|
Bo On jest skromny i nie mówi o tym, że boli...
A później patrząc na rozsypujący się dom obleczony bluszczem, który przybliża jego agonie, pali papierosa za papierosem i idzie stłumić smutek w butelce, albo pieprząc się z jakąś panią. Co po prostu prosi by wkładał, głębiej, mocniej i płacił. A on jeszcze żąda od niej uczucia, miłości, rozmowy, przywiązania, albo, chociaż głośniejszego jęku.
Wychodzi od niej, rzuca na stół zwitek banknotów i spuszcza oczy, by na nią nie patrzeć, bo tak przykro i duszno mu jest.
Idzie sobie ulica, nuci jakąś melodie usłyszaną w radiu, przy okazji patrzy na tyłki młodzieńców, ubranych wytarte dżinsy i myśli sobie, ze wolałby z nimi.
Czasem oglądany chłopak przechwyci spojrzenie, splunie, pobije do krwi, aż mięso będzie widzieć i kość za to, że jest pedziem. I jak on śmie molestować normalnych ludzi na ulicy. Choć powiedziane jest to w innym stylu, gdzie kurwa robi za przecinek.
A wtedy on uśmiechnie się leciutko, tak, że nawet oprawca nie zauważy i wtuli się wyciągnięte ręce anioła. Mocno, mocno, aż poczuje miłe uczucie w okolicy brzucha.
Straci przytomność na zimnej, ale jakże dobrze oświetlonej ulicy.
Ona znowu powie "ty gnoju, szlajasz się poza domem, nie dbasz o mnie, dzieci, puszczasz się z jakimiś kurwami i jeszcze to?!" trzaśnie drzwiami, aż spadnie krucyfiks, który złamie jedno ramie, a figurka Jezusa poleci pod szafkę, tam gdzie wcześniej znalazły się zabawki małej Oli. Ona krzyknie, głośno, tak głośno, ze aż przypomni mu tamtą brunetkę, co wiła się pod nim; przeżegna się mocno akcentując "amen".
potem będzie płakać w kuchni, głową opartą o pięści, a on znów zobaczy tego anioła, który sięgnie po niego, chwyci go i nie puści, aż do całkowitego błogostanu i przyspieszonego oddechu.
W pracy nie dają mu żyć, stół ugina się pod papierami, gazetami, programami, które na pewno ułatwią mu, ba, muszą, życie. To Piotr mówił, uśmiechał się tak ładnie, pachniał dobrą wodą kolońską, swym ciałem, papierosami i seksem.
Znów podchodzi do niego, nachyla się w jego kierunku, że aż czuć jego słodki oddech na policzku. Wtedy Piotr dotyka go dłonią, przysuwa długie, giętkie palce w górę po to tylko, by zatrzymać je na ramieniu i mocno się na nim oprzeć. Sugestywnym spojrzeniem skieruje jego wzrok w stronę monitora, wyraźnie oczekując jakiejś reakcji.
A tam? Naga panienka w zachęcającej pozie prezentuje wszystko, co ma najlepsze, a z jej ust wydobywa się chmurka "bierz mnie"
"ciebie? kurwa mać! Go, go" zezłoszczony tak mocno wyrywa się z uścisku Piotra, mówiąc przez zaciśnięte zęby:
-Przecież sprawdzają komputery, a tu czysta pornografia, wylecimy dyscyplinarnie!- nabiera powietrza, zastanawiając się nad kontynuacją tyrady.
Piotr marszczy gniewnie brwi, a wściekłość wymieszana z wyższością wylewa się słowo po słowie z jego warg.
-Kurwa! Nie zachowuj się, jak dupek, dla którego jedynym ratunkiem jest dostanie prosto w ryj, by poczuł tak porządnie!
Po jego słowach czerpie z ciała nagromadzoną siłę, wstaje, przewraca czarne plastikowe (najtańsze) krzesło, rozwala papiery, umowy, liściki, oprogramowanie. Wszystko to lata po całym pomieszczeniu, by później opaść na podłogę, przy zduszonych przez obcasy, petach.
