|
Wiara w to, że jeśli upadnę to na cztery łapy... Wiara, że ktoś mnie złapie w locie lub podniesie, gdy już będę leżał... Cała ta wiara ginie, kiedy już upadam. Lecę w dół z niewyobrażalną szybkością, a jedyną wiarą, jaka mi pozostała jest nadzieja, że Święty Mikołaj istnieje...
Pamiętam tamte święta. Mama przebrała się za wróżkę i rozdawała nam prezenty. Dostałem wtedy rower, książkę o majsterkowaniu i zestaw narzędzi. Na drugi dzień wylądowałem razem z rowerem na drzewie. Na trzeci dzień sam go naprawiłem. To niesamowite jak dokładnie to pamiętam. Próbowałem przypomnieć sobie święta ubiegłego roku i im bardziej się starałem tym bardziej byłem pewien, że nie było świąt. Nagle zdałem sobie sprawę, że zbyt długo nad tym myślę. Powinienem był już dawno rozpieprzyć się na ulicy.
-Znowu spadasz?- rozległ się nagle głos w mojej głowie. - Musisz z tym skończyć, bo kiedyś naprawdę się zabijesz.- mówił wciąż do mnie ciepłym, spokojnym tonem.
-Złap mnie.- powiedziałem prosząco. Wtedy poczułem jak ten ktoś chwyta mnie za koszulę i znowu siedzę na łóżku z książką w ręce.
Głupie lektury, których i tak nikt nie czyta, a nawet, jeśli ktoś już się do tego zmusi to i tak nie rozumie tragedii głównych bohaterów, bo jedynym ich zmartwieniem jest władza czy nieszczęśliwa miłość. Wciąż to samo. Te same bzdury na przestrzeni wieków, pisane innym językiem, umieszczone w innych realiach, ale wciąż tak samo nudne. Jeden wielki niepotrzebny shit. Okładka wyblakła od słońca padającego na półki w bibliotece, wypadła mi z dłoni. Nie miałem siły, by ją podnieść z podłogi. Sam miałem wyblakłe od słońca ręce i włosy. Non stop duszący się za oknem w moim zakurzonym pokoju. Moja nienawiść do tego pokoju zamykała mnie w nim coraz szczelniej nie pozwalając z niego wyjść nawet na obiad. No właśnie - obiad. Ciekawe, kiedy będzie obiad. Zgłodniałem. Czułem jak mój żołądek przejmuje zachowania rodzącego się w jego wnętrzu kosmity. Miałem wrażenie, że zaraz rozpruje mi się skóra i na zewnątrz wyjdzie mały, obślizgły, żarłoczny potworek o wydłużonej głowie i olbrzymich szponach. Nie jadłem chyba od niedzieli. Spojrzałem na datę widoczną w rogu monitora. Był czwartek. Zmrużyłem brwi w zdziwieniu. Wstałem i odczekałem chwilę aż do mojego mózgu dojdzie wiadomość, że stoję. Zszedłem na dół i idąc za unoszącym się w domu odorem zepsutego mięsa trafiłem do kuchni. To niesłychanie dziwne jak dokładnie pamiętam mamę w różowym wdzianku dobrej wróżki. To niesamowite jak bardzo ją teraz przypominała, leżąc na podłodze pełnej ketchupu, okruchów chleba, oleju i tabletek. Stałem nad nią i wpatrywałem się w jej szeroko otwarte oczy. Miałem ochotę wydłubać je z oczodołów i zjeść. Już podnosiłem z podłogi widelec i zbliżałem go w jej stronę, gdy usłyszałem głos mojej siostry. Przyjechała nas odwiedzić. Zaraz po przerażającym krzyku zadzwoniła po policję. Powiedzieli nam, że mama prawdopodobnie przedawkowała środki antydepresyjne, poślizgnęła się na tłustej podłodze i uderzyła się w głowę o róg metalowego stołu. Zginęła w poniedziałek wieczorem. Przez te kilka dni w dziurze w jej czaszce zamieszkały sobie mrówki, których próbowała się pozbyć, od kiedy się tu wprowadziliśmy. Jej ciało zaczęło gnić, zjadały je robale, a ketchup nienaturalnie zakrzepł na jasnych panelach. Moja siostra nie przestawała płakać, a ja myślałem tylko o błękitnych, soczystych oczach bożonarodzeniowej wróżki.
Oddałem tę pieprzoną, wyblakłą lekturę na jej pieprzone, wyblakłe miejsce w pieprzonej, wyblakłej bibliotece obok innych pieprzonych, wyblakłych ścierw. I tak bym jej teraz nie przeczytał. W końcu według pani terapeutki przeżywam tak silny wstrząs po utracie matki, że nie jestem w stanie się uczyć. Zamieszkałem z siostrą i jej pojebanym mężem w ich małym mieszkanku. Dostałem tak samo zakurzony i duszny pokój jak mój. Czułem się, więc jak u siebie. Znowu spadałem. Po kilka razy dziennie moje zwłoki zabierano z ulicy w wiadrach. Spadałem na ludzi, rozbijałem się na samochodach, obijałem się o wystające pręty...
-Złap mnie- mówiłem. I wtedy znowu ten sympatyczny ktoś łapał mnie za koszulę i sprowadzał z powrotem go gnijącej rutyną rzeczywistości.
-Znowu do szkoły?- krzyknąłem z oburzeniem. Miałem nadzieję, że mój urlop żałobny potrwa trochę dłużej. -Musisz sobie z tym jakoś radzić. Twoja mama na pewno byłaby z ciebie dumna, że jesteś taki silny.- wmawiała mi pani doktor. Silny? Za co jej płacą? Głupia idiotka myśli, że się tym przejąłem. Jakie miałaś ładne oczy. Mamo...
Biłem się z każdym centymetrem sześciennym przesyconego udawaną słodyczą powietrza, wypełniającym szkołę. Przedzierałem się wytrwale przez beztroskie myśli naiwnych kujonów. Aż zobaczyłem ją... Promieniała śmiercią. Była czysta i lekka jak ostatnie tchnienie. Pachniała woskiem wytopionych na cmentarzu świec. Poruszała się jakby już od dawna była zjawą.
-Pieprzone, wyblakłe lektury!- powiedziała nagle, gdy przechodziłem obok niej. Miałem ochotę to zlekceważyć i pozbyć się jej widoku z mojego pola widzenia, ale ona złapała mnie za rękę i poprosiła żebym poszedł z nią.
-Wszystkie są wyblakłe od słońca. Nikt ich nie rozumie, bo są tam takie błahe problemy. Nie sądzisz?- nadawała do mnie wybierając kolejną książkę z wielkiego zalanego słońcem regału.
-Masz takie śliczne oczy. Zupełnie jak moja matka- powiedziałem w odpowiedzi.
-Miała je otwarte prawda?
-Co?
-Kiedy ją znalazłeś mała otwarte oczy? Musiała mieć otwarte, bo szybko oddychasz.
-Jesteś dziwna.
-To samo mówią o tobie.- uśmiechnęła się.
Tego dnia wszystko stało się inne. Wszystko stało się jeszcze bardziej puste i bezsensowne niż zwykle. Wróciłem do domu. Usiadłem przed talerzem wylewającej się porcji spaghetti. Wyglądało tak obrzydliwie jakby ktoś wyczyścił kluskami kibel, a później jeszcze tam narzygał. Moja siostra Sylwia i jej małżonek - gruby, obleśny pedofil (tzw. Big Fred), byli przyzwyczajeni do takiego żarcia. Jedli to samo od tygodnia. Mieli zapas makaronu czy jak? Szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie to specjalnie, bo i tak po długiej, milczącej chwili zostawiałem danie w nienaruszonym stanie. Człowiek naprawdę długo potrafi wytrzymać bez jedzenia. Z piciem było gorzej. Pochłaniałem niewyobrażalne ilości herbaty z miodem. Mama robiła mi taką jak byłem chory. Przynajmniej miałem pretekst żeby wyjść z pokoju. Ta głupia lafirynda widziała mnie naprawdę rzadko jak na moją siostrę. Już częściej widziałem gigantyczny, rozłożony na kanapie tyłek Freda. Codziennie miałem nadzieję, że w końcu wybuchnie, zalewając tłuszczem cały pedalsko różowy salon. Nie wiem, za co tak naprawdę go nienawidziłem. Może za to, że był dla mnie kurewsko niemiły i gardził mną jak szmatą, albo za to, że bił moją głupią siostrę i ich córkę... W każdym bądź razie nienawidziłem go. A od czasu, kiedy musiałem oglądać jego brudny pysk codziennie, nienawidziłem go jeszcze bardziej. Mówiłem już, że mieli córkę? Moja sześcioletnia siostrzenica miała na imię Tamara i setki niebieściutkich bluzeczek. Stanowiła mój jedyny kontakt ze światem. Gdyby nie ona nie odzywałbym się pewnie w ogóle. Była strasznie mądrym dzieciakiem i miała niezwykłe wyczucie czasu - zawsze przychodziła wtedy, gdy nie miałem nic przeciwko temu, na odległość wyczuwała, że chcę być sam. Nie mam pojęcia jak to robiła, ale zawsze wiedziała, kiedy może do mnie nadawać o swoich przygodach, a kiedy wypadałoby milczeć. Czasami przychodziła do mojego pokoju i wtulając się w poduszkę zasypiała na kanapie jakby to było jedyne bezpieczne miejsce w domu.
