie sobie wytłumaczyć. Mówię to, dlatego, bo nie wiem jak mogę ci pomóc. Zawsze byłyśmy szczere, więc mówię to, co myślę, i zdaję sobie z tego sprawę, że może cię to zaboleć. -Ehh...Sama chciałabym to zrozumieć.- zaczęła Otylia. -Nigdy nie mówiłam ci o takich bzdurach jak sny, ale teraz są one moją udręką. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale tak jest... Budzę się zlana potem. Nie potrafię opanować lęku. Potem coś włącza mój odtwarzacz, zamraża mój pokój...a może nie potrafię odróżnić iluzji od rzeczywistości? Nie wiem czy działo się to naprawdę, ale wiem jedno, to nie ja potłukłam talerze czy powywracałam stołki! Marta słuchała z wyraźnym skupieniem. -Powiedz mi, od czego to się zaczęło- Dziewczyna szczegółowo wyznała swojej przyjaciółce wszystko, jak sobie życzyła. Zwierzenia były na tyle szczere i przejmujące, że strach udzielił się również Marcie, ale nie dawała tego po sobie poznać. Nie jestem badaczką zjawisk paranormalnych, ale według mnie powinnaś zniszczyć medalion. Nie wiem, dlaczego ale czuje, że ma on z tym jakiś związek. Zanim to zrobisz, odwiedź tego gościa, który był tutaj zanim przyszłam. Opowiedz mu wszystko po kolei tak jak opowiedziałaś to mnie. Myślę, że to będzie najlepsze rozwiązanie. A teraz bierzmy się za porządki. Musimy zatuszować igraszki twojego ducha- dodała wesoło, aby rozweselić nieco swoją koleżankę. Sprzątanie szło szybko i sprawnie. Na szczęście w kredensie była nigdy nieużywana zapasowa zastawa, i przy odrobinie szczęścia rodzicie długo nie zauważą braku jednego kompletu. Otylia szorowała podłogę, natomiast Marta zamiatała resztki porcelany. Zabiegane i całkowicie pochłonięte pracą nie zauważyły, gdy ktoś ukradkiem wślizgnął się do domu...
Poruszał się bezszelestnie lekko lewitując nad powierzchnią ziemi. Za sobą zostawiał lekką smugę białej jak mleko mgły. Był niewidoczny. Dostosowywał się do pomieszczenia, w którym się znajdował. Przybierał różne kształty. Z dziecinną łatwością przenikał przez ściany. Zatrzymał się niedaleko kuchni. Jego uwagę przykuła wysoka dziewczyna o czarnych Włosach. Wpatrywał się w nią jeszcze chwile. Teraz już wszystko wiedział. Przeszedł przez drzwi, by na powrót wtopić się w mrok.
Rozdział IV
Lodowaty wiatr wpadał zuchwale przez lekko uchylone okno pokoju, w którym spały wyraźnie zmęczone dziewczyny. Marta przebudziła się pierwsza. Wzdrygnęła się czując przejmujące zimno. Zamknęła pośpiesznie okiennicę. Spojrzała na ścienny zegar wskazujący wpół do dziewiątej. Szturchnęła lekko Otylie. Widząc, iż nie przynosi to żadnego efektu, Nastawiła budzik i postawiła go na szafce obok kanapy. Po chwili wesoły dźwięk nakręcanego urządzenia rozbrzmiewał po całym pokoju. Otylia przetarła oczy. Ziewnęła. -Za godzinę twoi rodzice wracają z poprawin. Może zrobisz im małą niespodziankę, przy mojej skromnej pomocy? Przygotujmy im królewskie śniadanie! Co ty na to? Entuzjastycznie spytała Marta. -Ja bym na to nie wpadła- odpowiedziała uśmiechając Otylia. -Oczywiście, nie mam nic przeciwko! W mgnieniu oka obydwie przyjaciółki jeszcze w pidżamach zbiegły na dół do kuchni i zaczęły przygotowywać posiłek. Marta nastawiła czajnik, oraz przygotowała filiżanki z miętową herbatą. Otylia wyjmowała w zaskakującym tempie wszystko, co było w lodówce. W kilka minut stół był obficie zastawiony przeróżnymi smakołykami a czajnik wesoło pogwizdywał wydmuchując przy tym tumany pary wodnej. W tym momencie do domu weszli rodzice Otyli. Uściskali gorąco córkę i przywitali się z Martą. Jakie ich było zaskoczenie gdy weszli do kuchni w której panowało przyjemne ciepło a zewsząd pachniało przeróżnymi pysznościami.-My musimy już iść się ubrać a potem do szkoły- powiedziała Otylia. -Dzisiaj rozdanie świadectw- wtrąciła się Marta.