Cały skład pracowniczy i wykorzystujący powietrze, w liczbie pięć osób, wstaje. Przy tym również wydaje odgłosy zaskoczenia, oraz wygina szyje, by przyjrzeć się bliżej temu napadowi szału, który jest miłym przerywnikiem od pracy. Przecież to dla nich śmieszne.
"przecież on pokazuje, jaki jest słaby psychicznie" - myślą sobie.
Samotny człowiek z dłonią przyciśniętą na sercu zrywa z wieszaka swą kurtkę, szalik, co żona mu podarowała i wybiega na dwór, skutecznie ignorując nawoływania Marioli:
-Marek! Marek, nie wygłupiaj się!
Chłonie uliczny hałas, by później stać się nim, mimo, że ludzie skutecznie próbują zniszczyć tę przemianę, potrącając go brutalnie. Warczą, a pewna pani mówi bardzo głośno i wyraźnie:
-do, czego ten świat zmierza.
W dłoniach ma szminkę, bawi się nią, zerkając w Marka kierunku. Krok za krokiem już jest koło niego, chwyta mocno za rękę, aż bieleją jej nadgarstki i trzepocze rzęsami. Włosy związane w kitkę, za uchem kwiat, a ciało otula ciężka, czarna, koronkowa suknia uwydatniająca, a może bezlitośnie pokazująca brak biustu.
-Witaj- mówi, a Marek odkrywa zaskoczony, że tembr głosu jest typowo męski. Przebrane za kobietę ono nadal się w niego wpatruje, ignorując zupełnie jego speszenie.
Uśmiech poszerza się mocniej przez radosny, nieskrępowany niczym śmiech.
On już nie wie sam, co zrobić.
-Chodź- ono przestaje się śmiać.
Pociąga go za sobą, tak mocno, że aż się potyka, upada na kolana. To wywołuje tylko syknięcie ono, które z siłą ustawia Marka na nogi i zmusza do kolejnego szaleńczego biegu. Pcha mężczyznę w ciemne zaułki, gdzie przez otwarte okna niosą się kłótnie, a wyprane rzeczy powiewają na sznurkach.
-Zostaw mnie- szamocze się jak dziecko, nie mogąc się uwolnić; nagle ustają. Koło nich roztacza się cisza tak mocno dźwięcząca.
Marek zdziwiony czuje ten stan uniesienia, ciepła, co ogarnia, szarpie trzewia, powodując słodki ból podbrzusza.
Odkrywa, że powodem tego ekstatycznego stanu są usta ono w okolicy rozporka.
Usta zachłanne, bezwstydne, dążące do celu.
Przez które trzeba stłumić wstyd, skupiając się tylko na danej rozkoszy, przez którą śmieszne próby wyrwania się z uścisku przypominają zmagania muchy złapanej w sieć pająka.
Pozwala, by ono zrobiło to do końca, do jego.
Ono podnosi głowę. Palcami wyciera usta, by zaraz się zaśmiać radośnie. Poprawia suknie, wyjmuje z kieszonki wszytej gdzieś w fałdach, szminkę i smaruje swe łapczywe wargi mazią.
-Będę twym aniołem- powiada i całuje w policzek z taka czułością, że otumaniony Marek zaczyna płakać, głośno, rozdzierająco.
-Jak ci na imię- zadaje pytanie szybko, a jego głos tak mocno drży, przypominając strunę napięta do granic wytrzymałości, która zaraz ma pęknąć.
"odpowiedz, odpowiedz, bo znikniesz, przestaniesz istnieć" Szaleńcze myśli krążą po jego głowie, zabierają resztki zdrowego rozsądku. Zastępuje je paniczny lęk przed stratą czegoś, co dopiero zyskał.
A Anioł tu stoi, na placu, gdzie walają się śmieci, butelki, a jedyny element zieleni, leży w potłuczonej doniczce.
