|
"Muzyka duszy vol.2"
by Homek Toft & Storytellersi
Natchnienie bierze się z wszystkiego. Możesz zobaczyć jakiś mały szczegół i wzbudzi on w tobie wspomnienia albo jakiś pomysł. Zależy to jeszcze od psychiki człowieka, od rodzaju inteligencji, jaki posiada. Mój mózg jakoś każe mi pisać i myśleć o różnych historiach. Wiem, dziwna sprawa. Dziwna sprawa, bo jakim cudem niby to właśnie my mamy jakiś tam dar, a nie inny? Dlaczego piszemy i potrafimy to robić, a nie na przykład szydełkujemy? Gdzie to było zapisane? Czy gdybym pewnego dnia dokonał innego wyboru, jakiegoś błahego kroku, to teraz nie byłoby mnie tutaj? Nie mam pojęcia. Pytania piętrzą się. Skąd się bierze natchnienie, inspiracja do pisania? Czasem z muzyki. U mnie jest to nadzwyczaj często. Kiedy sobie żyjemy to w pewnym momencie kończą się tematy na opowiadania wzięte z doświadczenia. Potem jednak, jeśli już kilka tekstów stworzyłeś, jest taki głód dalszego pisania. I zaczynasz szukać tematu, żeby ubrać go w fabułę, słowa, pozostawić miejsce na interpretację. Chciałbym w tym momencie polecić wam kilka kilogramów muzyki, która być może pomoże wam w pisaniu.
Absolutnym numerem jeden tutaj jest na pewno Myslovitz. U nich największy nacisk kładziony jest na teksty i te rzeczywiście potrafią człowieka pochłonąć. Nigdy jeszcze w życiu nie napotkałem piosenki, z którą utożsamiałbym się tak mocno, jak z "Do utraty tchu". Hm, mówiąc tak, wymieniając w ten sposób piosenki mogę mijać się z osobami, które z taką muzyką nie mają do czynienia. Polecę więc tylko kilka płyt może lepiej.
Z Myslovitz najlepszy album to "Z rozmyślań przy śniadaniu". Teksty są najdojrzalsze, muzyce nie można nic zarzucić. Choć rzeczywiście odnajdą się tutaj raczej tylko chłopcy z deko połamani duchowo... i romantyczne dziewczyny. Cóż. Piosenka "Polowanie na wielbłąda" - jeden z najsmutniejszych songów jakie znam - znajduje się na dwupłytowym albumie "the best of". Możecie posłuchać jej także w internecie albo zapoznać się ze wszystkim za pomocą Kazaa.
Nastał taki czas, kiedy Artur Rojek, wokal Myslovitz, połączył siły z sopockim zespołem Ścianka, o którym wspomnę jeszcze trochę niżej. Razem stworzyli Lenny Valentino. Małą grupę, która okazała się wraz ze swoją płytą" Chłopiec z plasteliny" klapą. Tak bywa, co nie zmienia faktu, że album jest świetny. Jeżeli jeszcze nigdy nie słyszeliście alternatywnego rocka bardzo mocno nastawionego na psychodelię to proszę, nie zaczynajcie właśnie od tego :) To wami wstrząśnie. Najlepsze songi to: "Dom nauki wrażeń", "Trujące kwiaty" i "Otto pilotto". Pytacie jeszcze o jakieś zalety tych tytułów? Otóż kruczek tkwi w tym, że są to obrazy. To jest właśnie moc Ścianki. Oni malują dźwiękami. Połóżcie się wygodnie na kanapie, przygaście światła i zapuśćcie tą płytę. Po prostu muzyka jest kolorowa. "Otto pilotto" na przykład jest jogurtowo biały, mleczny, leciutki jak obłok, odpręża. Kwiaty są mroczne, schizofreniczne, wszędzie czyhają na ciebie niebezpieczeństwa, jest zielono - czarno. Takie wizualizacje, a jeżeli odpłyniecie gdzieś w alternatywny wymiar, kto wie, jakie historie tam napotkacie?
