|
Czas wakacji nastraja większość ludzi wyjątkowo dobrze, dlatego nie można się dziwić, że największy popyt jest w tym czasie na komedie. Kino europejskie, jak to zwykle bywa nie rozpieszcza zbytnio swoich fanów (dlaczego europejscy twórcy mają takie głębokie depresje?) i nie pozostaje nam nic innego jak sięgać po kolejne produkcje zza
oceanu. Jak wiadomo, niektóre są dobre, niektóre nie, ale większość z nich jednak spełnia swoją rolę - potrafi dobrze rozbawić widza. Można
by dyskutować nad poziomem większości produkcji rodem z Hollywood, ale fakt jest faktem - wśród nich sporo jest filmów, przy których można się nieźle uśmiać podczas letniego wieczoru. "Europejski Gigolo" (pozwolicie, że będę używał wersji angielskiej, bo polski żigolak wygląda
co najmniej śmiesznie ;p) jest właśnie przedstawicielem tego nurtu i muszę przyznać, że miałem pewne wątpliwości co do poziomu produkcji. I to już na wstępie.;/
Gigolo jest to w skrócie męska prostytutka.;p Fakt, temat na amerykańską komedię idealny. Już po samym tytule można spodziewać się niezbyt taktownych dowcipów oscylujących koło narządów płciowych. A co potwierdziły ostatnie produkcje zza oceanu, ich poziom był raczej mierny i wywoływał najczęściej grymas zniesmaczenia niż jakąś szczególną radość z żartu. Włączyłem jednak płytę, usiadłem przy telewizorze i muszę przyznać, że ubawiłem się jak nigdy przy tej głupiej komedii. Tak drodzy państwo, ten film jest cholernie głupi. Może nie aż tak jak "Chłopaczki z sąsiedztwa", bo tamta komedia była bardziej w czarno-gangstersko-prześmiewczym stylu, ale dobre żarty ścielą się tu gęsto. Co oczywiście nie znaczy, że dobre dowcipy mają się równać dowcipom
inteligentnym - co to, to nie. Po prostu jak już wspomniałem wyżej, film kręci się wokół "sprośnych rzeczy" i nawet nie stara się wybijać w ambitniejsze kręgi. Cel został sformułowany w bardzo prosty sposób - dobrymi, częstymi żartami, mnóstwem absurdu (bańka milion dla kotka ;pp), banalną historyją i fajnym tematem rozśmieszymy widza i przekonamy go, że idąc do kina nie wyrzucił swoich pieniędzy w błoto i dostał właściwie to, co chciał.
 |
Nie należy oczekiwać po tym filmie rzeczy wielkich. Już sama fabuła, gdyby spojrzeć na jej całokształt, wydaje się być stworzona przez gościa niezbyt zrównoważonego psychicznie (przywołuje mi trochę na myśl braci Wayans i ich mistrzostwo świata - "Chłopaczki z sąsiedztwa"). Ogólnie rzecz ujmując film opowiada o tym, że biedna ofiara losu (i dzieciaków na plaży, i inwalidów, którzy poszli popływać, i rekinów,
itp ;p) - Deuce dostaje telefon od swojego czarnego ziomka - T.J. Hicksa , który zaprasza go na krótki wypad do Amsterdamu, gdzie dziwnym trafem przyszło mu właśnie przebywać. Nasz bohater w końcu decyduje się na wyjazd (sory, że to streszczenie jest mało szczegółowe, ale nie chcę zdradzić wszystkich smaczków w filmie ;p) i trafia na dziwny czas na amsterdamskiej scenie erotycznej - ktoś morduje gigolaków. Jak to najczęściej w filmach bywa, główny bohater próbuje rozwiązać zagadkę. Rozpoczyna się nieco dziwne śledztwo, mające zbadać kto jest zabójcą.
Największą zaletą tego filmu jest równy poziom konkretnych elementów. Scenariusz jest niby
oryginalny, ma mnóstwo śmiesznych scenek i wieje od niego świeżym powiewem, ale zarazem nie należy się spodziewać wielkich zwrotów akcji ani rozbudowanej fabuły. Właściwie to wszystko jest dosyć jasne i klarowne. Wiadomo, film nie jest skierowany do widza szukającego głębokich treści. Nie trzeba czytać między słowami, nie należy też na własną rękę rozwiązywać tego śledztwa - przecież od razu widać, kto jest zabójcą. Trzeba po prostu usiąść wygodnie i śmiać się z licznych żartów, które są głupie, puste i prostolinijne, ale mają jedną zaletę - są śmieszne. I o to moim zdaniem tutaj chodzi - wiedziałem przecież, że to amerykańska produkcja. Wiedziałem jakie są amerykańskie produkcje dla młodzieży. Nie spodziewałem się wielkich rzeczy i się nie pomyliłem.
 |
Podobnie sprawa wygląda z pracą kamer, muzyką i aktorstwem. Chamstwo nieprzeciętne z mojej strony wrzucać wszystko do jednego akapitu, ale cóż zrobić... Wrodzona arogancja. ;p Zacznijmy jednak od ludzi - aktorzy dobrani są bardzo dobrze. Właściwie to już sporą zaletą jest ich głupawy wygląd, dlatego nie kontrastują zbytnio z resztą. ;p Podobnie jest z muzyką i pracą kamer. Cóż poradzić, że w przypadku "Europejskiego Gigolo" nie ma się nad czym rozwodzić? Tak się już po prostu kręci w Hollywood i koniec. Gdyby film powstał w Polsce, aktorzy na pewno byliby już na pewno ustawieni przy jakichś brutalnych serialach, kompozytor dostałby Złoty Kaloryfer i udawał Wojciecha Kilara przed kamerami, ale życie jest brutalne. Film zrobili Amerykanie, a tam tak właśnie wygląda standard. Nie znajdziemy rażących błędów (praca kamer była chwilami ujmująca.. ;p), ale szczytować też nie powinniśmy.
Wydaje mi się, że w tym momencie przyszedł czas na krótkie podsumowanie. Film jest dobrym produktem w swojej klasie - czytaj: wakacyjne filmy dla młodzieży. Nie będzie nim zachwycony człowiek szukający "czegoś więcej" - kina ambitnego, reżyserskich majstersztyków czy świetnej gry aktorów. Znajdzie za to sporą dawkę śmiechu i miło spędzony czas w piątkowe letnie popołudnie i stwierdzi potem - "właściwie to strata czasu... Ale czy naprawdę miałem coś lepszego do roboty?". ;)
»Ocena:
7/10
»Autor:
|