Czytanie ze zrozumieniem
Action Mag, odkąd pamiętam, był zawsze podatnym gruntem dla różnego rodzaju narzekań i wszelkiej maści defetyzmu. Michał Chmielewski, drugi po Eddiem archetyp internetowego ojca, wpisuje się poniekąd w ten powszechny schemat: w siedemdziesiątym siódmym numerze magazynu ukazała się bowiem "Pacyfikacji wolnej myśli", artykuł, w którym to autor przejeżdża się po szkole jak wałek po cieście.
Przypomnijmy pokrótce listę zarzutów. Tę otwierają, nudne zdaniem Michała, szkolne lektury: autor, porównując je z Windowsem, upadla je doszczętnie. Szczególne miejsce przypada tu szlachetnej sztuce poezji, której to, jak czytamy, Michał nie cierpi: męczy go rozkładanie akapitów na słówka pierwsze i biadolenie, o co autorowi chodziło. Głównym jednak punktem Listy Chmielewskiego jest fakt, iż - zdaniem autora - szkoła niszczy w uczniach ich osobiste prawo do prywatnej, subiektywnej, intymnej interpretacji utworu. Narzuca ona jak dzieciaki mają rozumieć wiersz, pacyfikując ich własne zdanie i niesłusznie utrzymuje, że inne rozumienia są rozumieniami złymi. To, konkluduje Michał, musi doprowadzić do wykształcenia się nowego gatunku Polaka: idioty amerykańskiego. I to właśnie, ta niezgoda na mnogość, wielokrotność interpretacji jest naszej szkoły, zdaniem autora, główną przewiną.
Nie zamierzam tu się spierać na temat tego, czy lista lektur jest dobrze ułożona: o gustach się nie dyskutuje, gusta są jak
PESEL, każdy ma swój. Nie jest moim zamiarem udowadniać Michałowi, że interpretacja wierszy go jednak zajmuje, tylko tego nie odkrył: autor jest w sprawie własnych upodobań najlepiej poinformowany. Nie mogę jednak zmilczeć biczowania polskiego szkolnictwa, które w swoim artykule uprawia mój szacowny
adwersarz; mimo całej estymy, jaką go darzę, czas powiedzieć wyraźnie: mój imiennik się myli. Co jak co, ale szkoła uczy interpretowania wierszy na sposób właściwy.
By jednak udowodnić powyższe, potrzebne nam będzie trochę nomenklatury.
Zastanówmy się bowiem czym właściwie jest wiersz, czym właściwie jest utwór,
który sobie, czy to w klasie, czy to na wakacjach, dla własnej nieprzymuszonej
przyjemności, interpretujemy. Otóż jest to po prostu forma komunikatu,
za pomocą którego autor mówi nam, co mu leży na wątrobie, za pomocą którego
przekazuje nam to, co nam przekazać pragnie. Należy więc zauważyć, że pod
tym względem wiersz nie różni się niczym od artykułu w gazecie, przepisów
w kodeksach czy też nawet obrazu, muzyki, audycji radiowej, reklamy w telewizji
albo zwykłej rozmowy. Za każdym bowiem razem nadawca (poeta, redaktor gazety,
prawodawca, prezenter radiowy czy też nasz rozmówca) przekazuje odbiorcy
(czyli nam) jakąś określoną treść. Taki jest podział ról: nadawca stara
się rzecz w słowach (obrazach, dźwiękach) zawrzeć, my zaś staramy się
znaleźć odpowiedź na odwieczne, ciągłe i nieustające pytanie "Co
autor chce nam powiedzieć?".