Wspomniałem już o Ściance. Ścianki nie zna pewnie nikt z was. Jest to zespół o tyle dziwny, że nie da się go zaszufladkować. Niby jest to alternatywny rock, niby jest to psychodelia (zajebista), niby jest to nie wiadomo co, ale w końcu nie wiadomo jakie nie wiadomo co :) Najlepszym chyba wyjaśnieniem będzie to, że muzyka jest tutaj najważniejsza. Wyobraźcie sobie, że piosenka "Miasta i nieba" (polecam) trwa ponad 7 minut. Z tego może minutę śpiewają. Pozostały czas to niezła zabawa instrumentem. Teksty są wierszami, poematami nastawionymi na twoją wyobraźnię. Ich celem jest w kilku słowach pobudzenie cię do wymyślenia tła do muzyki. To jest naprawdę cudowne. Głębię dźwięków, jaką tam spotkacie po prostu kocham. Co najlepsze - nagrania są przeprowadzane bez użycia komputerów ani żadnego nowoczesnego sprzętu. Wszystko jest zgrywane analogowo, na winyle. Zresztą każdy song grupa nagrywa w 10 - 15 wersjach i dopiero potem wybiera jedną, najlepszą. Ot, dbałość o klienta. Płyt Ścianki nie uświadczycie, przykro mi. Najpierw więc może zapoznajcie się z tym na ich stronie [www.scianka.art.pl], a potem szukajcie w sklepach netowych.
Powyższe trzy zespoły tworzą muzykę na pewno bardzo poetycką w tekstach. Uważam to za ciut ambitne pozycje i bardzo je sobie cenię. Niestety jest to tylko i wyłącznie mój punkt widzenia. Chyba znamy się już tutaj na tyle, że kojarzymy swoje style. Na pewno muzyka ta nie pomoże ludziom piszącym sensacje, czy horrory. Jest to raczej dźwięk dla ludzi pokroju Khaoi. W opowiadanku "Niezatytułowany" wstrząsnął mną nieźle, bo się czułem, jakbym czytał jakieś moje myśli. Heh, spoko. Nie wiem, nigdy nie czytałem Ctulthu, ale czy to nie ta atmosfera? Mogę się mylić. Z takim wyposażeniem głośników stworzycie na pewno kawałek dobrej lektury psychodelicznej :) tudzież kilka deko opowieści niesamowitych.
A Ty Mariusz, skrobnij coś tu na temat swojej muzy do pisania, a jeżeli nie masz żadnej to zarzuć tym Faramirowi, komukolwiek, Fido.... To temat rzeka. Ale miło pogadać sobie.
[dop. JNK NM] Tak zaczęła się pierwsza „Muzyka Duszy” popełniona przez Homka Tofta... Oddałem jej honory i umieściłem ją w zaszczytnym miejscu drugiej edycji wiekopomnego dzieła, jakim jest oczywiście „Muzyka Duszy vol.2”
Johny Enem
Tak, więc rozpocznę ten artykuł swoimi spostrzeżeniami na temat muzyki. Zacznę od tego, że chyba żadne moje opowiadanie, czy też wiersz, nie powstało bez muzyki. Obawiam się nawet, że gdyby czegoś(nie kogoś!) zabrakło na świecie, to chyba najbardziej brakowałoby mi muzyki. Tak więc muzyka jakoś wpłynęła na to, co pisałem, czy piszę. Przykładem jest chociażby „The grejt...”, które powstało w większości przy muzyce z Matrixa.
Na początku chciałbym zaznaczyć, że jestem dziwnym człowiekiem. Nie ograniczam się do jednego rodzaju muzyki. Po prostu kocham naprawdę dobre dźwięki i nieważne czy jest to punk, metal, reggae, hip hop, muzyka filmowa, czy techno. Czasami nawet nie wiem, dlaczego lubię coś słuchać.
Najczęściej tworzę przy muzyce filmowej. Jest to ten typ muzyki, który tworzy świetny klimat. Najczęściej głośnikami wylewa się Matrix, Star Wars, Lord of The Ring, a przy lekkich opowiadankach nawet Amelia.
Jest wiele nazw zespołów, które mógłbym wymienić jako moje ulubione. Podejrzewam, że zapełniłbym nimi wiele miejsca, gdyż charakteryzuje mnie niezły rozrzut, jeżeli chodzi o muzykę, dlatego chciałbym się oprzeć na dwóch zespołach. Można nawet powiedzieć, że z przeciwległych krańców rynku muzycznego.