Pewnego razu wróciłem do domu wcześniej. Wszedłem cicho, więc Fred, opiekujący się właśnie Tamarą nie zauważył mnie i nieprzerwanie gwałcił ją dalej. Mała już nawet nie płakała, choć było widać jak bardzo opuchły jej oczy. Przemknąłem niezauważony do siebie. Bez żadnego uczucia usiadłem przed komputerem. Nie miałem zamiaru mówić komukolwiek o tym, co widziałem. To ich rodzinne problemy. Póki nie dotyczyły mnie miałem spokój i o to mi chodziło. O spokój. Ciszę. Sen...
-Jest Alan?- rozległ się nagle wesoły, znajomy głos.
-Nie jeszcze nie wrócił- odpowiedział Fred.
Wyjrzałem przez okno. -Znowu ona. Czego ona ode mnie chce?- rzuciłem sam do siebie widząc jej czarną sylwetkę.
-Skąd wiesz jak mam na imię?- zapytałem wychylając się daleko za parapet.
-Więc jednak jesteś! Chodź! Coś ci pokażę.- powiedziała tak słodko, że miałem ochotę zwymiotować. Było w niej jednak coś, co nie pozwalało mi jej zignorować. Wyszedłem przez okno po garażu. Nie chciałem Fredowi przerywać zabawy z córką.
-Moja mama chce cię poznać.- powiedziała z uśmiechem.
Jakoś nie bardzo podobał mi się pomysł rodzinnego obiadku, ale jak się okazało, jej mama nie gotowała obiadków. Zaprowadziła mnie na stary cmentarz.
-Tu ją pochowamy- powiedziała nagle, wskazując na wykopany pod dużą akacją dół.
-A gdzie jest teraz?- rzuciłem bez głębszego zastanowienia.
Pytanie to sprowokowało ją do tego, aby mi pokazać obecne miejsce pobytu swojej matki. Obok kaplicy stał mały, biały budynek. Miał zasłonięte, małe okna i metalowe, fabryczne drzwi. Przechowywano tam gotowe do pogrzebu zwłoki. Weszliśmy do środka. W powietrzu unosił się zapach chemii. Zagłuszał on to, czym naprawdę tam pachniało.
-Tato, mogę ją jeszcze raz zobaczyć.- powiedziała do stojącego przy ścianie mężczyzny. Facet najpierw zmierzył mnie wzrokiem, a potem zgodził się przytulając córeczkę i całując ją w czółko. Później wytarł ręce w fartuch i otworzył nam kolejne drzwi. Dziewczyna podeszła do ogromnej, metalowej szafki i wysunęła jedną z szuflad. Oczom moim ukazały się zasłonięte białym prześcieradłem zwłoki.
-Mamo, to jest właśnie Alan.- powiedziała spokojnie i z uśmiechem, odsłaniając martwą kobietę.
-O kurwa!- nie mogłem się powstrzymać widząc zmasakrowane ciało. Całą twarz miała w głębokich ranach, z których jeszcze sączyła się dziwnego koloru substancja. Tak samo jak moja mama, miała wciąż szeroko otwarte oczy. -Co jej się stało? Wypadła przez okno, czy ktoś ją tak pociął?
-Niech ona ci powie. Nie rozumiałem, o co jej chodzi dopóki nie położyła mi ręki na czole swojej zimnej matki. Wtedy dziwnie się uspokoiłem, jakby moja ciekawość została zaspokojona. Mimo tego, że nikt nie odpowiedział na moje pytanie nie czułem potrzeby dociekać dalej. Moja dłoń przykleiła się do wilgotnego ciała. Powoli dotykałem palcami nacięć na skórze zagłębiając się w nie. Opuszki ślizgały się we wnętrzu ran tworząc na zewnątrz gęste krople mieszaniny krwi i płynów konserwujących zwłoki. Może to dziwne, ale ja miałem ochotę dotykać ją dalej i bardziej wbijać palce w jej lodowatą skórę. Wzbierało we mnie podniecenie. Czarna jak śmierć córka zaczęła kołysać się nade mną w tańcu. Śmiała się i śpiewała. Ja stałem i jak napaleniec dotykałem poharatane zwłoki, odsłaniając je coraz bardziej. Miałem ochotę rzucić się na nie i zacząć je lizać, gryźć i całować, ale ostatnie uderzenie przyzwoitości przypomniało mi, że tuż za drzwiami stoi mąż nieboszczki i mógłby się poczuć nieco zazdrosny. Tylko to trzymało mnie z dala od zaspokojenia mojego pożądania.
-Widzisz mamo! A nie mówiłam, że Ci się spodoba.- powiedziała nagle młoda i całując mamusię w policzek, zasłoniła ją z powrotem białym prześcieradłem. -Jestem Gloria.- przedstawiła się wreszcie.
Wróciłem do domu. Następnego dnia Sylwia ugotowała coś nowego. W końcu się przełamałem. Czułem jakbym jadł zgniłego kota, choć nie mam zielonego, a nawet różowego pojęcia jak smakuje zgniły kot. Jednak mam wrażenie, że gdyby jakiś kot zgnił, to smakowałby właśnie tak, jak to, co jadłem. Fred przypieprzył się do mnie, że nic w tym domu nie robię i jestem jak pasożyt. Naprawdę nie wiem, czego on się czepia. Przecież zabiłem parę kopulujących na ścianie much, wyczyściłem buty przed drzwiami, a nawet pozmywałem naczynia. Staram się jak mogę, a on mi tu jakieś kazania wygłasza. Jak zwykle miałem go gdzieś. Tak właściwie to wszystko miałem gdzieś!
Wyszedłem z domu. Miałem dosyć wpatrywania się w sufit. Co prawda efekty są niesamowite, kiedy tak długo obserwuje się plamę na suficie, że zaczyna ona falować, kłębić się, pulsować. Biała tafla płynie. Zawsze zdaje mi się wtedy, że zaraz upadnie na mnie wielka kropla białej farby. Gdy już osiągam stan falującego sufitu, moja głowa staje się tak ciężka, że mylą mi się zmysły. Mój błędnik nie odróżnia wtedy pozycji siedzącej od pochylonej, w wyniku czego cały czas leżąc, mam wrażenie, że razem z łóżkiem przechylam się jak na łodzi, raz w lewą, raz w prawą stronę. Następnym ciekawym zdarzeniem, jakie mnie ogarnia w tym czasie jest ogromne przeciążenie oczu i ból głowy, jakby ktoś położył mi ciężarówkę na źrenicach i kazał ją utrzymywać siłą woli. Dzisiejszego wieczoru ból ten był nie do zniesienia.
Na dworze było jeszcze jasno. Ludzie wracali z pracy. Wiadomo, duże zamieszanie na ulicach. Tym razem ktoś zamieszał bardziej i wjechał na jakiegoś rowerzystę. Poznałem po tym, że kółko od roweru właśnie toczyło się w moją stronę. Całkiem świeża kraksa. Jeszcze kilka sekund temu to mogłem być ja. "Fajnie"- pomyślałem i zbliżyłem się nieco. Chciałem zobaczyć kogo spotkało to szczęście. Zanim przecisnąłem się przez tłum nadjechała policja i pogotowie. Ludzie trochę się rozeszli i mogłem zobaczyć zwłoki. Nie były aż tak zmasakrowanie, ale gościu mocno musiał głową o ziemię przywalić, bo kałuża krwi bardzo szybko rozprzestrzeniała się po asfalcie. Podążyłem za ogromnymi strugami, spływającymi do studzienki kanalizacyjnej.
-Ty mnie chyba prześladujesz.- stwierdziłem widząc Glorię, pochyloną przy krawężniku.
-Spróbuj! Wiesz jaka dobra!- powiedziała, taplając rękę w strumyczku krwi. Oblizała palce. Była fascynująca. Nie przejmowała się tym, że właśnie zginął człowiek, ani że pije jego krew. Nie przejmowała się ludźmi, którzy mijali ją z obrzydzeniem. Nie przejmowała się policją, która ją bacznie obserwowała. Nie przejmowała się, że to co robi zwraca uwagę. Tak właściwie, ja też się tym nie przejmowałem. Zanurzyłem dłoń we wciąż płynącą tkankę łączną, dwudziesto dwuletniego studenta, o nazwisku Basom, ubranego dziś w czarny podkoszulek, wiernego fana Deep Purple, ojca dwóch synów, potrąconego przez pijanego mężczyznę, kierującego niebieskim Oplem Astra. Rzeczywiście jego krew była całkiem dobra, ale...
-Próbowałem lepszą.- odburknąłem.
Podniosłem się i unikając wzroku pana policjanta, ruszyłem do domu. Gloria chciała iść ze mną. Bez słowa złapała mnie za rękę. Miała cholernie zimne dłonie. Zdawałoby się, że nigdy nie widziała ognia, albo chociaż grzejnika. Jej czarna bluza pachniała fabryczną nowością jakby dopiero co zdjęła ją ze sklepowej półki i założyła na wilgotną skórę, która nie mając swojego własnego zapachu, przejmowała tę cechę od ubrań i kwiatów którymi się otaczała. Zachodzące na różowo słońce odbijało się w jej radosnych oczkach. Dopiero teraz zauważyłem, że oczy też ma czarne. Była śliczna. Tak nienaturalnie blada i delikatna. Czułem jak jej mała rączka ledwo przemykała się pomiędzy moimi palcami. Jej mała, zakrwawiona, biała rączka w mojej większej, silniejszej, zakrwawionej ręce. Ten promieniejący od niej chłód drżał w zetknięciu z moją skórą, którą czasami muskała ramieniem czy spojrzeniem. Biła od niej jakaś dziwna magia, której nie mogłem się oprzeć. Szliśmy zalaną różnobarwnymi promieniami słońca alejką. Rzucaliśmy długie cienie. Mijaliśmy spacerujących, roześmianych, zamyślonych, przytulających się zakochanych. Kiedy stanęliśmy zauważyłem, że jej rączki nie ma już w mojej, że nic nie odbija się w węglikach jej oczu. Nagle się zatrzymała. Oddychała szybko, nieregularnie. Jej wzrok drżał po chodniku w epileptycznym ataku świadomości. Wyraźnie się czegoś bała. Bez pożegnania pobiegła w swoją stronę.