Anioł pachnie Markiem, sobą. Wszystko to się miesza, prowadzi do rozkojarzenia. Wtedy odpowiada:
-Partycja tu i teraz, prywatnie Kamil.
Mężczyzna chwyta się tej odpowiedzi jak tonący -Kamil, Kamil- mamrocze i siada na brudne, zmurszałe schody.
-Ładnie- dodaje i nic. Cisza.
Umalowany chłopiec przerywa ją z wyraźną nieśmiałością
-Wiesz...Pieniądze, na jedzenie.
Marek wraca do rzeczywistość, która, sam już nie wie, czy kpi z niego, czy tylko dobrodusznie śmieje się z jego głupoty i marzeń.
-Ile?- dłonie trafiają do kieszeni kurtki, mocują się z materią i wyjmują skórzany portfel. Nie czekając na jego odpowiedź, daje mu całą zawartość, a po chwili namysłu dorzuca paczkę gumy orbit gratis w zielonym opakowaniu.
Chłopak w milczeniu bierze to wszystko i skrupulatnie umieszcza w swej czarnej torebce. Bez słowa odchodzi, a stukot pantofelków wbija się w Marka ciało.
-Kolejna dziwka- łza po łzie drąży jego policzki.
Dom nocą wygląda nawet ładnie, nie widać tego bluszczu, co ssie z żarłocznością cement i zaprawę, by sobie zrobić nowe miejsce na zielone młode pędy. Żona śpi, albo udaje. Klatka piersiowo miarowo się unosi opięta w śnieżnobiałą, rozsupłaną koszule; rozrzucone włosy lśnią w świetle neonu reklamującego sklep monopolowy. Tak dziewczęco wiją się w loki, a usta kusząco rozchylone zachęcają...
-Jest ładna-po prostu oznajmia, rozbierając się.
Ubrania byle jak złożone trafiają do szafy, a on do łóżka, do zimnej części, jaką ma w posiadaniu od niewiadomo ile. Choć może jednak wie, od kiedy w ich łożu pojawił się Tristanowy miecz.
Przestali się kochać po jej chorobie, którą uleczyli, lecz dziwnym trafem nie pozbyli się dręczących migren, co:
" zwalają mnie z nóg i powodują zawroty o niespotykanej sile, kochanie". Nie potrafiłby powiedzieć, czemu nie wyegzekwował należną powinność małżeńską. Lecz skrzywdzenie własnej małżonki, wydaje mu się rzeczą niezwykle haniebną i pełną wzgardy.
Sen otula go szczelnie, pokazując twarz Anioła powiększoną kilkakrotnie. Wyostrzone kości policzkowe, szare oczy z czarnymi długimi rzęsami, skąpanymi w brokacie, uchylone, wykrojone usta skrzące się różem. Czarny pieprzyk na podbródku, a może go tam nie było? Usta tej niezwykłej istoty układają się w słowo "anioł", które opuszcza je, faluje, rani uszy. Staje się głośniejsze. Mężczyzna ostatkiem sił przykłada dłonie do uszu, kuli się w sobie. A on, anioł, wiruje na plakatach zbryzganych czerwienią. Krzyczy, wyje, jęczy, charczy, szczerzy kły. Wbija je w niego, w szyje, aż ryją o śnieżnobiałe kości, zdzierają, zgrzytają, by potem je złamać i upajać się przez rdzeń tym strasznym hałasem. Nie przestają na tym nienasycone, drażą dalej do centrum, do duszy, by ją kąsać na małe kawałki, łapczywie, jak chleb podany na tacy. Pokoju wypełnia odgłos mlaskania.
Żona go budzi, szarpie mocno za ramię, a później, jak zyskuje świadomość, mocno obejmuje, płacząc. Niepewnie odwzajemnia uścisk. Szepcze do niej słowa miłości, a ona je połyka haustami i mówi, by nie przestawał, ze brakowało jej tego. Uczucia tak wielkiego, że człowiek nie potrafi go objąć swym ludzkim pojęciem, że wszelkie próby z góry są skazane na porażkę.