Pierwszym z nich będzie Therion. Jak to określają niektórzy – zespół grający barok-operetic-metal. Niech będzie i tak. Jak dla mnie jednak jest to świetne połączenie dobrego metalu z operowym wokalem. Doskonale się przy tym tworzy mrrroczne opowiadanka, których pewnie nigdy nie zamieszczę na AM#O. Tajemnicze dźwięki, chór męski, żeński, bas, sopran, ciężkie gitary, skrzypce, flety, tajemnicze dźwięki z klawisza, teksty po łacinie... To wszystko tworzy taki niesamowity klimat. Oczywiście chodzi mi tu o płyty: Deggial, Vovin, Secrets of the Runes, Life In Midgard (płyta 2). Bo Therion też grał black metal (choćby Beus of Doom), a teraz gra spokojniej i już nie tak fajnie (Lemuria, Sirius B.) Chociaż nadal trzymają piękny klimat i miło się ich słucha. Słucham ich od dość dawna, i jeszcze żadna piosenka mnie nie znudziła. Wręcz przeciwnie, niektóre utwory zadziwiają mnie na nowo. Szczególnie przypadły mi do gustu takie pozycje jak „The rise of sodom and gommorah”, „O Fortuna”, „Beauty In Black”, „Brith of venus illegitima”... Zresztą nie jest to aż takie ważne. W każdym z powyższych utworów(i nie tylko w nich) znajdziecie samo sedno zespołu Therion.
Z podobnych brzmień to lubię jeszcze: Within Temptation, Apogeum... Nightwisha jakoś nie trawię...
No i tak jak mówiłem odbędziemy teraz długą podróż, a przystaniemy pod znakiem Katie Melua...
Tak. Jak dla mnie ta wokalistka jest objawieniem tego roku. Ukochałem sobie jej album „Piece by piece”. Zachwyciłem się piosenką „Nine million bicycles”. Na początku samym wokalem, ale później pozwoliłem sobie wsłuchać się i przetłumaczyć sobie tekst. Jeszcze chyba nie słyszałem tak pięknej piosenki o miłości. Zaśpiewanej przez tak piękny głos. Zebrałem parę informacji na jej temat. Pooglądałem jej koncert. Przesłuchałem w Krakowskim Empiku całą płytę... Nie ma lepszej muzyki na piękne opowiadanie o miłości (które powoli się tworzy). Polecam wszystkim, którzy kochają...
Tyle ode mnie... Przekazuję pałeczkę dalej...
Madman Xirtam
Mnie przypadł zaszczyt bycia drugim w wiekopomnym projekcie... Podobnie jak Janek, nie wyobrażam sobie mojego życia bez muzyki. Głównie jest to metal w różnych odmianach, jednak słucham wszystkiego, co ma to "coś"... Właściwie "to coś" rozciąga się od muzyki klasycznej po wspomniany już metal. Również mógłbym podać tutaj ogromną liczbę wykonawców, płyt, tytułów... ale nie o to przecież chodzi. Muzyka przy tworzeniu pomaga mi się odprężyć, zsyła natchnienie.
W zależności co aktualnie popełniam, jest to:
Angelo Badalamenti - City of Lost Children... Muzyka pełna tajemniczości, może nawet grozy… Doskonała do mrocznych, a także smutnych opowiadań, wierszy, grafik... czego tam chcecie.
Koshen - Resist oraz Kokopeli... Muzyka, którą z jednej strony uważam za dołującą, a z kolei z drugiej za podnoszącą na duchy, dającą nadzieję. Dzięki "Recovery" odzyskałem siebie...
Soundtracki: The Matrix, Animatrix, Equalibrium, Keepsake (gra), Guilty Gear XX... tu gamma utworów i gatunków potrafi być naprawdę szeroka... Służą mi do wszystkiego.
Wszelkie stare polskie piosenki.... np. Marek Grechuta, Jakubiak, Woźniak... Pozwalają na chwilę refleksji...
Także wszelkie stare piosenki w nowym wykonaniu, np. "Lay all your love on me" Abby w wykonaniu Sylver...
I z "cięższego" brzmienia: Korn, Opeth, Within Temtation, Nightwisz, Guano Apes... Muzyka, która daje siły bohaterowi, nadaje się chyba do tworzenia opowiadań o najróżniejszej tematyce...