Pojawia się jednak kolejna zagadka: czy autor zawsze wie, co powiedzieć
chciałby? Pytanie rodzi wątpliwości i u Michała Chmielewskiego: sugeruje
on w swoim artykule, że (anonimowy niestety) poeta, schlał się i pisał, co
mu wódka na język przyniosła. Jakkolwiek racją jest, że niektóre (znów
terminologia!) komunikaty - jak obrazy Witkacego - powstają pod wpływem, to
jednak przyjmuje się założenie, że autor przekazu wie, co chce światu
oznajmić. W przypadku przepisów prawnych na przykład, taki aksjomat nazywa
się założeniem o racjonalności językowej prawodawcy (prawodawca doskonale
zna język, którym się posługuje) i potrzebne jest to o tyle, że jego brak
oznaczałby, iż każdy przepis można interpretować w dowolny sposób, hulaj
dusza, poszły konie po betonie. W przypadku sztuki zaś (a więc i wierszy)
takie założenie wynika raczej ze zwykłej statystyki: owszem, są artyści, którzy
bądź też działają w stanie ograniczonej poczytalności (jak choćby
Witkacy), bądź też po prostu idą na freestyle (dadaiści, Pollock), przeważającą
jednak grupę - co wynika z moich obserwacji literackiego świadka - stanowią
osoby, które zastanawiają się nad swoimi utworami. Czy pierwszym punktem
pisania tekstu do AM nie jest pomysł na jaki temat i co napisać? Oczywiście,
że jest. Podobnie z wierszami: pierwszym zadaniem poety jest uzmysłowienie
sobie, co chce przekazać w danym utworze, jaką chce zbudować atmosferę i jaką
scenę odtworzyć - chwilę później przychodzi czas na decyzję, w jaki to
zrobić chce sposób. Najpierw treść, potem forma.
Wiemy już, że wiersz służy poecie do przekazania nam jakiejś konkretnej treści. Pojawia się więc pytanie: jakie zadanie przyświeca nam jako interpretatorom? Czy interpretacja to na pewno sprawa intymna, subiektywna? Czy wolno nam mówić, że wiersz jest o kochaniu, bo naszym zdaniem jest o kochaniu - i to nasze zdanie, nasz prywatny odbiór ma być koronnym argumentem zamykającym usta ludziom, którzy twierdzą, że nie mamy racji, że wiersz źle rozumiemy? Nie, tak się czynić nie godzi: tak robiąc, wkładalibyśmy poetom w usta nasze własne myśli, nasze własne postrzeganie świata. Możliwe przecież, że twórca chciał nam przekazać coś innego, możliwe przecież, że zrozumieliśmy go źle - czy nasze widzimisię jest ważniejsze od zdania autora? Oczywiście nie. Dlatego naszym zadaniem, jako czytelników, nie jest odkrycie najfajniejszej naszym zdaniem interpretacji, ale odkrycie takiej, jaką napisałby sam poeta. Tak naprawdę więc tylko jedna interpretacja jest właściwa: ta autora. I to do niej musimy dotrzeć: niech nam poeta powie, co myśli o świecie - posłuchajmy go przez chwilę i zastanówmy się, czy nie ma racji.
Oczywiście, takie słuchanie autora, ten proces interpretacji, jest procesem bardzo trudnym. Mogą więc się zdarzyć pomyłki, interpretacje złe. Mój adwersarz wstawia to wyrażenie w cudzysłów, sugerując, że złych interpretacji nie ma. To rzecz jasna nieprawda: złą interpretacją jest na przykład wniosek, iż "Pan Tadeusz" to książka kucharska czy też przewodnik po Litwie, tylko dlatego, że opisuje uczty w litewskim klimacie. To jednak przykład przejaskrawiony: w praktyce błędy są bardziej subtelne. Powszechna jest przykładowo opinia, że "Śpieszmy się kochać ludzi..." ks. Twardowskiego jest wierszem o śmierci: rzeczywiście, opis odchodzenia zajmuje tu większą część utworu. Ale to tylko półprawda: w obliczu pointy (bo nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości/ czy pierwsza jest ostatnią czy ostatnia pierwszą) rzec trzeba, że wiersz ten jest jednak przede wszystkim o miłości, a śmierć jest tylko czynnikiem do niej motywującym. Trzeba więc bardzo uważać, wsłuchiwać się w to, co mówi autor poprzez utwór, wczuwać się w atmosferę zawartą w utworze, szperać weń w poszukiwaniu śladów i argumentów i nigdy nie wolno zadowalać się prawdą częściową. Dopiero, gdy wszystkie fragmenty układanki są już na swoim miejscu, gdy każdy wers ma swoją pozycję w naszej interpretacji, wolno nam powiedzieć, że wiemy, co chciał powiedzieć autor. Rzymianie mówili: interpretatio cessat in claris, interpretacja kończy się jasnością. Rzymianie zawsze wiedzieli, co mówią.