-Gloria...- wyszeptałem, patrząc na jej niknącą między budynkami postać, nie mając nawet nadziei, że mogłaby mnie usłyszeć.
Nieświadomy tego gdzie idę dałem się ponieść moim nogom. Zawlokły mnie na wiadukt. Ocknąłem się dopiero gdy pode mną zadrżał grunt. To jakiś pośpieszny przemknął w nieznanym kierunku. Wisiałem na barierce wlepiając ślepia w tory jakbym to właśnie tam miał ją odnaleźć. Ona... Zabierała mi sen(s) mojego małego, brudnego, spleśniałego życia. Zarzuciłem nogę na barierkę. Była błędem mojego matrixa. Niepotrzebnym śmieciem. Zarzuciłem drugą nogę na barierkę. Była jak drzazga pod paznokciem, której nie mogłem się pozbyć. Wspiąłem się na barierkę. Nienawidziłem jej jak chmary komarów latem. Usiadłem na barierce. Irytowała mnie tak bardzo, że miałem ochotę ja spoliczkować za każdym razem gdy na mnie spoglądała. Przechyliłem się do przodu. Zmieniała mnie choć tego nie chciałem. Poczekałem na następny pociąg. Była niezwykle wkurwiająca. Gdy nadjechał ekspres... Była taka śliczna... Nie skoczyłem. Nie skoczyłem, bo "ten ktoś" mnie złapał.
-I ty jesteś teraz przeciwko mnie?!- zapytałem z wyrzutem, że mnie uratował. –Nie prosiłem o to! Tym razem chciałem spaść!- głos mi się załamał i zakryłem rękoma twarz. Wystarczył niewielki wiatr, aby popchnąć mnie do przodu. Wtedy poczułem jak "ten ktoś" puszcza mnie z uścisku łagodnie szepcząc -"Jeśli tego właśnie chcesz...". Strach otworzył mi oczy. Tym razem widziałem jak zbliża się do mnie dźwięk jadącego pociągu. Słyszałem jak agonia szumi mi w uszach oporem powietrza, jak ciśnienie w moich żyła napręża w nich ogień do granic możliwości. Słyszałem chóry aniołów krzyczących mi nad uchem słowo "FALL". Próbowałem się złapać ich bialutkich sukien. Panicznie szukałem wzrokiem łagodnie wyglądającego gruntu. Mimo to, nie wierzyłem, że mogę spaść na cztery łapy. "Ten ktoś" patrzył błagalnie oczekując słów. Przerażenie w końcu wyrwało ze mnie:
-"Złap mnie! Proszę!".
Wisiałem na barierce wlepiając ślepia w tory. Oddychałem zbyt szybko, by móc się dotlenić. Wydawało mi się, że tracę świadomość, a jednak cały czas "byłem". Cały czas opierałem się roztrzęsionymi rękoma, wsłuchując się w szaleńczy bit mojego serca. Nigdy świadomość śmierci nie doszła do mnie tak wyraźnie jak teraz. Po raz pierwszy się jej bałem, a raczej wystraszyłem. Obraz rozmywał mi się przed oczami jakbym miał zemdleć. Chciałem zemdleć. Próbowałem zmusić do tego swój organizm. Nie chciałem, żeby to wszystko do mnie tak pulsująco boleśnie docierało. Gdybym tylko mógł teraz stracić przytomność, zasnąć sobie na trochę... Mgła zeszła mi z oczu i wszystkie kontury zaczęły się zaostrzać. Drzewa znowu były okrągłe, ulice znowu były różowe... Nie było sensu stać na wiadukcie i myśleć o głupotach. Poszedłem do domu i bez żadnych głębszych przemyśleń na temat dzisiejszego dnia położyłem się spać.
Nie mogłem zasnąć. Czekałem na mamę. Wierzyłem, że przyjdzie i da mi przed snem kubek herbaty z miodem. Nie przyszła... Nie rozumiałem dlaczego. Czyżby się obraziła? Pewnie sama zasnęła na kanapie w pokoju przy włączonym telewizorze. Pomyślałem, że pójdę ją przykryć kocem. Wstałem z łóżka i powoli zszedłem po schodach. Usłyszałem płacz. Mama płacze?- pomyślałem. Szybciutko dotarłem do źródła łez. Sylwia siedziała na podłodze w kuchni. Trzymała w ręku ścierkę do naczyń całą brudną od tuszu z jej rzęs. Miała kilka siniaków i rozcięte usta. Nad nią stała Tamara.
-Nie martw się mamusiu, to się zagoi. Bardzo boli? Przyzwyczaisz się...- mówiła do niej, głaszcząc ją po ramieniu. -Mi już zniknął ten siniak.- dodała podciągając nogawkę. Sylwia przytuliła małą i wytarła nos. Pewnie Fred ją pobił. Zawróciłem do swojego pokoju. To nie mama płakała, więc mogłem zasnąć spokojnie.
Wstałem dość późno jak na pójście do szkoły. Z resztą, pierwsze lekcje i tak bym opuścił. Chodziło mi wyłącznie o to, żeby zaliczyć pracę z polskiego. Miałem oddać jakieś wypracowanie czy coś tam takiego. Trzymając pomięte kartki papieru wkroczyłem na teren szkoły, nie planując przebywać tam dłużej niż 10 minut. Niektórzy już wracali do domu. Widziałem jak się na mnie patrzyli. Te ich uniesione w zdumieniu brwi i wykrzywione z obrzydzenia usta, wyrażające sobą jedynie nieuzasadnioną do mnie niechęć. Ach, ci wszyscy, wspaniali ludzie! Gdy wszedłem do budynku właśnie jacyś chłopcy rozmawiali ze swoim kolegą. Najpierw go trochę powyzywali, później szarpali go i rzucali o ściany, a na końcu (chyba w ramach pożegnania) zmasakrowali mu twarz przybiciem pięści i zbutowali go jak już leżał. Jeszcze tylko kilka czułych słów, że jeszcze się z nim zobaczą i poszli. Milutki obrazek. Nie ma to jak szkolni przyjaciele.- pomyślałem dodając temu leżącemu jeszcze jednego kopniaka. Ja nigdy nie miałem kolegów - uderzyłem go ponownie. A w każdym razie nikt mnie tak nie lubił - zamachnąłem się na niego po raz ostatni, bo gdy przestał się ruszać, postanowiłem jednak spotkać się z moją nauczycielką i oddać jej tą beznadziejną pracę.
Nie zastałem jej w pokoju nauczycielskim, więc poszedłem na piętro sprawdzić salę od polskiego. Czasami zdarzało jej się zostawać dłużej w klasie. Kiedy zbliżyłem się do drzwi coś mnie pokusiło żeby zajrzeć przez dziurkę od klucza zanim bezczelnie zapukam do drzwi. W sali na pewno nie siedziała moja nauczycielka no chyba, że była podobna do gościa od chemii i lubiła posuwać siedemnastolatki. Nasz chemik był średniego wieku, grubawym zbereźnikiem. Do ślinienia się przez całą lekcję wystarczyło mu, żeby jakaś młodziutka uczennica założyła spódniczkę krótszą niż do kolan. Poza tym musiał postawić pałę kilka razy dziennie inaczej był chory i nie chodzi mi tu wyłącznie o stawianie złych ocen. Mimo tego, że był cholernie ostry i przez gnojka wiele osób kiblowało co roku, dziewczęta znalazły sposób na dostawanie piątek albo czwórek. Wszystko jak właśnie widziałem, zależało od techniki robienia loda. Ta młoda właśnie zaliczała ostatnią kartkówkę. Klęczała przed nim i szybko przesuwała językiem po jego członku. Raz po raz spoglądała w górę, sprawdzając czy mu się podoba. Obserwowałem tą sytuację zaledwie przez chwilę, a już musiałem włożyć rękę w spodnie i pobawić się trochę, wyobrażając sobie, że to ja uczę chemii. W końcu niecierpliwy pan profesor chwycił młodą za włosy i docisnął ją do siebie tak mocno jak głębokie było jej gardło. Zdająca była posłuszna. Nie broniła się, mimo, że widać było niechęć, a wręcz obrzydzenie na jej twarzy. Nawet wtedy, gdy rozmyślił się i zamiast ssania wolał ostre rżnięcie ona grzecznie rozchyliła nogi. Nie mogłem wytrzymać. Wybuchłem. Dobrze, że nikogo nie było na korytarzu. Kto inny będzie się musiał tłumaczyć z białawej plamy na drzwiach. Na szczęście chemii uczył mnie, kto inny.
Pewnie moja nauczycielka poszła już do domu. A miała kurwa czekać. Będę musiał do niej iść.- pomyślałem i zapinając spodnie ruszyłem w stronę jej ślicznego białego domku z pedalskim, białym płotem. Wiedziałem gdzie mieszka, bo kiedyś jak byłem zjarany zawędrowałem w tamte strony i widziałem jak się gdzieś z mężem wybierała. No właśnie, przydałoby poczuć się... błogo... Miałem jeszcze w kieszeni mały zapas nieznanych mi dotąd posrebrzanych tableteczek, kupionych po pijanemu na ostatniej imprezie. Niewiele osób wiedziało cokolwiek na temat tego nowego wynalazku zwanego potocznie gwiazdeczką, a jeśli nawet ktoś coś wiedział to tyle, co nic. Podobno był to zestaw związków chemicznych, pobudzających odpowiednie hormony w wyniku, czego zaburzana była np. percepcja, czyli zdolność poznawania zmysłowego. Mogłoby być ciekawie.- pomyślałem wpychając pod język błyszczącą pastylkę. Na początku była gorzka, później kwaśna, a na końcu szczypała w podniebienie jak jakiś kwas. Miałem ochotę ja wypluć, ale w ostatniej chwili po prostu ją połknąłem. Planowałem odczekać jakieś piętnaście minut, ale już po chwili zaczęło się coś dziać. Powieki opadały mi jak gdybym nie spał od trzech tygodni. Kołysały się drzewa, wirowały chmury.
