Nie mam zainteresowań, niestety
Po świecie krąży pewne twierdzenie, będące dla mnie co najmniej krzywdzące. Jest ono, nie czarujmy się, z lekka apolityczne i umniejszające szare jednostki. Chodzi mianowicie o słynne hasełko: "Ludzie bez pasji są nic nie warci". A może "są bez sensu"? Albo "są, a powinni zginąć marnie"? Jakoś ciężko mi zebrać myśli i nie mam pojęcia, czy poprawnie przytoczyłam owe słowa, jednak ich sens został zachowany. Tak, tak. Bo zarówno bez, jak i po głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że pasji to ja nie mam. Ani trochę. Żadnego hobby. Nic. Cóż za intelektualne zero. Łuee, chodźmy stąd. Ech, tak dobrze to nie ma. Bo ja być może staram się mieć jakieś zainteresowania? Może mam ochotę wykorzystywać wolny czas na coś więcej niż spanie czy notoryczne stany niemyślenia? Może po kryjomu marzę o sklejaniu modeli chińskich czołgów albo o hodowli hybrydy begonii z pióropusznikiem strusim?
Okazuje się, że jednak nie. Choćbym nie wiem jak się starała, nie mam żadnych cholernych pasji! A teraz szereg przykładów. Owszem. Aby potwierdzić hipotezę. Ze swego hipotetycznego mózgu, pozwólcie proszę, użytek zrobię. Możem rzeczywiście nic nie warta, kto wie?
- Literatura - zapytana o hobby pewnie rzuciłabym tym pustym wyrazem. Na odczepnego, rzecz jasna. Zapewniłabym oczywiście ewentualnego pytającego, że nic mnie w życiu nie interesuje, ale skoro już chce wiedzieć... Prawda jest taka, że czytam niewiele więcej od przeciętnego Polaka. Dwie, trzy książki miesięcznie, cóż to jest? A i tak większość z nich jest maksymalnie przeze mnie wymęczona, brnę przez nie jak przez trzymetrowe zaspy, niemalże z płaczem, a już na pewno z grymasem niewysłowionego bólu. Książki mnie męczą. Szczerze. W takim razie po kiego grzyba się nimi katuję? Profilaktycznie? Aby mieć jako taki słów zasób? To też, ale także z cichą nadzieją na natrafienie na geniuszu tchnienie. Nowe horyzonty, nowy sposób myślenia, nowa filozofia – diabli wiedzą, co czai się za niepozornymi tytułami nikomu nieznanych pisarczyków. Gdyż, owszem, zdarza mi się wziąć do ręki książkę i nie odłożyć jej, dopóty dopóki nie przebrzmi w mej pustej głowie ostatnie słowo ostatniego akapitu na ostatniej stronicy. Niezmiernie, niezmiernie rzadko. Ostatni zapamiętany przypadek pochodzi ze stycznia - utonęłam wtedy na kilka godzin w jakimś przeciętnym, zdawałoby się, kryminale Agathy Christie. Mam wrażenie, że to zły przykład. Mało wyrafinowana książka, fakt. Może w przeszłości... Może wtedy, kiedy czytałam znacznie więcej... Był Lem, był Topor, był Lovecraft. I paru innych, którzy sprawili, że przez moment pragnęłam lektury wiecznej. Ale to dość wąskie grono. Dość wąskie... Bo mnie nie interesuje literatura.