Mówi, mówi długo, kojąco, a jej struktura pod jego ciałem się zmienia. Ciało kobiety staje się twardsze, naprężone, kości żeber wbijają się w klatkę piersiową, a jej tak piękne fale zamieniają się w króciutkie, ścięte na jeża.
To coś krzyczy "taak!!!", wchłania go do siebie, do środka, przysysa do warg, całuje do krwi. Marek ma świadomość, że usta, zęby, paznokcie tego czegoś są na jego ciele. Coraz bardziej pragnie, chce uciec. Wrzeszczy zalewany falami rozkoszy wymieszanej z bólem.
Pióra wirują, a to nie chce puścić.
-Jestem przecież twoim Aniołem.
Ostatecznie wnika, rozpływa się w Marku ciele, albo tak tylko mu się wydaje.
Skóra przenika, miesza krew, która staje się gorętsza, wrząca, parzy tak mocno, że aż nie można krzyczeć, by to wyrazić. Mdleje.
Białe ściany zmieniają swoje nachylenie. Muskają jego policzki zimnymi kafelkami ubranymi ornamenty wijących się symboli. Są coraz bliżej, aż zaczyna się modlić, by sobie poszły, zostawiły go w wiecznym spokoju nicniemyślenia.
Kable, rurki tworzą żywą rzeźbę z jego ciała, układając się tuż przy żyłach, błyszcząc dyskretnie między intensywnym fioletem skóry.
-Tabletki.
Uwielbia panią w bieli wydającą odgłosy metalicznego położenia tacy na blat stolika. Obrzydliwy robot chroboczący przy każdym poruszeniu. Te przesuwanie pastylek w szklance doprowadza go do irytacji. Zaczyna kląć, nie przyjmując się zupełnie kobietą.
-Połykaj- niewzruszona, mówiąca wyuczonym głosem, zmusza do połknięcia.
Lekarz powiedział mu, że gdyby nie żona, dawno już by go tu nie było. Silny atak na tle nerwowym.
-Zszargane nerwy chłopie- mówi- dały znać o sobie proszę ja ciebie.
-Ciebie, ciebie dziecino ma słodka, kochasz mnie? Miałem cię w sobie to musisz!-
Kamil stoi tuż przy łóżku ubrany w zwykłe wytarte dżinsy i kurtkę. Ton staje się coraz bardziej napastliwy, a w dłoni pojawia się błyszczący nóż.
Marek zaczyna wrzeszczeć, by nagle raptownie przestać. Poczuł ukłucie w ramie.
Przez mgle dociera do niego aksamitny głos
-"gorzej z nim, prawda?"
"Niech się stanie światło!"*
Leżąc zamknięty w pościeli zastanawiał się nad niedorzecznością słów, które miały takie same znaczenie, jak te napisane w brukowych gazetach. "Takimi to dupę mogę sobie podetrzeć"
Śni niespokojnie. Zniechęcenie, niewiedza pogarszają stan. Czuje mocne pragnienie, pragnienie związane z dotykiem drugiej osoby, uspokojeniem. Jakże chciałby umrzeć nie czując przeraźliwej tęsknoty.
Skrobanie, stukanie rozpoczyna się nagle i trwa, rytmicznie wymierzone odgłosy. Na samych palcach sunie ono, a suknia szeleści przy każdym poruszeniu. Ujmuje jego szczupła twarz w swoje dłonie, taka ciepła i rzeczywista. Całuje.
Marek budzi się ze snu.
Anioł zawsze pojawia się wieczorem, milcząc robi to, do czego został stworzony. Niesie rozkosz, tak mocną, że aż go to wyczerpuje, powodując osłabienie całego ciała i ból. Mięśnie rwą się pod dotykiem dłoni i paznokci polakierowanych na czaro.
