Przejdź do spisu treści...

Historia Więzienna

   - Więc za co w końcu siedzisz?
Bum nie zaszczycił pytającego nawet spojrzeniem. Od pół godziny siedział na łóżku, oparty plecami o ścianę, i ze skupieniem czytał felieton w „Playboy’ u”, zupełnie nie zwracając uwagi na Bola. W dodatku, nic nie zapowiadało, by miało się cokolwiek zmienić.
- Nie chcesz gadać, to nie.
Ten akt pozornej rezygnacji nie służył niczemu innemu, jak tylko przełożeniu ataku na stosowniejszy moment, kiedy być może uda się zastać przeciwnika z opuszczoną gardą i wziąć go bezbronnego w krzyżowy ogień pytań. Tymczasem należało przespacerować się od niedbale zasłanego łóżka do zakratowanego okna i popatrzeć melancholijnie na kłębiące się w górze obłoki.
- Psiamać, ale pogoda... - westchnął ciężko Bolo.
Przez trzy tygodnie ich przymusowego obcowania doszedł do następującego wniosku: jego współlokator był dziwakiem. Komuś bystrzejszemu do takiego stwierdzenia wystarczyłby pewnie sam fakt, że Bum omijał w świerszczykach strony z gołymi panienkami, a zatrzymywał się na nowościach literackich. Jeśli takowych nie znalazł, odrzucał pismo, kładł się na łóżku i gwizdał jakieś szalone melodie, niepomny na jęki i utyskiwania przymusowego słuchacza z łóżka obok, próbującego właśnie skupić się na cyckach wzgardzonej piękności. Bolo jednak do specjalnych bystrzyków nie należał i to ostentacyjna niechęć Buma do zwierzeń sprawiła, że uznał go za świra. Kiedy te trzy tygodnie temu przydzielili mu do celi kompana, ucieszył się, że wreszcie będzie miał do kogo gębę otworzyć. No i otwierał. Tyle że bez zainteresowania z drugiej strony.
Bum nie wyglądał na pomylonego, jak zresztą żaden psychol. Krótkie, schludnie uczesane jasne włosy, inteligentne oczy i miły uśmiech nadawały jego twarzy sympatyczny wyraz. Nosił się godnie, nie garbił się ale też nie zadzierał zbyt wysoko głowy. Grzeczny chłopaczek z sąsiedztwa, który wszystkim się kłaniał i zawsze przeprowadzał staruszki przez ulicę. Nie był młody, ale też nie stary. Mógł mieć żonę, może nawet małe dziecko. Z pewnością nieźle zarabiał i jeździł sportowym samochodem. Jak udało się ustalić Bolowi, Bum siedział już jakiś czas, a tu przeniesiono go za dobre sprawowanie. Za co go zamknęli, tego nie wiedział nikt.
Wygląd zewnętrzny mógł sugerować kogoś o bycie doczesnym zabezpieczonym odpowiednio wysoką posadką. Według pierwszej teorii Bum, młody i zdolny bankier dochodzi do wniosku, że tyra i tyra, a pieniędzy ciągle zbyt mało, decyduje się więc na drobne oszustwo, które przynosi mu upragnione miliony. Jako że zbrodni doskonałej nie ma, jego postępek szybko zostaje wykryty i odpowiednio ukarany. Hipoteza nawet interesująca, ale Bolo z doświadczenia wiedział, że taki bankier pasowałby do więzienia jak pięść do oka: po prostu nie przeżyłby, zaszczuty przez rasowych kryminalistów.
Gwałciciel? Dewiant seksualny? Bum miał coś spapranego z psychiką, to nie podlegało dyskusji. Może lubił zabawiać się z niepełnosprawnymi dziewczynkami, albo uprawiać seks z na wpół zgniłymi zwłokami, a potem je zjadać. Chociaż to też odpadało, po pierwsze byłoby o tym głośno, a po drugie taka osoba nie trafiłaby za kraty, ale do pokoju bez klamek, gdzie w twarzowym kaftanie bezpieczeństwa opowiadałaby łysiejącym doktorkom, co takiego pociąga ją w tych cholernych trupach.