Kiedy moja nauczycielka otworzyła mi drzwi była naprawdę zaskoczona. Miałem wrażenie, że zaraz oczy jej wyjdą i wpadną w jej głęboki dekolt. To nie byłoby w sumie takie złe. Może poprosiłaby mnie, żebym jej pomógł je sięgać. Ech... językiem bym je wyciągał.
-Alan. Co ty tu robisz?- zapytała łagodnie, poprawiając spódnicę.
-Przyniosłem... eee... swoją pracę- wydukałem.
Z łagodnym uśmiechem wpuściła mnie do środka. Chwyciła nieco pogniecione przeze mnie kartki papieru i zaledwie na nie spoglądając, wyrzuciła za siebie. Nie bardzo rozumiałem, co jest grane. Nieznacznie wskazała na mnie ręką i wolnym krokiem ruszyła w głąb swojego dużego mieszkania. Szedłem za nią bez zastanowienia. Zaprowadziła mnie niedużego pokoju. Był tam mały bałagan. Na szerokim łóżku walały się ubrania. Na podłodze leżała butelka po winie i zbity wazon z białymi kwiatami. Odwróciła się do mnie. Wzrok miała rozmyty, leniwy, a jej ciało kołysało się na boki w seksownym rytmie. Zmysłowo rozchyliła usta jakby miała coś powiedzieć, ale nic nawet nie wyszeptawszy, od razu przycisnęła swoje rozpalone ciało do mnie i zaczęła namiętnie całować. Nie mogłem się jej opierać. Żaden mężczyzna w takiej chwili by nie mógł. Moje ręce złapały mocno jej smukłą sylwetkę najpierw w talii, potem zsunęły się na pośladki. Zacząłem pieścić jej szyję i piersi. Odchyliła się do tyłu. Była prawie bezwładna. Nie dziwie się, jeśli sama wypiła to wino. Ledwo trzymała się na nogach więc musiała zaufać moim rękom. Już wiedziałem, że jest moja. Rzuciłem ją na czerwone, atłasowe łóżko. Rozebrałem z niepotrzebnych fałd materiału. Jeszcze przez chwilę dotykałem, całowałem i kąsałem jej nagie, gotowe na wszystko ciało. Później zacząłem ją ostro pieprzyć. Z przyjemności wbijała mi paznokcie w plecy. Oddawała się mi bez zająknięcia, a jeśli już jęczała to z rozkoszy. Wszystko działo się szybko. Tylko firanki poruszały się wolno i sennie. Nasze ręce, usta, oddechy... Agresywnie, namiętnie, rozkosznie. Świat wirował mi w oczach, a seks uderzał w tętnice. Coraz mocniej i szybciej, i szybciej, i szybciej... Jej krzyk przyprawił mnie o dreszcze. Już nie mogłem. Brakło mi tchu. Zakręciło mi się w głowie. Zamknąłem oczy.
Gdy się ocknąłem długo próbowałem dojść do siebie. Nie bardzo wiedziałem, która jest godzina i gdzie jestem. Bolała mnie głowa jakbym miał niewielkiego kaca. Z trudem poruszałem powiekami w górę i w dół próbując przywrócić ostrość widzenia. W końcu się udało. Mimo to obrazy, które widziałem zdawały się być nadal czymś rozmytym, niemożliwym, sennym. Leżałem nagi na łóżku. Za oknem było szaro. Było mi zimno, cały się trzęsłem i nieprzyjemnie kleiłem się do białej pościeli. Zaraz! Przecież pościel była czerwona - pomyślałem odwracając się na bok. Owszem, była czerwona, ale tylko pod zmasakrowanym ciałem nauczycielki, leżącym bez życia tuż obok mnie. Najszybciej jak tylko mogłem zeskoczyłem na podłogę, kalecząc się prawie o rozbity wazon. Pamiętam go. Jak wchodziłem z nią do pokoju to był już zbity. Nerwowo podniosłem wzrok. Kobieta była lekko sina, miała przymrużone oczy i liczne rany kłute. Obok niej leżał duży kuchenny nóż. Zbliżyłem się do niej. Szturchnąłem ją lekko ręką. Jej skóra była zimna. Miałem duże problemy z odbieraniem rzeczywistości. Wszystko to jakoś wolno do mnie docierało. Nawet smak, który miałem w ustach dopiero po dłuższej chwili skojarzyłem z krwią. Zrobiło mi się niedobrze. Nie wiem co jadłem wcześniej, ale natychmiast to zwróciłem. Nie miałem pojęcia co się stało. Co gorsza nie wiedziałem jak to się stało. Być może to ja ją zabiłem. Nie pamiętałem prawie nic oprócz falujących firanek. Panicznie próbowałem zrekonstruować cały ten wieczór począwszy od wizyty w szkole, poprzez moją drogę do jej domu, myślenie o tym, że pewnie i tak będę musiał pisać sprawdzian z polskiego, przez pomysł z gwiazdką... Kurwa!! Nagle doszło do mnie, że to wszystko skutek tej jednej małej srebrnej tableteczki. Zerżnąłem moją nauczycielkę, a potem zadźgałem z powodu jakiejś pieprzonej pastylki! W mojej głowie pojawiały się poklatkowe obrazy. To jak mnie wpuściła do środka. A może sam nacisnąłem klamkę. To jak mnie za sobą prowadziła. To jaki była bałagan w jej mieszkaniu, jak po włamaniu. Jak nie miała sił stać. To jak mi się łatwo oddała. Jak była bezwładna, a może już martwa?! Mój oddech stawał się szybszy. Oczy drgały po podłodze. A może to nie ja ją zabiłem? Może to tylko zaburzenia poznawania zmysłowego wywołały te wizje. Jeśli tak to... posuwałem jej trupa... Nie ją - seksowną, namiętną, niewyżytą panią profesor, ale jej zimne, wybebeszone, zakrwawione zwłoki!!!
To nie wydawało się być możliwe. Żadna z tych opcji nie wydawała się być możliwa, a jednak przede mną leżało ciało martwej kobiety, na którym było pełno moich odcisków palców i innych materiałów genetycznych. Poza tym kilka nauczycielek widziało, ze jej szukam. Tak czy inaczej byłbym pierwszym podejrzanym. Nie mogłem na to pozwolić. Bałem się. Cholernie się bałem. Spojrzałem na siebie. Nadal byłem nagi i pobrudzony zaschnięta krwią. Szybko opłukałem się w łazience, ubrałem i zacząłem myśleć jak i gdzie ukryć ciało. To niewiarygodne jak szybko zacząłem kojarzyć fakty. Po chwili dokładnie wiedziałem co robić. Sięgnąłem do płaszcza po rękawiczki. Zacząłem je nosić jakiś tydzień temu, gdy nagle się oziębiło. Nie mogłem pozwolić na to, by na czymkolwiek jeszcze zostawić ślad swojej obecności. Znalazłem w kuchni czarne worki na śmieci. Owinąłem zakrwawiony nóż papierowym ręcznikiem. Potem okryłem prześcieradłem zwłoki i zapakowałem razem z nożem do worków. Odszukałem w małej drewnianej szafeczce w przedpokoju kluczyki do jej samochodu. Oddychałem już spokojniej, choć gdy wnosiłem ją do garażu i pakowałem do samochodu bałem się, że jakaś wścibska sąsiadka może mnie zobaczyć. Na szczęście było już bardzo późno i na tym osiedlu wszystkie wścibskie sąsiadki dawno spały. Odpaliłem samochód. Jechałem długo, daleko poza miasto. Zatrzymałem się na moście. Było pusto. Pode mną płynęła rzeka, a kilkanaście metrów dalej zaczynał się las. Przez chwilę myślałem, co dalej. Podjechałem do drzew i skręciłem w wąską drogę prowadzącą w głąb lasu...
Otworzyłem bagażnik. Jeszcze raz rozejrzałem się wokół. Nikogo nie było. Nic dziwnego. Było cholernie ciemno, a głucha cisza uwydatniała szelest liści pod moimi stopami przy najmniejszym moim ruchu. Pora duchów, morderców, gwałcicieli i bezdomnych pijaków, idących spać gdzieś w krzakach z nieopróżnioną do końca butelką taniego, malinowego wina. Sam przez chwilę się bałem tego lasu. Przerażenie szeptało mi do ucha, że zaraz pewnie ktoś mnie zajdzie od tyłu, przyłoży nóż do gardła, zabierze mi portfel i zabije. Po plecach przeszły mi ciarki i odruchowo się za siebie odwróciłem.