- Historia - dumna nauka, którą pragną zgłębiać psychopatyczni humaniści, byle tylko nikt im nie kazał dodawać w pamięci. A ta, jak sama nazwa wskazuje, nie ma przyszłości. Nie jestem humanistką, ale i liczyć też specjalnie niet. Takie dziecko do niczego, chciałoby się rzec. Ale ja nie o tym. Wezmę się i zabiorę za tą historię pod odpowiednim kątem. Jednym z owych kątów może być przedmiot w szkole - tu muszę się pochwalić, że pierwsza i jak dotąd jedyna ocena niedostateczna przytrafiła mi się parę lat temu właśnie z tej cholernej historii. Wyrwana ze stanu absolutnej wewnętrznej nicości zostałam postawiona przed kilkoma ważkimi pytaniami nt. Solidarności i działalności papieża. Do dziś ów dział, w sensie historia najnowsza, jest dla mnie bardziej odległy aniżeli stoki Himalajów. Ale przyznam, iż jako dziecię, dostawszy śliczną ilustrowaną encyklopedię starożytności, zapałałam afektem do czasów dawnych. Nie Grecy, nie Rzymianie. Oni byli be. Ale już barwny Egipt, już tajemnicze Chiny, już zagmatwana Arabia... To działało na moją wyobraźnię! Owa fascynacja wylała się nieco za brzegi roku zero, zahaczyła i o Wikingów, i o Celtów, i o Mongołów, lecz ta cała gromadka to pestka przy mocarnych Słowianach. Ileż ja dni spędziłam przeklinając nieroztropne uczynki Mieszka I, które ściągnęły na Polan setki lat pod jarzmem Kościoła... Niby musiał, polityki się nie przeskoczy, ale... Zawsze jest jakieś ale. Do dziś niezmiernie mi żal tak zaprzepaszczonej słowiańskiej tradycji i mitologii. W czym Noc Kupały jest gorsza od Bożego Ciała?! Właśnie nie wiem… Bo się szerzej nie interesowałam. Tak tylko, liznęłam wiedzy. Wszak z czytaniem u mnie ciężko... Jakieś wzmianki, kilka dat, obrazki. To wszystko. Nie zagłębiam się, co to, to nie. Nie interesuję się!
- Rycerstwo inc. - też historia, nie zaprzeczę, ale na osobną wzmiankę zasługuje. Już nie chodzi tu nawet o fakty historyczne (choć niektóre kwestie typu „czy Władysław IV przeżył Warnę?” mocno mnie dręczyły swego czasu). Nie, nie. Ta cała rycerskość - zarówno udokumentowana jak i całkowicie wydumana - to mnie pociągało, nie przeczę. Jedna cholera czy to Gniewko, syn rybaka, tłukł się o honor na wiejskim wiecu, czy też Fatahn Amare aep Gwynblaed, elficki druid, szukał skarbów w smoczych jaskiniach... Trochę fantasy, trochę realizmu. Razem smakuje znacznie lepiej. Te wszystkie zbroje, miecze, łuki, zaklęcia... Ileż to zabawniejsze od jednostek SWAT czy jakichś tam kmiotków z FBI? Skoro tak bardzo zachciało mi się w to bawić, to nie pozostawało mi nic innego, jak zadośćuczynić. Sobie. Całkiem niedawno miałam nawet okazję oglądać pokaz Bractwa Rycerskiego z krwi i kości. O to mi przecież chodziło. Może i ekipa skromna, wyposażenie takie sobie; oprócz prowodyra w osobie niejakiego Woja Janusza drużyna dość cherlawa... Ale była w tym wszystkim pasja (tak, tak!). Ot, parę amatorskich scenek z serii: pojedynek pogańskiego woja i krzyżowca niosącego chrystianizację oraz zacinająca się płyta nie pozwalająca na profesjonalny średniowieczny układ taneczny... Mimo wszystko chętnie bym do takiego bractwa przystąpiła. Więc w czym problem? Cóż to - wsiąść w pociąg, potem przejechać się PKS-em i jest się na miejscu, można do woli machać stępionym mieczem półtoraręcznym i wysłuchiwać tyrad Woja Dominika o tym, jak 47 razy przeszedł Gothica jedynkę... Ale nie chce mi się! W tym sęk, że to całe rycerstwo nie rozpala mnie chyba w stopniu wystarczającym. Nie pasjonuje, rzekłabym.