Złodziej? Zdążyłby wyjść, bez budowania wokół siebie mitu. Morderca? Brakowało mu typowej bezwzględnej i ordynarnej urody...
Paranoja. Może siedział za niewinność? Bolo zaśmiał się gorzko i odwrócił wzrok od nieba. Przypomniały mu się niewesołe wspomnienia sprzed paru lat. Ruszył niechętnie w stronę łóżka. Nie zwrócił uwagi, że przedmiot jego niedawnych dociekań pilnie go teraz obserwował.
- Tak cię to ciekawi? – wychrypiał Bum. – Tak cię to ciekawi...
- Co mnie niby ciekawi? – spytał ironicznie Bolo. Rozmowa z Bumem należała do zjawisk z grupy fenomenów, tym niemniej kiedy już do niej dochodziło, nikt nie miał akurat na nią ochoty. – Pogoda? Idealna na pływanie, albo rajd rowerowy...
- Za co zostałem skazany – przerwał mu uprzejmie.
Zamilkli oboje. Niewiadomo skąd Bum wydobył nagle paczkę papierosów i zapalił, nie częstując złaknionego tytoniu Bola. Zaciągnął się dymem z wyraźną lubością.
- Być może skazali mnie tylko dlatego, że jestem człowiekiem... - zaczął.
- Albo raczej, że czegoś ludzkiego w tobie zabrakło – zaprotestował jego słuchacz. – Wyjaśnię ci pewną sprawę, która być może jest dla ciebie niejasna, wolę nawet nie wnikać dlaczego. Otóż do więzienia trafiają zazwyczaj – mówię zazwyczaj, bo zdarzają się drobne wyjątki i ja właśnie takim jestem – ludzie, którzy mają na sumieniu jakieś zbrodnie. Myśl sobie, co chcesz, ale zwykli, ludzcy ludzie („Masło maślane” – mruknął Bum) nie siedzą w pierdlu i nie muszą obciągać silniejszym kolegom pod prysznicem, tylko bawią się z dziećmi, oglądają wieczorem mecz w telewizji, pukają żonkę...
- My też oglądamy wieczorami telewizję – wtrącił Bum agresywnym tonem. – A pod koniec miesiąca przychodzi tu podobno parę panienek, żeby rozładować nasze napięcie.
- Co chcesz niby przez to powiedzieć? – zaczął nie na żarty irytować się Bolo. – Że to, co my tu mamy, niczym się nie różni od życia na zewnątrz?
- Że niczym, to oczywiście przesada. Ale spójrz. Gdy kiedyś mieszkałem tam, w bloku przez cały dzień ujadał jakiś cholerny kundel. A tu? Ledwo spróbuję się zdrzemnąć, a zaraz kundel naczelnika przypomina sobie o swoich strunach głosowych.
- Ty naprawdę jesteś obłąkany.
- Zamknij się, daj mi skończyć. Kiedy chcę po ciężkim dniu obejrzeć film, to oni muszą co dwadzieścia minut robić przerwę na reklamy.
Ręce mu się trzęsły. Zapalił jeszcze jednego.
- Takie małe, irytujące rzeczy spotykają cię na każdym kroku. Dzieci wrzeszczące pod twoim oknem, gdy właśnie próbujesz czytać. Ludzie popychający cię na ulicy, jakby za punkt honoru brali sobie otarcie się o ciebie, albo jakbyś swoim cielskiem zasłaniał całą wolną przestrzeń. Myślisz, że na zewnątrz jest raj na ziemi? Tam też dymają cię ile wlezie i nic nie możesz na to poradzić.
- Tam mogę pójść, dokąd mi się podoba – warknął bolo. Nic lepszego nie przychodziło mu do głowy. Jak można na równi stawiać prawdziwe życie i jego więzienną namiastkę? Absurd.
- Tutaj też możesz.
- Ty masz nasrane we łbie! – ryknął Bolo. – Jak mogę, gdzie mogę? Widzisz ten murek? Ten ze strażnikiem na wieżyczce u góry? Spróbuj wyjść za mur, zobaczymy co się stanie. Wyniosą cię nogami do przodu, ty cholerny idioto bez wyobraźni, i tyle będziesz miał ze swojej wolności. A na zewnątrz? Ktoś do ciebie strzela, jak z Bytomia idziesz do Katowic? Nikt nie strzela. Ale mniejsza o to, bo na wolności możesz robić, co chcesz i jechać, gdzie ci się podoba.