Otylia stała jak reszta uczniów w ciasnej sali gimnastycznej. Dyrektorka wygłaszała swoje przemówienie, ale i tak nikt jej nie słuchał. Większość omawiała plany dotyczące wakacji. Jedni jechali pod namioty, drudzy za granicę. Kolejni znowu mieli zamiar nieco dorobić. Słuchając napływających z wszystkich stron rozmów, Otylia sama zaczęła się zastanawiać nad swoimi planami. Uświadomiła sobie, że takowych nie posiada. Rodzice chcieli ją wysłać na jakąś kolonię, ale pomysł ten nie za bardzo przypadł jej do gustu. -Co ja będę robić?- myślała, lecz żaden konkretny pomysł nie przychodził jej do głowy.-Otylia Czarniecka...Otylia Czarniecka!- wytrącona z rozważań pokojarzyła, że dyrektorka ma zamiar wręczyć jej świadectwo z paskiem. Przemierzyła salę i znalazła się naprzeciw niskiej kobiety o wyblakłych blond włosach i równie bladym wyglądzie. Pachniało od niej kremem, którego musiała mieć sporo na swojej twarzy. Kilka uścisków, gratulacje, i po wszystkim. Była wolna. Gdy wychodziła ze szkoły dołączyła do niej Marta czekająca na zakończenie uroczystości. Zwykli uczniowie już dawno dostali swoje cenzurki.
***
Widziała mgłę. Nieprzeniknioną i gęstą. Tumany gęstej substancji przemijały jej przed oczami z zawrotną szybkością. Z dymu wyłoniła się pierwsza cyfra 14. Była poszarpana i niewyraźna. Potem 18...Zbudziła się. Twarz byłą przerażona. Po policzku powoli spłynęła kropla gorącego jak wrzątek potu. Zacisnęła pięści. Od zewnątrz emanowało zadziwiające światło. Wyjrzała przez okno. Wszędzie widziała mgłę... Zamknęła je pośpiesznie. Niespodziewanie pośród bieli zauważyła wyraźny ciemny kształt znacząco wyróżniający się z białej aury. Nałożyła na siebie szlafrok. Po cichu, na palcach zeszła po schodach. Otworzyła drzwi. Niepewnie zrobiła pierwszy krok. Poczuła nieznaczny ruch za swoimi plecami. Obróciła się gwałtowanie. Nic nie dostrzegła. Ciarki przeszły jej po plecach. Czuła jego obecność...wiedziała, że tu jest. Szła dalej w poszukiwaniu koszmaru, którego chciała się jak najszybciej pozbyć. Pośród białego dymu dostrzegła młodą dziewczynę w czarnych włosach. Biegła w stronę leśnej ścieżki. -Marta!- Krzyknęła z całej siły, chodź dobrze wiedziała, że teraz trudno jej będzie się na to zdobyć. Długie czarne włosy niespokojnie falowały podczas biegu. -Nie usłyszała mnie?- zamyśliła się...