Zadaniem szkoły jest właśnie wyuczyć samodzielnego w przyszłości czytelnika takiej empatii: pokazać, jak czytać utwór, by go zrozumieć. Uczeń musi wiedzieć, że nie każda interpretacja jest prawdziwa: są bowiem takie, które - w obliczu argumentów przeczącym im, czy też przemawiających za inną interpretacją - po prostu nie wytrzymują konkurencji i zostają zbite. Nie znaczy to jednak, że w interpretacji nie ma miejsca dla samodzielnego myślenia: trzeba w interpretacji myśleć, ale to myślenie musi być nakierowane na odczytanie intencji autora. Wnioski, których autorstwo przypisujemy poecie, mogą różnić się od ogólnie przyjętych: muszą jednak być podparte silnymi argumentami, muszą być spójne, przemyślane i do pogodzenia z kontekstami. Warto więc się spierać o treść utworu - szkoła powinna to umożliwiać i w moim przypadku tak było - ale trzeba mieć argumenty. To nie parlament: trzeba wiedzieć o czym się mówi.
W procesie interpretacji nie ma więc miejsca na własne przemyślenia: po prostu nie o to w tej zabawie chodzi. Ważne jednak, by swe przemyślenia mieć, dzielić się nimi na lekcji, zamieszczać je w swoich pracach, chociażby w zakończeniu. To ważne, bo właśnie posiadanie osobistej odpowiedzi na drugie z ważnych pytań: co sądzisz o tym co powiedział ci autor, odróżnia człowieka myślącego od tego, który powiela utarte wzorce. Na coś takiego zawsze musi być miejsce w szkole, bo to po prostu ważniejsze niż szósty wiersz Mickiewicza. Należy jednak zauważyć, że to już dalszy etap: trzeba najpierw dowiedzieć się, co mówi autor, by wiedzieć, czy się człowiek z nim zgadza, czy nie.
Ja miałem w tym względzie dobre doświadczenia: moja szkoła uczyła interpretacji, pozwalała na dyskusję nad treścią utworu, a po zakończeniu interpretacji - na snucie refleksji. Rozumiem, że w przypadku mojego imiennika było inaczej: na takie dysputy miejsca nie było. To smutne i o to powinien Michał Chmielewski mieć do swego polonisty pretensje. Niesprawiedliwością jest jednak oskarżać system interpretacji, którego uczy się szkole, o niszczenie myślenia: to, że nie ma tu miejsca na snucie własnych bajań wynika po prostu z jego charakterystyki. Interpretacja wiersza to przecież, podobnie jak wykładnie przepisu prawnego, czytanie ze zrozumiem i przy wykorzystaniu kontekstów.
Interpretacja, to jak się rzekło, proces trudny - lecz niekoniecznie nieprzyjemny. Potraktujcie to jako zagadkę detektywistyczną, szukajcie prawdy, szukajcie motywów. Może wówczas pytanie "Co autor chciał powiedzieć?" przestanie być szkolną zmorą. A przecież czytanie wierszy - i ich rozumienie - dać może wiele. Utwór może być wszak drogowskazem, może być lampką, latarką, która naświetli dalszą drogą. Takie małe, podręczne światełko. Rzymianie, którzy wiedzieli co mówią, twierdzili przecież: interpretatio cessat in claris. Interpretacja kończy się jasnością.
Michał "UnionJack" Krotoszyński