BOHATER MOICH CZASÓW

 

„Wszyscy czytali na mej twarzy oznaki złych skłonności, których nie było, ale przypuszczano, że są i one się we mnie zrodziły.”

 

Ktoś kiedyś powiedział, że dziecko do lat pięciu to istota absolutnie szalona, może właśnie dlatego nie jestem wstanie przypomnieć sobie żadnego wydarzenia z tamtego okresu. Moje życie nie zaczęło się 18 lipca 1988 roku, zapoczątkowały je wielkie wydarzenia takie jak pierwsze wyjścia do przedszkola czy wczasy z rodzicami. Ale życie zaczęło się również od rzeczy małych. Nigdy nie zapomnę powrotów do domu ze szkoły, połyskującej promieniami odbitego słońca podłogi, zapachu matczynej troski jaki unosił się w całym mieszkaniu, za każdym razem gdy odtwarzam w wyobraźni ową scenę czuje słynne motyle w brzuchu i opanowuje mnie błogi stan szczęścia. Ale początki to nie tylko „tęcze i piękne motyle”, z dzieciństwem wiążą się wydarzenia smutne: pierwsza bójka, kłótnie z bratem i ciągłe wpajanie, że jestem zły, gorszy, beznadziejny. „Zobacz, że Paweł się tak nie zachowuje” – te słowa towarzyszą mym wspomnieniom jak puls, nie przymierzając, życiu. Przy okazji, do dziś nie lubię tego imienia. To jest właśnie obraz życiowych przemian, nie lubię imienia mojego niegdyś, z trudem mi to przechodzi przez gardło, najlepszego kumpla. Dziś jestem tym wszystkim co mi zarzucano.

Uważam, że walka jest podstawowym środkiem perswazji, gdy kiedyś była tylko koniecznością ostateczną. Zaistniał u mnie „syndrom drwala”, najwyższy, najsilniejszy traktowany przez nauczycieli w podstawówce jak wypadek przy selekcji uczniów, musiałem w końcu stać się drwalem. Przeznaczeniu nie uciekłem.

 

„Odczuwałem głęboko dobro i zło: nikt mnie nie pieścił, wszyscy dokuczali - stałem się zawzięty”

 

Obecnie uczęszczam do drugiej klasy liceum o profilu europejskim z historią sztuki, moja artystyczna świadomość wykracza poza dostępne na tym szczeblu edukacji schematy. Rozumiem sztukę, naturę, rozumiem ludzi. Wydaje się sztuczny dla innych osób, gdyż one nie są w stanie pojąć, iż potrafię w każdej klasowej dziewczynie dostrzec piękno. Nie wskazuje tylko jednego ideału w danej dziedzinie, staram się zobaczyć piękno we wszystkim co istnieje.

 Muzyka – zawsze była tłem do przemyśleń, potrafię osobiście określić jej status na mojej liście przebojów, nie potrzebuję suflerów czy pieprzonych prezenterów z kanałów takich jak VIVA czy MTV. Uznaję wspaniałość P.O.D., aby za chwilę włożyć słuchawki i doznać ekstazy z Good Charlotte lub przeżyć duchową metamorfozę z  Eminemem.

Film - najlepszy jest taki, który chcę obejrzeć drugi raz natychmiast po napisach końcowych. „American Beauty”, „Forrest Gump”, „Szukając Siebie” one tworzyły mnie, dzięki nim nie jestem pustym pojemnikiem, obiektem pracy specjalistów od marketingu, nie jestem dzieckiem komercji, bo mam własne poczucie sztuki. Dzięki boskiemu darowi wolnej woli, tylko ja decyduje o mojej własnej charakterystyce piękna. „Czasami jest tyle piękna na świecie... boję się, że tego nie wytrzymam”, te słowa oddają pełnie mych odczuć podczas współżycia z pięknem. Niestety przyjaciele nie wytrzymują presji społeczeństwa. Ja zostaję, nie wychodzę, osłaniaj mnie... nie? Dobrze, będę walczył sam, jestem zawzięty, dam radę. Grozi mi tylko szaleństwo, a to nie kara, bo przecież chciałbym mieć „Piękny umysł”. 

 

„Byłem pochmurny - inne dzieci byłe wesołe gadatliwe, czułem się od nich wyższy- a uważano mnie za niższego”

 

Zawsze charakteryzowała mnie pewna przypadłość, czułem się lepszy od wszystkich pozostałych osobników przemieszczających swoje nędzne tyłki po moim terenie. Jestem cholernym indywidualistą, współpraca z kimkolwiek powoduje u mnie wysypkę na twarzy i drastycznie obniża wyniki wykonywanych zadań. Uwielbiam samotne przemyślenia na temat pracy, szkoły, życia, lubię uczucie gdy siedzę sam na ławce w ogrodzie przy zachmurzonym niebie i silnym wietrze. Ubrany odrobinę zbyt cienko drgam w rytm moich chorych myśli, wznoszę się na wyżyny absurdalnej inwencji, ocieram się z jednej strony o szaleństwo, z drugiej o boskość. To jest właśnie sytuacja, którą uwielbiam. Wtedy w głowie mej rodzą się demony, sny o potędze i wiara w swoją wyjątkowość. Najgorszą rzeczą jaka mogłaby się zdarzyć w owym momencie jest pojawienie się elementu, który burzy harmonię, czuję się wtedy speszony jak sarna. Potrzebuję wiele czasu by znów odnaleźć swoją oazę spokoju. Samotność tak, ale tylko do pewnego momentu, czasami egoistycznie rzecz ujmując potrzebuję ludzi. Na tym polega moja paranoja, potrafię być duszą towarzystwa, świetne gagi, humor sytuacyjny, wyssana z mlekiem matki zdolność do nawiązywania kontaktów z ludźmi zupełnie obcymi. To wszystko sprawia, że wśród znajomych nie jest akceptowana moja alienacja, którą lubię i jak narkotyku potrzebuję. Ale oni nigdy tego nie zrozumieją, ludzie są tacy... jednowymiarowi. Ja jestem lepszy, jestem silny.