-Cholera! Czego ja się tak właściwie boję?!- ocknąłem się wreszcie. -Przecież to ja mam w bagażniku czyjeś zwłoki. To ja mam rzeźnicki nóż i to mnie się powinno bać!- rozejrzałem się jeszcze raz w obawie, że mogłem to wszystko powiedzieć za głośno. Muszę się kontrolować. Zachować spokój i opanowanie. Wziąłem kilka głębokich wdechów. Napiąłem mięśnie i delikatnie wsunąłem ręce pod przykryte kilkoma workami ciało. Z trudem je podniosłem. Przycisnąłem je do siebie żeby było mi wygodniej nieść. Robiłem to wszystko tak delikatnie, jak gdybym niósł żywą i słodko śpiącą kobietę. Nawet się do niej uśmiechałem. Trzymałem ją na rękach jakbym prowadził ją do łóżeczka. Położyłem ją na mięciutkiej, pachnącej pościeli mchu i przyjemnie wilgotnych liści. Wyglądała tak pięknie. Trochę była ubrudzona, więc chwyciłem rękaw mojej bluzy pośliniłem go nieco i oczyściłem jej uroczą twarzyczkę z piachu i zaschniętej krwi. Nadal spała. Zbliżyłem się do niej i lekko musnąłem ustami jej policzek. Wydawało mi się, że uśmiechnęła się przez sen. Wtedy zacząłem płakać. Uświadomiłem sobie tak nagle, że ona nie żyje. Jest martwa. Martwa jak moja matka. Chód leśnego poszycia dotarł wreszcie do moich rąk nadając im gęsiej skórki. Wreszcie poczułem smród zgniłych, mokrych liści. Poranny deszcz, który wsiąknął w ziemię, teraz wydostawał się z niej z powrotem w powietrze. Grunt ugniatał się pod butami. Ciężki, duszący odór nocy przemykał się między drzewami w postaci zwiewnej mgły. Moje rzęsiste łzy błyskawicznie wsiąkały w ziemię. Tak bardzo było mi żal. Sam do końca nie wiem, czego. Rozpacz rozrywała moje usta w niemym krzyku. Klęczałem na ziemi kierując wzrok ku górze. Między bujnymi koronami dębów i iglastych sosen tańczył księżyc. Łuki srebrzystego światła spływały miękko na ziemię niczym dowód błogosławieństwa i zbawienia. Ale żaden z tych promieni nie spłynął na moją twarz. Nie było zbawienia dla mnie. Nie było litości nad moimi łzami. Nie było współczucia dla mnie. Ani dla martwej kobiety leżącej obok.
Wszystko wokół mnie przerażająco obojętnie żyło i oddychało. Bez jakiegokolwiek przejęcia wirowało powietrze. Mgła bezlitośnie oślepiała oczy. Ja też powinienem był stanowczo wstać i dokończyć to, co zacząłem. Jednak podnosiłem się z trudem, niezdarnie przytrzymując się drzewa. Bezsilnie chwyciłem łopatę w obie ręce i zacząłem kopać dół. Kiedy był już wystarczająco głęboki, podniosłem zwłoki na rękach i wskoczyłem razem z nimi do wykopu tak delikatnie jak tylko mogłem. Mimo to, przewróciłem się na bok i zmasakrowane ciało otuliło mnie, przyciskając do ziemi. Nie miałem siły ani chęci by je z siebie odgarnąć.
Wtedy poczułem na twarzy deszcz. Zimne, przejmująco zimne krople chciały mnie żywcem zakopać spływając na mnie górą błota. Nadal nie miałem siły się podnieść, więc po chwili zacząłem się krztusić brudną wodą. Gdy zalała mi oczy miałem wrażenie, że zasnąłem, że coś mi się śni. A śniło mi się coś pięknego. Widziałem dużo ciepłego światła i świetlistego ciepła. Wskazówki zegarów cykały niczym ptaki, a czyjeś delikatne dłonie gładziły mnie po włosach i twarzy. Nagle poczułem jak coś mnie ciągnie w dół. Światło i ciepło powoli nikło w oddali. Na chwilę umarłem. Poczułem chłód i zmorę siedzącą mi na piersi. Zepchnąłem z siebie ciężar, wydostałem się z głębi mroku i otworzyłem oczy.
Deszcz padał jeszcze mocniej. Błoto ślizgało się pod palcami, gdy próbowałem się wydostać z zalanego brakiem łaski grobu. Po raz kolejny chwyciłem łopatę i zakopałem dół grudami mokrej ziemi. Dzieło skończone. Misja wykonana. Grzechy przebaczone... Możemy iść do domu.
Wracałem do siebie nad ranem. Kiedy wyszedłem z lasu w miasto, będące jeszcze większą dziczą, dudniącą bębnami ludzkich, śpiących serc, błąkałem się długo między zarośniętymi ciemnością budynkami. Nie patrzyłem na to, w jakie gąszcze się zapuszczam. Nie myślałem ani logicznie ani trzeźwo. Kołysałem się na boki nasłuchując jak miasto żyje, oddycha... czai się w chluszczącej po chodnikach ulewie, czeka... Usłyszałem wtedy coś jeszcze. Najpierw jakby krzyk, mieniący się jakimś dziwnym, niezrozumiałym dla mnie poczuciem winy. Dźwięk ten zbliżał się do mnie bardzo szybko niosąc ze sobą odgłos zrywanych drutów i miażdżonych kości, obijających się od metalowych poręczy. Nagle zapadła cisza. Spodziewałem się głośnego upadku na mokry beton, ale usłyszałem jedynie delikatny plusk, jakby ktoś klepnął w kałużę. Zatrzymałem się. Stałem na pograniczu dwóch wieżowców oddzielonych od siebie wąską, czarną alejką, z której po chwili razem z deszczem delikatną stróżką wypłynęła krew. Chmury jak sępy wirowały nad budynkami chcąc chwycić jakiś smaczny kąsek. Czekały aż sobie pójdę, oddalę się od padliny. Poszedłem dalej i zniknąłem obojętnie za zakrętem.
Obudziłem się rano pełen nadziei. Chyba nigdy słońce tak jasno nie dotykało mojej twarzy, niosąc ze sobą zapach jesieni. Świetliste cienie przemykały przez żaluzje wciskając się do pokoju. Pomyślałem, żeby rzucić na tę sprawę nieco światła i otworzyłem okno. Oślepiający blask wdarł się tłumnie do wnętrza paraliżując moją zdolność widzenia. Wielka mieniąca się tęczą plama przysłoniła mi świ(a)t. W kroplach zawieszonych na gałązkach drzew, ocalałych po nocnej ulewie, tańczyły małe iskierki światła, sprawiając, że zwykła woda mieniła się jak brylant. Setki milionów brylancików witało dzień. Cała ulica wrzała śmiechem małych dzieci, zapachem gorącej kawy, radością. Była piękna, słoneczna sobota.
Sennie niczym stary, wyciągający się kot ubrałem się i zajrzałem do mojego małego aniołka. Spała. Dałem jej całuska w ten jej różowiutki, milutki policzek i wyszedłem. Nie chciałem jej przeszkadzać w byciu małą księżniczką w krainie szczęśliwości. Niech nią sobie będzie póki Fred jej nie obudzi.
Postanowiłem wyjść na spacer. Chmury przepływały po niebie szybko, bez zastanowienia. Spieszyły się niczym ludzie idący do pracy. Ich biały puch rozpraszał się na delikatną mgiełkę, znikającą po chwili zupełnie. Nie niosły ze sobą deszczu, a mimo to miało się wrażenie, że za chwile zacznie kropić i pod słońcem zalśni przepiękna tęcza. Mój cień był wydłużony, zaspany. Ledwo spoglądałem w górę, bo ostre jesienne słońce raziło w oczy. Szedłem przed siebie, nie zwracając uwagi na to gdzie idę. Patrzyłem raczej na wiatr, który pospiesznie wirował miedzy drzewami, zrywając purpurowe liście. Niósł je później po ziemi, unosił do góry i znowu pozwalał im spokojnie opaść na chodnik, zupełnie jakby próbował je nauczyć walca. Liście czerwono złote jednak niezgrabnie się ruszały i nie potrafiły powtórzyć kroku. Nie tak jak ona. Ona potrafiła. Wirowała sobie w czyichś niewidzialnych ramionach. Raz... dwa... trzy... raz... dwa...trzy... Słychać było dźwięczne liczenie. Miała przymknięte oczy, delikatny uśmiech i rozłożone ręce, którymi łapała niechcący spadające wokoło kolorowe łzy jesieni. Wiatr porywał jej czarne włosy i długą sukienkę. Gloria... Gapiłem się tak w nią przez chwilę. Później poczułem jak jakaś dziwna ciemność wkrada się do mojego świata. Była jednocześnie we mnie i poza mną. Otaczała mnie jakąś dziwną czarną aurą i zarazem próbowała kontrolować moje ruchy. Chciała żebym podszedł do niej. Otwierała mi usta bym powiedział "cześć", ale ja się nie dałem. Wykrzywiłem twarz we wściekłości i kiedy obrzydzenie wzięło górę, odwróciłem się i poszedłem i inną stronę. No i piękny dzień miałem z głowy. Już mi go musiała spieprzyć?! Musiałem ją zobaczyć?! Dobrze przynajmniej, że ona mnie nie zauważyła.- myślałem czując spadający z serca kamień. Mimo to, skręcając za niski brunatny budynek odwróciłem się za siebie, jeszcze raz spoglądając na nią. Była piękna... poruszana tym chłodnym, jesiennym wiatrem, w towarzystwie spadających płomieni, na tle przejeżdżającego obok karawanu. Po prostu... piękna...
Pojawiała się w moich fantazjach prawie codziennie. Całowałem ją, dotykałem, biłem, gwałciłem na wszystkie możliwe sposoby. Nigdy nie miałem dość. Wciąż było mi mało. Chciałem ją mieć naprawdę, w rzeczywistości. Pragnąłem poczuć jej miękką zimną skórę, poczuć zapach świec w jej włosach, zasmakować krwi z jej przegryzionych z rozkoszy warg. Pragnąłem ją każdym centymetrem mojego rozpalonego, podnieconego ciała. Rozbudzała moje największe, najskrytsze żądze. Była dla mnie pragnieniem nie do zaspokojenia. Im dłużej na nią patrzyłem tym bardziej chciałem się jej napić niczym źródlanej, lodowatej wody, ale przełykałem w ustach jedynie kurz i popiół.