Bum nic nie odpowiedział, uśmiechał się tylko tajemniczo. Bolo nabrał niesamowitej ochoty, by trzasnąć go w szczękę.
- Nie możesz jechać, gdzie chcesz, bo nie masz pieniędzy. To jest w tym przypadku ograniczenie, ale bardziej bolesne, niż prozaiczne kraty, bo sięgające twojej psychiki. Więzy rodzinne, przywiązanie... Ale to i tak akademicka dyskusja – uniósł pojednawczo dłonie, widząc gwałtowne zmiany zachodzące na twarzy swojego oponenta – bo tak czy inaczej, tu i teraz jesteśmy zamknięci i długo potrwa, nim nas wypuszczą. Chyba niedługo będzie kolacja.


Powietrze było ciężkie, pełne wilgoci i niezbyt nadające się do oddychania, tak więc każde żywe stworzenie musiało odczuć ulgę, gdy w końcu lunęło. Duchota przechodziła do historii, a krople deszczu beztrosko bębniły o szyby domostw oraz jezdnie, tworząc wartkie potoki i rozległe jeziora.
Dla niego lecąca z nieba woda oznaczała mniej więcej tyle, że będzie musiał zdjąć okulary, jeśli ma nadzieję cokolwiek widzieć, nawet nieostro. Ku jego lekkiemu zdziwieniu, widoczność wcale nie ograniczyła się tak drastycznie, jak to sobie wyobrażał, zresztą i tak zapadał zmierzch: nocą wzrok nie należał do najprzydatniejszych zmysłów.
Powoli ruszył ulicą naprzód, chłonąc każdy szczegół z otoczenia. Wydawało się, że odkrywał świat na nowo, jakby posiadł zupełnie odmienną parę oczu.
- Jaki ja byłem ślepy... - wyszeptał sam do siebie.
Jego spokojny i pewny krok przemienił się w skradanie. Zgarbił plecy i posuwał się do przodu ostrożnie, rozglądając się czujnie na boki. Jedną rękę trzymał wysuniętą w bok, jakby dla utrzymania równowagi, a drugą wyciągnął przed siebie w geście ochronnym.
Na niebie zabłysł grom. Huknęło.
Kluczył wąskimi uliczkami, nasuwającymi skojarzenie z labiryntem. Noc zamykała go od góry i czyniła całą przestrzeń klaustrofobiczną.
Deszcz szumiał. Wiatr szumiał, zahaczając w locie o październikowe liście.
Przed nim i za nim pojawiły się znikąd mroczne sylwetki. Zatrzymał i czekał aż podejdą. Nie bał się wcale, przygotował się już do spotkania. Palcami wyciągniętej ręki ścisnął mocniej ozdobną rękojeść sztyletu.
- A więc wreszcie.
Słów tych nie wypowiedział jeden głos, ale cały chór, z każdej strony zacieśniającego się wokół niego kręgu. Widział ich twarze, tak wyraźnie jak nigdy wcześniej. Te istoty, których jedynym celem egzystencji było niesienie cierpienia.
Pani Marta z bloku obok, właścicielka psa, którego całe dnie trzymała zamkniętego na balkonie, od świtu do zmierzchu. Szczekał na całe gardło, co nie brzmiało jak wołanie o pomoc, ale jakby chciał przebić głosem na wylot ciała swoich znienawidzonych oprawców, ludzi. Całymi dniami wypełniał głowę Mężczyzny hałasem, wyżłabiając głębokie rysy na jego psychice.
Pani Maria, staruszka mieszkająca niewiadomo gdzie. Zawsze poruszała się po mieście niosąc dwie torby zakupów i nigdy nie ustępowała nikomu miejsca, z lubością tratując drobnymi stopami każdą napotkaną osobę i rozgniatając ją, pozbawiając na zawsze wszelkiej godności. Spotkało to i jego, Mężczyznę.