Napisałem tu tylko kilka przykładów, bo tak naprawdę nie jestem w stanie sprecyzować, jaki rodzaj muzyki, która płyta, który utwór zsyła na mnie natchnienie... Prawie każda piosenka na mojej playliście ma coś, co mi się w niej podoba... Czasami jest to tylko jeden dźwięk, czy jedno słowo, choć takich jest naprawdę mało... A całość liczy sobie (po dogłębnej selekcji) nieco ponad 2000 pozycji. Wszystko, co wypluwa u mnie winamp, jest dla mnie inspirujące... Reszta zależy tylko od mojego umysłu i aktualnego nastroju...
Ehhh... nie ma tego wiele, ale jakoś tak po cichu pisałem ;)
Pozdrawiam i lecim dalej....
Liftangel
Muzyka… Coś wspaniałego. Coś, co wypełnia ciszę nie tylko w moim pokoju ,ale też w moim umyśle. Pomaga się wyciszyć, rozładować emocje, zrelaksować…
W swoim 20-letnim życiu przechodziłam różne fascynacje muzyczne, począwszy od metalu i rocka, poprzez R’n’B, do hip hopu i wszelkich innych gatunków. Niczego nie neguję na wstępie, do niczego nie nastawiam się na ‘nie’. Ktoś poleci – posłucham, przemyślę – może polubię. Wtedy siadam i piszę. Jednak nie zawsze tworzę przy muzyce. Czasem muzyką dla mojej weny jest mało rytmiczne stukanie palcami o klawisze, śpiew ptaków za oknem, cichy oddech mojego psa… Albo po prostu cisza, która tylko pozornie jest ciszą. Bo jeśli za bardzo zasłucham się w dźwięki i słowa – zaczynam się za mocno wiercić (patrz: tańczyć) a to troszkę koliduje z tworzeniem…
A zatem.
Słuchając Hevii, wirtuoza elektronicznych dud (dudów?), zabarwionego klimatami irlandzkimi, wyciszam się, regeneruję, uwalniam umysł od natłoku myśli, które burzą moje poetyckie wnętrze. Zamykam oczy i przenoszę się w inny świat, piękny, zielony, pełen słońca i irlandzkich zamków. I na moment staję się Celtycką księżniczką ;)
Najbardziej zaintrygowały mnie „Tierra de Nadie”, „Busindre Reel” oraz kojące, troszkę smętne i usypiające „la musica de los dioses” lub to samo w wersji chill out z kobiecym wokalem. Świetne po prostu.
Nieśmiertelnie Łzy – Na każdej płytce zawsze znalazłam coś dla siebie, coś co pomagało tworzyć. Szczególnie ostatnie albumy, czyli
W związku z samotnością – Niebieska sukienka, Samotna, Zdjęcia
Jesteś jaki jesteś- Anastazja jestem, Lukrecja, Dziś będziesz mój
Historie których nie było – Efekt motyla, Jak cukierek, Aniele mój
Kolejnymi twórcami, których słuchałam, a wręcz chłonęłam godzinami, tym razem ostrzejszej muzy jest Linkin Park. Wg mnie rewelacyjne Hybryd Theory było ich najlepszą płytą. Wszystkie kawałki z tego krążka do dziś znam, pamiętam, nucę… Papercut, With you, In the end, A place for my head… Zwłaszcza moje ulubione Runway… Doskonale rozładowują mój zły humor, zwłaszcza jeśli brzmią najgłośniej jak to jest możliwe.
Uwielbiam też kawałki Aaliyah, które moim utworom nadają nutki romantyzmu i lekkości. Jej głos pomaga mi zebrać ‘w kupę’ to, co błądzi po mojej głowie. Nie mogę nie wymienić tu np. Four page Letter, Try again czy Are You That Somebody?
Nie mogę pominąć hip hopu, który miał duże znaczenie na to, co robiłam (patrz: tworzyłam). Nie będę wymieniać każdego z osobna, mogę jedynie wspomnieć o Paktofonice i ich Chwilach ulotnych, Rób co chcesz czy Priorytetach, bo bez tego ani rusz.
Były też pojedyncze przeboje, wpływające na to, co i jak pisałam. Każde z nich miało dla mnie jakis czas duże znaczenie dla mnie.