I znowu nic. To przenikające uczucie pustki i nicnierobienia. Znowu gapię się w monitor patrząc jak się na nim kurz osadza. Wiruję, płynę, spadam... To nieznośne uczucie wzmaga się z każdą kolejną chwilą coraz mocniej. Czuję jak w każdej mojej komórce pojawia się napis "szaleństwo". Po angielsku brzmi lepiej - "insanity". Jak w gotyckiej piosence, w której obok szaleństwa przewijają się takie słowa jak: krew, ból, anioł, ogień, cisza, śmierć... Tym wszystkim się teraz czuję. Mieszanka ciszy i śmierci stoi mi za plecami. Zapomniałem jeszcze o słowie klątwa. Tą chyba sam na siebie rzucam. Chcę myśleć na temat tych rzeczy, które mnie otaczają, ale nie wierzę, że to zmieniłoby cokolwiek. Nadal pozostanę ja. Suchy i spalony kawałek mięsa, który nikomu nie chce przejść przez gardło. Sam. Niczyj. Dla nikogo. Nikt... Depresja, mrok i samotność... Smutne? Nie wiem... Nie myślę nad tym, w końcu to i tak niczego nie zmieni...
Ze szkołą jak na razie dałem sobie spokój. Był zaledwie listopad, a ja już potrzebowałem wakacji. Nie potrafiłem przyzwyczaić się do nowej polonistki. Była jeszcze ładniejsza i zarazem bardziej wredna od poprzedniej, o której już nikt nie mówił. Nawet śledztwo w jej sprawie umorzyli. Nieważne. Już mi nie zależało na nauce. Od śmierci matki wiele rzeczy straciło swój sens, wiele innych rzeczy zyskało jakikolwiek sens, ale uczenie się definitywnie należało do tej pierwszej kategorii. Większość mojego i tak wolnego czasu spędzałem przed komputerem lub przed telewizorem, jeśli oczywiście Freda nie było w domu w tym czasie. Kiedy wracał z pracy, o której nie miałem zielonego pojęcia, to on zajmował miejsce przed telewizorem i jakiekolwiek spekulacje co do zmiany kanału były wykluczone. Dzisiaj wrócił z pracy wcześniej. Wygnał mnie z kanapy przerywając jednym wciśnięciem przycisku z numerem 6 sztukę zabijania prezentowaną przez stado wygłodniałych lwic. Chamstwo. Niech mu będzie. Pijany jest (znowu), to mu wybaczę. Pójdę do pubu. "Dzisiejszy wieczór będzie chłodny"- rozległ się sympatyczny głos prezenterki pogody. Szkoda, że usłyszałem go dopiero za drzwiami. Nie miałem ochoty ich jeszcze raz otwierać tylko po to by sięgnąć kurtkę z wieszaka.
Pubów w tym zakichanym mieście było sporo. Nie mogłem się do końca zdecydować gdzie iść. W końcu zawędrowałem do jakiegoś najciemniejszego zakątka i wsiąknąłem wraz z papierosowym dymem w złoty napis na szyldzie. Nie była to totalna speluna, a jednak miałem wrażenie, że trafiłem tam gdzie wszystkie patologiczne przypadki. Wreszcie poczułem się jak w domu. Być może po raz pierwszy przyjęto mnie z otwartymi ramionami. Zamówiłem trzy piwa i siedziałem bez słowa przy jednoosobowym stoliczku. Grała muzyka. Kilka osób wirowało na parkiecie zbudowanym niestarannie z jakiś desek i płytek. Reszta podobnie jak ja wlewała w siebie alkohol tylko po to by stworzyć sobie iluzję szczęścia. Im się udawało, mi nie. Nagle zapadła krótka cisza. Do środka weszła jakaś gówniara i jak gdyby nigdy nic usiadła za barem. Potem poszła z jakimś gościem na zaplecze. Pomyślałem, że dzieci wcześnie zaczynają w tych czasach. Zostało mi jeszcze trochę kasy więc bez zastanowienia kupiłem małą flaszkę i wyszedłem. Potem żałowałem. Padało. Ponadto było strasznie zimno. Spojrzałem na zegarek. Było jeszcze wcześnie. Przypomniało mi się, że jeden palant ze szkoły robił dziś domówkę i zapraszał ludzi na korytarzu. Z tego co zaobserwowałem miało przyjść sporo całkiem fajnych panienek. Postanowiłem się tam pojawić.
Mieszkał niedaleko, ale zanim dotarłem na miejsce byłem cały mokry. Otworzyły mi jakieś dwie mocno zalane dziewczyny. Podtrzymywały się nawzajem, chichotały i kołysały się na boki. Coś do mnie mówiły, ale zrozumiałem tylko "gdzieś", "nam", i "impreza". Pokiwałem głową udając, że rozumiem i wtłoczyłem się do przedpokoju. Wszyscy byli mocno wstawieni. Muzyka waliła z głośników mocnym basem, a puszki po piwie usypane były w piramidę, w której leżał jakiś nieprzytomny gościu. Usadowiłem się na fotelu, o który raz po raz rozbijały się jakieś wirujące laski. Gospodarz imprezy właśnie opieprzał swoje dwie młodsze siostry, że się podchmieliły jednym ukradzionym piwkiem. Obydwie miały czerwone policzki i takie same bluzeczki. Hmm... Bliźniaczki... Kiedy zostały zagnane na górę do swojego pokoju, pobiegły szybko po schodach potykając się, o co drugi stopień. Obok mnie przetoczyła się para bijących się kolesi. Musiałem ich od siebie odepchnąć, żeby podejść do stolika z alkoholem, na którym leżały skrawki porcelany. Jego starzy się wściekną jak zobaczą braki w swojej chińskiej zastawie. Bogaci są, to kupią nową. - pomyślałem z uśmiechem, biorąc szklankę z sokiem. Wszyscy zajęci byli dopingowaniem tych, co się bili, więc mogłem bezkarnie zwiedzić resztę domu. Na piętrze było ciemniej i znaczne ciszej niż na dole. Wychodziło na to, że oprócz mnie wszyscy poważnie traktowali zakaz wchodzenia na górę. Wyjąłem z kieszeni flaszkę wódki i wlałem trochę do soku. Podszedłem do drzwi oświetlanych od spodu różowym światłem. Zapukałem i wszedłem nie czekając na "Proszę". Bliźniaczki siedziały na łóżku i zapamiętale się całowały. Przetarłem oczy, bo pomyślałem, że śnię. Obraz pozostał ten sam. Dwie na wpół rozebrane małolaty dotykały się swoimi różowiutkimi języczkami. Dopiero, kiedy odchrząknąłem ocknęły się i zwróciły zawstydzone spojrzenie na mnie.
- Przyniosłem wam soczku.- odparłem z uśmiechem.
- Nie mów naszemu bratu, proszę.- odważnie rzuciła jedna.
- A wy mu nie mówcie, że tu jestem.- powiedziałem z bardzo poważną miną.
Wtedy poczuły się bezpieczniej. Usiadły obok mnie i nie zważając na to, że soczek smakował nieco inaczej wypiły wszyściutko. Potem było łatwo. Trzeba było trochę odczekać, aż przestaną wyraźnie mówić i widzieć. Zaczęły się beztrosko śmiać bez powodu i pokładać na łóżku. Po dłuższej chwili dały się nawet namówić na kontynuację swoich igraszek. Tym razem szło im to szybciej. Lizały się i dotykały jak opętane. Zdjęły z siebie bluzeczki i staniczki. Miały jakieś 12 do 14 lat, więc niewiele mogły pokazać. Mimo to oglądałem je z przyjemnością. Siedząc wygodnie na drugim łóżku mówiłem im co mają robić. Grzecznie wykonywały każde polecenie. W końcu jedna z nich doczołgała się do mnie i spomiędzy moich nóg, rozpinając mój rozporek powiedziała, że zawsze chciała tego spróbować. Przypomniało mi się jak mówiłem, że dzieci wcześnie zaczynają w tych czasach. Teraz z penisem w jej drobnych ustach nie bardzo mnie to obchodziło. Kiedy skończyła zająłem się tą drugą. Nieśmiało zasłaniała się kocykiem. Spokojnie i delikatnie położyłem ją i całowałem, schodząc coraz niżej. Pieściłem ją językiem. Była młoda, świeża i nietknięta. Obie były. Tak samo jak obie były pijane i niezwykle chętne. W takim przypadku nie można chyba mówić o gwałcie? Co prawda uwiodłem i wykorzystałem niepełnoletnie dziewczątka, ale za to jakiej doświadczyły przyjemności. Płakały i szamotały się tylko na początku. Pewnie bolało, w końcu to był ich pierwszy raz. Potem były cichutkie i bezwładne. Nie krzyczały i nie broniły się przed rozkoszą, którą wlewałem w nie po brzegi. Szybko zasnęły. Były bardzo zmęczone. Może zbyt ostro je potraktowałem? Jutro pewnie nic nie będą pamiętać. Rozwiązałem je, przykryłem kocem i wróciłem do domu.