- Archeologia - i znowuż kłania się cokolwiek historyczny odłam. Jeszcze nie tak dawno temu coś, co chciałam robić w życiu. Tak jak cała rzesza średnio inteligentnych ośmiolatków. Podróże po świecie, wielkie, wielkie skarby oraz przygody, przygody, przygody... I to pretensjonalne marzenie o Atlantydzie... Któż nie chciałby jej odkryć? Kiedyś wierzyłam, że to będę właśnie ja. Ot, przelotem wpadnę, przypadkiem się natknę - między jakimś pirackim wrakiem, a aztecką świątynią. Jednak błędne wyobrażenia oparte na filmach z Indiana Jonesem i sławetnej gierce Tomb Raider szybko wyblakły. Powoli dotarła do mnie rzeczywistość i szalenie pasjonujące życie prawdziwego archeologa, który po studiach może się zająć najwyżej praca naukową i nudnawymi wykopaliskami w sercu polskiej prowincji. Tu niewypał, tam niewypał... Trochę śmieci z czasów II WŚ (ładny mundur, wciąż się dobrze trzyma), czasem jakaś gliniana skorupa (oj, bardzo ekscytujący przypadek sztuki plemion pomorskich), a przy dużym szczęściu kilka kamieni wskazujących wybitnie na jeden z pierwszych kościołów na ziemiach Polan... Nuda... To jakby zestawić moją ulubioną książczynę (ex aqueo ze straszliwymi opowieściami miszczunia Lovecrafta) zatytułowaną "Gdy Słońce było bogiem" (ekskluzywne wydanie z 1962r. i jedna z tych pozycji, które czyta się z namaszczeniem, niczym list miłosny...) autorstwa Zenona Kosidowskiego i którąkolwiek powieść Andrzeja Pilipiuka. Ten pierwszy pisze o niezwykle bogatych życiorysach archeologów z XVIII, XIX i początku XX w. i to w taki sposób, że można się zachłysnąć z zazdrości. Taki Schliemann (wygrzebał Troję) czy choćby Champollion (gość od kamienia z Rosetty) - oni mieli klawe życie! Nieskończona przygoda, od urodzenia aż po grób. Pilipiuk jest zaś archeologiem z wykształcenia, ale z biedy zapewne grafomanię uprawiać musi. Owszem, polskie szeroko pojęte fantasy zawdzięcza mu barwną postać wiejskiego egzorcysty-bimbrownika Jakuba Wędrowycza, ale na litość boską, ten koleś (Pilipiuk) wszędzie wrzuca swoje archeologiczne trzy grosze. Nauka z nich taka, że jeśli archeolog nie czyta akurat nudnych doktoratów o Serbach Łużyckich, to zapewne pije wyjątkowo podły (bo tani, heh) alkohol na akademickich wykopaliskach (wciąż szukają tych niewypałów...). Mogłabym to info zweryfikować, owszem. Mogłabym sięgnąć po fachową literaturę, śledzić działy naukowe w gazetach... Ale po co? Skoro tak mało mnie to obchodzi?
- Gry komputerowe - jakież dobrotliwe hobby, dla każdego coś miłego. I nie da się ukryć, że zaprowadziło mnie do AM i wielu innych rzeczy. Jakkolwiek głupio by to nie zabrzmiało – miało wpływ na moje i tak nędzne życie (wystarczy spojrzeć na powyższe punkty, które są w pewien sposób skorelowane z komputerową rozrywką…). Ale zaraz, zaraz... Kiedy ostatni raz używałam sobie na jakiejś gierce z prawdziwą przyjemnością? No kiedy to było? Gdzież te czasy, gdy siedziało się pół doby przed tytułami propagującymi satanizm i rozwiązłość przedmałżeńską wśród młodzieży... Parę lat temu mogłabym uznać gierki za moje hobby. Tak. Pewnie tak. Ale dziś już nie. Nie chce mi się czytać recenzji, zapowiedzi hitów mnie usypiają, instalowanie dem trwa o kilka sekund za dużo, już nie wspominam o kilkugodzinnej rozgrywce (rzecz jasna, bez ani jednej piętnastominutowej przerwy co godzinę - kto normalny tego przestrzega?!). Kiedyś jeszcze się w tym całym interesie mniej więcej orientowałam. Dziś byle małolat z podstawówki ma lepsze ode mnie rozeznanie w temacie. Cóż mnie to obchodzi? Ot, nie interesuje mnie to...