The White Stripes – Jolene, Kosheen – Catch, Madonna – Frozen, Athena Cage - Live Your Dreams, No doubt – dont’ speak, Tori Amos – Crucify, Ann Winsborn- Tonight, Ashanti – Only you, Barracuda – Ass up, Ben Moody Feat. Anastacia - Everything Burns, The Calling – Wherever you will go, Reamon - Josephine…
Długo by wymieniać, lecz…
Teraz kolej na…
Jane
‘Gdyby nie natchnienie myślą boską – świat byłby ograniczony’
Myśl tworzy potrzebę, potrzebę nakreślenia jej kształtu, przez atramentowe pióro. Myśl lubi być nagła, lub powoli rodząca efekt. Jedni kształtują myśl – misternie wycinając ją z chaosu słów, pomagając sobie czekoladą z orzechami, inni zaklinają kawę. Są też tacy co w mistycznej ciszy, wróżą, jakie słowo, po jakim nastąpi.
Nasze pióro pisze przy muzyce, rysując kształty rymowane, białe, długi o miłości, krótkie o czymś ważnym, nieśmiertelnym, albo łagodnym i błyskotliwym.. jak muzyka argentyńska, chilijska..
Mistyczne strofy, trochę kontemplacyjne, głębokie i oderwane, od realistycznego świata, tworzą się, gdy jestem w świecie Inków w cieniu Machu Picchu w Peru – to tam można odczuć nostalgię do świata, którego się nie znało, a to wszystko przy muzyce, wielkiego Gustavo Santaolalla. Muzyce łagodnej, ujmującej prostotą, kreślącą świat na prostszy niż się zdaje – nam- zaganianym ludziom.
Gdy zagra tango, budzą się uczucia, emocje, siły tajemne, lekko zadziorne o których istnieniu wiedzą tylko kochankowie - od trudnej miłości. Wystarczy kilka dźwięków, by ująć w słowach trochę czerwieni- zdrady, bieli- piękna i czerni tajemniczości. Słowami duszę obnażyć, określić, zrozumieć. Po mistycznych doznaniach, ducha i tangu dla ciała, można w prosty sposób odzyskać równowagę z Cesarią Evora.
Kiedy wiersz o bólu i rozpaczy się pisać zaczyna, wieczorem przy dużym oknie, przez które księżyc smutno zagląda, wtedy poczuć można samotność „ Filozofię nad życiem uprawiam w ogródku, przy magnoliach i tulipanach, samotność – cecha dziedziczna- zwykła uprawiać się.. sama.” Przy tym oknie, pisać też mogę o domu do którego, „czasem wpadnie żuczek, a czasem do kawy mrówka”. Wtedy nic nie zastąpi, kochanego mambo..
Niech Żyje Neruda!
Któż poznał poezję słynnego Pablo Neruda lub szlachetnego Lorce?
Zrozumiał by, czym jest nasycona poezja ameryki południowej. Może to słońce, to ciepło, klimat, krajobraz wysyca ich twórczość?
Dla nich muzyka, była również czymś więcej, niż zlepkiem nutek.
„ W dusznej od cygar kawiarni, wino się leje strumieniem. Delikatna, młodziutka kobietka, coś czyta.. to chyba Neruda. Rita, jej było na imię. Alberto coś cicho przygrywa na pianinie pod ścianą. Ciekawi mężczyźni, zaczepiają kelnerkę: Wina, Wina!- wołają.
Słuchają co czyta dziewczyna, coś o rewolucji. Zagrzewają ich słowa, i wino.. do walki.
Na koniec w podzięce, zadymiona kawiarnia wrzeszczy jednym basem, aż szklanki brzęczą..
Neruda! Niech Żyje Neruda! Niech Żyje!
Wena przychodzi przy sambie, mambie przy Bossa Nova.
Przy Badenie Powellu i jego magicznej gitarce, ze zręczna ręką Juanesa czy „ Desperado”, przy Marcelo Alvarezie, czy Carnabailitio.
Wena przychodzi do mnie, od ludzi którzy, pozytywną energię w sobie mają, aż nadto, aż nadto. Dzielą się nią, z tymi co ją doceniają i wierzą, że moc ich muzyki, zmienia serca, umysły, szukają i znajdują myśli nieosiągalne.