Przyszła niedziela. Dzień, w którym chcąc czy nie chodziłem z mamą do kościoła. Pamiętam jak gorliwie się modliła. Składała zimne dłonie, które ogrzewała mgłą szeptanych słów pacierza. Na wpół przymknięte oczy kierowała pokornie ku górze jakby w powietrzu miała ujrzeć Boga. Patrząc na nią moje serce łagodniało i mimo tego, że ja nigdy nie przepadałem za chodzeniem do kościoła upajałem się tą magiczną chwilą. Miałem wtedy wrażenie, że mama nie jest zwykłą kobietą przebraną za wróżkę, ale prawdziwym aniołem. Była taka piękna, gdy w jej szarych oczach odbijało się kolorowe światło z witraży. Moja mama prawdziwie wierzyła w nasze zbawienie i odkupienie naszych grzechów. Wierzyła w niebo i w to, że kiedyś się tam znajdziemy. Wierzyła w Boga tak samo jak we mnie.
Ta niedziela nie miała magii. Nikt we mnie nie wierzył. Moja siostra zmusiła wręcz swojego męża żeby się wyspowiadał. Nie mogłem patrzyć jak po całych dniach chlania i jedzenia, znęcania się nad rodziną, grania w karty, posuwania dziwek i bluźnienia po odmówieniu kilku "zdrowasiek" wszystko mu zostanie wybaczone, a on sam zostanie zbawiony. Kłamstwa wypisane mu były na czole, a jednak teraz uśmiechał się do nas i podawał nam zbrukane grzechem ręce przekazując nam znak pokoju. Wszyscy wiedzieliśmy, że nie będzie pokoju w naszym domu. Zostaną tylko kłamstwa odciskające się stale na naszych czołach i rękach. Ani Fred ani Sylwia ani nawet Tamara nie znali wartości słów "Ojcze nasz", nie wierzyli tak naprawdę. Ja wierzyłem... kiedyś. Teraz stałem się podobny do nich - zakłamanych, perwersyjnie zbłąkanych owieczek, które maja gdzieś czy ktoś je kiedyś odnajdzie. Wszyscy okryci byliśmy hańbą, byliśmy brudni, skorumpowani, zamarznięci i potępieni. Pozostało mi czekać na dzień, w którym w końcu zostanę strącony w czeluści piekieł. Nie miałem nic przeciwko temu. Byle stało się to jak najszybciej. Bylebym nie musiał patrzeć Fredowi w twarz udając, że go lubię. Bylebym nie musiał wysłuchiwać tych wszystkich durnych opinii na mój temat. Bylebym nie musiał patrzeć na Glorię cieszącą się wszystkim. Jej radość wzbudzała we mnie złość i wstręt. Miałem ochotę chwycić ją za szyję i czuć jak wypuszczane przez nią powietrze odbija się o moją twarz i nie wraca z powrotem do jej płuc. Coraz mniej powietrza, coraz więcej strachu, coraz wolniejszy puls... Amen.
Spotkałem ją kilka dni później. Mijałem ją na ulicy. Miałem nadzieję, że mnie nie zauważy. Jednak mnie dostrzegła. Rzuciła mi się na szyję jak gdybyśmy byli dobrymi przyjaciółmi. Strasznie mnie to zirytowało. Odepchnąłem ją od siebie i uderzyłem z otwartej ręki. Ludzie znajdujący się w pobliżu zwrócili na nas uwagę. Wszyscy się nagle zatrzymali i patrzeli z oczekiwaniem na kolejny ruch. Gloria podniosła głowę. Odgarnęła włosy z policzka, który nabrał mocno różowego koloru. Spojrzała na mnie z niezwykłym wyrazem. Wyglądała bardzo poważnie i gniewnie. Uśmiechnąłem się do niej szydersko jakbym oczekiwał aż się popłacze. Ona jednak z kamienną miną chwyciła mnie za rękę i mówiąc: "Chodź ze mną" pociągnęła za sobą. Zacząłem się śmiać coraz bardziej złośliwie i psychodelicznie. Nie wiem, czego ode mnie chciała. Może zaciągnąć w zaułek i tam dać upust swojej złości bijąc mnie po klatce piersiowej i krzycząc. Wydało mi się to niezwykle zabawne.
Zaprowadziła mnie do swojego mieszkania. Nawet się nie rozejrzałem po pokojach.
-Uderz mnie jeszcze raz.- powiedziała zanim jeszcze zdążyłem zamknąć za sobą drzwi. -Uderz mnie.- powtórzyła zimno i stanowczo.
-Mówisz serio? Naprawdę chcesz żebym to zrobił czy tylko mnie podpuszczasz?- wolałem się upewnić.
-Po prostu to zrób...
Zrobiłem. Chyba bałem się uderzyć mocno. Ten cios był raczej jak niewinny klaps.
-Tylko ta tyle cię stać?! Naprawdę nie masz więcej siły?!- była wściekła. Odwróciła się i po chwili zaczęła we mnie rzucać przedmiotami, które leżały na szafkach. Wazonem, kluczami, szkatułką (to akurat bolało) i innymi śmieciami. Nie miałem pojęcia, o co jej chodzi. Mimo to postanowiłem wziąć udział w jej zabawie i gdy tylko podeszła wystarczająco blisko mnie mój prawy sierpowy odrzucił ją na kanapę po drugiej stronie pokoju. Podszedłem do niej wolno. Wisiała na ramieniu sofy powoli osuwając się na ziemię. Uśmiechała się. Z kącika jej spuchniętych warg spływała stróżka krwi. Otarła ją dłonią i seksownie zlizała z palca. Odpięła bluzę, spod której wyłoniły się jej niezbyt duże, jednak niezwykle jędrne piersi. Zachęciła mnie żebym się do niej zbliżył. Potrzebowałem trochę czasu żeby uwierzyć, czego ode mnie chce. Jednak, gdy swoimi małymi białymi rękoma odpinała mi spodnie byłem już tego pewny. Rzuciłem się na nią jak wygłodniały pies na ociekające krwią świeże mięso. Chciała żebym ją bił, więc raz po raz można było usłyszeć w pokoju dźwięk uderzeń i jej syk spowodowany bólem. Krew spływała mi po kostkach na rękach, a ona zaciskała na moich plecach paznokcie, kiedy w nią wchodziłem. Nie byłem delikatny. Wiem, że i tak by tego nie chciała. Nagle powiedziała, że ją to boli i chce żebym przestał. Nie przestałem. Po prostu chwyciłem jej ręce i zmiażdżyłem je swoim ciężarem przyciskając je do zimnej podłogi. Wyrywała się i prosiła żebym już skończył i ją puścił. Zrobiło mi się głupio i przemknęło mi przez myśl żeby jednak dać jej spokój, ale gdy tylko zobaczyłem jak płacze, jak z jej zaciśniętych oczu kapią łzy i mieszają się z krwią na posadzce - żądza wzięła górę. Teraz już nie mogłem przestać. Jeszcze mocniej przycisnąłem swoje ciało do niej i sapałem jej prosto do ucha. Nie obchodziło mnie to, co czuła, a jednak, kiedy zobaczyłem delikatny, masochistyczny uśmiech na jej twarzy odczułem jeszcze większą satysfakcję. Słyszałem jak szepcze mi do ucha: -Wyżyj się! Zrób sobie przyjemność. Nie dbaj o mnie. Wyżyj się. Wyżyj...
Jeszcze nigdy nie miałem takiego orgazmu. Godziny spędzone w zamkniętej łazience z własna ręką to jednak zupełnie, co innego niż pełen przemocy seks z kobietą, o której marzyłem od dawna. To było prawdziwe... Nie było sensu mówić jej, jaką przyjemność mi sprawiła. Po prostu się ubrałem i wyszedłem. Czułem na sobie jej podniecone, wygłodniałe i zachłanne spojrzenie, kiedy opuszczałem jej mieszkanie.
Siedziałem sam w swoim pokoju nad miską płatków śniadaniowych. Słyszałem jak na dole toczył się spór. Dość głośny spór. Sylwia krzyczała, że nie może tego już więcej znieść i wyjeżdża. Fred dobrze wiedział, że nie tylko dlatego odchodzi. Przespała się ze swoim szefem i dostała awans, a teraz po prostu jadą gdzieś razem nad morze żeby się móc pieprzyć w bardziej dogodnych warunkach niż stolik w biurze. Była już spakowana i niezwykle zdeterminowana skoro zapomniała o swojej córce przyczepionej do jej nogi i płaczącej żeby została. Fred wrzeszczał, że jest jego żoną, a zachowuje się jak dziwka i powinna zostać specjalnie dla niego bo jej wybaczy. Zaraz po tym usłyszałem dobrze znany mi już dźwięk uderzenia, a potem już tylko trzaśnięcie drzwiami i głuchy, ciągle rosnący płacz małej. Ja patrzyłem jak mleko z białego robi się czekoladowe. Smakowało dobrze nawet jeśli wszystko zdążyło wystygnąć. Nie wychodziłem z domu prawie wcale. Szkoła dostarczał mi samych nieprzyjemności wiec zbyt często jej nie odwiedzałem. No chyba, że miałem masochistyczny nastrój i pragnąłem wręcz tego, aby ktoś się nade mną poznęcał i wyżył swoje frustracje. Siedziałem w domu nawet nie wychylając głowy za okno. Było zbyt zimno. Śnieg wpadał mi do pokoju, a moja skóra nie była przyzwyczajona do mrozu. W moim kącie zawsze było ciepło, miałem najdłuższy kaloryfer i byłem z tego dumny. Czasem tylko kiedy robiło się chłodniej musiałem zejść do piwnicy i napalić w piecu, by znowu móc grzać swój rozleniwiony tyłek. Może to i dziwne, ale przychodziły momenty kiedy chciałem wyjść, albo zrobić choć przydatnego: pouczyć się, poczytać lub choćby poćwiczyć, ale nie wiedziałem od czego mam zacząć i w końcu wcale nic nie zaczynałem. Czułem jak zanikają mi mięśnie, a skóra z każdym dniem staje się bledsza. Upodabniałem się do Glorii. Nosiłem tylko czarne ubrania i słuchałem melancholijnej muzyki. Coś, jakaś ciemność mnie do siebie zwabiała. Wydawała mi się być piękniejsza i cieplejsza niż rzeczywistość. Oddawałem się jej wiec tak często jak tego chciała. Pozwalałem jej się zrzucić z dachu czy wepchnąć pod pędzący pociąg, mogła mnie dowoli dźgać nożem i faszerować prochami na sen. Pozwalam jej się zabijać. Nie wierzę już, że ktoś mnie przed nią uratuje wiec się przed nią nie bronię. W tak beznadziejnej sytuacji lepiej jest pójść za tym mrokiem po dobroci, może nawet zacząć odczuwać z tego przyjemność...