- Twórczość własna - ów podpunkt miał być w pierwotnym zamyśle podzielony na dwie części, ale niech skonam, tak niewiele mnie ta kwestia pasjonuje, że ją skondensuję. Tak jak każdy mam czasem potrzebę się jakoś wyrazić. Jedni wybijają szyby w oknach, inni pisują radosne bLoGaSki, a reszta dzierga szaliki na drutach telegraficznych. I bardzo dobrze, mają jakieś cele w życiu (więcej wybitych szyb; bLoGaSeK w wydaniu książkowym; sweter z drutu kolczastego..). Mają zainteresowania, spełniają się! A ja? Kiedyś uważałam się za wielką pisarkę. Prawda jest taka, że literackie warunki mam dość przeciętne, a tych wszystkich poważnych opowiadań czy "powieści" naprodukowałam bardzo, bardzo niewiele. W porównaniu z innymi – a to przydatna miara. Kilkanaście mocno przeterminowanych tworów, dziś nienadających się już do niczego. I drugie tyle rozpoczętych pisarskich wymiocin, które nigdy nie doczekają się szczęśliwego końca. Będą leżeć na wieki z otwartą jamą brzuszna, że też użyję metafory. Jakoś nie mam ochoty na twórczość poważną. Marne mam zaplecze, skromniutki dorobek. Coś podobnego mogłabym napisać o żdóce. Tak bowiem nazywam opóźnioną w rozwoju własną działalność artystyczną, obrazkową. W tym momencie zaznaczę bez fałszywej skromności, że posiadam talenta plastyczne. I to cholerne ("w porównaniu z innymi"). "Hm, hm... Widzę, że masz... łatwość rysowania..." - powiedział mi kiedyś pewien mało znany częstochowski rzeźbiarz z wyrazem lekkiego szoku na twarzy, gdy zostawiwszy mi uprzednio ołówek i kartkę, wrócił po pięciu minutach. Jak widać, mam solidną podstawę, mam potencjał na wielką pasję. Mogłabym na bazie samych wrodzonych zdolności manualnych tworzyć wiekopomne dzieła od rana do nocy. Ale tego nie robię. Już od maleńkości dziwowała mnie wielka atencja do wszelkich mych poczynań z pędzlem, późnej wielokrotnie dostawałam ataków serca, gdy ktoś zza pleców nagle odkrywał Amerykę krzycząc "Hej, masz talent!". Miałam nawet z tej okazji ochotę na Liceum Plastyczne, ale dość szybko mi przeszło (szkółka wymagała ode mnie przyniesienia zbyt dużej ilości prac udowadniających moje rzekome umiejętności, co niewątpliwie mi uwłaczało). Może to był błąd, bo taki cud natury się zmarnuje? Cóż, czy zamiast tego, w ramach treningu artystycznego, powinnam zamknąć się na swoim poddaszu w pasji twórczej, rozrzucić dookoła umazane farbą płótna i pławić się w szkicach latających tu i ówdzie? Och, w końcu byłabym kimś - miałabym pasję. Ale nie mam. Bo na dłuższą metę mnie to nudzi. Wystarczy rzucić okiem na trzy chudziutkie teczki zawierające mój dorobek życia...
To tylko kilka rzeczy, którymi nie interesuję się w stopniu umiarkowanym. Ot, z lenistwa. Ale są dziedziny, które zajmują mnie jeszcze mniej, o ile to w ogóle możliwe. Właściwie, to w najmniejszym stopniu mnie nie obchodzą. Polityka? Gospodarka? Sport, teatr, poezja, muzyka, zwierzątka domowe, ekologia... Nuda, gigantyczna nuda.
"Jeszcze 20 lat temu uczniowie z polskiej prowincji przyznawali dyplomatycznie: >>Nie interesuję się polityką<<. Dziś mówią już bez ogródek: >>Politykę mam w dupie<<". (Duży Format, dodatek do Gazety Wyborczej)
Ja też, ja też! :)
Wyszło na to, że jednak żadnej pasji nie mam. Aaa, w mordę! No przykro trochę. Bo taka bezwartościowość... Jednak wstyd, nie powiesz. Ale życie jeszcze trwa. Może jakiś alkoholizm się przytrafi. Może oglądanie seriali obyczajowych. Może uprawianie ogródka działkowego. Wtedy się dowartościuję. A tymczasem żegnam, aby w spokoju, sam na sam, roztrząsać małość swojego umysłu.
Fauske
fauske@interia.pl