Pan Tomasz, wąsaty pracownik stacji telewizyjnej. To on odpowiadał za przerwy na reklamy i jemu właśnie przypadało wtłaczanie w bezbronnych telewidzów porcji niestrawnych, subliminalnych i manipulacyjnych przekazów. Bezlitośnie wydawał na pastwę losu Mężczyznę, tłukąc w niego Obuchem Zachęty i tnąc go Mieczem Promocji, by ostatecznie uczynić bezwolnym zombie, niezdolnym do wykonywania podstawowych procesów życiowych.
Pan Jestem Naprawdę Zabawny, tak bardzo irytująca postać, zawsze ponad, zawsze otoczony watahą wielbicieli, zawsze niedostępny. Jego śmiech był okrutny, bo zawsze wzbudzał podejrzenia. Jeździł szybkim samochodem i wrzeszczał do mijanych dziewczyn, potrafił opętać jak wilcza natura w północ.
Dzieci, roześmiane i złe, z niedobrym błyskiem w oku. Piszczały i wrzeszczały, pluły, gryzły, drapały. Jak robaki wpełzały do mózgu Mężczyzny, czyniąc tam spustoszenie.
Jego główny antagonista nie miał imienia, natomiast jako jedyny zdecydował się zabrać głos:
- Wiedzieliśmy, że przyjdziesz.
- To nie ja – odpowiedział. – To historia.
Wokół niego zawrzało. Ręce najbliżej stojących szarpały mu ubranie.
- Tak czy inaczej, chyba wiecie, po co tu jestem – bardziej stwierdził, niż spytał.
- Wiemy. Nie wygrasz. Jeszcze nigdy nie wygrałeś.
Nie tracąc czasu na dłuższe dyskusje, ciął sztyletem w stronę rozmówcy. Klinga z mlaśnięciem rozdarła policzek, chlusnęła krew. Zraniony zaskrzeczał przeraźliwie i zamachał rękami. Skrzek przemienił się w bulgot, kiedy ostrze zatopiło się w gardle.
Tłum wokół zawrzał i rzucił się do kontrofensywy. Pierwszemu dostało się panu Tomaszowi, Mężczyzna wbił mu sztylet w skroń aż po rękojeść z towarzyszącym temu chrupnięciem. Pan Tomasz upadł na ziemię i wił się tam jeszcze długo, dopóki zupełnie nie zwiotczał. Oczy zaszkliły się.
Ciął szeroko, na odlew, pozbawiając kilkoro dzieci uszu. Strzępki mięsa, krwi i kosmyków włosów zafurkotały w powietrzu, obryzgując Mężczyznę. Zgniótł butem czaszkę syczącemu maluchowi, innemu złamał kręgosłup kopnięciem. Reszta atakowała z doskoku, odpędzał się od nich rozpaczliwymi cięciami.
Na plecy wskoczyła mu pani Maria, zaciskając dłonie na głowie. Wgryzła się w jego szyję z tryumfalnym okrzykiem i poczęła chłeptać tryskającą krew. Wrzasnął przeraźliwie, ale udało mu się ją strząsnąć. Stanął naprzeciw niej i nadział ją na klingę. Chwyciła go za ramię, napierając nań. Z ust ciekła jej czarna ciecz. Opuścił rękę, a jej zwłoki zsunęły się obok ciała pana Tomasza.
Do ataku przystąpiła pani Marta, wyjąc opętańczo i szarpiąc go rozcapierzonymi dłońmi. Przyskoczył do niej i z rozpędu wraził ostrze prosto w pierś. Zamilkła i objęła go jak w tańcu. Przysunęła twarz ku niemu, rozwarła szeroko szczęki i odgryzła mu nos. Splunęła nim ponad jego głową, zaśmiała się opętańczo i przycisnęła do niego jeszcze mocniej, aż poczuł paznokcie rozrywające mu koszulę. Wtedy ją odrzucił.
Krew ciekła obficie, tworząc czerwone wąsy. Oblizał się i podszedł do ostatniego przeciwnika, pana Jestem Naprawdę Zabawny. Ten nawet nie próbował walczyć, ujął głowę w dłonie, jedną kładąc na brodzie a druga na potylicy, i bez wahania skręcił sobie kark.