Skupia rozchwiane uczucia, emocje, oświeca, oczyszcza, pewnie prowadzi pióro, zapełnia próżnie kartki, niesamowita Moc- Nuty Argentyńskiej…
Andrzej Borecki
JNK MN zmobilizował mnie do napisania tego tekstu jeszcze przed moim wyjazdem na urlop. Z uwagą przeczytałem rozważania moich poprzedników. Z niektórymi przedstawionymi wykonawcami już się spotkałem o innych słyszę po raz pierwszy. Kładę to na karb różnicy wieku nas dzielącą, temperament i wewnętrzną potrzebę emocjonalnej więzi z określonym formatem muzycznym.
Wróćmy jednak do wpływu muzyki na moją twórczość. Od młodzieńczych lat byłem zwolennikiem monumentalnych wykonań muzycznych. W czasach LO inspirowała mnie do nauki i pisania muzyka „Pink Floyd”. Te dźwięki, wręcz inscenizacje akustyczne wyzwalały gamę wyobrażeń, odczuć – pobudzały wyobraźnię. Pozostałem wierny tej grupie do dziś, choć już nie istnieje.
Na dokładkę dochodził symfoniczny rock „Procol Harum” czy chórki ELO „Electric Light Orchestra”. Słucham ich jeszcze czasami, choć do twórczych inspiracji używam już innej muzyki – muzyki dosłownie „dla duszy”. Wszystkie moje opowiadania i wiersze zamieszczone na Storytellers są wynikiem jej działania.
Mam małą kolekcję (zebraną jeszcze w czasie gdy trenowałem umiejętność wchodzenia w wyższe stany świadomości) płyt zawierających najdziwniejsze sample, utwory relaksacyjne, dźwięki służące synchronizacji półkul mózgowych. Część z nich tworzyłem doświadczalnie sam na syntetyzatorach, miksując je z dźwiękami podprogowymi. Wykorzystywałem tu bicie serca, szum wód płodowych, szmer wiatru itp. wielokrotnie zwalniane lub przyśpieszane.
Jak działa taka płyta. Odpowiedź dałem w opowiadaniu „Muzyka”, które pozwolę sobie tutaj zamieścić (choć już było przedstawione na łamach „Tellersów”). Myślę jednak, że da to pełny obraz wpływu dźwięków na moje inscenizacje słowne.
„Muzyka”
Dostałem prezent. Miły, gdyż nieoczekiwany. Ot - płyta kompaktowa z "muzyką dla duszy".
Włożona w kieszeń kurtki czeka na zistnienie. Otulona szczelnie w folię, nie może doczekać się kiedy pozbawię ją przezroczystego ubrania. Nie znosi bezruchu. Jej żywioł to wirowanie. Tylko wtedy może pokazać co potrafi.
Wziąłem ją na przetrzymanie. Poczekaj, jeszcze trochę poczekaj.
Było by profanacją wrzucić cię do odtwarzacza tak bez przygotowania. Muszę się odpowiednio nastroić,
powyciszać rozbiegane myśli. Powyłaczać telefony, pozamykać drzwi i okna, odgrodzić od zewnętrznego świata. Wtedy będziesz moja, tylko moja.
Celebruję z rozmysłem wszystkie czynności. Przygotowuję arenę kontemplacji.
Teraz już czuję, że nadszedł odpowiedni moment, że możesz zaistnieć.
Ostrożnie, z namaszczeniem biorę cię do ręki. Delikatnie pozbawiam dziewictwa, przezroczystego etui, które gwarantuje, że nikt inny nie sprofanował cię swym dotykiem.
Otwieram pudełko i pierwszy raz mogę spojrzeć na twe nagie ciało. Srebrzysz się delikatnie w promieniach słońca, rzucasz w oczy świetlne zajączki. Dostrzegam drobny tatuaż - "dla twojej duszy".
Tak, tylko dla mojej. Nie mógłbym dzielić się kochanką z kimś innym. Pieszczotliwie ręką gładzę twój brzeg. Odwlekam w nieszkończoność chwilę spełnienia.
Pozbawiam cię wreszcie ostatniej części garderoby i kładę ostrożnie w kieszeń odtwarzacza.
Nakładam słuchawki. To przez nie możesz się ze mną komunikować. Przesłać całą swą zawartość zapisaną w postaci zer i jedynek. Rozluźniony wyciągam się na kanapie. Teraz twój ruch.
Możesz pokazać co potrafisz.
Cichy szum morza wycisza i relaksuje. Przymykam powieki. Czuję powiew słonej bryzy na czole.
Przyjemnie chłodzi wprowadzając jeszcze większe rozluźnienie.
