Recenzje

 

Filmy z Johnnym Deppem w roli głównej mają to do siebie, że aktor przyćmiewa wszystko wokół. Gra w filmie pierwsze skrzypce, a raczej należałoby powiedzieć trąbkę, którą słychać najgłośniej w całym chórze. Tak było w "Dziewięciu wrotach", czy świetnych "Piratach z Karaibów". "Rozpustnik" był zresztą filmem w którym Depp grał zaraz po roli kapitana Jacka Sparrowa. Bowiem polska premiera ma ponad półroczny poślizg względem światowej, a światowa wcale nie paliła się z pokazywaniem tego filmu.

Główny bohater hrabia Rochester, to frywolnik, rozpustnik i cynik. Jak na XVII wieczną Anglię jego liberalne podejście do życia jest dość dziwne. Ten nie znający granic moralności człowiek zostaje wypuszczony z Twierdzy przez króla Karola II. Wkrótce okazuje się, że król chce, aby hrabia, który okazuje się fascynować teatrem i sztuką, literaturą, chce aby Rochester napisał dzieło o nim. Takie aby przeszło do historii. W międzyczasie John poznaje Elizabeth Barry - aktorkę, której postanawia pomóc w szlifowaniu talentu aktorskiego.

Za reżyserię wziął się Laurence Dunmore. Człowiek, którego nazwisko nic mi nie mówiło i nic dziwnego. To jego pierwszy film pełnometrażowy, kręcił dotychczas wideoklipy i reklamówki. Dosyć spory przeskok zanotował ten człowiek, bo to nie lada sztuka debiutować w filmie w którym gra i Malkovich i Depp i realizować sztukę Jeffreysa. Nie wnikam jak to mu się udało, ważny jest efekt.

A z tym już gorzej. Przede wszystkim warto zacząć, że XVII wieczna Anglia na kliszy wygląda ładnie. Ciemna, mroczna. Wspaniałe błotniste ulice w środku miasta, stare zabudowania, itd. Sceneria idealna. Podobnie z kostiumami. wyjęte z epoki, peruki, szerokie rękawy w koszulach, itd. Efekt naprawdę piorunujący, szczególnie dlatego, że Malkovicha rozpoznać wcale nie jest łatwo. Bardziej można go poznać po głosie i akcencie niż po wyglądzie.

Z aktorstwem jest już gorzej. Malkovich w filmie zagrał chyba tylko dla promocji. W filmie pojawia się na początku, przewija w środku i występuje na końcu. Do zagrania nie ma praktycznie niczego sensownego. Kilka dialogów, kilka min i najazdów na jego twarz w iście telewizyjny sposób. To za mało jak na tego aktora. Myślę, że z powodzeniem mógłby rolę oddać komuś innemu. No ale wtedy nie byłoby dwóch gwiazd na plakacie... .

Drugą aktorką, która mnie irytowała była Rosamund Pike, która ma na swoim koncie rolę w "Śmierć nadejdzie jutro", "Doomie", czy "Dumie i uprzedzeniu". Zagrała żonę Rochestera i prawdę mówiąc wypadło fatalnie. Jej scena z Deppem w końcówce filmu jest na tyle sztuczna, że aż niemożliwe, że ktoś to puścił. Jej rola jest nijaka, zupełnie nie zapada w pamięć.

Lepiej prezentuje się Samantha Morton, czyli filmowa uczennica Rochestera. To taki mały diabełek, który buntuje się przed całym światem, który do wszystkiego chce dojść sam, ale nie jest w stanie. John wypatruje ją w teatrze, gdy zostaje wygwizdana i obrzucona pomidorami przez widownię. Postanawia jej pomóc, co dla aktorki tamtych czasów o dziwo często okazuje się być dziwką wielkiego pana, ale Rochester mimo całego swojego pozbawionego moralności charakteru, chce faktycznie czegoś dziewczynę nauczyć, a nie wykorzystać.

Podstawową wadą filmu jest śmiercionośna nuda. Objawia się piekielnie długimi scenami dialogu, między dwoma postaciami. Właściwie cały cykl szklenia Elizabeth Barry ujęty jest w dwóch długawych scenach, przepełnionych w dodatku cytatami z różnych dzieł wierszowanych. Efekt jest katastrofalny. Spoglądanie na zegarek, ziewanie, niestety reżyserowi zabrakło doświadczenia i zdecydowania i raz, że nie umiał poprowadzić głównego bohatera, a dwa, że nie wiedział kiedy powiedzieć "cięcie!"

W filmie wydaje się, że Johnny Depp dostał zupełnie wolną rękę. Poprowadził swoją postać tak jak uważał za stosowne, a młody reżyser nie potrafił mu się sprzeciwić. I może to dobrze, bo jeżeli coś może ciekawić w tym filmie to popisy aktorskie Deppa, które momentami zwalają z nóg.

 

»Ocena: 5/10

 

»Autor: Dishman