Mężczyzna zaśmiał się sucho. Ukląkł na jedno kolano i zbliżył sztylet do mostka. Odsunął go, biorąc większy zamach. Ostrze przebiło ciało...
Bum obudził się. Serce biło mu nienaturalnie szybko, do tego cały zlany był potem. Otarł czoło i wstał, pragnąc trochę się uspokoić.
Od jakiegoś czasu, czy mu się to podobało czy nie, śnił ten koszmar co noc. Budził się w fatalnym stanie i nie potrafił dalej zasnąć. Kiedy tylko zamykał oczy, przypominał mu się każdy drastyczny szczegół ze stoczonego pojedynku. Aż za dobrze znał symbolikę tam występującą, by musieć sięgać po sennik (wątpił zresztą, czy znalazłby tam coś o odgryzaniu nosa), czy zaciągać porady psychologa (Freud uznałby to za klasyczny wręcz przypadek). Co mu pozostawało? Jeśli horror się nasili, coraz poważniej myślał o kuli w łeb.
Bolo zajęczał i przerzucił się na drugi bok. Wykonał ruch, jakby od czegoś się odganiał.
„Chyba nie tylko ja śnię co noc koszmary” – pomyślał Bum.
- Niewinny... Jestem niewinny! Mamo, jak tak można... Niewinnego człowieka... Do więzienia...


Kolejka, w której stali już ponad godzinę, w żółwim tempie zmniejszała swoją absurdalną długość. Na szczęście przed Bolem i Bumem czekało już tylko kilka osób. Zewsząd dochodziły do nich rubaszne śmiechy i przechwałki dotyczące zaliczonych na wolności kobiet. Bum milczał posępnie, a Bolo wiedział, że nawet nie ma co próbować go zagadywać, wiódł więc leniwą konwersację z łysym osiłkiem z równoległego ogonka, który ślinił się i drapał po kroczu.
- Mówię ci, stary, kumpel je widział, jak przyjeżdżały. Taaakie laski! – Cmoknął z uznaniem. – Mi najbardziej wpadła w oko taka niska, drobna czarnulka, znasz ten typ? Wszystkie te czarnowłose piękności są takie same.
- Zawsze kojarzyły mi się z czekoladą.
- A to dobre – parsknął. – Może i mają coś z czekoladki, wszystkie są takie słodko wręcz ładne, ale mi kojarzą się tylko z braniem na kija. – Demonstracyjnie podrapał się w wiadomym miejscu. – Jak rany, nie dupiłem nic od miesiąca. Pamiętasz tą poprzednią?
- Tę blondynkę?
- Właśnie. Co noc mi się śniło, jak rozpinam jej stanik i uwalniam te nabrzmiałe... gorące...
- Nie lubię blondynek.
- Jezu, stary, co za różnica? Lepiej sobie przypomnij, jakie ona miała cycki! W życiu takich nie widziałem. A jakie usta... Nabrzmiałe, gorące, tak cudownie się zaciskające... Jak rany, stary, moja kolei! Życz mi powodzenia, żebym trafił na czarnulkę!
- Powodzenia i miłej zabawy – Bolo pomachał mu ręką na pożegnanie.
- Założę się – odezwał się ni z gruszki, ni z pietruszki Bum – że tryśnie mu, zanim zdejmie spodnie.
Po wygłoszeniu tej kwestii ponownie pogrążył się w nieprzejednanym milczeniu, nie reagując na zaczepki Bola, który ową aktywność wziął za dobrą monetę i usiłował nawiązać rozmowę. Bum jak zahipnotyzowany wpatrywał się w drzwi.
W końcu przyszła kolei i na niego. Uśmiechnięty od ucha do ucha Bolo przytrzymał mu drzwi, a gdy mijali się, mrugnął i szepnął konspiracyjnie:
- Palce lizać!
Bum wszedł do niewielkiego pomieszczenia, raz w miesiącu zmieniającego się w spermatuar. Przetoczył wzrokiem po odrapanych tapetach pokrytych tłustymi plamami, odpadającym tynku z sufitu i pogryzionych przez korniki meblach stojących na zbutwiałych deskach, mających służyć za podłogę, aż dostrzegł ją. Siedziała na brązowym fotelu ze skórzanymi obiciami i uśmiechała się do niego. Niczym kameleon doskonale wtapiała się w tło.