Wtem do mózgu dociera nowy sygnał. Tak znajomy, tak rozpoznawalny.
Czuję całym sobą co to jest. Zestrajam się z tym rytmem, rytmem serca.
Powoli niknie realność pokoju, słuchawek, mojego fizycznego ego.
Jestem myślą, energią dla której nie ma granic i barier.
Jeszcze nie przyzwyczajony do nowej formy, wystrzeliwuję co trochę w innym kierunku.
Kalejdoskop obrazów, dźwięków, przeróżnych odczuć.
Zwariowana karuzela przyprawiająca o skurcz żołądka.
Powoli się uczę. Obrazy trwają dłużej, jeszcze dłużej. Wreszcie pełna kontrola.
Ze zdziwieniem obserwuję swoje ciało leżące pode mną. Czy naprawdę tak wyglądam?
Lustrzane odbicie zupełnie nie przypomina obrazu jaki widzę w dole. A właściwie widziałem.
Gdyż nagle wszystko wypełniają kolory. Czyste, wyraziste, pulsujące w rytm dzwonów dochodzących skąś do środka mojego jestectwa. Sam jestem kolorem. Każdym z osobna i wszystkimi naraz.
Płynę kolorem, płynę myślą zostawiając za sobą złotą, roziskrzoną nić.
Czuję?
Słyszę?
Jestem szumem wód płodowych tego niezwykłego przedstawienia.
Barwy przenikają mnie. Każda niesie nową wiadomość, nową informację.
Ach - dotrzeć tak do centrum, skąd pochodzą. Pochłonąć od razu, zachłysnąć wiedzą, jaką niosą.
Lecz złota pępowina trzyma mnie w miejscu, nie daje zbliżyć do źródła prawdy.
Niedosyt. Chcę więcej, chcę dużo więcej, chcę wszystko !
Rzucam się, wiruję skrząc kolorami tęczy. Nic z tego.
Nagle nowy sygnał. Odległe bicie bębnów wprowadza nową wibrację.
Barwy pastelowieją, blakną, znikają.
Nić ciągnie mnie do tyłu. Szybciej, coraz szybciej.
Drżę cały. Przyzwyczajam się na nowo do swojego ciała.
Roziskrzony wzrok błądzi wolno po ścianach pokoju.
Muzyka cichnie. Ostatni akord strun harfy pieczętuje przeżycia.
Chwila bezruchu, zadumy, odprężenia.
Zwalniasz swe obroty, zatrzymujesz bieg.
Cisza, która zapadła jest tak bardzo wymowna.
Nie będę jej przerywał. Do jutra.
Spotkamy się znowu.
Właśnie z tych przebłysków obrazów, dźwięków, „wizji?” rodzą się później skojarzenia, pomysły, które przelewam na papier. Tak! Na papier! Nigdy nie piszę bezpośrednio na edytorze. Do pisania potrzebuję kartki papieru i mojego Parkera. Dopiero później przenoszę wszystko na kompa. Może to kwestia przyzwyczajenia a może wymóg chwili. Większość moich utworów powstało bowiem w plenerze.
„Akwarium” – na ławce w parku, „Bezruch” – na miedzy między łanami żyta, „Woda uspokaja” – oczywiście nad wodą (gdy ryby nie brały).
Oczywiście nieodzownym elementem były słuchawki i mój wysłużony discman.
Bicie szamańskich bębnów płynące z głośniczków moich uszach razem ze zbiciem obrazu karuzeli w wesołym miasteczku stało się inspiracją do napisania wiersza „Taniec życia”.
Właściwie powstanie każdego utworu ma zwój własny muzyczno-zdarzeniowy rodowód.
Dźwięki czy chcemy, czy nie inspirują nas. Wywołują skojarzenia, wprowadzają w błogi stan twórczego spełnienia. Płyniemy na ich falach niesieni kołysaniem melodii, rytmu i chcemy tylko jednego. Zestroić się z nią w jedno. A osiągnąć to możemy tylko tym w czym jesteśmy najbardziej kreatywni. Jedni łapią za pędzel, inni za narzędzia do majsterkowania a ja i mi podobni za pióro.
I chyba każdy z nas zna to błogie uczucie spełnienia, gdy tryumfalnym fortissimo stawiamy ostatnią kropkę.
JNK NM
[ janek_enem@poczta.fm ] i INNI
|