Recenzje

 

9 lutego 2006 nie okazał się wielkim dniem w historii kina, ale bez wątpienia dla kilku młodych ludzi z Gryfina jest to data, która wiele zmieniła w ich życiu, bowiem wtedy nastąpiła premiera filmu przez nich stworzone o enigamtycznym tytule "To na pewno Armani?".

Napisać, że film jest dobry - to bez wątpienia za duży komplement. Jednak gdybym napisał, że "Armani" był złym dziełem - też bym skłamał. Przyzwyczajony do kasowych produkcji kręconych za grube miliony, bynajmniej nie pesos czy złotych, nie spodziewałem się za wiele. Natomiast ciężko było mi odrzucić stare przyzwyczajenia oraz pomniejszyć wymagania wobec tego, co widzę na dużym ekranie. Tak więc z kina, pamiętnego pochmurnego i zimowego dnia, wyszedłem bardzo silnym rozczepieniem filmowej jaźni.

Widać, że "To na pewno Armani?" to film amatorski, kręcony przez amatorów ze wszystkimi tego konsekwencjami. Niezbyt atrakcyjna fabuła, słabe wykonanie, nie najlepsza gra aktorska, a wszystko to okraszone pierwiastkiem radości twórczej oraz dużą ilością uwielbienia dla kina. Te dwa ostatnie elementy nie pozwalają przejść obojętnie obok dzieła "młodziaków" z Gryfina. Dają idealistyczną wiarę w to, że ciekawe kino można robić bez wielkich nakładów finansowych, a przyszłość tego zawodu spoczywa na młodych ludziach.

Film został nakręcony za tysiąc złotych, a w wielu momentach ogląda się go lepiej niż niejedną zachodnią produkcję czy prawie każdą polską produkcję. Nie mówię tutaj o wykonaniu, lecz pomyśle i pewnej "nowej jakości" - wyczuwania, że to, co dzieje się na ekranie ma na celu rozrywkę nie tylko dla filmowców, ale również dla nas - oglądających. Nie jesteśmy traktowani przez grupę 8mm jak chodzące świnki skarbonki, które mają zostawić trochę pieniędzy w kasie kinowej, lecz jako najważniejsza część przemysłu filmowego - ci, dla których filmy powstają. Dla mnie była to swego rodzaju przypomnienie, że to ja jestem najważniejszy. Dla typowego kinomana, wychowanego na rodzimych produkcjach, będzie to całkowita nowość i oświecenie.

O samej fabule nie ma co wiele pisać, gdyż jest prosta niczym budowa rosyjskiego scyzoryka. Dwóch dresiarzy kranie samochód, zostają złapani przez policję, w więzeniu poznają zawodowego mordercę, która każe im dokończyć swoją robotę. Po drodze chłopaki pchają się w sporą liczbę nieprzewidzanych przygód, zostają członkami mafii, trafiają na księży pedofilów, a kończą - jak przystało w prostej fabule. Na szczęście chłopaki z 8mm, choć amatorzy, i tak przy wielu polskich kasowych produkcjach, wypadają o niebo lepiej jeżeli chodzi o fabułę.

Inaczej się sprawa ma z wykonaniem filmu, który wygląda jak dziwaczny tort, za który wzięli się twórcy tanich pornoli, pijani kamerzyści oraz osoby, które oblały pierwszy semestrz na "filmówce" w Pcinie Dolnym. Bez wątpienia jest to najsłabsza cecha filmu, ale wiadomo - kasa rządzi bytem, szczególnie u filmowców. Niestety w "Armanim" można było uniknąć kilku błędów nawet przy tym sprzęcie, jakim operowali filmowcy. Nie ustrzegli się oni jednak podstawowych błędów, pozostaje mieć nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

"To na pewno Armani" warto oglądnąć, aby zobaczyć, że w Polsce przy odrobinie chęci i umiejętności można kręcić ciekawe kino. Inna sprawa, że nie spodziewajcie się po tym filmie zbyt wiele, bo się srogo zawiedziecie. Po prostu - ciekawe kino robione przez amatorów, co widać, słychać i czuć.

 

»Ocena: -

 

»Autor: Dawid Szkoła

tekst pochodzi ze strony www.8mm.art.pl