- Tak, wiem, nie rzucam się w oczy – rzekła, po czym wstała i podeszła do niego.
Zlustrowała go spojrzeniem od stóp do głów. Pogładziła go po policzku, jak gdyby sprawdzian wypadł pomyślnie. Zauroczony, nie potrafił oderwać wzroku od jej drobnej sylwetki, ciemnych kosmyków swobodnie opadających na ramiona i białych zębów, kształtnych i idealnych. Nic więcej z jej wyglądu nie zapamiętał.
- Jak ci na imię? – spytała. To wyrwało go spod jej czaru i przywróciło do normalnego świata.
- Jestem Bum.
- Dziwne imię, sam przyznasz.
- Odkąd pamiętam, nikt nigdy nie zwracał się do mnie inaczej – wyjaśnił, na krótką chwilę powracając do krainy wspomnień. – Nikt nigdy. Kiedy tak o tym pomyślę, wydaje mi się to dość zabawne. A jak ja mam do ciebie mówić?
- A jakie imię lubisz? – wygłosiła kwestie rodem z „Pretty woman”, błyskając przy tym czarująco zębami.
- Nienawidzę żadnego. Nienawidzę nazw.
Powiedział to nie dlatego, by rzeczywiście tak sądził, ciekawiła go po prostu jej reakcja. Czy zaśmieje się srebrzyście, próbując ukryć zakłopotanie? Czy zdecyduje się powiedzieć mu prawdę?
Nie wyrzekła nic. Odwróciła się do niego plecami i westchnęła ciężko, on zaś podszedł i położył dłonie na jej ramionach, przyciągając do siebie. Objął ją w pasie.
- Nie mamy chyba zbyt dużo czasu, prawda? Twoi kumple czekają.
- Czasu mamy dość – warknął nieuprzejmie. – To jedna z tych rzeczy, której nigdy nam nie brakuje.
Wykręciła głowę, by spojrzeć mu w oczy.
- Jesteś interesującą osobą, nie wątpię w to, ale czego ty ode mnie chcesz? Rozmowy? Nie nadaję się do tego. Jestem prostytutką, dziwką, kurwą! Nie jakąś tam luksusową damą do towarzystwa, ale zwykła szmatą z ulicy, której wszystko jedno, czy daje bezrobotnym z Fabrycznej, czy idzie za chlebem do więzienia, obcując z najgorszym ścierwem. Wybacz.
Bum nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie pierwszy raz użyto dla niego takiego określenia, z którym nawet w dużej mierze sam się zgadzał, lecz nie był na to teraz przygotowany. Czego chciał? Być może balsamu dla duszy.
- Rozbierz się – polecił.
Skwapliwie się do tego zabrała. Patrzył na jej obnażone wdzięki, gładził jej czarne włosy, gdy rozpinała mu rozporek, klęcząc u jego stóp. Bez krzty delikatności, całkowicie egoistycznie wszedł w nią, nie musząc tracić czasu na zbędne czynności.
Skończywszy, ubrał się i wyszedł. Bez pożegnania.


- ... ale najlepsze czasy to były w ogólniaku. Takie niektóre numery tam odstawialiśmy, że...
- Musimy stąd uciec.
Bolo z wrażenia przystanął.
- No, stary, w końcu zaczynasz gadać z sensem. Zrobimy to jak w „Skazanych na Shawshank”, tylko załatw mi młotek...
- Zamknij się.
Bum kucnął i polecił jemu uczynić to samo. Ukradkiem rozejrzał się po terenie placu przeznaczonego na spacery, zatrzymując dłużej wzrok na najbliżej stojących więźniach i kręcącym się nieopodal strażniku. Kiedy uznał sytuację za dostatecznie bezpieczną, zaczął mówić. Bolo wiedział, że to nie przelewki.