***
Słyszała ją. Nie czuła bólu. Słyszała swoją Matkę. Widziała ją. Widziała tylko ją. Nie zwracała uwagi na licznie siniaki powstałe w wyniku upadków. Jej kolano krwawiło. Nie obchodziło ją to. Biegła za nią. Musi ją zobaczyć...chodź przez chwilę, chodź przez sekundę... Liczne gałęzie raniły jej twarz podczas biegu, pot zlewał się z krwią. Dziewczyna dobiegła na skraj skalnej przepaści znajdującej się na samym końcu lasu. Zobaczyła ją. Jej twarz była pogodna i roześmiana. Marta podeszła na skraj urwiska. Wyciągnęła do niej rękę. Wtem obraz zniknął jak w urwanej taśmie video. Dziewczyna zaczęła tracić równowagę, noga poślizgnęła o mokry kamień. Upadła. Poczuła przerażający ból w kolanie. Wszystkie rany dawały znać o sobie. Nieuchronnie zsuwała się ze zbocza. Nie miała już sił. Chwyciła się wystającego korzenia. -Pomo...c...y- Wypuściła go czując ogarniającą słabość. Spadała, ale nie czuła tego. Widziała to, co chciała. Obraz swojej zmarłej matki.
***
Serce łomotało jej jak dzwon. -Czy to prawda?- Rozejrzała się dookoła. Była w swoim pokoju...-Czy to tylko sen? Wyglądał tak wyraźnie...Po co Marta miałaby biegnąć do lasu w nocy? Przecież to nie ma sensu- tłumaczyła sobie, próbując się uspokoić. Zerknęła na pogodę. Tym razem nie było słońca. Liczne ołowiane chmury zasłoniły wschodzące słońce. Drzewa wyginały się na wszystkie strony od zabójczej siły wiatru. -Pogoda jest okropna- powiedziała na głos. Usłyszała cichy dzwonek telefonu stopniowo narastający. Zbiegła na dół i odebrała.-Słucham?- zapytała Otylia. -Otylia? Nie ma u ciebie Marty?- z słuchawki dobiegał zaniepokojony głos Matki Marty. -Nie...-odpowiedziała niepewnie. -A nie wiesz gdzie może być? Nie mówiła ci nic?- głos był coraz bardziej podenerwowany. Słowa powoli zamieniały się w lament. -Naprawdę, nic nie wiem...- Odłożyła słuchawkę. Porwała telefon komórkowy i wybiegła z domu. Przyjrzała się uważnie drodze. Rozpoznała ścieżkę, którą widziała we śnie. Po kilkunastu minutach męczącego biegu dotarła na skraj lasu. Poczuła ulgę. Nie znalazła nigdzie Marty. Miała już zamiar opuścić urwisko, gdy nagle wyjrzało słońce a kilka kroków dalej dostrzegła nieliczne czerwone ślady. Ostrożnie zbliżyła się kamienia, na którym widniała największa plama. Wszystko było zaschnięte, ale mimo to rozpoznała krew. Zrobiła kolejny ruch w stronę zbocza. Na samym dole dostrzegła okropny widok. Leżące na wznak ciało młodej dziewczyny. Postać była nieruchoma, nieżywa. Nagłe zawroty głowy spowodowały zachwianie się dziewczyny. Upadła na lewe kolano. Pochwyciła energicznie starą gałąź płaczącej wierzby. Poczuła cichy trzask łamanego drzewa. -Jeszcze trochę...proszę! Już prawie...upadła kolejny raz. Usłyszała głośniejszy od poprzedniego dźwięk łamiącej się gałęzi. Powoli zssuwała się ze zbocza. Rozpaczliwe próbowała zaczepiać się o jakikolwiek wystający kamień. Łamiące się paznokcie wydawały nieprzyjemny dźwięk. Odpuściła, nie miała już żadnych sił. Gdy wiedziała, że to już koniec całe życie przemknęło jej przed oczami, żałowała że odchodzi już teraz, żałowała że odchodzi w taki sposób. Żałowała rodziców...żałowała Marty. Poczuła ból. Przeszył ją na wskroś niczym najostrzejszy nóż. Zamknęła oczy. 14...18... .
Sagitarius
[ sagitarius_pl@o2.pl ]
Strona www autora: http://www.cryminals.forall.pl
|