|
|
|||
|
Cześć wszystkim! Czas się wytłumaczyć. Miesiąc temu w Action Magu mnie nie zastaliście, czego bezpośrednim powodem była dość duża gorączka*. Mianowicie: w dwie sekundy po usiądnięciu do komputera miałem wielką ochotę zemdleć, co też w pewien sposób widoczne było w numerze. Niemniej moi wspaniali współpracownicy, wykonując szybko większość pracy, poradzili sobie znakomicie, dlatego też nie ma na szczęście przerwy w wydawaniu naszego maga. Coraz bliżej setka, coraz bliżej setka... Co zaś piszczy w tym numerze? Po liczbie tekstów widać, że sezon był bardzo maturalno-sesjowo-końcoworocznoszkolny, przez co tekstów jest nieco mniej niż zazwyczaj. Poczytać co nieco jednak można, do czego jak zwykle gorąco zachęcam. Nie można też ominąć kącików tematycznych. Wyjątkowo nie polecam lektury Sportu w tym wydaniu — a właściwie jego części traktującej o Mundialu. Dość powiedzieć, że kącik dostałem na kilka dni przed pierwszym meczem Polaków... Żeby nie kończyć pesymistycznym akcentem i nie przywoływać traumatycznych wspomnień, życzę wszystkim miłych wakacji. Przede wszystkim jednak: nie leniwych. Piszcie jak najwięcej i nie zapomnijcie, że AM nie ma wakacji i na pewno za miesiąc będzie dostępny — czy to na płytach w CDA, czy w Internecie. Tymczasem... Miłej lektury! (*) Spowodowana... A zresztą, w ramach bonusa (żebyście nie mogli narzekać na krótki wstępniak) wkleję tu to, co napisałem do Unilevera w tej sprawie. Niestety, bez odzewu. Dranie. Szanowni Państwo! Piszę, by podzielić się z Państwem wrażeniami dotyczącymi spożycia zupy grzybowej Knorra. Były one tak intensywne, że nie zapomnę ich niewątpliwie jeszcze długo. Otóż kupując (...) owo cudo z grzybów leśnych, spojrzałem oczywiście na datę przydatności do spożycia. Ta była jeszcze na tyle odległa, że bez wahania stwierdziłem, że skorzystam z okazji pożywienia się smacznego, acz niskokalorycznego. Mój nieskrępowany entuzjazm nieco zmalał, gdy otworzyłem szczelnie zapakowany kartonik, gdyż - przepraszam za wyrażenie - organoleptycznie miałem okazję przekonać się, co oznaczały "aromatyczne przyprawy" w tekściku reklamowym. Teraz już wiem, że był to czosnek w stężeniu tak mocnym, iż byłby w stanie zabić rodzinę Draculów do ósmego pokolenia wstecz. Niestety, mój instynkt samozachowawczy nie jest na tyle wyrobiony, by w takiej sytuacji poddać się i upolować na obiad coś innego. Zwyciężyło we mnie lenistwo, przyprawione dodatkowo pewnym zaufaniem do marki. Po podgrzaniu mazi, którą udało mi się przekonać do opuszczenia kartonika, zabrałem się za spożycie (lekceważąc z wyższością komentarz mojego współlokatora: "gotujesz budyń?"). Jednak już po skonsumowaniu mniej więcej jednej trzeciej (czyli ilości przeznaczonej dla zwykłego człowieka, sądząc z informacji na opakowaniu) zaniechałem kontynuowania tej czynności i stwierdziłem, że właściwszym i godniejszym miejscem dla resztki zupy będzie toaleta, która niewątpliwie bardziej doceni kompozycję borowików, pieczarek i śmietany niż ja i moje studenckie gardło. Ku mojemu zaskoczeniu, toaleta rzeczywiście nie miała żadnych obiekcji, choć również nie sprawiała wrażenia, że jej wyjątkowo potrawa smakowała. Nie bacząc na to, po kilku godzinach od zjedzenia zupy, ta zapragnęła ponownie zobaczyć nasz piękny świat. Dlatego też, by jej nie zawieść, a zarazem dbając o odpowiednią dietę toalety, systematycznie przez całą noc zadośćczyniłem prośbie Grzybowoleśnej. Następny dzień spędziłem zaś - być może z tęsknoty za nieodwołalnie straconym posiłkiem - w łóżku, z blisko 40-stopniową gorączką. Nawet nieustannie przewijająca się w myślach zupa nie poprawiała mi humoru. Zupełnie nie wiedzieć czemu. Dziś już, po czterech dniach od opisanego wyżej wydarzenia, powoli porzucam dietę składającą się z herbaty i sucharków. Nabrałem więc sił, by napisać do Państwa i mam nadzieję, że moja historia nie pozostanie bez odzewu. (...)
Z wyrazami szacunku...
|
||
|
|||