- Do tamtego płotu mamy jakieś sześćdziesiąt metrów – gestem ani spojrzeniem nie uczynił żadnego znaku, by wskazać ogrodzenie z drutu kolczastego, znajdujące się za jego plecami, na wprost Bola. – Dobiegnięcie zajmie nam kilka sekund. To nie problem. Gorzej ze strażnikiem na wieżyczce, podczas sprintu może nie uda mu się nas ustrzelić, ale przy wspinaczce to już ma nas jak na dłoni.
Bolo nie przerywał. Rysował patykiem na ziemi podobiznę Magdy, swojej byłej narzeczonej. Rzuciła go, gdy został skazany.
- Oprócz tego pokaleczymy sobie kończyny na tym cholernym drucie kolczastym.
- Załatwię kombinerki... - wyszeptał pobladły Bolo. – Piłę do metalu... Cokolwiek.
- I to mi się podoba – Bum spojrzał na niego hardo. – Pozostaje snajper na wieży. I na to jest tylko jeden sposób. Musimy drania zastrzelić. A żeby zdobyć broń, musimy zastrzelić innego; nie możemy tego zrobić w dzień, bo mają nas na widoku, kręci się tu ich mnóstwo, a w nocy jesteśmy zamknięci... Wszystko się komplikuje.
Załamał ręce. Bolo odczuł niemalże fizyczny ból, gdy zgasła w nim iskierka nadziei. To nie mogło się tak skończyć...
Myśl o ucieczce zdawała się pochłaniać Buma. Nie odzywał się teraz praktycznie wcale, na spacerach rozmawiał z najgorszymi bandziorami, jednocześnie najlepiej ustawionymi w więziennej hierarchii.
Aż w końcu dostał, co chciał.
- Dziś w nocy – szepnął podekscytowany. – Przekupimy klawisza, on wyprowadzi nas z celi. Potem zabijamy go i reszta należy do nas.
Brzmiało to jak sen, zbyt piękny, by mógł być prawdziwy.
Cały wieczór, aż do zgaszenia świateł Bolo siedział jak na szpilkach. Nie mógł nadziwić się spokojowi i opanowaniu Buma, który najzwyczajniej w świecie czytał nowiny ze świata z radosnym uśmiechem człowieka pewnego swego. Bolo nigdy by tego nie potrafił.
Wrócił pamięcią do dnia orzeczenia wyroku. Dnia, który zaważył o całym jego życiu. Choć było to tak dawno, dalej przeraźliwie wyraźnie pamiętał każdy szczegół. Nerwowe poprawianie krawatu przez jego adwokata. Zapłakana twarz matki i pełna nieokreślonego wyrzutu twarz ojca.
- Jak mogłeś, synu?
- Henryk, on przecież jest niewinny!
- Zamknij się, kobieto, przestań histeryzować. To on mówi, że jest niewinny. A cała reszta to co? Uwzięli się na niego w prokuraturze, czy jak? Odpowiedz! Czy, do kurwy nędzy, władza sądownicza w tym pierdolonym państwie ma jakiś interes, żeby udupić Bolesława Nowaka?
- Henryk, to jest twój syn...
- Milcz! A ty, czego się gapisz? No dalej, powiedz coś. Dlaczego to zrobiłeś? Co ci odbiło?
- Jestem niewinny, tato.
Powtórzył te słowa w sądzie, patrząc na zmęczone oczy poważnego mężczyzny w czarnej sędziowskiej todze. Powtórzył je rodzinie zamordowanej. Powtórzył je nawet, mrużąc oczy przed fleszami aparatów, choć wiedział, że gazety i tak zrobią swoje, a jego pobladła twarz i ciche wyznanie znajda się tuż pod ogromnym nagłówkiem na pierwszej stronie: „Besta zgwałciła i zamordowała dziewczynę”.
Jestem niewinny.
Pierwszych dni z więzienia nie pamiętał. Choć prawda jest taka, że nie chciał ich pamiętać. Te błędne koło przemocy, w którym sam musiał jak najprędzej się odnaleźć, jeśli chciał przeżyć.
- Już czas.
Otworzył oczy. Po tylu latach, może znów nadszedł dzień, mający wszystko odmienić. Po tylu latach... Ucieczka była jego jedyna szansą, bo nie miał co liczyć na ułaskawienie. Ochrzczono go bestią i publicznie zlinczowano.