Lekarze uważają, ze to tylko kwestia czasu- śmierć, albo dalsze życie,
A on tak bardzo marzy o tym, by komuś powiedzieć o nocnych wizytach.
-Jesteś?-
Anioł kiwa głową, a rozsypane włosy mocno wyszczuplają i tak chudą twarz.
-Istniejesz?- drąży dalej, a istota poprawia makijaż, matując ciągnącą się bliznę od policzka do brody. Wcześniej jej nie było, bo chory zna tą twarz tak dokładnie; każdy najmniejszy drobiazg, każdą skazę. Zmarszczki mimiczne koło kącików ust. Szarość pod oczami, sieć naczynek krwionośnych, które uwydatniły się. Zna całe jego ciało wychudzone i zniszczone narkotykami.
-Bo oni mówią, że to choroba, przewidzenia, że to, to...
Braknie mu powietrza, krztusi się, a żarłoczne usta przylepiają się do jego warg, tamując dostęp do tlenu, dusząc go.
-Siostro, siostro! Pacjent z pokoju 402! Tracimy go!
Język zaplatał się dookoła drugiego umieszczając porcje śliny, którą można się było zachłysnąć. Chciał się uwolnić.
Zęby Kamila zderzały się z jego zębami, a język niestrudzenie penetrował, obśliniał, zagarniał, próbował zniknąć w czeluści gardła.
Po wszystkim anioł szeptał mu cicho:
-Wierzysz, w to, co mówisz do mnie, co noc? Jak z namysłem układasz pełne, okrągłe i miękkie zdania w głowie. Pełne perfekcji? Jak cię całuję?
Zagarniasz mnie, tulisz, szepczesz, błagasz o dotyk jak morska fala, nigdy nienawidziłem tych określeń.
Czuję zapach potu, smak tabletek szczęścia, co tworzyły szarobiały nalot w kącikach ust. Gorycz, którą zlizywałem końcówką języka.
Jesteś chłopiec zabawka, chłopiec marionetka. Sznurki wżynają się w delikatną, pergaminową skórę na nadgarstkach. Orzą ją do krwi mocno, wypełniają, a ty wrzeszczałeś: aniele, aniele nie umieraj!
Napady szału zalewają Marka falami. Otumaniające, trzymające mężczyznę mocno w uścisku, by zaraz go puścić miotającego się w spazmach.
Sterylna biel szpitalnego pokoju oślepiała, a duszący zapach leków otumaniał odwiedzających, którzy cisnęli się tuż przy łóżku chorego mężczyzny.
-Weroniko kochanie, jak sadzisz, wyjdę z tego?- trzymał ją w objęciach delikatnie zagłębiając swą dłoń w jej włosach.
-Nie, nie, a kogoż to obchodzi?- odparła i zawołała małą Ole, by pokazać jej tatusia. Wskazać jej palcem tego sukinsyna, z którego nigdy nie było pożytku. Napiętnować szubrawca, co zmarnował jej młodość i łono. Mężczyznę, co pogrążył ją w rozpaczy nienawiści i wstrętu.
Ola patrzyła dużymi zielonymi oczyma zachłannie w wyniszczoną twarz obcego jej człowieka, który był jej ojcem. Dotykała z lękiem wijących się kabelków wokół rąk. Nuciła piosenkę, kląskała w dłonie.
-Mamo, chodźmy już...do Kamila.
Marek zaczął krzyczeć.
-Nikogo już to nie obchodzi- twarz Weroniki nagle, niespodziewanie i niezwykle precyzyjnie zmieniła się w twarz Ono, po to tylko, by zacząć się śmiać jego głosem. Niszczyć jego ustami, patrzeć oskarżając jego oczyma. Ola nuciła piosenkę.
-Siostro podaj godzinę zgonu.
* Księga rodzaju (Genesis)
Małgorzata, Moira
[ black_spike@tlen.pl ]
|