 

„Byłem gotów kochać cały świat - nikt mnie nie zrozumiał

i nauczyłem się nienawidzić”

„Lękając się szyderstwa, najlepsze moje uczucia chowałem w głębi serca i tam umarły”

 

 

Jako postać stosunkowo wybijająca się ponad przeciętność w zakresie, nie zawaham się tego powiedzieć, inteligencji i stylu, przy tym posiadająca nie odrażającą aparycję nie miałem problemów z nawiązywaniem kontaktów z płcią zarówno przeciwną jak i z tą w prostej linii mi nie obcą. Były to oczywiście kontakty jedynie powierzchowne to znaczy sprowadzające się do konwersacji, wspólnej bani, mrugnięcia oczkiem i uścisku dłoni. Brakowało mi wrodzonej swobody w przejmowaniu inicjatywy w sytuacjach kryzysowych czy też wysokoendorfinotwórczych, traciłem wtedy całą swoją wewnętrzną umiejętność przemawiania i rozwiązywania problemów. W większości przypadków nic nie robiłem, a ludzie zrażali się, że choć oni podjęli próbę nawiązania zażyłości, ja nie odbijałem piłeczki. Powoli oddalaliśmy się od siebie, przechodząc ekspresową drogę przez żal po nienawiść. Dziś już nawet się nie znamy, a wystarczyło przecież tylko jedno słowo. To nie moja wina, inni powinni działać widząc moją bezradność, przecież nawet najlepszy komputer potrzebuje żebyś wcisnął RESET gdy się zawiesi. 

 

 

 

 

 

„Moja bezbarwna młodość upłynęła na walce z sobą i ze światem”

 

Chciałem się zmienić, co dzień miałem marzenie, żebym nie był już tak arogancki, tak pyszny, lecz jak pokazuje powyższy tekst nie udała mi się. Walczyłem z samym sobą, nieudacznik z nieudacznikiem, hipokryta z hipokrytą. „Byłem gotów kochać cały świat” – to skandal, że użyłem tych słów... Chciałem, żeby świat kochał mnie.

„Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz” to słynne porzekadło piłkarskie sprawdza się w życiu. Jestem tak dobry jak moje ostatnie życie, jestem tak dobry jak poprzednie akapity. Dlatego jestem drwalem, jestem słaby, jestem tym wszystkim o co mnie obwiniano, nikim jestem, substytut neandertalczyka, prawie jak człowiek. 

 

„I wówczas w piersi mojej zrodziła się rozpacz - nie ta rozpacz, którą się leczy lufą pistoletu, lecz rozpacz zimna, bezsilna, ukryta pod maską uprzejmości i dobrodusznego uśmiechu”

 

„(...)nie ta rozpacz, którą się leczy lufą pistoletu (...)”

Rozpacz, o której nikt nie wiedział, jest jak blizna ukryta w najciemniejszym zakamarku mojej głowy. Uświadamia mi, że „więcej warta jest kropla miłości, niż ocean rozumu”

Ta rozpacz jest gniazdem szaleństwa, jest dnem oceanu absurdu. Zatracam się w bezsensie, chora paranoja, Bóg jeżeli istnieje musi być zabawny, stworzył coś takiego, patrzy jak go błagam klęcząc w deszczu i śmieje się odgłosami burzy. Choć wyzbyłem się ludzkiej cząstki siebie, stałem się ciałem bez moralności, wciąż mam nadzieję, że ktoś zaopiekuje się wybrakowanym fragmentem człowieka, a jeśli nie to zawsze zostaje plan B, wiara w nieoczekiwany uśmiech losu.

 

„Stałem się moralnym kaleką. Jedna połowa mej duszy przestała istnieć, wyschła, wyparowała umarła, odciąłem ją, odrzuciłem - podczas gdy ta druga drgała żyła otwarta dla każdego, a nikt tego nie zauważył, ponieważ nikt nie wiedział o istnieniu tej połowy, która zginęła”

 

Gdzie jest Bohater Moich Czasów, on jest we mnie, ale nie potrafi sam wydostać się z marazmu mego chorego umysłu. Bohater, patriota, romantyk siedzi wewnątrz głęboko ukryty czasami tylko ukazując się na twarzy w postaci łzy, szybkiego gestu. Jest szansa na zmianę osobowości. Człowiek nieludzki może się zmienić tylko zauważając w sobie tego samego człowieka, którym gardzi.

 Bohater choćby nawet ostatniej akcji, choć ledwo dyszy jest we mnie i wciąż żyje.

 

PS:  Niedoświadczenie sprzyja ekspresji, rutyna hamuje postęp.

PS2: Cytaty wyróżnione pochodzą z „Bohatera naszych czasów” Lermontowa

 

 

FOREVER BEHIND YOU

28 maja 2006

foreverbehindyou@interia.pl