Pożegnanie z Trupem
Szlachetny i pozbawiony uprzedzeń Misiu!
Piszę do Ciebie z kilku powodów. Nie będę ich wszystkich roztrząsał, ale musisz wiedzieć o mnie te parę rzeczy. O sobie też, dobrze Ci to zrobi.
Przede wszystkim muszę Ci powiedzieć, że jak na osobę nieistniejącą, egzystującą jedynie w mojej chorej wyobraźni, spisywałaś się całkiem - całkiem. Fakt, nigdy nie podrapałaś mnie po plecach i nie spaliśmy nawet ze sobą, ale to wyłącznie moja wina. Nawet rzeczona wyobraźnia jest dla mnie ograniczeniem i nawet w niej zwyczajnie się boję.
Muszę nadmienić, że nie mam do Ciebie żalu o nic. Nawet o to, jak kiedyś na mnie nakrzyczałaś. Bo tego nie zrobiłaś, jeżeli wszystko było wymyślone i wszystko nie istniało, to nie było też tej kłótni. I Twojej dłoni na moim policzku. Nic nie było, więc urazy nie chowam.
Zresztą, dziwnym byłoby, gdybym miał jakiekolwiek pretensje. Do kogo - do siebie? Do rodziców, że wychowali sobie psychopatę czy do psychologów, za źle prowadzoną terapię? A może do mojego psa, który ostatnio non-stop szczeka bez powodu, co doprowadza mnie do wrzenia i przy temperaturze mózgu grubo ponad 36,6 zaczynam się poważnie wkurwiać. Bierze mnie obrzydzenie, bo chwilami chcę go za jaja powiesić, a przecież się brzydzę jaj wszelakich.
Ale wróćmy do Ciebie, do mojego obrazu ukochanego, wyidealizowanej kobiety, dziewczyny, jeszcze-nie-matki, nigdy-nie-kochanki. Ileż to razy zanudzałem już swoimi opowieściami o Tobie, o sobie, nigdy o Nas. Ile razy prosiłem, ile razy byłem zły i ile razy nie mogłem uwierzyć, że możesz być tak ostentacyjna i cyniczna. A przecież to byłem ja - ja, ja, ja, zawsze ja i nigdy Ty, Ty, Ty. Bo tylko ja mam skłonności masochistyczne, a jeśli mam je ja, to masz je też Ty, moja autoprojekcjo imaginowana co dnia. Stworzyłem Cię na swój obraz i podobieństwo, widać jakiś popieprzony Faust ze mnie. Trudno, bywa, niebieskie tabletki czasem nie działają. Nie działają. Jak mają działać, skoro ich od dawna nie biorę. Od jak dawna? Od urodzenia.
Żegnam się już, chowam - nie! - zabijam wszystkie duchy, wszystkie portrety i stworzenia, które żyły wyłącznie w mojej podświadomości. Nie chcę być uważany za innego, niż jestem. Samoocena na pewno mi od tego nie wzrośnie, ale przynajmniej będzie prawdziwie. Wszyscy zobaczą, że nigdy nie było Niej, Jej, Onej. Pięknej, Radosnej, Roześmianej. Ja byłem. On, Jemu, Jego, Jem.
Zdaję sobie sprawę, że może być Ci trochę smutno. Mnie jest, a jeśli tak, to Tobie też. Zastanawiające, że uświadomiwszy sobie całkowity bezsens moich wypocin mózgowych ciągle jeszcze brnę ten ostatni raz zwracając się do Ciebie w formie osobowej, że w ogóle się do Ciebie zwracam. A kysz, biała mysz! Gdybym chociaż był alkoholikiem, mógłbym się porządnie urżnąć i jakoś sobie te zwidy tłumaczyć. Może przynajmniej coś bym poczuł, może nie budziłbym się ze świadomością, że inni przed kacem przynajmniej dobrze się bawili. Ale nie ja.
***
Zostałem sam. Złudzenia odeszły, niczym małe potworki wypychane z ekonomiczno-logicznego świata. Ale ja Cię nigdy nie zapomnę. Żywo myślę o Tobie, Bejbe.