Wstał. Otrzepał ubranie i posłał łóżko akurat, kiedy nadszedł klawisz z pękiem kluczy. Nikt nie wymówił ani słowa.
Szli ciemnymi korytarzami, nie patrząc na siebie. Strażnik myślami baraszkował już z żoną w łóżku, a Bolo zastanawiał się, jak będzie smakować pierwsza paczka papierosów wypalona na wolności. Bum nie myślał o niczym.
Wyszli na podwórze.
- Zgodnie z umową – odezwał się klawisz. – Reszta należy do was.
- Jakbym słyszał samego siebie.
Bum uśmiechnął się i krótkim, oszczędnym ruchem poderżnął mu gardło wydobytym niewiadomo skąd nożem.
- Biegnij – rozkazał spokojnie.
Bolowi nie trzeba było powtarzać. Popędził przed siebie, jakby go wszyscy diabli gonili.
Szybkim, acz nie nerwowym ruchem Bum wyjął pistolet z kabury. Kiedy rozlegnie się strzał, mają tylko kilka minut, zanim na placu pojawią się inni mundurowi. Wycelował, gdy tylko zobaczył wysuniętą głowę strażnika z wieżyczki, biorącego właśnie na muszkę Bola.
Strzelił.
Mózg trafionego rozprysł się na ścianie, a Bum rzucił się do biegu. Bolo przecinał druty.
- Szybciej! – ryknął Bum, odczuwając zniecierpliwienie. Jakby to było, gdyby polegli na tym etapie?
W budynku rozległy się krzyki. Bolo stał już na zewnątrz.
Bum zatrzymał się zmachany. Lata palenia właśnie dotkliwie dały o sobie znać. Zamknął oczy.
Jak zauważył ze zdumieniem, pod jego powiekami dalej rozgrywał się horror codziennego dnia. Psy. Dzieci. Kobiety z dziećmi. Dzieci z psami. Gówno, praca, reklamy, pieniądze...
I on, zabijający ich wszystkich.
- Bum, co z tobą? – zapytał zaniepokojony Bolo.
- Człowieku, jeszcze tu jesteś? – wydyszał w odpowiedzi. – Przecież zaraz tu będą. Nici z twoich planów. Nie możemy... polec... na tym... etapie.
- No to rusz się!
Bum spojrzał na niego z litością.
- Nie potrafię. Nie chcę.
- Co ty bredzisz! Planowałeś to chyba od miesiąca!
- Pomyliłem się.
- To jest szczyt wszystkiego...
- Uciekaj, zaraz do ciebie dołączę – zmienił taktykę Bum. – Muszę odpocząć.
Bolo przyglądał mu się przez chwilę nieufnie, ale w końcu oddalił się, by zniknąć wśród drzew.
Dlaczego ja to robię?
- No chodźcie tu, skurwysyny – wyszeptał, celując w mrok pistoletem. – Drżę z niecierpliwości.
Tupot nóg na schodach, drzwi rozwarły się szeroko i wybiegli przez nie umundurowani w stanowczo zbyt dużej ilości.
- Tam jest! – krzyknął któryś z bardziej spostrzegawczych.
Zdążył ustrzelić trzech, nim ostatecznie kula przeszyła jego mózg. Nie zdążył natomiast wypowiedzieć swojego ostatniego, starannie zaplanowanego zdania.
„Każdy dostaje to, czego chce.”
Padł na ziemię. Krew wsiąkała w piasek.
Bolo biegł, starając się nie myśleć o swoim towarzyszu i o tym, że najprawdopodobniej zostanie wkrótce schwytany. Myślał, że z każdym krokiem znajduje się coraz dalej od ponurego fragmentu życia, jakim był jego pobyt w więzieniu.


Respirator [ wyllow@poczta.fm ]


Storytellers 2oo6. Wszelkie prawa zastrzeżone. Oprawa graficzna: aNomaLy


Online Napisz do nas! Ankieta - pomóż nam stworzyć jeszcze lepszy magazyn! Regulamin dla writerów

Spis treści
W górę

Spis treści