Ocknąłem się pod wpływem zimna. Był już wieczór, a w mieszkaniu panowała grobowa cisza. Zszedłem na dół. Rozejrzałem się wokół. Nikogo nie było. Światła były zgaszone. Chodziłem z pokoju do pokoju sprawdzając czy nie znajdę tak jak kiedyś mojej śpiącej matki, ale nie zastałem nic w kuchni, nic łazience, nic w salonie, sypialni czy pokoju Tamary. Jedynie delikatny szmer rozchodził się po grzejnikach. Otworzyłem drzwi do piwnicy. Przytłumione światło dało mi znak czyjejś obecności. Schodziłem niżej i niżej drżąc z zimna. Tu na dole było prawie tak zimno jak na dworze. Woda mineralna w butelkach pokazywała mi minusową temperaturę. Zagłębiałem się bardziej, powoli odczytując zarysy Freda. Był opatulony zimową kurtką i pakował coś do pieca. Podszedłem bliżej i mimo jego speszonej miny zacząłem mu pomagać. Było tak przeraźliwie zimno, że nie obchodziło mnie czy w ogniu spali się drewniana kłoda czy rączka małej dziewczynki. Fred przez chwile przyglądał mi się uważnie poczym uśmiechnął się do mnie po raz pierwszy. Podał mi kolejną część ludzkiego ciała jeszcze ociekającego krwią. Nie wiem sam ilu ludzi złożyło się na ogrzewanie. Niebieściutka bluzeczka Tamary mignęła mi przed oczyma. Wlepiałem wzrok w piecyk patrząc jak płonie. Zapach palonego mięsa wypełniał pokój. Był nieznośnie obrzydliwy, ale ja zwracałem uwagę jedynie na to, że zaczyna mi się robić ciepło. Taak. Tego chciałem -ciepła. Oboje rozcieraliśmy ręce przy ogniu. Dym boleśnie gryzł w oczy, smród wsiąkał w nasze ubrania, a krew stygła na siekierze do rąbania drew.
Bolą mnie oczy. To już trzeci dzień. Zupełnie jakbym powoli ślepnął. Jakby to, co widzę wypalało moje źrenice. Nieznośne uczucie. Zwłaszcza, gdy się siedzi do późna przy komputerze. Ekran jakby drga, a tytuły piosenek zlewają się w jedną plamę, z której można jedynie odczytać jak bardzo jestem sam. Sam siedzę w moim dusznym pokoju, sam jadam, sam umieram. Nie jest to takie straszne jak by się mogło wydawać zwłaszcza, jeśli ktoś jest do tego tak przyzwyczajony jak ja...
Lecę w dół. Spadam. Czuję znowu jak zimny wiatr przenika przez moją skórę, jak krzyczę, a mój głos rozbrzmiewa echem pomiędzy budynkami nawet po moim upadku. Staram się nic nie czuć żadnego żalu, gniewu, a tym bardziej strachu. Staram się być skałą, murem, taflą wody, twardą nienaruszoną masą spadającą w nieśmiertelność. Nie jestem. Coś się zmieniło. Teraz się boję. Teraz wcale nie chcę umierać. Jeszcze wyraźniej czuję chłód na mojej skórze i wiatr we włosach. Widzę jak migają światła i jak zbliża się dno. Czuję ból i to jak mi drętwieją palce. Czuję zapach krwi. Nigdy nie myślałem, że krew może pachnieć. Czy to jest aż takie prawdziwe?
Bolą mnie oczy. To już czwarty dzień. Nie mam ochoty ich nawet otwierać. Nie chcę sprawdzać jak dziś wyglądam, który dzień tygodnia dzisiaj mamy, czy muszę iść do szkoły i dlaczego w moim pokoju pachnie szpitalem. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Przez chwilę stał nade mną i poszedł. Byłem tak ciekawy, kto to był, że w końcu otworzyłem oczy. Obraz był zamazany, ale po chwili wiedziałem, że nie jestem w swoim pokoju. Słyszałem dziwne pikanie. Przez duże lekko uchylone okna wpadało dużo światła. Ktoś się kręcił w pobliżu. Z moich rąk wiły się różne kabelki i rurki. Ciepła kołdra przyciskała do mojego ciała inne druciki przyklejone do mojej klatki piersiowej. Obok mnie też ktoś leżał. On też był przyłączony do aparatur, które pokazywały czy jeszcze żyje. Bolało mnie. Strasznie mnie bolało. Palące krople łez spłynęły mi po policzkach. Nie myślałem, że kiedyś to może stać się naprawdę. Nawet, jeśli to sobie wyobrażałem to moje wizje miały nieco inne zakończenie. Trumna, karawan, białe lilie i mama, uśmiechająca się do mnie z nieba. Nie było lilii ani czerni. Była przerażająca biel i zbyt dużo światła jak dla mnie. Zamknąłem oczy. Było mi ciepło. Pielęgniarki przeszły po korytarzu. Wietrzyk poruszył kartki na stoliku obok mnie, a aparatura tętniąca moim pulsem pikała coraz wolniej i wolniej i ciszej... pip... pip... pip... piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii...
Więc to była prawda. Nawet nie pamiętam jak i kiedy to się stało. Czy się boję? Nie wiem. Jestem raczej zdziwiony i zdezorientowany. Zastanawiam się, co teraz będzie. Nie czuję i nie słyszę już nic oprócz moich myśli. Są jak zwykle zimne i obojętne. Nie obchodzi mnie czy otworzy się światło czy mrok. Chcę tylko jeszcze raz zobaczyć się z mamą. Chcę usłyszeć jej ciepły i czuły głos mówiący mi ze wszystko będzie dobrze. Czekam na ciebie mamo- pomyślałem. Odpływałem gdzieś daleko. Jakby niosły mnie fale, szumiące mi w głowie moim małym szaleństwem. Pozwoliłem się im nieść. Stałem się lekki i bezwładny. Tym razem nie spadałem, lecz leciałem. Unosiłem się w nieznanej mi przestrzeni nie w dół, ale w górę. Mama nadal nie przychodziła. Zdałem sobie sprawę, że już jej nie zobaczę. Teraz tak naprawdę zostałem sam. Czas otworzyć oczy.
Można wierzyć w różne rzeczy; w to, co się widzi; w to, co się słyszy; w to, co się czuje, ale potem i tak okazuje się ze nic z tego nigdy nie istniało. Można wierzyć wszystkiemu, sercu, rozumowi, zmysłom, ale potem i tak wszystko się traci, i serce i zmysły i rozum. Można nie wierzyć w nic, ale to się nigdy nie udaje. Życie, w którym nie ma choćby małej naiwnej wiary w to, że ktoś cię złapie, gdy będziesz spadać jest tylko przygnębiającym oczekiwaniem aż za którymś razem roztrzaskasz się na chodniku.
Otworzyłem oczy. Jednak było biało. Już się miałem uśmiechnąć, gdy do mojego jasnego pokoju weszło dwóch sanitariuszy. Popatrzyli na mnie z pogardą i obrzydzeniem i podając mi leki w małym plastikowym kubeczku mówili, że wszystko to, o czym mówiłem było tylko w mojej głowie. Mówili, że po tym jak zabiłem moją matkę trafiłem tutaj - do szpitala dla psycholi. Podobno zaatakowałem ją w kuchni i tak długo uderzałem jej głową o kant stołu aż zrobiła się w jej czaszce dziura wielkości pięści. Nie rozumiałem nic... Przecież ja nigdy bym nie skrzywdził mamy. Przecież zamieszkałem potem z moją siostrą, miała obleśnego męża i słodką córeczkę. Mówili, że nic z tego, co pamiętam nigdy się nie wydarzyło, że ja nawet nigdy nie miałem siostry. Mówili, że jestem tu już od kilku lat i codziennie podają mi te same leki i mówią to samo w ramach leczenia. Przecież widzę to miejsce pierwszy raz i słyszę te rzeczy dopiero teraz. Przecież umarłem. To nie była prawda?
Wyszli z mojego białego nieba. Nie mogłem uwierzyć w to, co właśnie usłyszałem... Nie byłem teraz zdolny odróżnić fikcji od rzeczywistości. Nadal miałem wrażenie, że jednak byłem świadkiem i uczestnikiem tych wszystkich rzeczy. Odczuwałem te wszystkie zdarzenia zbyt wyraźnie żeby teraz uwierzyć, że ich w ogóle nie było... No, bo jeśli ten cały chory świat był jedynie wytworem mojej upośledzonej wyobraźni to, dlaczego ona istnieje? Dlaczego widzę ją jak zwykle ubraną na czarno? Uśmiecha się do mnie tak słodko ze mam ochotę zwymiotować. Jest lekka jak śmierć, pachnie jak śmierć, porusza się jak śmierć i mówi do mnie cicho: - Chodź! Przyszłam po ciebie...
Upadek
PS. Przecież nie było świąt w tym roku...
Minashi
[ minashi@tlen.pl ]
|